wtorek, 30 kwietnia 2013

Król Saul



(PS.W poście dwa poniżej, pt. "Wachlarz", powinna być godzina 14.35, taka sama, jak godzina zamieszczenia).

               Król Saul

Czyli dwa typy konsekwencji życiowej.

Natura rzadko kojarzy w jednej osobie siłę charakteru i siłę intelektu. Jest to przezorność dobrze uzasadniona i mogłaby znakomicie usposabiać do podziwu dla mądrości Stwórcy, gdyby nie liczne inne zasady, na których świat został przezeń urządzony. Tu jednak chodzi nam o tę właśnie, którą pochwalamy.
Jej szczególnym przypadkiem jest fakt, że natura wyjątkowo kojarzy talenty wojskowe z rozległością horyzontów umysłowych i inteligencją ogólną.
        Rzecz zrozumiała, bo też to są talenty sprzeczne.
Łatwo zauważyć w istocie, że cnota dowódcy wojskowego polega na tym, aby wykazać samodzielność tylko w granicach rozkazu. Rozkaz każdy zostawia pewne puste miejsca dla okoliczności nieprzewidzianych, a dowódca ma je wypełnić możliwie najsprawniej, by cel główny rozkazu został osiągnięty. Ale dowódca jest zgubiony, jeśli zechce zastanawiać się nad czymś, co leży poza rozkazem, na przykład nad celem ogólniejszym, któremu rozkaz służy. Wartość dowódcy polega na umiejętności ograniczania swego pola widzenia.
Oficer zbyt inteligentny, któremu kazano stoczyć drobną potyczkę, zechce przy okazji wygrać całą wojnę lub zgoła zbawić ludzkość. W rezultacie przegrywa drobną potyczkę.
     Inteligencja ma bowiem naturalną skłonność do stałego przekraczania granic, które sama sobie narzuca. Inteligencja dąży do konfrontacji różnych punktów widzenia, do rozważania racji przeciwnych decyzjom raz podjętym, źle znosi subordynację i porządek, a chodzenie w nogę, ma sobie za despekt.
     W wyniku może prowadzić do tych samych skutków, co słaby charakter: łatwo rodzi dezerterów. Do natury talentu wojskowego należy zdolność dokładnego ograniczania celów, które chce osiągnąć.
    Jest to główny morał, jaki wynika z dziejów wielkości i upadku króla Saula – jednego z najbardziej przejmujących rozdziałów historii świętej. Saul był na pozór wojskowym idealnym. Syn ubogiego pasterza z pokolenia Beniamin, wyniesiony zrządzeniem Opatrzności do godności królewskiej, długo wyszydzany z racji prostackiego obejścia i chłopskich manier, zaskarbił sobie w końcu ogólne uznanie dzięki swojej skromności, wytrwałości i żelaznej woli. Kilka udanych operacji wojskowych zyskało mu sławę świetnego stratega, a powszechny podziw narodu wzbudził fakt, że Saul skazał na śmierć własnego syna, kiedy ten swoim grzechem przyczynił się do przejściowego niepowodzenia w walce. Dopiero głos ludu wybawił młodego Jonatana od surowości ojcowskiej.
    Nieskazitelny dowódca Saul wiedział, że cały świat jest podporządkowany wykonaniu każdorazowo otrzymanego rozkazu – a otrzymywał je od Boga za pośrednictwem Samuela, męża wielkiej mądrości i starszego odeń wiekiem. Mając rozkaz, Saul, człowiek prosty, nie znał strachu i nie znał skrupułów. Był szczęśliwy, że ma wyznaczone ścisłe granice działania, w ramach których wszystko jest dozwolone, ale których przekroczyć nie wolno.
    Otóż Bóg przypomniał sobie razu pewnego, że kilka wieków wcześniej, księstwo Amalekitów stanęło na drodze jego ludowi, przy wyjściu z Egiptu. W ludzkim wspomnieniu rzecz się zatarła, ale Bóg w takich sprawach ma pamięć zadziwiającą.
Niezaspokojony ówczesną porażką wroga, zechciał go raz jeszcze pognębić i kazał Saulowi napaść na miasto oraz wyrżnąć bez litości wszystkich mieszkańców co do jednego – mężczyzn, dzieci, oseski, woły, owce, wielbłądy i osły.
     Saul raźno zabrał się do działania i byłby je wykonał bez zarzutu, gdyby nie drobna przeszkoda. Mianowicie Samuel, jego wychowawca, chciał przedtem koniecznie podni3eść poziom umysłowy Saula i zraził jego umysł filozofią. Wbił mu tedy w głowę, oprócz konkretnych rozkazów, również świadomość ogólną, że ma działać dla dobra swego ludu, dla pomnażania jego dobrego imienia i potęgi materialnej. Zepsuł go tedy doktryną, a więc taką ogólną zasadą, z której nic nie wynika konkretnie, bo każdy ją interpretuje na swój sposób. Zaszczepił królowi ambicje filozofa, które stały się jego klęską.
      Kiedy bowiem wojacy Saula wybili całą ludność amalekicką, przyprowadzili doń żywcem schwytanego księcia imieniem Agag. Wtedy Saul zaczął mędrkować:
- „Zabić księcia – rzecz łatwa, skoro mam go w ręku. Ale jest sam, więc niegroźny. Otóż zadaniem moim jest działać dla dobra ludu. Jeśli oszczędzę schwytanego wroga, dam swojemu ludowi sławę wielkoduszności i miłosierdzia, która jest więcej warta niż życie jednego księcia”.
     Oszczędził tedy Agaga w imię zasady ogólnej dobra ludu, a wbrew rozkazowi Boga. Zarazem popełnił drugi grzech. Lud Izraela wyniszczony ciągłymi wojnami stał bardzo kiepsko pod względem gospodarczym: trzody były zdziesiątkowane, a perspektywy hodowli na najbliższe lata jak najgorsze.
  -„Dla dobra mojego ludu – pomyślał Saul – każe ocalić najwartościowsze sztuki zwierząt – barany, woły, osły – i przez to zasilę potężnie naszą hodowlę”.
    Tak też uczynił i po raz drugi przekroczył swoje prawa w imię ogólnej zasady, którą mu wpoił nauczyciel. Uczynił tak zresztą pod naciskiem swego ludu i w imię jego oczywistych interesów. Zresztą sporą część zdobycznego bydła przeznaczył na ofiarę Bogu. Wtedy wybuchła wielka heca. Bóg srożył się na Samuela, jakby to on był winien, a Samuel odbijał na Saulu swoje upokorzenie.
      - Bóg woli posłuszeństwo niż ofiary – powiedział twardo – i żąda, żeby wypełniać konkretnie rozkazy, a nie na własną rękę interpretować ogólne zasady.
     - Ustąpiłem przed głosem ludu i chciałem mu się przysłużyć – tłumaczył się Saul niepewnie.
Samuel tylko zaśmiał się gorzko. Kazał sprowadzić ocalonego księcia Agaga i ostrym mieczem pooddzielał przestrzennie poszczególne fragmenty jego ciała – nogi, ręce, palce, brzuch, głowę – wskutek czego Agag stał się nieprzystosowany do kontynuowania życia na tym świecie i przeniósł się na inny, gdzie można żyć będąc nawet rozdzielonym na atomy. Potem Samuel kazał wybić ocalone bydło.
     Samuel nie podjął się z lekkim sercem tej pracy. Wiedział, że jego ulubiony uczeń przekreślił swoją karierę. On sam nie miał nawet usposobienia szczególnie okrutnego. Wiedział tylko, czym jest rozkaz wojenny, i miał jasną świadomość, że zmienić rozkaz dla jakichś racji filozoficznych oznacza to samo, co oznajmić Najwyższemu Zwierzchnikowi, że lepiej od niego zna się założenia filozoficzne i taktykę. A jednak wola Najwyższego Zwierzchnika jest jedynym źródłem filozofii, a zatem pogwałcić w imię filozofii rozkazy jest tym samym, co popaść w sprzeczność wewnętrzną.
     Król Saul stał się tedy przedmiotem wewnętrznie sprzecznym, czyli w ogóle bytem niemożliwym, czystą fikcją. Sam siebie unicestwił i nic dziwnego, że przestał istnieć jako król. Ten koniec był nieuchronny.
   
    Morał tej historii możemy ująć tak jeszcze: Można działać wedle konsekwencji rozkazu, albo wedle konsekwencji doktryny, nie zawsze jednak wedle obu zarazem.

ŚWIĘTA STUDNIA



Gdy miałem 9 lat, dostałem od ojca w prezencie książkę. Wydawnictwo kościuszkowskie – Ameryka 1956. „Indianie Ameryki Północnej i Południowej”. Biały Kruk dziś. Książka przetrwała razem ze mną osobiste burze dziejowe. Rozwody i wzwody....To z tej książki są zamieszczane obrazki o Majach.
Dziś, jako pierwsza, artystyczna wizja składania ofiary bogom Majów. Ofiarami były dziewczyny. Wrzucano je do świętej studni na Jukatanie. Do powierzchni wody było kilkadziesiąt metrów. A woda była także bardzo głęboka – sto metrów następne. Dziewczęta miały obowiązek utonąć. Do tej studni wrzucano także wota – kosztowności.
Najlepiej było, gdy takim kilogramowym złotym posążkiem trafiało się w głowę dziewczyny, która jeszcze utrzymywała się na powierzchni….
Tę świętą studnię opisywał Erich von Daniken, w swojej książce: „Zurick zu den Sternem”. Według niego z tego miejsca pojazdy bogów odlatywały w kosmos.
     
Jest w tych ceremoniach składania ofiar z ludzi wielkie cierpienie. Tak podobno wymagał okrutny bóg Majów. A Bóg Żydów, który kazał zabijać wszystko, co się rusza? Nie był okrutny?
Mam pytanie: - dzisiejszy Bóg, czyim jest Bogiem? Żydowskim, polskim, czy jakiegoś innego narodu? I czy On się zmienił od czasów biblijnych, bo zrozumiał, że nie należy zabijać, czy jest dalej taki sam, okrutny i mściwy? To ilu bogów w końcu jest?
Według chrześcijan Bóg dziś jest miłosierny, czyli przeszedł metamorfozę. Ciekawe skąd takie wiadomości? Z radia Watykan?
Parę osób zamierzało wprowadzić niebo na ziemi, ucząc się od Boga. Zachowała się odręczna notatka wodza rewolucji rosyjskiej – towarzysza Lenina: -„ wprowadzać terror masowy, zabijać tysiącami kobiety i dzieci”.
    
            Lenin to był super gość….
Podobno cierpienie jest niezbędne. Żeby poznać słodkie, trzeba najpierw zakosztować gorzkiego. OK. Kto jeszcze nie pocierpiał, droga wolna.
Budda natomiast mówił; - „ Oświecenie, to koniec cierpienia”.
I tak mówi każdy człowiek-Nikt. Czyli mistrz, albo oświecony. Stachura dzieli ludzi na dwie kategorie: Ludzi- Ja i ludzi- nikt.  Czyli tylko na ludzi larwy- wielbłądy i mistrzów. A życie jest tajemnicą, czyli nie ma prostych reguł:
- jeden cierpi sześćdziesiąt lat, aż coś zrozumie ( Zbyszek), drugi potrzebuje pożyć dwadzieścia parę i jest oświecony-
zdarzają mu się spontaniczne wyjścia poza ciało – eksterioryzacja. Bez ustawień Hellingera, bez wysiłków uczniów Sissona, którym się płaci sporą kasę i dowiadujesz się, że gdy myślisz: -Miłość, to naprawdę masz na myśli sadyzm, a gdy rwiesz się do życia, to znaczy, że masz chęć pociąć się. Takie nauki, zamiast pomagać, ludzi w dupę czarną wpędzają. Być może moi bliscy trafiali na szarlatanów, ale tylko o tym mogę mówić, czego doświadczyłem osobiście.

Wachlarz

Wachlarz na wykresie godzinowym Polanda 20 wtorek 30 kwietnia godz. 12.35

CIERPIENIE



- Jaki ma sens cierpienie, jeżeli ma sens?
- Posłuchaj. Gdyby cierpienie nie miało sensu, jedna jedyna łza zalałaby największe piramidy, najbardziej wygórowane panteony, najwyższe w najwyższe w najwyższych górach położone obserwatoria astronomiczne. I prawdziwie ci się mówi: jedna jedyna ludzka łza zalewa to wszystko. Ale nie dlatego, że nie ma ona sensu, lecz dlatego, że ma ona sens, to wszystko zaś prawdziwego sensu nie ma. Bo sens zalewa bezsens. Nie odwrotnie. Patrz, tysiące lat cywilizacji, największe osiągnięcia kulturowe, naukowe, techniczne i tak dalej nie wymazały ludzkiej łzy. Dlaczego? Dlaczego? Po trzykroć: dlaczego? Gdyby mogły ją wymazać, już dawno by ją wymazały. Już dawno. Ale nie wymazały. I prawdziwie ci się mówi: nigdy nie wymażą. Ta łza jest jedynym kamieniem węgielnym, na którym stoi całe królestwo szczęścia człowieka tę łzę roniącego. Ten człowiek może siebie poznać, może poznać, dlaczego płacze i tylko wtedy przestanie płakać. Zapłacze wówczas ostatni raz, ale z niewymownej i nie kończącej się radości.

Cierpienie ma głęboki sens. Cierpienie ma taki sens jak rzeka, co nagle przecina ci w poprzek drogę. Nie ma mostu, nie ma brodu, nie ma promu, nie ma materiału ni narzędzi do zbudowania tratwy. Ty masz dostać się na drugi brzeg, żeby iść dalej. Masz to zrobić, wszak rzeka przecięła ci drogę, zatem twoja droga nie kończy się na tym brzegu, tu nie jest meta, bo wtedy się nie mówiłoby, że rzeka przecięła ci drogę. Więc twoja droga prowadzi przez rzekę i dalej, już po tamtej stronie. Nie możesz zrobić nic innego, jak rzekę przebyć.
- Czy nie ma sposobu na ominięcie rzeki, to znaczy na uniknięcie bezpośredniego kontaktu z wodą? Czy nie mogę iść w bok, w lewo czy w prawo, aż do napotkania mostu lub przewoźnika z łodzią?
      - Rzeka przecięła ci drogę. Jeżeli ta rzeka jest na twojej drodze, to znaczy, że ta rzeka jest twoją drogą. Przebycie tej rzeki należy do twojej drogi. Jeżeli wykonasz obrót o dziewięćdziesiąt stopni i pójdziesz w bok, w lewo czy w prawo, to znaczy, że z drogi zbaczasz. Jeżeli obrócisz się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i ruszysz, to znaczy, że z drogi zawracasz. Jeżeli usiądziesz na brzegu, na tym brzegu i zaczniesz liczyć sekundy, to znaczy, że twoja droga urywa się. Ta droga to droga do życia. Więc albo idziesz do życia, albo nie. Jeżeli tak, musisz rzekę przebyć. Musisz cierpienie przecierpieć. Tylko tak je przekroczysz i zostawisz na zawsze za sobą.
      - A jeżeli nie umiem pływać?
      - Gdybyś umiał pływać i może jeszcze jak ryba, jakim cierpieniem byłoby dla ciebie przepłynięcie rzeki? Byłoby to dla ciebie tym samym, co spacerowanie po ziemi, po łące pełnej kwiatów. Gdzie tu wtedy mówić o cierpieniu? Gdzie tu wtedy pytać, czym jest cierpienie i jaki ma sens?





      - Więc mam wejść do wody, nie umiejąc pływać?
      - Czy możesz nauczyć się pływać bez wody?
      - Ale przecież mogę się utopić!
      - Utopić się możesz stojąc na brzegu i nie skacząc do wody. I zaiste, wtedy topisz się, wtedy toniesz.
      - Kiedy?
      - Kiedy stoisz na brzegu i nie skaczesz do wody.
      - Nie rozumiem.
      - Kiedy skoczysz naprawdę do wody, oczywiście już nie będzie cię wtedy na brzegu. Już nie będzie: "Ja i woda", nie będzie: "tu i tam", nie będzie: "Ja tu na brzegu - a tam woda". Ciebie już nie będzie. Będzie tylko woda. Kto miałby wtedy utopić się? W wodzie wszystko jest wodą. W ogniu wszystko jest ogniem. W cierpieniu wszystko jest cierpieniem. Wchodząc naprawdę w cierpienie, przestajesz być sobą, stajesz się cierpieniem, stanem cierpienia: wtedy już nie ma z jednej strony cierpienia, a z drugiej strony: "mnie, który cierpię". Jest tylko cierpienie. Ale czy cierpienie istnieje niezależnie, oddzielnie od osoby cierpiącej? Nie istnieje. A więc jeżeli nie ma osoby cierpiącej, to i cierpienia wtedy nie ma.


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

KSIĘŻYCE MARSA



FOBOS
         Mars – planeta Boga Wojny…… Powiązania Marsa w tradycji astrologicznej z wojną i zniszczeniem, jest starsze niż sięga ludzka pamięć. A od kiedy sonda marsjańska Viking przekazała słynne zdjęcia marsjańskiego rejonu Cydonia, temat ten stał się przedmiotem nieustannej debaty wśród zainteresowanych. No i anomalie  powierzchni Marsa.
     Można się doszukać śladów zniszczenia przynajmniej części Marsa.
Teraz jednak zajmiemy się wyłącznie księżycem Marsa - Fobosem.
      Josif Szkłowski, z Radzieckiej Akademii Nauk, wydał wspólnie z Carlem Saganem książkę: -„Inteligentne formy  życia we wszechświecie”. Szkłowski obliczył także, że Fobos jest w środku pusty. Stwierdził następnie, że jest to stacja kosmiczna olbrzymich rozmiarów!.
    W 1988 roku Rosjanie wysłali w kierunku Marsa dwie sondy, Phobos I i Phobos II.
Ich głównym zadaniem miało być zbadanie tajemniczych księżyców Marsa: Deimosa i Fobosa. Niestety, jak podano w oficjalnym komunikacie, oba zaginęły.
      Jak to wyglądało dokładnie?
Phobos I zamilkł nagle przy zbliżaniu się do Czerwonej Planety, natomiast Phobos II dotarł bezpiecznie do Marsa, i 29 stycznia 1989 roku wszedł na jego orbitę. Tego też dnia agencja Associated Press podała, że Phobos II zbliża się do Fobosa, większego z marsjańskich księżyców. Relacja prasowa zawierała też kilka zdjęć Fobosa przesłanych przez rosyjską sondę.
      Po pewnym czasie Rosjanie skorygowali orbitę sondy tak, aby zbliżyła się bardziej do Fobosa. Sonda miała przelecieć w odległości 50 metrów od powierzchni Fobosa, by zrzucić specjalną boję zaopatrzoną w kotwicę. Zrzucony pojemnik miał zawierać zestaw przyrządów pomiarowych.
        I wtedy utracono kontakt z sondą. Pozostawmy w spokoju oficjalne komunikaty rządowe…..W roku bodajże 1963 sekretarz Obrony USA wydał oświadczenie, że Ameryka ma prawo utajniać lub zniekształcać wszelkie informacje, które zagrażają bezpieczeństwu narodowemu. Powiedziane krótko i zwięźle. Ameryka liczy się nieco bardziej z „opinią publiczną” niż Rosja, która z „opinią publiczną” nie liczy się wcale, a ludzi traktuje naukowo, jak wielbłądy – stada baranów.
       Przytłaczająca większość społeczeństwa przecież taka jest. Do wielbłądów – larw należy więc przemawiać ich językiem i jest wtedy pełne zrozumienie. To od dawna jest fundamentem indoktrynacji religijnych.
       W końcu znamy te oficjane komunikaty – po pierwsze primo, z nich nic nie wynika, po drugie primo: -Zecharia Sitchin podaje, że trzy miesiące później, władze rosyjskie pokazały w telewizji taśmę magnetyczną z obrazami zarejestrowanymi przez sondę Phobos II na chwilę przed zamilknięciem. Wtedy nie było na nich niczego ciekawego.
Walter Hain w książce „We from Mars”, napisał, że w kwietniu z jakichś powodów nastąpił „przeciek informacji”- radziecka „Izwiestia”, 16 kwietnia 1989 roku opublikowała wiadomość: -„Trzy dni przed zamilknięciem, kamery sondy zarejestrowały w polu widzenia dziwne obiekty o znacznych rozmiarach”.
        Rosjanie zobaczyli na tym zdjęciu obiekt, który był sztuczny i olbrzymi.
Wielu badaczy przypuszczało już wtedy, że rosyjski próbnik został zestrzelony z orbity okołomarsjańskiej, gdyż za bardzo zbliżył się do Fobosa.
    Na odpowiedź trzeba było czekać dwa lata.
W 1991 roku zrobiła to rosyjska astronautka i pilot, pułkownik Marina Popowicz. Jej konferencję prasową po ucieczce z Rosji nazwano „ Pierwszym przemyconym raportem o macierzystej stacji kosmicznej wysłanej w obszar Układu Słonecznego przez obcą cywilizację”.
     Ostatnie sekundy transmisji wysłanej przez Phobosa II zawierały fotografie cylindrycznego statku w kształcie cygara o wymiarach: długość 20 kilometrów i średnicy półtora kilometra. Statek ten zmierzał ku Fobosowi, lub cumował w rejonie tego marsjańskiego księżyca.
W chwilę po przesłaniu ostatniego zdjęcia, sonda została rozbita uderzeniem potężnego promienia energii.

Zupa wiśniowa



Szanuj czas jedzenia.
Zupa była przepiękna. Wiśniowa ze śmietaną. Do tego karto­fle gorące okraszone tłuszczem, posypane drobno koperkiem. Je­dliśmy na powietrzu. Siedzieliśmy wszyscy przy stole na ławce pod kasztanem, pod Annopolem na brzegu tej największej rzeki. Od najstarszego do najmłodszego: wuj, pan Rychert i ja. Jedliśmy ze smakiem, poważnie i wolno, milcząc, tak jak przystało, jedzenie szanując. Każdy jadł i drugiemu nie przeszkadzał. Każdy był zajęty jedzeniem i opędzaniem się od much.

Narodzić się po raz drugi



Czysty opis

Czułem się u kresu. Utrapiony, wymęczony śmiertelnie, myślałem chwilami, że się już chyba przekręcę. Szósty jak długi rok to był mojego sam na sam z otoczeniem rzeczywistym i nierzeczywistym i czułem się u kresu nieludzkich moich sił. Bo byłem żywy kauczuk wtedy, kiedy rzuciłem wszystko, zostawiłem wszystko za sobą i tak, jak stałem, poszedłem torami, żeby się drugi raz narodzić, już prawdziwie, bez akuszerki, pieluszek i darmowego mleka. I bez tej całej dalszej niewinnej dziecinady.
Nie pamiętam pierwszego dnia, pierwszych moich narodzin. Pamiętam dobrze pierwszy dzień drugich moich narodzin. Sze­dłem więc torami, potem drogą nad torami, pod wieczór deszcz lunął, zmokłem jak wrzucony do stawu słonecznik. W ciemnej no­cy zapłonęła mi głowa. Zimne dreszcze targały świeżo posadzone drzewko.
Taki był, dobrze pamiętam, pierwszy dzień drugich moich na­rodzin i tego samego dnia, bez ociągania, póki żelazo gorące, chrzest się odbył, tak jak powiedziałem, ulewny. Hartowanie stali. I wszystko dalej tak samo ostro i błyskawicznie następowało. Koły­sanki nie było, tylko cios za ciosem. Kilka tygodni po chrzcie w przychodni się znalazłem, w poradni W. 

Nawyk to niemoc



- Czym jest nawyk? Taki jak nałogowe picie trunków, palenie papierosów, żucie gumy, granie w karty, boleśnie powitalny uśmiech urzędników, kiedy się do nich zachodzi w jakiejś sprawie i wiele, wiele innych. Może też... nawyk pisania wierszy, jeżeli jest to nawyk.
- Wszystko to są nawyki. Jest ich bez liku. Nawyk jest nieuwagą. Jest inercją, bezwładem, niemocą. Jest ornamentem wystroju psychicznego. Jest psychologiczną niewolą. Jest stwarzaniem czasu, pieczętowaniem jego ciągłości i wyrazem rozkładu tej ciągłości.
            Dla przygniatającej większości ludzi ich całe życie jest jeno nawykiem, postępującym w wiadomym kierunku rozkładem, korupcją, degeneracją. I cała zgroza w tym, że sami tego chcą. Wepchnięci, przy swoim czynnym współudziale, w przepastną koleinę o stromych ścianach i pochyłym spadku, nie chcą zobaczyć, że coraz niżej po niej staczają się.
A wystarczyłoby to zobaczyć I stałby się cud.


Czym jest lęk



- Czym jest lęk?
- Tyś jest swoim Ja. Ty jesteś lękiem i tym, który lęka się. Ty jesteś przyczyną lęku i jego skutkiem.
- O co się lękam?
- O siebie. Zawsze o siebie. Tylko o siebie.
- O siebie, zgoda. Ale nie zawsze o siebie i nie tylko o siebie. Lękam się na przykład o bliskie mi osoby. Żeby się im nic złego nie stało. Lękam się o te osoby, nie o siebie.
- Lękasz się o siebie. Nie lękasz się o dalekie ci osoby, lecz o bliskie, czyli o te, które stanowią o twoim życiu, które stanowią twoje życie. Lękasz się o nie, bo gdyby im co złego stało się, to tobie by co złego stało się.
- Lękam się w jakiś sposób o cały świat, o jego losy.
- Lękasz się o cały świat, bo ty w tym świecie jesteś i gdyby co złego światu stało się, to tobie musiałoby co złego stać się. Lękasz się o siebie, zawsze o siebie, tylko o siebie.


Edgar Cayce



Ojciec medycyny holistycznej

Edgar jako siedmioletni chłopiec zaczął naukę w czteroletniej szkółce przykościelnej prowadzonej, w której jedynym nauczycielem był pastor. Ponieważ chłopiec bardzo interesował się biblią, jeden z wujków sprezentował Edgarowi Pismo. Edgar pasjami lubił chodzić z biblią nad miejscowy strumień, i tam leżąc na trawie, czytał i czytał. Wszystko  przeczytał kila razy „od deski, do deski”. Gorzej było z nauką w szkole, do której nie przykładał się. W końcu doszło do tego, że pastor poskarżył się ojcu Edgara na lekceważenie obowiązkowej nauki przez ucznia. Ojciec zbił syna pasem i zapowiedział, że będzie to powtarzał, jeśli postępowanie syna wobec nauki w szkole się nie zmieni. Rozżalony Edgar zabrał swoją ulubioną biblię i poszedł z nią nad strumień. Tam, na łące, miał widzenie. Pokazał mu się anioł, i powiedział, żeby się nie martwił, bo od tej pory nie będzie potrzebował się uczyć w sposób konwencjonalny, wystarczy, że książkę, którą każą mu przeczytać, lub sam będzie nią zaciekawiony – włoży sobie pod głowę, pod poduszkę, i uśnie na niej. Po przebudzeniu będzie znał jej treść.
        Mądrość sufich
KSIĄŻKA -  Książka służy do czerpania z niej wiedzy….ale można jej też użyć jako poduszki.   (Dżalaluddin Rumi)
Po powrocie do domu, Edgar tak zrobił. Książkę poleconą do nauki przez pastora podłożył pod poduszkę, położył się i usnął. Ojciec to zobaczył, obudził wieczorem syna  i chciał go zbić, za to, że się znowu nie uczy. Edgar podał ojcu książkę i poprosił, żeby ten zadał mu jakieś pytanie z książki. Ojciec zapytał o coś – padła prawidłowa odpowiedź. Tak samo na następne pytanie z innego miejsca książki. I wtedy Edgar powiedział o swoim spotkaniu z aniołem i dodał: - „A teraz, ojcze nie zadawaj mi pytania, tylko otwórz książkę na dowolnej stronie. I podaj tylko numer strony”. Oniemniały ojciec tak zrobił. Otworzył losowo książkę i podał numer strony….Edgar zaczął mówić, a ojciec zobaczył, że jego syn czyta z książki, której nie widzi, bo siedzi daleko na krześle, i czyta słowo w słowo nie opuszczając żadnego wyrazu, aż do końca strony. Po tym niesamowitym zdarzeniu, ojciec Edgara już go nigdy więcej nie uderzył……
 W wieku 20 lat Edgar nagle utracił głos. Lekarze bezskutecznie starali się mu pomóc, aż wreszcie jego przyjaciel, początkujący lekarz Al Layne wprowadził Cayce'a w seans hipnotyczny. Cayce podczas hipnozy sam znalazł receptę na swoje dolegliwości i odzyskał całkowicie mowę. Po namowach doktora Weseleye'a H. Ketchupowa, Edgar zaczął regularnie poddawać się głębokiej hipnozie, w którą wprowadzał się sam, i w czasie której opisywał bezbłędnie stan pacjenta, stawiał diagnozę i podawał, jak można pomóc danemu pacjentowi. Te seanse były „nieziemskie”. Cayce’emu podawano nazwisko i adres pacjenta, i Edgar zaczynał mówić bardzo nieswoim głosem, często w obcych językach: - „Tak, widzimy to ciało”…..
           Po czym żeglował wewnątrz ciała pacjenta, jakby zamienił się w maleńką boską sondę. Lokalizował chore części organizmu, i co najważniejsze traktował człowieka jako całość, czego nie nauczyła się jeszcze współczesna medycyna. Ciało i umysł (dusza) jako jedność. Podawał też niejednokrotnie przyczyny zachorowania. Od tej metody zaczął być nazywany Śpiącym Prorokiem. Pacjenci byli dla niego anonimowi, podawano mu, tak, jak napisałem, jedynie nazwisko i aktualne miejsce przebywania danej osoby. Wkrótce zaczął wydawać tzw.  live-readings, w których były opisane fachowym językiem różne dolegliwości i sposoby, jak sobie z tymi chorobami poradzić. Pisałem, że tych diagnoz było 12 tysięcy, bo wikipedia podaje też łączną liczbę readings - około 30 tys.
Czytałem readingi Edgara dotyczące rekomendacji giełdowych, jakie papiery kupować i kiedy kupować. A potem podał kiedy sprzedawać wszystko ( tuż przed szczytem w 1929 roku).
Napisano, że Edgar Cayce nie był wykształconym człowiekiem. Taka informacja, czy ktoś jest utytułowany, obwieszony medalami jest bardzo istotna dla ludzi nierozumiejących. Rozumiejący wie, że zasłanianie się fakultetami, wymienianie swoich osiągnięć, to czyste ego. Spotkałem na mojej drodze wielu wielkich ludzi: Ojca Czesława Klimuszko – to skromny człowiek-Nikt. Spotkałem pastucha bosego nad Bugo-Narwią, pisałem o nim, jak mi zadał pytanie: - „Panie, pan te ryby łowi z głodu, czy z głupoty”?
I coś się stało we mnie, coś mnie walnęło w środku tak, że nie jestem wędkarzem od trzydziestu lat. Ten pastuch to był także człowiek-Nikt. Ci dwaj to byli mistrzowie. W następnych latach wiedziałem już, jak szukać mistrza. Każdy na naszej drodze jest nauczycielem, a od czasu do czasu spotykamy mistrza. Mistrz mówi językiem prostym, od serca mówi. Nie wypowiadaj się o czymś, o czym nie masz pojęcia, nie oceniaj, nie przyklejaj etykiet. Nie przyklejaj pochopnie, a najlepiej w ogóle nie przyklejaj. Tylko obserwuj….
Przecież Cayce wchodził do Kroniki Akaszy, to był channeling, więc tu wiedza osobista, czy wykształcenie nie ma nic do rzeczy, nie liczy się. Analizowano wypowiedzi Edgara z tych readingów, to było słownictwo sław lekarskich z najwyższej półki, słownictwo specjalistyczne podawane z innego wymiaru. Lecz często były to słowa proste, tak, jak i lekarstwa były najprostsze na świecie.
Bo słownictwem wyszukanym, wielką wyuczoną wiedzą, to może zaimponować tylko larwa larwie. Leczenie ma być skuteczne i proste. No tak, tylko takie zasady mają się nijak wobec nauk wielu „specjalistów” w tym również lekarzy, którzy wyznają zasadę, że „kasa jest z leczenia, a nie z wyleczenia”.                        Tu zacytuję Wisławę Szymborską : - „ By oszczędzić krowie mleka – dój bliskiego ci człowieka”.
Dziwiono się wielokrotnie, jak taki najprostszy lek, stosowany w tak prosty sposób, może uleczyć. A przecież nasza wiedza o życiu jest znikoma, jesteśmy dopiero na początku drogi.

Kariera jasnowidza

Edgar Cayce był także wizjonerem. Wiele zagadnień, które poruszył, do dziś jest wyzwaniem dla „naukowców. Przepowiadał takie wydarzenia, jak topnienie lodowców, zmiany klimatyczne, trzęsienia ziemi, przechylenie się osi kuli ziemskiej i przesunięcie się biegunów, jak również wydarzenia polityczne - dotyczące np. Rosji w latach 1958–98 albo zburzenia Nowego Jorku. Większość przepowiedni była fantastycznie jasna, tak samo, jak wizji dotyczących przeszłości. Od wzmianki o reinkarnacji wziął się szereg szczegółowych opowiadań Cayce'a o dawnych cywilizacjach, takich jak Og, Lemuria, Atlantyda czy antyczny Egipt. Sięgał wstecz na pięćdziesiąt tysięcy lat. Wspominał m.in. o wielkich migracjach ludzi w rejony Pirenejów ( miał na myśli dzisiejszych Basków, mieszkających między Francją a Hiszpanią i znacznie odróżniających się kulturowo i językowo od swoich sąsiadów, a także ludy posługujące się językami ugro- fińskimi), mówił dużo o imperium Majów i Inków i ludach tworzących cywilizację egipską. Wiele wizji, o których mówił podczas swoich seansów hipnotycznych, została potwierdzona przez współczesnych naukowców, jak np. to, że Nil miał płynąć w kierunku zachodnim i wpadać do Atlantyku. W 1987 po zrobieniu zdjęć za pomocą promu kosmicznego stwierdzono, że koryto Nilu przebiegało w poprzek kontynentu afrykańskiego.
Edgar Cayce
był fenomenem o wyjątkowych zdolnościach. Wprowadzając się w szczególnego rodzaju trans, mógł odczytywać historię człowieka i dziejów ludzkości z Kroniki Akaszy, pola morfogenetycznego, w którym zawarta jest cała wiedza przeszła i przyszła. Podkreślał jednak co pewien czas konieczność prawidłowego - pozytywnego nastawienia do świata. I jak decydujące znaczenie ma Tu i Teraz.
Te nadzwyczajne zdolności Caycego zostały szczegółowo sprawdzone w ciągu 20 lat diagnozowania i leczenia osób oddalonych nawet o kilka tysięcy kilometrów przez robienie  (readings). Jako pierwszy leczył całego człowieka tj. ciało, umysł i ducha, a nie tylko samo ciało, przez co został nazwany Ojcem medycyny holistycznej. W oparciu o treść tych readingów opracowano wiele znakomitych leków.
Holistyczne podejście do człowieka

„W lepszym świecie każdy człowiek, który zajmuje się leczeniem ciała, będzie medytował – przebywał w swoim wnętrzu. Kiedy cierpi ciało, to na pewno coś się za tym kryje, bo wszystko jest ze sobą splecione. Nikt więc nie powinien być leczony jedynie przez wpływ na ciało, trzeba zająć się całością. Ale by móc zajrzeć do „całości” pacjenta, musisz najpierw umieć zajrzeć do własnej.
       Każdy lekarz powinien uprawiać medytację, inaczej nie będzie prawdziwym lekarzem. Może mieć stopnie naukowe, może mieć prawo wykonywania zawodu, ale dla mnie (Edgara Cayce) - będzie szarlatanem, bo nie zna całości człowieka, więc leczy symptomy.
         U kogoś występują pewne objawy – migrena lub ból głowy – które można usunąć, ale lekarz nie zagląda głębiej, aby dowiedzieć się, dlaczego ta osoba ma w ogóle migrenę. Może ma zbyt wiele problemów, zamartwia się, ma depresję. Może skurczyła się w sobie tak mocno, że to aż boli. Może za dużo myśli i nie pozwala swojemu umysłowi odpocząć.
       Doktor leczy więc symptomy, nakazuje im zniknąć za pomocą trucizn i medykamentów. Ale ból pojawia się w innym miejscu, bo jego źródło nie zostało nawet dotknięte…..
      Powinno się leczyć osobę, a nie symptomy. Osoba to integralna całość. Czasem zdarza się, że choroba objawia się w stopie, a jej przyczyna znajduje się w głowie. Bo człowiek jest całością……absolutnie połączoną. I nie tylko poszczególne części ciała są połączone, ale samo ciało połączone jest z umysłem, a dalej umysł i ciało – psyche i soma – połączone są z transcedentalną duszą”.
     
      Szczęśliwym zbiegiem okoliczności po dwudziestu latach bezbłędnego leczenia odkryto możliwość robienia readingów o życiu i dzięki temu dowiedzieliśmy się dużo o pochodzeniu człowieka i dawnych cywilizacjach. ( Wojny sprzed 52 tysięcy lat na Lemurii i Atlantydzie…..Poderwały się samoloty z pociskami nuklearnymi, w każdym leci trzystu żołnierzy. W samolotach cisza, żołnierze pożegnali się już z rodzinami…..)
Zasługi Edgara Caycego są nieocenione. Różne dziedziny nauki, a w szczególności medycyny, historii dziejów ludzkości, historii Ziemi czerpią z jego readingów, jak z najczystszego źródła wiedzy. Bo tym źródłem jest w końcu Pole Akaszy.
 Jednak najprostszym sposobem oceny jakości życia jest stwierdzenie, w jakim człowiek jest nastroju. Czyli jeszcze lepsze od badania własnego życia jest zbadanie jakości własnych powiązań z innymi ludźmi. Cayce nieustannie podkreślał wagę "owoców ducha" wpływających na poprawę jakości życia. Cierpliwość, dobroć, chęć niesienia pomocy, wyrozumiałość nie były zdaniem Cayce'a oznakami słabego kobiecego charakteru. Cechują one kogoś, kto odnalazł siebie oraz swego Stwórcę i nie przerzuca własnych obaw na innych ludzi.
Rozwój duchowy.
jeszcze raz o duszy i jej rozwoju

Według przeglądów Cayce'a nikt nie może, ani nie powinien, przewidywać kolei swojego życia. W życiu jest zbyt wiele niewiadomych, aby mogła je objąć świadomość. Są nimi pobudki, uzdolnienia i problemy pochodzące z poprzednich wcieleń, są prądy społecznych, politycznych i religijnych przemian, wymagające od człowieka nieprzewidywalnych reakcji. Niewiadomymi są dusze, które w wyniku dokonania pewnych wyborów mogą przyjść na świat jako czyjeś dzieci lub wnuki (dusze, czyli my sami, wybierają same czas i miejsce, w którym przybiorą ziemskie ciało). Niewiadomą jest także iskra boża zamknięta w każdym obcym człowieku, którą należy odnaleźć i rozniecić w niej płomień. Istnieją też duchy gromadzące się wokół sumiennie pracujących ludzi dobrej woli. Niektóre z nich chcą się uczyć, inne pragną udzielać pomocy.

Cayce twierdził, że dusze nie są oceniane według niezmienionych standardów. Ocenia się ich wierność własnym ideałom. Ocenie poddane zostają nie tyle ich upadki, co raczej wola powstania i podjęcia kolejnej próby.

Edgar mawiał często, że lepiej jeśli człowiek próbuje zmieniać swoje życie, nawet jeśli robi to źle i nieudolnie, niż gdyby miał nic nie robić, i po prostu unosić się z prądem. Gdy ktoś zmienia swoje życie, nawet jeśli jego wizja jest błędna, wykorzystane zostają pomocne siły pochodzące z jego wnętrza i z zewnątrz, prowadzące do rozwoju człowieka.

Nie trzeba przewidywać, wymyślać swojego życia. Wystarczy tylko wykorzystać to, co znajduje się w zasięgu ręki, a reszta ułoży się sama. Istnieją bowiem dwie pomocne siły kierujące rozwojem i życiem człowieka.

Jedną z tych sił jest własna, pierwotna iskra twórczej energii danego człowieka, istniejąca w nim od momentu stworzenia, zawierająca potencjał miłości i mocy twórczej równie wielkiej jak u samego Stwórcy. Druga siła znajduje się poza granicami wszechświata, jest duchem pomocy, nieskończonej twórczości, dobroci i mądrości. Jej wzorem dla Cayce'a był Chrystus, ponieważ jego dusza w pełni objawiła te cechy. Owa druga siła, jeśli jej się na to pozwoli, będzie szukała podobnej mocy wewnątrz człowieka i spotęguje w nim wszystko co dobre i najlepsze.
Żyjąc w zgodzie z Nienazwanym (Bogiem), przywołujemy wielką moc, która powoduje, iż objawia się boskość zawarta w naszym wnętrzu. Dzieje się tak po to, by ludzie, nasi bracia, dowiedzieli się, iż Bóg istnieje, i że nagradza tych, którzy Go pilnie szukają. Żadne zasługi nie pomogą człowiekowi zyskać pomocy Boga. Nie jest ona nabytym darem ani czymś, co zastępuje miejsce osobowości człowieka. Jest naturalnym wynikiem miłości, jaką Ojciec żywi do swoich tworów, do cząstki siebie samego, zawartej w ich duszach, do tej cząstki człowieka, która kiedyś połączy się znowu z Bogiem.

Każdy tworzy swój wizerunek Boga, nadaje Mu imię lub nie. Może nie znać źródła Jedynej Siły, lecz mimo to stara się nadać kształt temu, co jest Najwyższą Mocą wszechświata. Nikt natomiast nie może oceniać ani potępiać wyników starań swoich bliźnich.

Każdy człowiek powinien walczyć ze swoim złem, z pokusami, które mogą przynieść szkodę jemu i innym ludziom. Cayce twierdził, że nietrudno je znaleźć. Trzy rzeczy nie pozwalają człowiekowi w ziemskim życiu wyobrazić sobie duchowych fenomenów zachodzących w fizycznym świecie. Są to duma, słabość ciała i żądza władzy. Wszystkie one wzbudzają w ludziach strach i wątpliwości sprawiając, że tracą właściwą perspektywę.

Strach i egoizm są tym, co człowiek nazywa piekłem, gdyż to one pierwsze oddzielają ludzi od Boga.

Zdaniem Cayce'a jedną z odpowiedzi na zew namiętności jest radość i zabawa. Człowiek powinien poświęcać więcej czasu relaksowi ……
( Zbyszek - wybrać się na koncert Maleńczuka, wyruszyć w podróż do Domu na Górze, albo w Bieszczady z plecakiem na przykład, porozmawiać z przyjaciółmi, poczytać, pograć w piłkę, pooglądać komiksy, pojeździć na rowerze, potrzymać coś miłego w dłoni - jednym słowem zająć się tym, o czym wie z doświadczenia, że najlepiej mu robi).

Ludzie nie muszą jednak wybierać między ascezą a luksusem. Edgar uważał bowiem, że w bogactwie i w wysokiej pozycji społecznej nie ma niczego złego, o ile nie są one ostatecznym celem życia.
Cayce twierdził także, że dobrze jest zwracać uwagę na sny i na nastrój po przebudzeniu. Według niego uczynki danego człowieka z poprzedniego dnia czy też z bieżącego okresu są co noc porównywane we śnie z jego najgłębszymi ideałami. Tak więc ktoś, kto budzi się niespokojny i w złym humorze, powinien przyjrzeć się swojemu życiu na równi ze snami. Ktoś, kto budzi się spokojny i pogodny, może być pewien, że przypomni sobie sny, nie będą one sygnalizowały jakiegoś poważnego, wewnętrznego konfliktu.
Edgar uważał, że niebezpieczne jest nie przypominanie sobie snów i niewykorzystywanie ich treści. Zaniechanie tych działań może bowiem sprawić, że psychika da o sobie znać poprzez kryzys, chorobę, rozpad małżeństwa, utratę pracy, depresję, alienację. Nie można bowiem oczekiwać, że przez całe życie będziemy po prostu unosić się z prądem. Jeśli ludzie nie rozszyfrują za pomocą snów zagadki własnej tożsamości i kierunku, w którym zmierza ich życie, ich dusze mogą postawić ich w obliczu kryzysowej sytuacji wymagającej, by doszli ze sobą do ładu.
I to już koniec. Mam nadzieję, że przeczytana "esencja" z porad Edgara, zachęci Was do zwrócenia uwagi na sny i pomoże w ich zrozumieniu. Niektórzy ludzie twierdzą, że nie miewają snów albo, że odwiedzają ich one sporadycznie. Myślę, że najprostszym sposobem jest chęć i pragnienie aby przypomnieć je sobie. W tym momencie ktoś może powiedzieć - no przecież ja cały czas chcę i dalej nie pamiętam moich snów. Moją radą na to jest jak ja to nazywam "efekt rozrusznika". Trzeba świadomie przezwyciężyć własny opór i postawić pierwsze kroki w jakiejś dziedzinie życia, a wtedy wydarzenia potoczą się lawinowo. Bo czasami mimo, że wydaje nam się, że czegoś pragniemy, to są to tylko malutkie chęci, które nie przyniosą żadnych efektów póki podświadomość nie odbierze sygnałów, że naprawdę tego chcemy.

Tak więc, jak powiedział Edgar - Działaj! A będą efekty.    (Lambar i Zbyszek)

sobota, 27 kwietnia 2013

Miłość w oczach dzieci



Miłość jest wtedy, gdy cały czas się całujecie. A gdy już się znudzicie całowaniem wciąż chcecie być razem i więcej rozmawiacie.
Moja mama i tatuś tacy są. Wyglądają paskudnie gdy się całują.
Emily 8 lat

Bóg chrześcijan?

Nowy komentarz do posta "Bóg chrześcijan to super gość jest" dodany przez 0silbermann0 :

Po pierwsze nie bóg Chrześcijan tylko Żydów. Bo to, jeśli dobrze pamiętam JHWH kazał trąbić, a nie Chrystus. A tego (jeśli tylko wziąć pod uwage historię wielkiego potopu, Hioba czy żony Lota) trudno posądzać o miłosierdzie i pobłażanie tym, ktorzy mu mili są, jak i tym, którzy nie stosują się do jego przykazań.

Po drugie: opowiadał mi człowiek, którego traktowałem jak dziadka (prawdziwych zostałem szybko pozbawiony), że kiedy wracał do Polski z gen. Maczkiem piechota szła krokiem marszowym właściwie cały czas. Jedynie przy wchodzeniu na mosty padał rozkaz żeby się rozproszyć i iść bez składu i ładu. A to dlatego, że krok marszowy potrafił wprawić most w takie wibracje, że przy słabszych konstrukcjach groziło zawaleniem podczas przeprawy (SIC! nie wtedy, kiedy jechały czołgi czy tabor ciężarówek). Ten rozkaz był bardzo pilnie przestrzegany.

Dodatkowo sam, będąc jeszcze dzieckiem, w szkole muzycznej do której uczęszczałem, byłem świadkiem jak od głosu pewnej śpiewaczki szyba pękła. Inna sprawa, ze jest częstotliwość drgań głośnika, prawie niesłyszalna dla ludzkiego ucha, którą można spowodować zatrzymanie akcji ludzkiego serca.

Może izraelici mieli tylko buty i trąby. A może w dodatkowym sprzężeniu pomogła im Arka Przymierza? Swoją drogą ciekawe, że władze Izraela zabroniły jakichkolwiek wykopalisk w miejscu gdzie wiadomo, że została ukryta.

Po kolejne, już tylko historia koscioła chrześcijańskiego pokazuje, co kapłani sa w stanie zrobić z Bogiem z jednej, a z ludźmi z drugiej strony. A wszystko to dla swej własnej wygody i chorych z ambicji i rządzy władzy celów.

piątek, 26 kwietnia 2013

Przed Bogiem bez siusiaka

Pod koniec osiemnastego wieku istniała sekta religijna o nazwie Skopcy. Jej członkowie byli przekonani, że pierwsi ludzie, Adam i Ewa, nie mieli płci. Dopiero, kiedy się dopuścili grzechu pierworodnego, zostali wyposażeni w siusiaka i pochwę. Narządy płciowe traktowali jak zakazany owoc i karę, jaka spadła na człowieka. Żeby zachować pierwotną czystość Ewy i Adama, Skopcy obcinali sobie nożem genitalia.

(PS. – Czytałem o tym . Działo się to w Rosji. Tak robili ciemni, nieszczęśliwi ludzie podpuszczani przez pokręconych kleryków)
A zdjęcia nieostre bo z telefonu. Może się niedługo poprawię zdjęciami o lepszej rozdzielczości, ktoś znajdzie dla mnie chwilę. Poprosiłem Anioła o pomoc: - " Aniele, niedużo czasu już masz, zaraz znikam w Bieszczadach, co z tymi zdjęciami?" Zobaczymy , co  Anioł na to. Jedno jest pewne: - Anioł jest w komitywie z Bogiem, on wie lepiej, czy dla mnie lepsza jest podróż na wielbłądzie, czy na piechotę..... 



 

Bóg chrześcijan to super gość jest



Rachab, czyli samotność prawdziwa i udawana

Księga Jozuego zdaje sprawę ze znanej afery szpiegowsko-muzyczno-obyczajowo-rzeźniczej, jaka odbyła się w mieście Jerycho.
      Jozue otrzymał mianowicie zapewnienie od Boga, że zdobędzie miasto Jerycho – a także inne ziemie. Jednakże nie wiadomo, dlaczego nie poprzestał na tej obietnicy- choć mógł się położyć spać, mając już pewność zwycięstwa – ale nim przystąpił do oblężenia, posłał na wszelki wypadek dwóch agentów wywiadu, zaopatrzonych suto jak zawsze w tej sytuacji w tamtejszą walutę.
     Byli to młodzi chłopcy, całkiem bystrzy, ale nieco lekkomyślni. Ledwo weszli do miasta, postanowili zakosztować różnych uciech cywilizacji, których długo nie zaznali w służbie wojskowej. Mając w kieszeni niemało gotówki, puścili się przeto wieczorem po ulicach w poszukiwaniu domów z czerwoną latarnią, a było kilka takich w owym mieście, sławnym z wysokiego poziomu kulturalnego.
Rychło znaleźli żądany obiekt i wiedzeni natchnieniem nieziemskim, trafili do pewnej pani imieniem Rachab.   Była to osoba marnej konduity, bo właśnie zarabiała na życie sprzedażą swoich uroków fizycznych. Niestety uroki te gasły stopniowo i tęga Rachab była już osobą postarzałą, pracowała na niskiej taryfie dla uboższej klienteli i zarabiała coraz skromniej. Jednak obaj chłopcy po trudach obozowych nie przebierali tak bardzo i więdnąca hetera przypadła im do gustu. Atoli gdy podpili sobie troszeczkę, zachciało im się popisywać i rychło zdradzili przed nią swoje szpiegowskie zadania.. Kiedy się zreflektowali, było już za późno. 
          Rachab miała ich w ręku.
          Błagali ją o litość, ale osoby tego zawodu same za rzadko doznają litości, aby miały ją do rozdawania bliźnim. Rachab myślała szybko: -„Jest prawie pewne, że miasto zostanie zdobyte przez wroga, bo wiem o tym, że mają Boga za sprzymierzeńca.
Oto przesłanka.
A teraz alternatywa: - albo wydam szpiegów policji, a wtedy zasłużę się u księcia i okażę wierność miastu, ale za to zgotuję sobie zgubę po wkroczeniu nieprzyjaciela, albo…ukryję ich u siebie, a wtedy zażądam opieki od okupantów, ale do czasu ich przyjścia narażam życie. Co prawda, chowając wroga zdradzam miasto i księcia, ale naprawdę mogę sobie darować te skrupuły. Nie jestem wiele dłużna rodzinnemu miastu, które zawsze pluło mi w twarz i które, nawet gdyby ocalało, każe mi umrzeć z głodu za parę lat. I tak jestem tu zupełnie samotna jak w pustym mieście. Zostawiając tedy na boku urojenia moralistów, mam do wyboru: narazić się na śmierć pewną po zdobyciu miasta. Nie tak łatwy wybór, bo śmierć pewna ma tę przewagę, że się odwlecze, a na śmierć wątpliwą narażam się już w tej chwili. Między niepewnym złem teraźniejszym a pewnym  złem przyszłym nie można rozstrzygać racjonalnie. Wybieram na ślepo: - ocalę szpiegów. Parę tygodni strachu, ale potem – co za życie! Futra, klejnoty, chałwa na co dzień, jazdy do opery – a może któryś z ich wodzów ożeni się ze mną? Jeszcze jestem dobra dla tych dzikusów".
      Po tych deliberacjach Rachab zawarła ze szpiegami umowę: - ukryje ich, a potem ułatwi ucieczkę w zamian za ocalenie jej i jej rodziny po zdobyciu miasta przez wojska Jozuego. Ustalono znaki rozpoznawcze i tak się zakończyła szpiegowsko- obyczajowa część historii.
     Potem zaczęła się część muzyczna.
Plan oblężenia miasta przygotował dokładnie Bóg, a Jozue skrupulatnie wykonał instrukcje. Zamiast, jak doradzał zdrowy rozsądek, posłużyć się machinami oblężniczymi i działami, zorganizował on orkiestrę dętą, złożoną z samych kapłanów, kazał jej obchodzić mury miejskie i grać marsze wojskowe.
Z tyłu niesiono Arkę Przymierza, a z przodu maszerowały oddziały wojskowe. Kapłani dęli w trąby codziennie przez siedem dni, słaniali się z wyczerpania, a większość dostała rozedmy płuc. I zapalenia krtani – bo kapłani też ludzie.
     Wojska oblegające szemrały sądząc, że wódz każe im się wygłupiać. Jerychończycy na murach śmiali się z wrogów myśląc, że powariowali. Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Siódmego dnia orkiestra zadęła z całej siły, aż oczy wyszły na wierzch kapłanom, a jednocześnie cała armia na rozkaz wrzasnęła tak głośno, że mury miasta cudownym sposobem runęły na ziemię i rozsypały się w proch.
    Teraz zaczęła się rzeźnicza część historii: -wojacy na rozkaz Boga wdarli się do miasta i wyrżnęli tam – jak opowiada Pismo – „mężczyzn, kobiety, dzieci i starców, woły, owce i osły” Znalezione skarby zabrali sobie kapłani, a całe miasto spalono, z wyjątkiem jednego domu. Był to dom Rachab. Armia dotrzymała słowa, ocaliła mieszkanie ladacznicy, meble i rodzinę. Paru oficerów targnęło się na jej cnotę, ale Rachab skargami w dowództwie wymogła od nich zapłatę.
     Potem całe wojsko odeszło, a Rachab rzuciła się z płaczem na ziemię. Została w bezludnym mieście, w jedynym ocalonym domu, pośród gruzów, trupów, kurzu i zapachu spalenizny, sama, bez przyjaciół, opieki, klientów.
Nie było futer, nie było klejnotów, ani chałwy, ani opery, ani męża – wodza. Nie było nic, tylko jałowe, samotne życie na pustkowiu. I to był koniec.
      Jedno w tej historii jest zastanawiające. Fizycznie jest rzeczą niemożliwą, aby miejski obronny mur upadł od krzyku i siedmiu trąbek, a więc pewne jest, że było to zdarzenie cudowne. Ale skoro Bóg i tak musiał uczynić cud, to po co właściwie kazał całej armii męczyć się i błaźnić przez cały tydzień, a kapłanom nie tylko zniszczyć zdrowie, ale i stracić autorytet wśród ludu – bo któż będzie szanował kapłanów z dętej orkiestry? Po co? – pytam i znajduję dwa możliwe wyjaśnienia:
        - albo Bóg tak niesłychanie lubuje się w marszach wojskowych, że chciał się ich nasłuchać do woli,
        - albo był to po prostu acte gratuit, czysty żart surrealistyczny, którym chciał zakpić z podwładnych.
W tym drugim wypadku wykazałby spore poczucie humoru, ale znając jego charakter sądzę, że chodzi o to pierwsze.
Niestety….. takie upodobania przy takich możliwościach wpływu! I rzeczywiście – robił potem wszystko, żeby móc wysłuchiwać jak najwięcej marszów wojskowych, do tej chwili się nie znudził.
        A oto niektóre morały wynikające z tej historii:
Morał pierwszy: -sytuacja Rachab – żeby ocalić głowę wśród wielkiego starcia, nie wystarcza zajmować się prostytucją w sensie fizycznym.

Morał drugi: - sytuacja szpiegów – palec Opatrzności może prowadzić człowieka w różne dziwne miejsca, ale jest w tym zawsze jakiś ukryty cel, ważny dla dobra ludzkości.

Morał trzeci: - sytuacja Rachab – nie udawajmy pochopnie, że jesteśmy „Samotni wśród tłumu ludzi”. Kiedy będziemy samotni naprawdę, zrozumiemy tę różnicę.

Morał czwarty: - sytuacja powszechna – trąbmy, trąbmy, a może jakiś cud się stanie.

Samopoznanie jest proste



Jest tylko Jedność.
Ty nie możesz tego ogarnąć, w żaden sposób, nijak, nigdy. To natomiast może ciebie objąć. Wtedy, kiedy poprzez czystą, nagą, niewartościującą obserwację poznasz, czym są twoje pragnienia i sprzeciwy, to znaczy pragnienia i pragnienia, gdyż sprzeciw jest oczywiście też pragnieniem, kiedy zaobserwujesz spokojnie, jak powstają, dlaczego, po co i jak w ogóle funkcjonuje ten cały mechanizm, wtedy i tylko wtedy będziesz mógł zostać ogarnięty, przygarnięty przez prawdziwy wymiar wszystkiego. Kiedy poznasz się. Nikt tego nigdy za ciebie nie zrobi, bo to jest samopoznanie, więc możesz to zrobić tylko sam. Możesz to zrobić tylko sam, więc możesz to zrobić, gdyż w innym razie, nie mówiłoby się tu o tym. Nie siałoby się tego.
To samopoznanie nie jest poznawaniem przez gromadzenie wiedzy o sobie, przez zapamiętywanie, że to i to, i tamto, i jeszcze tamto. Całkowicie wręcz inaczej. Im więcej gromadzisz, im strojniej stroisz się, tym mniej miejsca na nieporównywalną prostotę i nagość. Milion informacji o sobie nigdy nie doprowadzi do poznania siebie. Milion informacji sfabrykuje miliard informacji, a prawdziwego poznania siebie dalej ani cienia. Tak jest z każdym gromadzeniem, czy to wulgarnym czy tak zwanym subtelnym. Pęczniejący worek pieniędzy nigdy nie zamieni się w szczęście właściciela tego worka. Wszystkie wiersze o miłości nigdy nie zamienią się w miłość. Wszystkie zasoby broni, wszystkie arsenały nigdy nie zamienią się w pokój planety.
To samopoznanie jest poznawaniem nie przez akumulację, lecz przez ewakuację, nie przez afirmację, lecz przez negację, która następuje samorzutnie za każdym razem, kiedy jakiś szczegół swojego postępowania zaobserwujesz bez oceniania tego. To jest autonegacja. Ta autonegacja, raz szczęśliwie podjęta, jest szczęśliwie całkowita. Wszystko na śmietnisko! Imię i nazwisko, i przezwisko, i wszystko, co odrażająco, samolubnie z tym związane. Na śmietnisko! I z jaką radością! Ta radość jest radością samopoznawania się. Żadna znana ci radość nie może nawet porównać się z nią. Co zaś do radości życia, to wywodzi się ona ze świata cudów, ze świata faktów, co pojawia się, kiedy się już siebie poznało.
Do tej obserwacji siebie (przez którą samopoznanie, poprzez które rozumienie) potrzebna jest tylko uwaga, nie potrzeba żadnych specjalnych warunków ani laboratoryjno-komfortowych, ani podle-terenowych, ani malowniczych, ani egzotycznych, ani szwajcarskich, ani meksykańskich. Każde są dobre. Obserwować siebie można wszędzie. I nie są niezbędne wielkie, wstrząsające przeżycia. Każde najbanalniejsze zdarzenie uważnie i do końca obserwowane: co? jak? dlaczego? - może stać się decydujące, fundamentalne, przełomowe.
Mówisz, że to za trudne. Otóż to nie jest trudne. To jest łatwe. To jest proste. Niewiarygodnie proste. Ale tyś jest swoim Ja i dla ciebie, dla twojego intelektu - ćwiczonego przez stulecia i tysiąclecia w rachowaniu, wyrachowaniu, wszelakich skomplikowanych kombinacjach, machinacjach, sztuczkach, kruczkach i temu podobne - to jest „nazbyt" łatwe, to jest „nazbyt" proste. Twój umysł i twoje serce nie mogą tego pojąć dlatego, że brak im właśnie tej prostoty, tej naturalności, tej naiwności, tej niewinności. Umysł obserwowany uważnie przez samego siebie, przez stan - samoobserwującego - się - umysłu może połknąć swój gadatliwy język i uciszyć się, może siebie poznać i wtedy, i tylko wtedy może zaistnieć i pokazać ci się to nieporównane, to niezrównane, to niepochwytne, to nie lada jakie, to nie lada co, to nienaganne, to nieposzlakowane, to niezakłócone, to niezatarte, to niepomazane, to nic - ponadto. Wielki żywy obraz.
Pochylić się nad sobą, pochylić się w sobie i uważnie wsłuchać się w siebie, uciszyć rozum umysłu z hałasu myśli, ostudzić serce umysłu z fałszywego zapału uczuć, wydobyć się, wypaść z zakrzepłej, zatęchłej, zapadłej, przepadłej koleiny schematu i biegiem na przestrzał przez bezpańskie pola, przez bezdroża, wertepy, manowce; dać się objąć, dać się ogarnąć przez życiodajną atmosferę obserwacji - to jest trudne. Tylko to jest trudne. Wszystko inne jest proste. Nie do wiary proste. Nie do wyobrażenia proste. Nie do wyśnienia proste.

Potrzeba



Potrzeba nie może być nigdy do końca zaspokojona, bo „zaspokojona" potrzeba wywleka z siebie kolejne potrzeby niezaspokojone. To jest reakcja łańcuchowa. To jest łańcuch. Coraz dłuższy i coraz pokrętniejszy, i który nie może nigdy się od-łańcuszyć.
Kto potrzebuje, zawsze będzie potrzebować. Na samym końcu będzie jeszcze potrzebować lekarza, żeby ten przedłużył jego agonię, a kiedy bezsilny cofnie się lekarz, będzie potrzebować, żeby przystąpił doń ksiądz, a kiedy cofnie się ksiądz, będzie potrzebować stolarza, a kiedy cofnie się stolarz, będzie potrzebować grabarza, a kiedy cofnie się grabarz, będzie potrzebować kamieniarza, a kiedy cofnie się kamieniarz, będzie potrzebować łez i żalu potomnych, i oby jak najdłuższego trwania w ich pamięci. A poza tym wszystkim i ponad tym wszystkim będzie potrzebować Boga, żeby go Bóg kiedyś tam, w końcu końców, wskrzesił. Wskrzesił pod tą samą postacią, nieco może zmodyfikowaną, ulepszoną, ale jednak tą samą.
Oto jak myśli, bo nie może inaczej, ten kto potrzebuje. Czyli ty. Bo tyś jest swoim Ja i to ty potrzebujesz. I tylko takiego Boga możesz sobie wyobrazić i tylko takiego uznajesz i adorujesz, który cię wskrzesi pod tą samą postacią. Potrzebujące Ja nie potrzebuje Boga-wskrzesiciela nie Ja. Ja potrzebuje wskrzeszenia Ja. Tylko takiego Boga potrzebuje i tylko po to, tylko w tym celu, tylko w tym interesie z nim handluje: „Ja w ciebie, Boże, wierzę z całych sił; ja do ciebie najżarliwiej modlę się; ja cię miłuję nad własne życie (a ty za to, kiedy umrę, moje życie kiedyś wskrzesisz; będę taki sam, ale inny, ale taki sam, ale dobry piękny czysty i będę żyć cały czas, cały czas, bez trosk, kłopotów, zmartwień cierpień i z dala od tego strasznego padołu)". Oto jak myśli Ja, bo nie może inaczej. Ale ten Bóg, w którego wierzy Ja, jest tylko przedłużeniem Ja, jego autoprojekcją, w którą Ja wierzy, że jest czymś innym niż Ja. Bóg Ja to jest dalej Ja, to jest Ja idealne, Ja doskonałe, Ja boskie. Ale Ja to konflikt, to nieszczęście, to chaos, to wojna i Ja zdaje sobie niekiedy z tego sprawę i dlatego wymyśla przeciwieństwa w postaci przymiotników: idealny, doskonały, boski. Wystarczy podstawić pod Ja to, czym Ja jest (i z czego sobie niekiedy jednostronnie, częściowo, płytko zdaje sprawę), a więc: konflikt, nieszczęście, chaos, żeby zobaczyć, jak to tragicznie absurdalnie wygląda: konflikt idealny, nieszczęście doskonałe, chaos boski.
Ale Ja tego nie widzi. Nie widzi, że dwa to jeden. Nie widzi, że Ja i nieJa, czyli on i jego Bóg - to jest to samo: mentalność przebierająca się w werbalność i przebierająca się w moralność, i przebierająca się, oczywiście, w niemorałność.

Schować osobiste



Właśnie. Nie każdy jest mlecznym bratem. Nie przed każdym można rozpostrzeć to, co się ma na dnie worka. Zacząłem o tym i znowu mnie napada gorycz, wstyd, żal, wściekłość i nie wiadomo co, że parę razy tak mi się zdarzyło, trzy, cztery razy, poskarżyłem się, podzieliłem się cierpieniami moimi i myślami czarnymi nie z mlecznymi braćmi. Zmylili mnie. Wszystko wyglądało i byłem pe­wien, bo inaczej bym nawet nie mruknął, że mam przed sobą ich: mlecznych braci. Ale zmylili mnie. Łagodnością udawaną, myślą­cym, smutnym wyrazem. Powagą. Cztery razy mi się to zdarzyło, jak się przekonałem. A ile razy, co się nie przekonałem. Na świe­cie to się musiało zdarzyć tysiące tysięcy razy. Nauka z tego jest chy­ba jedna: nie otwierać nikomu podwoi. Być dobrym trzeba zawsze, dzielić się wszystkim, miłość nieść, pomoc i słodycz, ale myśli najstraszniejsze i przejścia przebyte najgorsze zachować dla siebie. To schować do własnych jaskiń głęboko, coraz głębiej. Tam niech to rośnie. Na głębokość. W korzeniach. Tu na górze, jeśli jeszcze można dalej żyć, jeśli się chce — niech się rozwija i rośnie kwiat. Tylko to tak się mówi.