środa, 30 kwietnia 2014

Żubry



          Po pracach wodociągowych, poszedłem dosadzić kolorowych łubinów w rowie obok Pomnika Żubra. Jako że lubię chodzić nowymi trasami, postanowiłem wracać górą przez las. To jedyna pora, kiedy właściwie da się przejść na przełaj, tak jeżyny łapią za nogi. Bardzo łatwo o upadek, a wtedy można użyć nazw ptaków, i powiedzieć: - wywinąłem orła i najpierw puściłem gila, a potem pawia.
Nic więc dziwnego, że półtora kilometra do wykoszonej łąki szedłem dwie godziny. Była przeprawa przez kilka głębokich wąwozów, czyli paryji. W sumie nieciekawie, bo niewiele widać.
      Gdy wyszedłem na łąkę, było już wszystko widać i zrobiło się bardzo przyjemnie. Dziwiłem się tylko, skąd na łące tyle hucułów. Konie były bardzo czujne, to zauważyłem od razu, kiedy bowiem wychodziłem z lasu, spłoszyły się gromadnie i bardzo parskały. Nawet kilka zdjęć zrobiłem, ale było pod zachodzące słońce, wyszły ciemne, a poza tym co tam konie! Konia ktoś nie widział?
      Jeszcze na górze wykasowałem te zdjęcia.
Dopiero potem się okazało, że to było stado dzikich, wolno żyjących hucułów.
Zadzwonił telefon. Henryk, który był na zboczu naprzeciwko, zapytał, czy widzę żubry. 
    Mówię: - "tu nie ma żubrów, są tylko konie".
Henryk na to, żebym poszedł na sąsiednią polanę w stronę Maniowa, bo tam jest stado.
I kolega Staszek Maciejewski zrobił mi zdjęcie, jak szukam żubrów na polanie, na której się pasły, gdy byłem na górze pod lasem, za garbem łąki, tak, że żubrów nie widziałem.
       


Zbyszek to ten przecinek w lewym dolnym rogu pustej już polany. Stoję dokładnie w miejscu, gdzie przed chwilą żubry się pasły. Wokół jedynie kilka kup zostało. Na sąsiedniej polanie także żubrów nie zobaczyłem.
Odległość w locie ptaka? Pewnie półtora kilometra.
Drugi z kolegów, Marek, zrobił także zdjęcie, które pokażę gdy je dostanę.
 A tak wyglądała ta sama polana sfotografowana przez Staszka Maciejewskiego nieco wcześniej.
   


    

   


Słońce właśnie zachodziło i już po niewielu minutach zaczęło robić się ciemno. Schodziłem na dół w kierunku Osławy.
To był dzień udanych fotołowów, ponieważ każdy z nas sfotografował jakiegoś stwora. Staszek i Marek sfotografowali żubry, Henryk mnie, a ja bociana.
      
  
Bocian – jeden ptak, samiec niestety bez żony, ma gniazdo na kominie dawnego więzienia, obok nieczynnej Latarni Wagabundy. Bocian nie musi daleko fruwać: - tylko zbiera przejechanych na szosie nieboszczyków: żaby, węże i myszy. On wcale nie chodzi po łące, bo nie musi, a jak nie musi, to nie chodzi, proste?
       Na odcinku trzystu metrów leżały dziś raniutko trzy żaby, dwie myszy i półtorametrowy rozkwaszony zaskroniec. To się nazywa bieszczadzka obfitość papu. Dla wszystkich starczy. I orły się pożywią.
Na szosie do Cisnej zwykłe natężenie ruchu: pięć, sześć samochodów na godzinę w ciągu dnia, w godzinach szczytu oczywiście.
 Wieczorem pobocze już było prawie czyste. Prawie, bo trupy znikły, zapewne ktoś je zjadł, ale żeby nie było za pięknie, „turyści” rzucili z okien samochodu nowe puszki po piwie i red bulu.

W domu wielkie wydarzenie – Chwila Dziejowa! Jest już bieżąca woda – płynie ze źródła w sposób naturalny, jako że źródło jest wyżej niż dom.

Kimadło Wampira

To zdjęcie zrobione wczoraj. Za tablicą w oddali Osławice - dom moich znajomych - agroturystyka "Chleb domowy", w tamtym roku tutaj zaczynałem swą przygodę z Bieszczadami.
Zaciekawiła mnie ta tablica: - co to za Kimadło? Zostałem oświecony, że tam już kimałem, tylko nie wiedziałem, że ten hotelik tak się nazywa.
      

       Oto zdjęcia z ubiegłego roku, z sierpnia, gdy w odwiedziny do Zbyszka przyjechał Jan Gabriel. Spaliśmy tutaj dwie noce, bo w Szwejkowie zrobiła się atmosfera niemiła.
               
           Jeździliśmy z Janem po Bieszczadach ( przejechaliśmy trzysta kilometrów przez dwa dni ) odwiedzając ciekawe miejsca.
   Hotelik w Nowym Łupkowie ładny, dopiero postawiony, bardzo byłoby przyjemnie, gdyby nie jedno "ale" .... I to nie chodzi o tytułowego wampira.
                    
     

     
       Wampirek



        Ledwie dmuchnął poranny zefirek,
        Wylazł z norki nieduży wampirek.
        Miał spiczaste dwa ząbki,
        Do ssania rodzaj trąbki,
        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok

        Oraz dwoje chudziutkich miał girek.

        Zaraz skrzydła jak gacek rozepnie
        I śniadanie czym prędzej gdzieś chłepnie.
       Tak się spieszy nieludzko,
       Że aż rzęzi mu płucko,
       Bo się boi, że zupka mu skrzepnie.

       Sysu, sysu...

       Często potem dostaje on czkawki,
       Siada nagle bezradnie wśród trawki
       I słychać głos biedaczka:
       Znów wyssałem pijaczka...
       I to jest popijawka pijawki.

       Sysu, sysu...

        Nasz wampirek to smakosz i znawca,
        Przy tym wcale nie żaden oprawca,
        Za wyssanie kolacji
        Płaci jak w restauracji,
        Chyba, że honorowy krwiodawca...

        Sysu, sysu...

        Często mówi się źle o wampirze:
        Że kaleczy, że wkręca się w pirze,
        Lecz ty nie wierz w te plotki,
        Nie wyganiaj sierotki,
        Niech se czasem chudzinka poliże.


W pokoju ( tak samo w innych ) nieprzyjemny zapach. Mówiąc krótko: śmierdziało.
Otwieramy okno i sprawa wydaje się załatwiona. Otóż nie. Wieczorem, gdy wróciliśmy, źródło smrodu zostało zlokalizowane: - łazienka. To szambo śmierdzi. Został popełniony błąd w sztuce budowlanej. Trzeba było spać przy zamkniętych drzwiach do łazienki i otwartym oknie. Zarówno Jan, jak i ja, nie mamy wielkich wymagań, na drobiazgi nie zwracamy uwagi, ale Kimadła Wampira nie polecam.
Gdzieś spać jednak trzeba, nie każdy ma do dyspozycji zaprzyjaźnioną wielką, pustą chałupę. Na obecny majowy weekend na przykład w Cisnej już wszystkie miejsca zajęte.
Bo w Bieszczadach jest teraz cudnie, oraz malowniczo! Przepiękna pora, gdy lasy się właśnie kolorują.
    (Drwala trzeba pokolorować samemu)
Żubry chodzą w stadach po kilkadziesiąt sztuk (czterdzieści), dzikie, wolne hucuły na pastwiskach, można się zaprzyjaźnić ze żmiją zygzakowatą, kleszcze już gotowe do ataku, trawa nabiera zieloności, coraz więcej kwiatów, jeszcze miejscami kwitnie tarnina, miotły deszczu chwilami zamiatają po górach, noce gwiezdne, kolacje przy świecach i płonącym kominku, Giga liże po twarzy - znaczy daje buzi o świcie.
Jak tutaj dobrze, jak dobrze!!!

Stary kawał, który tak lubię:

Jak dobrze, jak dobrze! - powiedział lekarz do pacjenta, po obejrzeniu wyników badań.
   - Tak dobrze ze mną? - zapytał pacjent.
     -  Nie, to ze mną tak dobrze, że nie choruję na to, co pan - odpowiedział lekarz.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Ambona



    



Miejsce gdzie siedzą mordercy. Inaczej czatownia myśliwska. A może katownia, albo miejsce z którego wykonuje się egzekucje? Każdy, kto zabija jest mordercą.
A co z przykazaniem: -  nie zabijaj?.
    
  

    
Panie myśliwy, kogo pan ostatnio zabił?
Wiem, że pan nie zabija, tylko strzela dla przyjemności, a zwierzę to przecież nie człowiek, dał pan sobie sam, jako uzurpator prawo zabijania. Zwierzę nie ma krwi według pana, tylko farbę. Oto przykład hipokryzji, samookłamywania się.
Kompletny brak odwagi. 
Odważny myśliwy powinien bowiem śmiało powiedzieć: - Lubię zabijać!
     




Zabija pan z głodu, czy z głupoty?
Czy ja oceniam?
Tylko zadaję pytania. Prezydent Polski powiedział, że nie może się doczekać, kiedy zacznie znów polować. Na razie trwa przerwa w zabijaniu.
     
  



Myśliwy zawsze wie kogo zabić, czasami tylko w ferworze trafia niechcący kolegę.
    
( Wystawa ikon w sanockim Zamku )  


Przypadkiem miejsce z którego przemawia ksiądz, nazywa się tak samo, jak czatownia myśliwych.


Anthony de Mello - przypowieść z książki Modlitwa żaby
 ( de Mello był hinduskim jezuitą, psychoterapeutą. Napisał kilka niezwykle poczytnych książek. Ukazywał w nich sposoby uwalniania się od przywiązań, żądz, fałszywych przekonań)

Ksiądz zawsze wie.

Na urodziny księdza proboszcza dzieci przyszły z życzeniami i prezentami.
Ksiądz wziął opakowaną ładnie paczuszkę od małej Mary i powiedział:
  - Ach! Widzę, że przyniosłaś mi książkę.
( Ojciec Mary prowadził w mieście księgarnię ).
  - Tak, skąd ksiądz wie?
  - Ksiądz zawsze wie!
  - A ty, Tommy, przyniosłeś mi sweter - powiedział ksiądz, biorąc paczkę, którą podał mu Tommy.
( Ojciec Tommy'ego handlował wyrobami z wełny )
  - Zgadza się. Skąd ksiądz wie?
  - O! Ksiądz zawsze wie.
I tak dalej, dopóki ksiądz nie podniósł pudła od Bobby'ego. Opakowanie było mokre.
( Ojciec Bobby'ego sprzedawał wina i wódki ) Ksiądz powiedział:
  - Widzę, że przyniosłeś mi butelkę szkockiej i trochę wylałeś!
  - Źle - powiedział Bobby - to nie szkocka.
  - No to butelka rumu.
  - Znowu źle.
Palce księdza były mokre, włożył jeden z nich do ust.
  - Czy to gin?
  - Nie - powiedział Bobby - Przyniosłem księdzu szczeniaka!


Gwara myśliwska



Chrzest myśliwski - (hubertowski), ceremonia przyjęcia adepta do grona myśliwych, polegająca na pomazaniu twarzy farbą pierwszego strzelonego zwierza.
       ( Pomazanie po twarzy krwią zabitego stworzenia)
Darz bór - powitanie myśliwskie, a także życzenie szczęścia na łowach.
        (zabij kogoś!)
Farba - krew zwierzyny.
Farbować - broczyć krwią przez zwierzynę.
Harde - kuropatwy zrywające się z daleka i nie dające myśliwemu podejść do strzału.
( Harde, bo nie dają się zabić, a przecież powinny same podlecieć do myśliwego na egzekucję)
Hejnał żurawi - głos żurawi wydawany regularnie o świcie i wieczorem przez ptaki przebywające w łowisku.
      (Lecą żurawie – taka radość w ich głosach, a mordercy czekają…. Dlaczego nie strzelacie panowie do bocianów, jak to robią Arabowie, tylko się na nich oburzacie?
Łowisko - brak uściślenia, czy mowa o żerowisku żurawi, czy miejscu potencjalnej zbrodni myśliwych)
Kniazienie - głos przerażenia i bólu zająca.
      ( Jednak panowie mordercy dopuszczają przerażenie i ból zwierzęcia. A ten głos zająca brzmi zupełnie jak rozpaczliwy płacz i skarga dziecka, brałem udział w łapaniu zajęcy w sieci, gdy studiowałem na Wydziale Leśnictwa w Warszawie)
Kocioł - sposób polowania na zające: myśliwi wraz z naganką otaczają kołem określoną część pola i posuwają się koncentrycznie do środka.
      (Słowo z języka gestapo i komunistów, witamy w zacnym gronie )
Łowny - o zwierzętach zaliczonych zgodnie z ustawą łowiecką do tych, na które się poluje.
    ( Ustawa łowiecka to inaczej wyrok In blanco - załatwia sprawę kogo można bezkarnie zabić).
Pokot - ogół zwierzyny ubitej na polowaniu, którą po jego zakończeniu układa się według ustalonych zasad łowieckich.
     ( sterta trupów i nad nimi zabójcy z uśmiechami na twarzach. Hitlerowcy lubowali się w takich zdjęciach. Planeta małp jest bardzo łagodna w wymowie)
   
      

Szabas - przerwa w tokach cietrzewi kogutów w czasie wschodu słońca.
        (Podłość w dobrze słowa, mamy tu do czynienia z antysemityzmem)
Toki cietrzewie - w okresie godowym objawy gwałtownej aktywności płciowej u samców ptaków w obecności samic, polegające na oddawaniu swoistego odgłosu, charakterystycznych ruchach, a często także na walce ze współzawodnikami.
       ( W czasie toku cietrzew głuchnie, lub inaczej – nie jest czujny i można go podejść, aby go w tym czasie zamordować. Na studiach nazwałem ten sposób nikczemnym  morderstwem i miałem rozmowę z dziekanem. Egzamin z łowiectwa ledwo zdałem. Zadawałem sobie wtedy pytanie: - co ja robię na tym wydziale, traciłem coraz bardziej serce do Leśnictwa. Po kilku miesiącach były „Wypadki marcowe 1968” i po pobycie w karnej kompanii studenckiej w Nisku koło Stalowej Woli wyrzucono mnie elegancko. Podziękować Aniołowi!).

Strach przed śmiercią



   Jest wiele strachów, ale generalnie to tylko odmiany jednego strachu, gałęzie tego samego drzewa. Drzewem tym jest śmierć.
       - Każdy strach ma związek ze śmiercią.
       - Strach jest tylko cieniem.
Kiedy boisz się zbankrutować, boisz się żyć bez pieniędzy, tak naprawdę boisz się być bardziej podatnym na śmierć.
Ludzie trzymają pieniądze jako zabezpieczenie, chociaż doskonale wiedzą, że nic nie jest w stanie ochronić ich przed śmiercią. Ale muszą coś robić. Przynajmniej są czymś zajęci, narzucają sobie zajęcia jako rodzaj ucieczki od świadomości, rodzaj narkotyku.

Toteż obok alkoholików mamy pracoholików. Oni muszą być stale czymś zajęci, nie mogą odłożyć pracy. Wakacje budzą w nich strach. Szukają czegoś w internecie, mogą kilka razy czytać ten sam artykuł w gazecie.. Chcą być czymś zajęci, bo w ten sposób tworzą zasłonę między sobą a śmiercią.
                 Okazuje się, że jedyny rodzaj strachu, jaki istnieje, to strach przed śmiercią.
Skoro sobie to uświadomisz, wtedy zdasz sobie także sprawę, że tylko jedna jedyna rzecz może uczynić cię nieustraszonym : wewnętrzne doświadczenie nieśmiertelnej świadomości.
Nic innego!
Nie władza, nie pieniądze, nie prestiż, ale głęboka medytacja, która wyjawi ci, że umrze twoje ciało i umysł, ale ty jesteś czymś ponad to.
     Egzystencja nie ma początku, ani końca. Zawsze była. Zmieniały się tylko formy.
Pierwszego dnia, gdy pojawiłeś się w łonie swej matki, nie byłeś większy niż kropka pod znakiem zapytania. Nie rozpoznałbyś siebie, gdyby pokazano ci fotografię. A właściwie istniałeś nawet wcześniej.....
     Dwoje ludzi spierało się, jak daleko są w stanie sięgnąć pamięcią. Jeden z nich pamiętał swoje dzieciństwo około trzeciego roku życia. Drugi powiedział: - "To nic nadzwyczajnego, ja pamiętam dzień, w którym mój ojciec i matka wybrali się na piknik. Gdy tam szliśmy, byłem w ojcu, gdy wracaliśmy, byłem w matce!."
    Czy rozpoznałbyś siebie z czasów, gdy byłeś w swoim ojcu?
A przecież dziś pulsuje w tobie to samo źródło życia, co wtedy.
Wszystko się zmienia, znika twoja młodość, starzejesz się, nadejdzie śmierć.
      Ale dotknie ona jedynie formy, nie esencji.
Twoja forma zmienia się w każdej chwili. Nie zauważasz, kiedy odeszło dzieciństwo i przyszła młodość, nie zauważasz kiedy nadeszła starość - wszystko dzieje się powoli, stopniowo.
     Śmierć jest skokiem kwantowym z jednego ciała, z jednej formy w kolejną. Ale nie jest twoim końcem. Nigdy się nie narodziłeś i nigdy nie umrzesz. Zawsze tu jesteś.
    Dopóki tego nie doświadczysz, strach przed śmiercią cię nie opuści.

To, co robisz w chwili śmierci, warunkuje, jakie będą twoje narodziny. Większość ludzi umiera w kurczowym napięciu. Nie chcą umrzeć, można zrozumieć dlaczego.
Oni w chwili śmierci zdali sobie sprawę, że wcale nie żyli. Ich życie zwyczajnie przeminęło jak sen i nadeszła śmierć. Teraz nie ma już więcej czasu by żyć - śmierć puka do drzwi.
    



Gdy był czas, ty robiłeś tysiąc głupich rzeczy, raczej marnując go, niż żyjąc.
     Pytałem często ludzi, zajętych grą w karty, w szachy: - "Czemu to robicie"?
Odpowiadali: - "Zabijamy czas".
Od dzieciństwa byłem przeciwnikiem wyrażenia "zabijać czas". Mój dziadek świetnie grał w szachy, a ja mówiłem mu: - "Starzejesz się i wciąż zabijasz czas. Nie widzisz, że tak naprawdę to on zabija ciebie? powtarzasz ciągle, ze to ty zabijasz czas. Nie wiesz nawet, gdzie on jest. Chwyć go i pokaż mi".

Tobie się tylko wydaje, że czas upływa. Wydaje ci się, że czas odejdzie, a ty zostaniesz!

Gdy człowiek umiera, rozumie wtedy że czas zostaje, a on odchodzi. Żadne kurczowe trzymanie się życia nie może pomóc. Większość ludzi przed śmiercią zapada w stan nieświadomości, w śpiączkę. Tracą możliwość przypomnienia sobie swojego życia.
     Jeśli w chwili śmierci nie usiłujesz za wszelką cenę przytrzymać się życia,wtedy umrzesz świadomie, ponieważ natura nie ma potrzeby wprowadzać cię w nieświadomość, w śpiączkę. Umrzesz czujny, przypomnisz sobie całą swoją przeszłość. Dostrzeżesz, że to, co robiłeś, było po prosty głupie.
Jeśli potrzeby zostały spełnione - co zyskałeś?
Jeśli nie zostały spełnione i cierpiałeś - pytasz, co zyskałbyś, gdybyś je zaspokoił. To gra, w której zawsze przegrywasz.
   Twoje przyjemności były niczym, jak znaki pisane na wodzie, a twój ból został wykuty w granicie. Znosiłeś tyle bólu dla tych znaków na wodzie. Przez całe życie cierpiałeś dla tych małych radości, które z tej perspektywy, gdy widzisz całą dolinę swojego życia, zdają się nie większe niż zabawki. Sukcesy okazały się porażkami. Porażki oczywiście także były porażkami.....
    Więc co robić?
Zabiegaj o odwagę. Ona sama pojawi się w końcu, gdy zaczniesz od prostej zasady: -  nigdy nie przegap Nieznanego. Zawsze wybieraj to, co Nieznane i idź do przodu!
Wybieraj ryzykowne, niebezpieczne, niepewne, a nigdy nie stracisz.
Zawsze pamiętaj, że nowe jest lepsze niż stare. Jest lepsze, nawet jeśli prowadzi do czegoś gorszego niż znane - to nie ma znaczenia. Liczy się sama zamiana znanego w nieznane, liczy się twoja gotowość do tej zmiany. Jest to bardzo cenne, bo to jest właśnie odwaga czyli przeciwieństwo strachu.

Osho – Radość niebezpiecznego życia.


PS. Nie należy stosować ryzykownych posunięć na giełdzie, omijamy także to, co niepewne, tu tylko rutyna. To jest właśnie wyjątek, który potwierdza regułę.

Magnolia




Czytane w drodze Warszawa – Sanok, jazda w ekstra warunkach, w busie prawie pusto, od Rzeszowa byłem jedynym pasażerem! Bilet zamawiany z wyprzedzeniem  przez internet kosztuje piętnaście złotych. Firma Neobus - trasa Warszawa – Polańczyk.
Fragment książki Grażyny Jeromin-Gałuszka – MAGNOLIA.
Ten fragment jest na ulotkach dostępnych w busiku…..



Piętnastego kwietnia, kilka minut przed 16.00, Filip Spalski zmarł. Tak przynajmniej wydawało się sąsiadce z drugiego pietra, niejakiej Owsińskiej.
   - Ni z tego, ni z owego, na huśtawce! - dziwiła się ogromnie, prowadząc ekipę pogotowia ratunkowego od bramy na wewnętrzne podwórze apartamentowca.
   - W środę przyleciał, w czwartek zostawiła go żona, a dziś proszę! - Wskazała zastygłego nieruchomo na huśtawce mężczyznę, dodając: - Dzieci wystraszył, pouciekały do domów. Zdrowy, młody człowiek, ni z tego, ni z owego..... Wszyscy się dziwią.

Nie wszyscy. Sam Filip Spalski w ogóle nie był zdziwiony uparcie utrzymując - nawet wtedy, gdy doktor już stwierdził rozległy zawał - że nic mu nie jest. To tak, jakby nagle coś go zatrzymało, tłumaczył potakującemu obojętnie głową lekarzowi pogotowia. Tak jakby wszystko dookoła działało nadal, tylko on przestał działać.
     Ale wcześniej, gdy go zdjęli z tej huśtawki i nieśli na noszach przez całe podwórze, zwrócił ciemne oczy w stronę wyraźnie rozczarowanej sąsiadki z drugiego piętra i powiedział:
    - To było w czwartek!
    - W czwartek? - zdziwiła się, nie mając pojęcia, czemu mężczyzna, który jeszcze przed chwilą nie dawał znaku życia, patrzy na nią z taką pretensją.
    - W czwartek przyleciałem, głupia krowo - powtórzył, akcentując dobitnie drugą część zdania, bo nie spodobało mu się, że obca kobieta w dwóch zdaniach spuentowała obcym ludziom całe jego życie.
     W życiu Filipa nie było rzeczy ważniejszych niż żona i lotnictwo. Jednym i drugim cieszył się od osiemnastu lat. Jedno i drugie prysło w tej samej chwili, w ów feralny czwartek.
    Niektóre sprawy dzieją się tak szybko - kołatała mu w głowie ta jedna myśl i za nic  nie chciała się odczepić. Tak ogromnie szybko, bez uprzedzenia. Coś jest, a za chwilę czegoś nie ma. Większość zdarzeń nawet nie daje się przeczuć.
    Jeszcze wtedy, gdy postawił maszynę na płycie lotniska i w otoczeniu roześmianych stewardes szedł w stronę budynku kierownictwa portu, wyśmiałby każdego, kto by mu powiedział, że wszystko, co robi, robi po raz ostatni. Za nic na świecie by nie uwierzył, że w jednym dniu może zdarzyć się tyle złego, ile dobrego działo się przez całe życie. A jednak.
    Po raz ostatni poderwał boeinga z płyty nowojorskiego lotniska i przeleciał Atlantyk, ucinając sobie jakąś relaksującą pogawędkę z nawigatorem albo drugim pilotem. Po raz ostatni doznał satysfakcjonującego uczucia, gdy koła samolotu, lądując, miękko dotykają płyty lotniska: uczucie, którego nie da się porównać z żadnym innym.
   Chwilę później dowiedział się, że wyniki okresowych badań, jakim byli systematycznie poddawani ludzie w jego zawodzie, są niezadowalające. Właściwie całkiem złe.
Wiedział oczywiście, co to oznacza, nawet jeśli nie od razu w to uwierzył.
    Z żoną minął się w bramie.
Zawsze witała go w drzwiach, więc najpierw pomyślał, że to nie ona. Gdy zawołał za nią, czemu nie czeka w domu, odparła, że znudziło jej się czekanie na niego w domu. Tak jak i wszystko inne. A najbardziej na dziecko. Spytała, czy wie, ile ona ma lat, akiedy w pierwszej chwili nie mógł sobie przypomnieć, nie czekając aż go olśni, przypomniała mu sama, że trzydzieści osiem. I że to dla niej ostatni moment, by urodzić dziecko. Z jego udziałem lub bez. Właściwie to już teraz wie, że na pewno bez jego.
     Nie zrozumiał, więc mu wytłumaczyła, że są mężczyźni, którzy nie wzbraniają się przed pewnymi sprawami. Nie bujają wiecznie w obłokach (dosłownie i w przenośni) dbając tylko o idealnie wyprasowany mundur, idealnie białe zęby, nie mówiąc o idealnie dobranej kompozycji męskich perfum czy odcieniu skarpetek (każdy odcień do innych butów).
   Przypomniała mu, jak kiedyś spóźnili się na cały pierwszy akt opery, w której występowała jej najlepsza koleżanka z liceum, bo nie mógł znaleźć krawata, pasującego do szarego garnituru, w który się wystroił, jakby nie mógł się wystroić w którykolwiek z piętnastu innych.
Znudziło jej się być żoną perfekcjonisty, tak na gruncie zawodowym, jak i prywatnym, potrzebowała odrobiny chaosu i bardzo dobrze się w tym chaosie odnalazła.
   
    - Chaosu? Jakiego chaosu? O czym ty mówisz? - Tylko to był w stanie wydusić z siebie w tamtej chwili, bo chaos, cokolwiek oznaczał, był chyba czymś najmniej bolesnym z tego wszystkiego, co usłyszał.
    - Dobrze wiesz, o czym mówię - odparła.
Nie wiedział. Nie miał pojęcia, o czym mówi miłość jego życia. Pierwsza i jedyna. Najważniejsza.

Nie wróciła na noc. Następnego dnia przyszła po swoje rzeczy. Próbował jej powiedzieć, że już nie będzie latał i odtąd wszystko się zmieni, ale mu nie pozwoliła, pochłonieta wyliczaniem wszystkiego, co w ich życiu było idealne: - każdego pokoju w tym cholernie luksusowym apartamencie, urządzonego pod kreskę (nie pod jej kreskę), każdego dnia który mijał według ściśle określonego planu, w zależności od tego, czy on akurat szykował się do lotu, czy z niego wracał.
    Nie próbował jej zatrzymać, bo nie wiedział jak. Nie potrafił. Nie był przygotowany, a przede wszystkim prawie do samego końca nie wierzył, że to naprawdę jego dotyczy. Oglądał jakiś film, w którym kobieta odchodzi od mężczyzny: - pakuje swoje rzeczy, opróżnia szafy i półki z butami w takim tempie, jakby uciekała przed pożarem, rozgląda się, czy wszystko wzięła, wraca po to lub tamto, a potem idzie do drzwi, taszcząc to wszystko, zaraz trzaśnie drzwiami...... Kiedy trzasnęła, wyszedł z domu na wewnętrzne podwórze, zgonił jakiegoś dzieciaka z huśtawki, usiadł na niej i siedział, dopóki sąsiadka z drugiego piętra, głupia krowa, nie zaczęła mu się podejrzliwie przyglądać i nie wezwała karetki. W drodze do szpitala myślał tylko o samolotach i żonie. Wciąż mu się zdawało, że jest jakimś statycznym, zatrzymanym w czasie i przestrzeni punktem, wszystko dzieje się poza nim i odtąd już tak będzie. 
  
      Na rozprawie rozwodowej była już w widocznej ciąży. Nie chciała z nim rozmawiać. Zdołał mimo to zapytać, dlaczego osiemnaście lat była idealną żoną, którą kochał nad życie, przecież wystarczyło porozmawiać, sprzeciwić się czemuś, o coś zapytać, postawić sprawę tak lub inaczej….. Dwoje ludzi zawsze może się z obłoków sprowadzić na ziemię, jeśli tylko jedno uważa, że w drugim coś mu  nie pasuje, i jeżeli oboje uznają, że warto między sobą coś zmienić. Są rozmowy, kłótnie, kompromisy.
   Prychnęła pogardliwie, nawet na niego nie patrząc, i dopiero wtedy pojął, że jest obcą kobietą, do której na darmo wracał po każdym kolejnym locie, przez osiemnaście lat szczęśliwego życia.
O mało nie przypłacił tego odkrycia następnym zawałem.
Poprosił swoje serce, żeby się uspokoiło i pozwoliło mu raz jeszcze na spokojnie się nad wszystkim zastanowić.
    Odchodząc, zabrała jeden z samochodów (ten lepszy) i pokaźną zawartość konta. Miał czterdzieści pięć lat, niezłą emeryturę, idealnie urządzony apartament i nic poza tym. Żadnych znajomych, przyjaciół. Jedni odeszli wraz z żoną, inni z lotnictwem. Filip sprzedał apartament z całym wyposażeniem (znalazł frajera, któremu to pasowało), wsiadł w samochód (ten gorszy) i wyjechał z bramy.

Gdy znalazł się na ulicy, przez chwilę się zastanawiał, w którą stronę ma jechać, ale zaraz pomyślał, że to nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Po jakimś czasie, już za miastem, zorientował się, że jedzie na południe, i uznał, że jest to kierunek równie dobry, jak każdy inny.
   Jechał wiele godzin, zatrzymując się tylko dwa, lub trzy razy na stacjach benzynowych, nie patrząc gdzie, bo i specjalnie to go nie interesowało. W pewnym momencie dostrzegł na poboczu starszego mężczyznę, młodą kobietę i dziecko, posilających się przy niedużym stoliku.
Surrealizm tej scenki kazał mu chwilę się zastanowić, czy nie jakichś zwidów i czy nie lepiej byłoby się zatrzymać, odpocząć. Zastanowił się i pojechał dalej. Zmęczony czy nie, chciał po prostu jechać.
    Przed wieczorem skończyła się droga. Mógł zawrócić i może dobrze by było, gdyby to zrobił, coś jednak kazało mu wyjść z samochodu i rozejrzeć się, a gdy się rozejrzał, stwierdził, że dotarł do stacji kolejowej w odległym od głównych dróg i cywilizacji zakątku Bieszczadów.
    Nie było tu żadnych podróżnych, ani tych, którzy przyjechali, ani oczekujących na jakiś pociąg. Piękny budynek dworcowy stał pusty i samotny. Peron z obydwu stron ginął w oparach wieczornej, wczesnojesiennej mgły. Za nim w dali rysowała się rozległa połonina i niewielkie wzgórza. Cisza z minuty na minutę zdawała się nabierać pełniejszej głębi.
    Kątem oka dostrzegł faceta wyłaniającego się zza węgła budynku. Podszedł i zapytał z ciekawości, jak często przejeżdżają tędy pociągi.
    - O tej porze roku w ogóle – usłyszał. – W sezonie…. Dwa razy na dzień, a tak, to nie.
    - To na co czeka tamten człowiek? – spytał, dostrzegając sylwetkę mężczyzny na ławce na samym końcu peronu.
    Jego rozmówca wzruszył ramionami.
    - A wiadomo, panie, kto tu na co czeka. Przyszedł, połaził, usiadł i patrzy. Niech tam sobie patrzy.
Filip Spalski odwrócił się bez słowa i spojrzał na mężczyznę na ławce, a potem zaczął iść wolnym krokiem w tamtą stronę.
    - W czwartki mam chleb – usłyszał za sobą. – Żona piecze. Niektóre tu specjalnie przyjeżdżają, jak raz spróbują. Madej, właściciel Magnolii, to dziesięć każdego tygodnia brał. – Kładąc odruchowo rękę nad czołem, dodał: - A nie wiem, czy to on….
    Spalskiego nie zainteresowała perspektywa kupowania chleba w czwartki u ciecia, pilnującego umarłej stacji kolejowej. Podziękował za pogawędkę skinieniem głowy i poszedł na koniec peronu.
Mężczyzna na ławce nie zwrócił na niego uwagi. Siedział z rękami wyciągniętymi na oparciu i wpatrywał się w coraz mniej widoczną we mgle połoninę daleko za torami. Po jego lewej stronie leżał płaszcz w równie dobrym gatunku co garnitur, który miał na sobie, po prawej butelka koniaku. Gdy Filip wracał, ich spojrzenia spotkały się. Nieznajomy uniósł butelkę i bez słowa wyciągnął w jego stronę. Filip pokręcił głową, ale usiadł obok. Przez chwilę obaj siedzieli i patrzyli za tory. Tamten pociągnął dwa łyki i powiedział: - Muszę jak najprędzej sprzedać Magnolię.
    - Magnolię?
    - Żona jest wielką miłośniczką melodramatów, ta nazwa to jej pomysł. – Zorientowawszy się, że nic tym nie wyjaśnił, dodał zaraz: - Knajpa z hotelikiem w budynku po starym więzieniu. Nie chciałby pan kupić?
    Co to za dziwne miejsce, pomyślał Filip, gdzie można kupić chleb u ciecia na stacji kolejowej, albo stare więzienie, i odpowiedział:
    - Dlaczego nie?




środa, 23 kwietnia 2014

Żmijowa niedziela

W ciągu dnia na trasach, którymi chodzę, nie ma turystów. Przez tydzień wędrówek nie spotkałem ani jednego turysty. A czas dobry, bo dużo widać, gdyż buki i inne drzewa liściaste są bez liści.
Spotykam tylko robotników leśnych ładujących metrówkę na ciężarówki, lub panów pilarzy, czyli drwali.
Oto skończona robota mego znajomego drwala, z którym niedawno tak obficie pogadałem.
     
     



W niedzielę nikt nie pracuje. Tylko ptaki świergolą, szum potoków, chrzęst żwiru pod butami,
obłoki i myśli w głowie jak obłoki. A wokół widoki, widoki...... Drogę znienacka kilkakrotnie przebiegają sarny - nieudane zdjęcia.
 W przyszłym roku w okolicach pomnika Żubra, przy drodze na Żebrak, zakwitną kolorowe łubiny.
Co ty? Jasnowidzem jesteś?
Chyba nie jestem...... chociaż nieraz być może, być może......
Proste ma być: - posiałem pracowicie ziarenka w odpowiednich miejscach, obok innych łubinów.
W maju 2015 będzie tutaj pięknie!
       
       
   

Myśli nie dotyczą chwili obecnej, tylko żeglują pomiędzy przeszłością i przyszłością. Taka ich natura. Wystarczy jednak być uważnym, czujnym, żeby one stanowiły tylko dalekie tło.
    O konieczności zachowania czujności w wędrówce, możesz się przekonać, gdy natkniesz się niespodziewanie na czarną żmiję zygzakowatą, która się wygrzewa na środku drogi. Gdy jest dość daleko, nie ma potrzeby się bać.
Owszem, zdarzały się niemiłe spotkania oko w oko, gdy w tamtym roku jadłem obiad przy namiocie, a wtem coś poruszyło się w trawie o metr z boku, popatrzyłem szybko w tę stronę i zamarłem: - brązowa żmija zygzakowata pełznie powoli. Popełzła w swoją stronę. Uff! Mogłem po chwili dalej jeść.
      Ale wtedy gwałtownie serce się budzi i bije mocno, jest także jak najbardziej miejsce na strach. Tylko głupcy się nie boją. Do wilków przywykłem, z czasem także do węży i żmij można przywyknąć. A wśród ludzi nie zdarzają się żmije?
Podobno dla zdrowego dorosłego, ukąszenie nie jest problemem. Nie dostaje się nawet gorączki. Niebezpiecznie jest tylko dla dzieci, starszych i chorych na serce.
Niby nie podpadam pod żadną z tych kategorii, chociaż...... często zachowuję się jak dziecko i tak samo się czuję, więc bliżej niż trzy metry nie podchodzę.
     

  

W powrotnej drodze, prawie w tym samym miejscu, spotykam brązową koleżankę poprzedniczki.
     To jest żmijowe miejsce.
Mój znajomy w jednym z miast hoduje egzotycznego węża w terrarium. Dał mi go pogłaskać. Szok! Spodziewałem się czegoś nieprzyjemnego, śliskiego. To przesądy pokutują w naszych wyobrażeniach. Wąż ma ciepłą, delikatną, aksamitną skórę! Jest po prostu bardzo miły w dotyku.
     
      

I ma koniec zdjęcie wieczorne z Panem Księżycem.







   

wtorek, 22 kwietnia 2014

Giga i Luna




W Bieszczadach mieszka także moja druga miłość - Luna. Ćwierćwilczyca z Balnicy. Byliśmy z Gigą dwukrotnie w odwiedzinach u Luny.
    


Panienki wyraźnie się polubiły.
   


Luna jest już dojrzałą panienką, bo ma 10 lat. Giga ma 5 lat.
   


Wojtek Juda - gospodarz Balnicy, był akurat nieobecny. Ale widać jego rękę: - dom zmienił się od września, kiedy byłem tu po raz ostatni.

    


Teraz nie ma turystów, tylko gospodyni, dwa koty, dwa konie, Luna, a wokół wilki i niedźwiedzie.
    

Niedźwiedzie nie śpią - za ciepło. Chodzą niewyspane, przez to są teraz groźne i wyjadają kukurydzę z paśników. 80 sztuk jest w Bieszczadach.
   Chwilowy odpoczynek i wracamy.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Perły w kwietniu



  



    
           PERŁA

Kropla deszczu skapująca z chmury
Zawstydziła się, kiedy zobaczyła morze.
„Kim jestem wobec morza?”
Kiedy zobaczyła się okiem pokory
Muszla wzięła ją w swoje objęcia.

      Sadi z Szirazu

 Kropla deszczu skapująca z chmury
Zawstydziła się, kiedy zobaczyła góry.
 "Kim jestem wobec gór?"
Kiedy zobaczyła się okiem pokory
Zawisła w zachwycie na gałązce