piątek, 31 stycznia 2014

Stała Niniwy



Istnieje pewna teoria dotycząca Raju.

Jest to teoria tym ciekawsza, że pochodzi od Maurice Chatelaina, inżyniera informatyka, który stworzył dla NASA system radarowy służący lądownikom Apollo na księżycu.
Maurice był dopuszczony do najwyższych tajemnic państwowych - miał Top Secret Security Clearance - zgoda na poznanie tajemnic dotyczących obrony kraju.

Odstęp.

Marice.  Człowiek o otwartej głowie, przegadał dziesiątki godzin z Wernehrem von Braunem. Z powodu dostępu do tajemnic państwowych objęty został klauzulą milczenia. Dopiero gdy przestała ona działać, zaczął publikować książki.

Otóż według tej teorii Raj ziemski był stacją kosmiczną znajdującą się na orbicie wokółziemskiej, skąd Adam i Ewa zostali wysłani z misją na ziemię.

A oto co pisze na ten temat Maurice Chatelain:
    -"Zajmowałem się kiedyś wykonywaniem pewnych obliczeń na ten temat dla telewizji amerykańskiej i doszedłem do następujących wniosków:
Stacja orbitalna powinna mieć kształt ogromnej dętki samochodowej o średnicy 1650 metrów i grubości 625 metrów. Powinna ona obracać się względem własnej osi z prędkością kątową 1760 obrotów na dzień. Zamieszkiwany wewnątrz obszar stanowiłby pierścień o grubości 600 metrów, gdzie siła odśrodkowa pozwalałaby uzyskać ciążenie równe ziemskiemu.
   Najdziwniejsze jest jednak to, że strefa mieszkalna miałaby wtedy powierzchnię równą 226,8 hektara, czyli 2,268 milionów metrów kwadratowych.
Ta liczba bezbłędnie przypomina sumeryjską Stałą Niniwy, która wynosiła 2268 milionów dni. Wydaje się więc, że legenda o Raju ziemskim istniała na wiele tysięcy lat przed tym, jak Hebrajczycy napisali o tym w Biblii.
   Dziwnym trafem objętość Wielkiej Piramidy wynosi 2,268 milionów yardów sześciennych.
Natomiast objętość piramidy Chefrena wynosi 2,268 metrów sześciennych.
I wszystko to jest tym dziwniejsze, że liczba 2268 jest znana współczesnej fizyce jądrowej"  

Wyskocz z siebie, jak ja



Wyskoczyć z koleiny życia!
I mnie się to właśnie przytrafiło.
Żeby powstało Nowe trzeba zburzyć Stare.
Łatwo się to mówi, trudniej to zrobić.
Najpierw ułożyłem w głowie strategię:
    - Pomyśl dobrze
    - Powiedz co pomyślałeś
    - Wykonaj co powiedziałeś.
Ułożyło się w głowie. A z głowy - z myśli bierze się wszystko.
             Skoczyłem!
Nie mając skrzydeł skoczyłem w Nieznane. Było mi ciężko. Bardzo ciężko. Wydawało mi się, że umieram. Krzywdzę…. No właśnie!
 Dotarłeś! Ja dotarłem! Albo ja, albo po mnie! Skoczyłem w czeluść…
W nicość…. W  ciemno. Lądowanie gdzieś.
Mam prawo o sobie pisać?!!!!!!

Dopiero potem, potem…. przeczytałem książkę Barbary de Angelis, w której znalazłem zdanie:-  "skocz nie mając skrzydeł, nie bój się! Skrzydła wyrosną ci w locie!
Jestem odważnym praktykiem, czasami zbyt odważnym.
Przeczytałem to niezwykle ważne zdanie, gdy już wylądowałem. Miękko bardzo. Pomogła mi Kobieta.

KOBIETA
Wszystkie litery DUŻE.

Bowiem mi pomogła. Mam nadzieję, że i sobie Pomogła.
        - Lecz czy jest skala dla odwagi?
        - I czy jest skala dla tchórzostwa?
Przerabiam mądrości życiowe na własnej skórze.
Gdy piszę o rynkach finansowych, coś mam do powiedzenia na ich temat i to nie z powodu wieloletniej na nich obecności, bo z ilości lat, z wieku, często wynika null czyli zero.
Mówiąc krótko: - starzy mendzą! Więc unikaj ich.
Ja tam trzymam z młodymi duchem.
Brałem i biorę żywy ( własna kasa ) udział w tych rynkach. Już nie tak intensywny, jak kiedyś. Mam dość, przecinek, a kiedyś przecież umrę. Ale te prawidłowości mnie ciągną!
I to jak!
    Dax zrywa stopy. Harmoniczność. Fibo, czyli pępek. Mądrość Pokoleń. I to wszystko jest boskie!

Szykuję posta o Stałej Niniwy. To jest Liczba Sumerów. Liczba bez miana. Święta liczba. Jak ja kocham liczby!

Przypomnę, co mówił mój ojciec: - "Myśl przez 364 dni w roku, a jeden dzień pracuj, będziesz miał więcej kasy niż ten, który pracuje przez 364 dni a jeden dzień myśli"
Raz na górze, raz na dole - czytaj równowaga.

Lubię siebie. A nawet mogę śmiało powiedzieć, że siebie pokochałem!

Czarni zaraz podniosą krzyk! Grzech! Narcyz!
O nie, panowie w czarnych szatach.
 Posłuchajcie Osho, który jest jednym z największych nauczycieli duchowych XX wieku:
 
Osho: - Zastosuj post.

- Post?
Mogę zalecić tylko jeden jego rodzaj: - Zastosuj post w związkach.
Dokonaj pielgrzymki w głąb siebie, aby odnaleźć w sobie radość, a potem błogosławieństwo. Zastosuj medytację, która jest po prostu byciem zadowolonym ze swojej obecności.   
         
Medytacja jest zachwytem obecnym w tobie!

Czy to do Ciebie dociera?

 Zachwycaj się, zachwycaj....sobą i tym co wokół.
 I już jesteś w medytacji. Prawda, że niewiele potrzeba?

Musi zniknąć fałsz, aby pojawiła się prawda. Poczujesz się pozbawiony ukrytych potrzeb. Wówczas miłość będzie piękna, wcześniej nie była piękna, zawsze jest brzydka. Bez względu na to, jak się starasz, zawsze stanie się cierpka. Zakochani starają się uczynić miłość piękną, ale to sprzeczne z naturą – zawsze wkradnie się coś brzydkiego. Każda miłość znajduje się w ciągłym niebezpieczeństwie. I trzymaj się jednej zasady: - jaki jesteś dla siebie, taki będziesz w stosunku do innych.
Pokochaj siebie.


PS. I jestem w pielgrzymce, czyli w poście. Post na bloga. Mam zdjęcia, ale chwila....na razie wylądowałem na miejscu ojca.
i tak się odkrywam - podobno to teraz modne: - odkryj się!
Za modą idzie tłum. Jestem więc jako buntownik jestem przeciwko modzie.
Buntownik daje kontrę dla większości, czyli tłumu.
I to jest ważne dla kasy: - większość nie ma racji.
Tłum nie ma racji!
Jaki wniosek?
Zbyszek usiłuje zapodać cóś. Posłuchaj.

Uwierz w Siebie!
Tylko Ty jesteś guru.
Ja jestem. Ale nie oszukuję. Za duża odpowiedzialność. Kiedyś chcieli mnie wplątąć w to NLP.
 To teraz ta Stała Niniwy.
Kochani.
Jeśli cóś działa, tylko to nie działa Stała Niniwy.
Ale cóś działa….czerpmy z Mądrości Pokoleń.
Szukaj! Szukaj….jesteś blisko.
Albo w jesieni 2014 zgłoś się do Zbyszka.

Wierzysz w Siebie?

Od dłuższego czasu do Ciebie piszę.
Uwierz w siebie. W Siebie uwierz.

Jaka była dziś Twoja pierwsza myśl?

wtorek, 28 stycznia 2014

Coś się dzieje




czyli post emocjonalny.

USA: Zamówienia na dobra trwałego użytku (grudzień) -4,3% m/m (prognoza 1,8% m/m)
Tomasz Gessner - Dom Maklerski BDM
28 Stycznia 2014 14:30

< USA: Zamówienia na dobra bez środków trans. (grudzień) -1,6% m/m (prognoza 0,5% m/m)         Dane jednak zaskoczeniem >


godz. 14.35. Jest dokladnie 0.618 liczone w godzinach wzrostowych na polandzie 20 od 10 stycznia. Jest  28 stycznia 2014. Nie spada. Więcej: - wedlug teorii Dow
powinno być do góry, bo lokalny dołek wypadł wyżej niż poprzedni. I on wypadł wyżej pomimo takiej bardzo negatywnej wiadomości z Ameryki.
czyli Polski pępek się liczy. (od ziemi do Twojego pępka jest 0.618 twojej całości).
 A powaznie:- Gdy rynek nie ma zamiaru spadać, nawet bardzo zła wiadomość nie spowoduje spadków, tylko wzrosty.
To jak z tymi dołkami? Otóż za nami szczyt i spadek. Podwójne dno wytrzymało.
Plus dodatni dla wzrostów.
Potem falka wzrostowa. Oraz spadek w piątce. I w tym momencie wypada moment zwrotu. Czyli jasne, że dalej będzie do góry.

Wniosek: - Wiadomości są tylko pretekstem dla ruchów rynku. One mącą jedynie w głowie ludziom, którzy potrzebują dużo wiedzieć, i mądrzą się. Potrzebują mieć rację. Znaczy bardzo chore ego u  nich.


Dane jednak zaskoczeniem
Tomasz Gessner - Dom Maklerski BDM
28 Stycznia 2014 14:33
A rynek prawdziwy ( Najpierw Poland 20 jest techniczny – 0.618 ważne, potem patrzy na Daxa ) mówi: - taki chuj! Nie spadamy.


Miało być spokojnie, ale obok takiego odchylenia od oczekiwań rynek przejść obojętnie nie może. Za oceanem mamy zaskakujący spadek zamówień na dobra trwałego użytku. Reakcję widać zarówno na rynkach akcji, jak i na osłabiającym się dolarze. Kolejne kwadranse pokażą, na ile trwały będzie to wpływ.



Niefortunny moment na słabe dane
Tomasz Gessner - Dom Maklerski BDM
28 Stycznia 2014 14:38


Trzeba przyznać, że tak słabe dane z USA nie trafiają na zbyt dobry moment, czyli na sesję, w ramach której rodziło się odreagowanie. W naszym przypadku sytuacja może się jeszcze wyraźniej skomplikować, bowiem już wcześniejsze odbicie na WIG20 (WIG20) pozostawiało wiele do życzenia zarówno pod względem rozmiaru, jak i obrotów. Teoretycznie niewiele trzeba, aby wczorajsze minima zostały ponownie zagrożone, a ich utrata w cenach zamknięcia stanowiłaby niewątpliwie spory problem.

Polacy! Nie damy się! Ale tu nie Polacy działają niestety……To fibo działa tylko. Albo aż.
Jeszcze mógłbym coś napisać (mądrego) ale mnie znowu opierdalają. Wydaje mi się, że do rządu powinni mnie wybrać, pokazał - bym mechanizm Ambergolda i kto za tym stoi, ale …..lepiej żyć w szczęściu. To stary mechanizm działa: - chciwość. Ja tam nic nie wiem. Nie mam tych policji ABW i wywiadów FBI. Mam siebie aż. I to mi wystarcza.  Wystarcza całkiem.
Ale ta technika w X-perii jest super! Jestem daleko. Niczym nie ryzykuje i jestem na stronie.

Swojej stronie. I twojej stronie.

Minus 20. Namierz mnie. A jak mam inny numer?Dupa blada dla ciebie. Bo nie dla służb.

piątek, 24 stycznia 2014

Odmarsz w Bieszczady



      Poniedziałek.

  Opowieść suficka

Ułożyłem kiedyś muzykę do poezji perskiego mistyka. Słowa jego wierszy były tak piękne i głębokie, że śpiewanie ich sprawiało mi wielką radość. Równocześnie czułem dziwny niedosyt, miałem wrażenie, że nie do końca pojmuję ich sens, że kryją jakąś tajemnicę, której nie dostrzegam.
    Piętnaście lat później zrozumiałem to, czego wtedy nie umiałem pojąć. To było jak objawienie! Nie było końca mojej radości.
    Wszystko ma swój czas, a moment jego nadejścia jest prawdziwym odkryciem. I chociaż czasami pragniemy coś poznać, czy zgłębić, musimy cierpliwie czekać na właściwy moment.

W tych opowieściach sufickich jest tak wiele mądrości, gdy się jednak zastanowimy, każdy znajdzie w swoim życiu przykład, że tak właśnie jest, i nie trzeba do tego opowieści sprzed tysiąca lat. Szanuję bardzo Mądrość Pokoleń, dlatego z niej korzystam, pokazując na swoim przykładzie, że co było – to będzie, co na górze – to na dole.

Przed wyjazdem do Żdyni, w czwartek w Łupkowie, pokazywały mi się trójki. Pisałem o tym. Nie wiedziałem o co chodzi, aż do poniedziałku w Żdyni. Rano mnie olśniło, przyszła myśl: - za tobą trzy fantastyczne dni, piątek, sobota i niedziela.
Był tu także Ktoś i trzy rzeczy ci powiedział. ( o dwóch dopiero napiszę )
Poznałeś Trzech Walczących.  Zgadza się?

Aż wyskoczyłem nagle z namiotu, bo wydawało mi się że ktoś stoi obok i to powiedział….
Czyli: - Nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz, wszystko zrozumiesz w odpowiednim czasie. Tylko czekaj cierpliwie na właściwy moment.

A wokół jest już inny świat: - cichy, niemal pusty. Znikli kolorowi ludzie. Jakby na dolinę wróżka rzuciła czapkę niewidkę. Jakby znikła fatamorgana.
 Ale przeżycia zostały! Tego nie odda żaden zapis, ani nawet film, to tylko namiastki, to tylko próba przekazania, to trzeba samemu.
     Przeżyj to sam!

Więc rano budzę się razem ze słońcem i wyskakuję z namiotu.
    Wstaje piękny dzień.
Pustka wokół. Za drogą jeden namiot i powyżej jeden. Schodzę naładować trochę telefon. Przy słupie, obok wejścia jest skrzynka z czterema wtyczkami do ładowania. Przez trzy dni była oblężona.
        Mycie w potoku, pakuję się i przeciągam namiot na słońce, bo jest mokry od rosy. Noc była chłodna.
Po zboczu chodzą harcerze z workami na śmieci. Nie ma śmieci - mają puste worki. Było kilka kontenerów na śmieci, tu każdy wrzucał. Teraz został tylko jeden duży kontener. Przyjechał po niego samochód i czeka, aż harcerze pozbierają wszystko.
Do ostatka jest otwartych kilka stoisk z jedzeniem. Została tylko ekipa składająca namiot piwny.
      Inny samochód ładuje kabiny toi-toi. Było ich kilkadziesiąt w dwóch skupiskach. Porządek, organizacja.
Do zbierania jest więcej po polskiej stronie. Jeden harcerz jeździ wózkiem i zbiera nieliczne drewno pozostawione w miejscach, gdzie były ogniska.
Namiot wysechł, składam go i wiążę do plecaka, razem ze śpiworem. Plecak zarzucam na siebie wypróbowanym ruchem. Ciężki bardzo, bo mam jedzenia multum!
     Jest 8.00. Ruszam.
Na dole zatrzymuje się przy mnie jeden z ostatnich samochodów. Kierowca pyta, czy podwieźć. Uprzejmie dziękuję. Jestem znowu tak wyładowany energią, że potrzebuję ją upuścić. Zamierzam przejść 15 km do autobusu.
    Nie spieszy mi się. Potrzebuję dotrzeć do Sanoka na 18.00. Dopiero wtedy mam autobus do Łupkowa. 
Wieje wręcz zimny wiatr - to zawirowanie pogody koło pełni księżyca. Bardzo dobra pogoda do maszerowania.
Idę i cieszę się cudnym dniem, sobą i wszystkim wokół.
     Mijam bramę wjazdową na Watrę i wchodzę na pobocze szosy do Unieścia Gorlickiego.
        
Do widzenia Żdynio!

Piękne widoki. Lecą bociany.
Z przeciwka zbliża się kawalkada ciężkich motocykli. Lubię motocykle. Motocykle to była kiedyś moja pasja, moja miłość.
Pozdrawiam motocyklistów podniesioną ręką - oni trąbią. Jest super!
     Dochodzę do Unieścia Gorlickiego, przy drodze jest sklep. Wiadomo: - bułka z czekoladą i piwo.
Skręcam w stronę, gdzie po pięciu kilometrach będzie przystanek autobusu jadącego do Gorlic. Ale się kurzy!
Droga w przebudowie. Zmieniam plany - nie będę szedł w tych tumanach kurzu, wznoszonego przez ciężarówki. Idę do Przełęczy Magurskiej. Serpentyną mocno w górę.
     Zmiana planów – spontaniczność, improwizacja.

„Improwizacja w życiu, to działanie w niewinności. Ten, kto jest gotowy wyruszyć na poszukiwanie zwane prawdą, musi przygotować się na popełnianie błędów. Tylko wiedząc, czym jest błąd, przybliżasz się coraz bardziej do prawdy. Są to indywidualne poszukiwania, nikt nie może polegać na cudzych wnioskach.
Popełniaj więc tyle błędów, ile to możliwe, pamiętając tylko o jednym: - nie popełniaj drugi raz tego samego błędu – wtedy będziesz wzrastać.
Gubienie się jest częścią twojej wolności ”.   ( Osho )

Jestem na Przełęczy. Za mną już 15 km, a tu nie ma żadnego przystanku. Zaczynam schodzić w dół, dochodzę do wniosku, że starczy i.....wysyłam wiadomość o tym do Anioła Opiekuńczego.
Jak to działa? Ano tak, jak w tamtym roku w Bodzentynie w Górach Świętokrzyskich.
Po prostu działa. Trzeba tylko ufać.
    Najpierw siada mi na dłoni motyl – fruwał blisko, wyciągnąłem dłoń, a on usiadł.  Telefon mam nieco podładowany, więc cyk.
  


Za chwilę zatrzymuje się półciężarówka jadąca w stronę, w którą idę. Kierowca wysuwa za okno butelkę z wodą mineralną i mówi: - „panie turysto, woda dla pana”.
     Jakoś to tak niecodziennie zabrzmiało…
      Odpowiadam: - „Chętnie przyjmę wodę, ale gdyby tak pan mnie zabrał w stronę Gorlic”.....
     - „To wsiadaj pan” - słyszę. Wsiadam. Kierowca mówi, że jechał rano w stronę Żdyni
i widział mnie jak szedłem. Teraz wraca i zobaczył, że już taki kawał uszedłem. Dlatego ta woda...
Dodaje: - „wie pan co, nie jechałem do Gorlic, ale to tylko kilka kilometrów dalej, podwiozę pana do dworca autobusowego”.
      Nie chciał zapłaty.  A ja przyjąłem wodę.
Z Gorlic trafiam na szybki kurs busika do Jasła, a potem natychmiastowy wręcz odjazd z Jasła do Krosna, a potem do Sanoka.  W Sanoku, już jak w domu. I jestem grubo przed czasem. Mogę spokojnie pójść na rynek, do Starego Kredensu. Tu bardzo miło spędzam czas, tak miło, że trzeba podbiegać nieźle, aby zdążyć na autobus.
    Autobus dziś się wyjątkowo wlecze, dopiero po trzech godzinach ląduję w Nowym Łupkowie. Pójdę drogą, nie mam ochoty na głupie kroki po podkładach kolejowych.
       Stacja Łupków.
 Z wielkim sentymentem patrzę na czerwone światła na znajomych sygnalizatorach kolejowych.
Odbieram: - witamy ciebie w Strefie Zwolnionego Czasu!
I ja was witam – odpowiedziałem……Zbyszek rozmawia z semaforami? A dlaczego nie?
    Laureat Nagrody Nobla z fizyki - Anglik, często powtarza: - i krzesło ma duszę.

W strażnicy ludno, jest kilkanaście nowych osób, szykuje się impreza przy ognisku. Stawiam dom, wio pod prysznic i dołączam do imprezy.

PS. I tym opisem kończę sprawozdanie z 31 Łemkowskiej Watry, oraz znikam na jakiś czas w pierwszych tegorocznych Przedwakacjach.

Bądźcie zdrowi Czytelnicy.

Koniec Watry



Jest 18.00. Nadchodzi czas zakończenia Watry.
      


Występują dzieci łemkowskie, to rozczulające! Dzieci śmiałe, bez cienia tremy zasuwają swoje kawałki pełnym głosem!
Dzieci przyszłością narodu. Z tego wniosek, że Łemkowie nie roztopią się w sąsiednich nacjach, zachowają swoją kolorową odrębność.
    
  

 Odjeżdża Anyczka, a ja płyty nie kupiłem. Biegnę z Romanem do autobusu jadącego do Lwowa i już wewnątrz wypisuję Anyczce adres, bo wszystkie płyty sprzedane. Przyśle mi swoją folkową płytę.
     Szerokiej drogi! Do widzenia!
Także Roman odjeżdża.
Wracam do estrady. Na pożegnanie sympatyczne wspólne pląsy, nielicznych dorosłych z  dziećmi. Czuję się bardziej dzieckiem niż dorosłym.
       Wszystkie dzieci gwiżdżą na glinianych wodnych kogutkach. Już nie ma muzyki, tylko ogólne ćwierkanie kogutków.    
       A gdzie mój kogutek? Biegnę do otwartego jeszcze stoiska, i za moment razem z innymi ćwierkam i ćwierkam!
Ogólne ćwierkanie się odbywa. To ćwierkanie - tirlikanie było niezapomniane!
Noszę je w sobie do tej pory. I kogutka zachowałem.
Żegnam się z ludźmi, poznanymi w czasie trzydniowego lipcowego święta Łemków.
Żegnam się z ludźmi, którzy zostali zagnani wojennymi losami swoich rodziców, lub dziadków, w różne miejsca na świecie. Robi się nieco smutno. Pojawiają się łzy wzruszenia.
    Wymieniamy adresy i do zobaczenia za rok.
Telefon zamilkł i aparat się wyładował. Już nie będzie zdjęć.

Robi się pusto. Ewakuuje się ochrona. Jest tak cicho....zapalają się światła latarni, a ten wielki agregat prądotwórczy już wyłączony. Dlatego taka cisza wnika w dolinę. Jest teraz dość prądu z normalnej linii przesyłowej.
Wychodzę poza teren zamknięty, już nie ma bramek i ochrony.
Na zboczu, pod lasem widać mój samotny namiot. Zapomniałem o nim całkiem.
Większość namiotów już znikła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odjechały wszystkie autokary.

Przyjechała za to ekipa do demontażu piwnego namiotu.
Ciężarówka zabiera kontener ze śmieciami.
Zmierzcha się. Płonie kilka ostatnich ognisk, odjeżdżają pojedyńcze samochody.
Na zboczu poniżej mnie zostały tylko cztery namioty, i powyżej cztery.
Cicho i pusto. Jeszcze odbywa się impreza przy jednym z namiotów na dole. Niesamowita zmiana dziś nastąpiła w dolinie.
    Na przeciwległym, polskim zboczu jest jeden namiot i widać krzątających się ludzików.
Obudził się apetyt, więc pojadłem i popiłem za wszystkie czasy. Dostałem łemkowskie jedzenie w prezencie, będę miał co nieść, i co jeść przez najbliższe dni.
    Następuje kontemplacja gasnącego dnia. Zapisuję wrażenia.
Ostatnia impreza zakończona – towarzystwo odjechało. Zapada bezchmurna noc. Zza pleców, znad lasu wychylił się księżyc. Pełnia – czas oczyszczenia.
Namiot rzuca księżycowy cień.
     Jeszcze skądś dobiega ledwo słyszalna muzyka.
Pusto, a jeszcze po południu były tu tysiące ludzi. Czy to mnie się przyśniło?

 Watra Łemkowska daje się porównać tylko z gongami. Poruszyła mnie od środka i z zewnątrz.

Było cudnie, wzruszająco i niepowtarzalnie! Tylko podziękować Aniołowi.
Odmawiam więc swoją krótką modlitwę: - dziękuję ci Aniele. Ach!
   

Moc wrażeń



Poznałem trzech uczestników Powstania przeciwko komunistom w Polsce. Czotowego, striłca i kuriera do Prowydnyka. Usłyszałem opowiadania o walkach w rejonie Chryszczatej, Cisnej, od bezpośrednich twórców legendy Sotni Chrina.
  
Łemkowie niechętnie szli do sotni. Pamiętali o 1915 roku. A Powstanie z 1945 roku było Powstaniem Ukraińskim. Łemków do walki zmusili sami komuniści przez swoje zbrodnie. Łemkowie to spokojna radosna nacja. 
Bo nie naród. Łemkowie nie przystali jednoznacznie do żadnego z narodów sąsiednich, ani nie wyodrębnili się jako naród.
Są nadal "zawieszeni" w przestrzeni międzynarodowej.

Jednak dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom, Chrin potrafił zjednać nielicznych Łemków. Darzył striłców szacunkiem, oni odpłacali się tym samym. Był jak ojciec. Po drugie, za Chrinem stała już legenda opiewająca jego zwycięstwa.

Powstanie w Bieszczadach przebiegało tak samo, jak Powstanie Warszawskie.
Niemcy z Feuerkommando palili Warszawę, inni Niemcy zabijali cywilów, zabijali powstańców w szpitalach i wysadzali domy. A potem wyrzucili z miasta wszystkich.
   W Warszawie w styczniu 1946 r. było tysiąc mieszkańców.

W Bieszczadach to samo robili komuniści. Nieudolni „polscy” dowódcy wysyłali tysiące młodych chłopaków na rzeź.
    Statystyka strat według najbardziej miarodajnego źródła, czyli Chrina wynosiła 20 do jednego. Te liczby dotyczą tylko jego sotni. Dlatego jest otoczony legendą. W momencie kulminacyjnym, tuż przed podziałem, oddział Chrina liczył 306 ludzi.

Dodatkowo komuniści niszczyli cmentarze.

 Ale tu na Watrze są tylko wspomnienia, nie ma nienawiści. Bo nie ma już komunistów. Żal jest, bo stało się i kropka.
Teraz Łemkowie mówią: Polacy! Dostaliście w prezencie od Trudnej Historii przepiękny kawał ziemi – szanujcie tę ziemię.
    

Rozmawiam z ludźmi, spotykam się z wielką serdecznością na każdym kroku. Wielu zaprasza mnie do siebie.
    



No to idę pojeść teraz do stoiska Nowy Sącz. Kto nie spróbował, ten sobie nie wyobrazi smaku.
Jem i słucham, co mówią niektórzy ludzie przy stoisku:
    - Tego nie mogę jeść, mam za wysoki poziom cukru.
    - tamtego nie mogę, bo potem wątroba mnie boli.
    - a tego nie mogę, bo potem to mi bokiem wychodzi.
    - tego też nie mogę, bo dupa mnie rozboli.
    - i wszystko takie drogie ( znaczy: - mam za mało pieniędzy )

Chcę pokazać pewną prawidłowość.

Osho - „Jeśli narzekasz, jesteś nieszczęśliwy, czyli taki, jak wszyscy, stajesz się jednością z tłumem. Wszyscy ci współczują, nikt nie krzywdzi.
     Bo jak? Nieszczęśliwego jeszcze dodatkowo skrzywdzić?
Nieszczęście to swoista inwestycja. Ludzie uwielbiają czuć się źle. Są wręcz szczęśliwi, że są nieszczęśliwi. Widocznie lubią mieć w głowie masakrę.
Uważasz, że to inni sprawiają, że czujesz się nieszczęśliwy. Ludzie nie dopuszczają do siebie myśli, że mogą z tą swoją nieszczęśliwością zrobić coś, i to natychmiast.
      To jest jednak niebezpieczne, bo wtedy trzeba inaczej żyć.
A ty czujesz się bezpieczny w tłumie nieszczęśliwców.
Lepiej zrzucać odpowiedzialność na żonę, męża, rodzinę, dzieciństwo, chorobę - zawsze znajdzie się coś lub ktoś. Zmieniają się tylko nazwy, ale sztuczka pozostaje ta sama.

Jestem ofiarą. Jestem bezsilny! Nie mogę niczego zrobić, bo moce silniejsze ode mnie miotają mną na wszystkie strony. Jedyne, co mogę zrobić, to płakać i stawać się jeszcze bardziej nieszczęśliwym"
   
Jeśli tak robisz - wszystko się potęguje. Zapadasz się coraz głębiej.

   - Najpierw budzi się lęk - niedługo umrę, teraz będę walczył o zdrowie.
Osho powtarza: Nie walcz o pokój, walcz z wojną!
Idziesz do lekarza. Dobry lekarz....

Spotykają się dwie celebrytki. Jedna, blondynka, mówi do drugiej (nie blondynki) :
    - Zmieniłam lekarza, mam teraz bardzo dobrego lekarza. Powinnaś do niego pójść.
    - Po co mam pójść - mówi druga - skoro nic mi nie jest?
    - Pierwsza: - ale to jest naprawdę dobry lekarz, on na pewno u ciebie coś znajdzie!

Kasa jest z leczenia, a nie z wyleczenia.
Bardzo dużo chorób ma przyczynę w chorym myśleniu. A to chore myślenie przechodzi na ciało.
Czy nie mówi się: - W zdrowym ciele zdrowy duch? To działa w obie strony.

Pytam brzucha: - on mi mówi - jedz wszystko, na co masz ochotę, nie słuchaj gadania tłumu o cholesterolu, i innych strachach, tylko jak najmniej trupów jedz…..
         Najmądrzejszym guru dla siebie jesteś ty sam.

Jeśli szukasz guru na zewnątrz - jesteś głupcem (Osho)

A ja mam prawo pisać tylko o sobie.
Wiem, że wysiłek fizyczny zastępuje wiele lekarstw, a żadne lekarstwo nie zastąpi wysiłku fizycznego.
I tyle.
Nie chcę, i nie mam prawa nikomu prostować jego "gzygzakowatej ścieżki życia".

Podsumowanie: - Nie ma lepszego lekarza, niż lekarz wewnętrzny. Tego lekarza wewnętrznego trzeba tylko poruszyć do działania. Można zrobić to z zewnątrz, lecz tylko nieliczni mają ten dar.
Może samemu to potrafisz? Sam obudzisz w sobie wewnętrznego lekarza?
Ten twój wewnętrzny lekarz ma w sobie wszystkie specjalności – jest także psychiatrą.

Potrafi więc wypisać również receptę na szczęście….  

czwartek, 23 stycznia 2014

Lenistwo niedzielne



Lenistwo jest boskie.
Podjąłem bardzo ważną decyzję: - za chwilę, bo jeszcze nie teraz, przewrócę się na brzuszek.
Gorąco, ale wiaterek chłodzi, i o to chodzi.
  
 - To wskoczę teraz znowu jednym skokiem kwantowym w siebie!
I wykonuję!
Jestem w sobie w i badam od wewnątrz swoje potrzeby:
     -  Czy mi się chce sikać?. - Nie!
     - To może kupę mi się chce? - Nie!
     - A piwo? Oooo....pójdę po piwo, to dobra myśl.
      Schodzę na bosaka, nie noszę butów, tak samo jak i wielu innych tutaj.
  


Sączę piwo. Dębowe mocne. Trzeba zmieniać smaki? Nie wiem. Wiem za to, bo to czuję, że moje ciało potrzebowało piwa.
I podobają mi się moje myśli. To był bardzo słuszny pomysł, żeby je spisywać.
Myśli spisywane na bieżąco oddają nastrój w tej legendarnej, ulotnej, boskiej chwili Tu i Teraz.
Wypiłem i zabrałem ze sobą jedno na zapas, oszczędzę sobie chodzenia, trzeba się szanować.
    Pod krzyż - pomnik idzie delegacja Serbii - oklaski. Szpitalem podziemnym na Chryszczatej zarządzał lekarz - Serb.

Krew mi się obudziła.


Albo to spowodowały przechodzące krasawice, albo piwo zaczęło działać.
  

środa, 22 stycznia 2014

Ach



Słońce przygrzewa nieźle. Leżę i obserwuję obłoki. Obłoki przesuwają się jak myśli. Czy mam w tej chwili jakieś myśli, jeśli myślę o myślach?
Gorąco. Ani wiaterku. Murzyn z wachlarzem by się przydał.
     Zamykam oczy. Myśli płyną leniwie, pomalutku. Myśli niekonkretne, takie nijakie, na pograniczu snu. Myśli nie wiadomo o czym.
    Jest bardzo przyjemnie.
Na dole muzyka i tańce.
   


Powiał milutki chłodny wiaterek: - murzyn z wachlarzem stał się zbędny, niech tu nie przychodzi....
Jestem wysoko ponad estradą, z dołu dobiega w przerwach tylko usypiający gwar rozmów. 
   


Zaglądam w siebie.
( Jeśli w siebie nie wchodzisz, to z siebie wychodzisz ) : -     
               tam w środku mego człowieka odnajduję uczucie.
Czuję się tak, jakby znalazły się dawne marzenia, które kiedyś zgubiłem, bo schowałem je do dziurawej kieszeni.

Ach! Jest bosko…...

Posłuchaj więc opowieści  sufich o tym westchnieniu  „Ach”.

Pewien Arab biegł do meczetu na nabożeństwo, ale zanim dobiegł, modlitwy się skończyły.
Po drodze spotkał mężczyznę wracającego ze świątyni.
      - Modlitwy już skończone? – zapytał.
      - Tak – odrzekł tamten.
Słysząc to biegnący tylko westchnął:
      - Ach!
Wówczas jego rozmówca zaproponował:
      - Oddałbyś mi moc twego westchnienia w zamian za moc moich modlitw?
Mężczyzna się zgodził i dobili targu.

W nocy ten prosty człowiek ujrzał we śnie Proroka, który go zganił za tę zamianę, ponieważ to jedno westchnienie było więcej warte niż wszystkie wyuczone modlitwy całego życia.
To westchnienie pochodziło bowiem z głębi serca.