wtorek, 17 marca 2015

Budynek trzeci

Czyli dom Czerwonego Kapturka.

W czasie bieszczadzkich wędrówek, na ścieżce gdzieś w głębi lasu spotkałem Czerwonego Kapturka.
   

Dzień dobry! - powiedziałem bardzo uprzejmie.
Czerwony Kapturek zmierzył mnie niechętnym wzrokiem i z wyraźnym wahaniem odpowiedział: - dzień dobry.

Oho, myślę sobie, Czerwony Kapturek nie w sosie. W takich przypadkach powinien poskutkować dobry krótki dowcip o konkurencji. - Czy wiesz, Kapturku, jak Królewna Śnieżka budzi krasnoludki?
 - 7 up! 
I poskutkowało. Kapturek się nieco rozchmurzył. 
 - Jeszcze coś opowiesz? Zapytał. Więc nawijam:

Trzech myśliwych przechwala się, kto więcej zwierzyny upolował. -Pierwszy mówi: - ja upolowałem sto zajęcy.
 -Drugi: - a ja upolowałem niedźwiedzia. 
 -Na to trzeci: - a ja upolowałem stado nołplisów!
 -Nołplisy? Co to takiego?
 -Nie wiem. Po prostu biegały i krzyczały: - „No, please!”

Tego też nie znałam, powiedział Kapturek. Jak opowiesz jeszcze jeden dobry dowcip, to zaproszę ciebie do siebie, a babci akurat nie ma w domu ....... Zabrzmiało to tak interesująco, że baśń popłynęła prawie sama:

Dawno, dawno temu była sobie Mała Osada, którą nawiedzał straszny smok. Za każdym razem pożerał dziewice i co mu tam w pazury wpadło. Starszyzna wioski wysłała poselstwo do Dużego Rycerza. - Ratuj nas! - prosili.
 - Rycerz odpowiedział: - Muszę pomyśleć, zastanowić się – przyjdźcie za tydzień. 
 Na drugi dzień smok ponownie spustoszył okrutnie Małą Osadę. Zdesperowani mieszkańcy wysłali poselstwo do Średniego Rycerza. - Ratuj nas! - błagali.
 - Muszę pomyśleć, przyjdźcie za trzy dni – odpowiedział Rycerz. Następnego dnia smok ponownie napadł na Małą Osadę. Zrobiło się całkiem krucho z dziewicami. Właściwie już wcale ich nie było, została tylko Mańka Dzyndzel, i nie było żadnej pewności, czy ona jest dziewicą, czy tylko tak się przechwala. A smok znał się przecież na dziewicach jak mało kto! Nie daj Boże smoka oszukiwać, dopiero by się rozeźlił! Rada w radę, wysłano poselstwo do Małego Rycerza.     
 - Ratuj nas, jesteś naszą ostatnią nadzieją, ale powiedz od razu, ile dni będziesz się zastanawiał, czy zaatakować smoka?
 - Na to Mały Rycerz rzekł: - Tu nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba natychmiast spierdalać!
    Uprzyjemniając sobie w ten sposób wędrówkę, doszliśmy do polany, na której ukazał się dom Czerwonego Kapturka.
       


        


    Usiedliśmy na tarasie, zostałem poczęstowany herbatką z dziewanny i ciasteczkami owsianymi i teraz z kolei Kapturek opowiedział niespotykanie dowcipny dowcip:

  • Pewien facet leżał w łóżku i konał. Od czasu do czasu wracał do przytomności. Żona czuwała przy jego łóżku dzień i noc! Pewnego dnia znowu odzyskał przytomność i zaczął zmęczonym głosem mówić do żony: - W najgorszych czasach byłaś przy moim boku. Gdy mnie zwolnili z pracy, dodawałaś mi otuchy, później, kiedy moja firma zbankrutowała, też byłaś przy mnie. Jak straciliśmy nasz dom, także byłaś blisko. Nawet teraz, gdy jestem tak chory, nie opuszczasz mnie ani na chwilę..... 
     Wiesz co..... ? 
     Oczy żony wypełniły się łzami wzruszenia: 
     -Co mój kochany? - wyszeptała. 
    -Myślę, że przynosisz mi pecha!

PS. Informuję, że doszukiwanie się jakichkolwiek podtekstów osobistych w tych dowcipach jest nieuprawnione.
         Do zobaczenia na blogu na początku kwietnia i tą obietnicą kończę wpisy marcowe.

poniedziałek, 16 marca 2015

Budynek drugi

  
W rozstrzelanej chacie
Rozpaliłem ogień,
Z rozwalonych pieców
Pieśni wyniosłem węgle.

Naciągnąłem na drzazgi gontów
Błękitną płachtę nieba
Będę malować od nowa wioskę w dolinie.

Święty Mikołaju, opowiedz jak tu było, jakie pieśni śpiewano
Gdzie się pasły konie.

A on nie chce gadać ze mną po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną.

Hej ślepcze
Nauczę swoje dziecko po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

 
                (Ballada o świętym Mikołaju) 

Bez urazy - Triada



W głębokiej starożytności (Sumer, starożytny Egipt) triada była uważana za pierwotny wyraz zasadniczej struktury życia.

Przed zbliżającą się podróżą zamieszczę trzy posty, każdy o innym budynku.
Perspektywa krańcowa jest zawarta w dzisiejszych dwóch wpisach. Trzeci budynek pokażę jutro dla równowagi.
          Dzisiejszy wpis jest autorstwa Bruno Ballardiniego.
   
Budynek pierwszy, czyli święty kicz.

Od niepamiętnych czasów Bazylika Św.Piotra, największe arcydzieło kiczu, jest postrzegana w swej okazałej wulgarności jako „imponująca”, a zatem „święta”, głównie dlatego, że w ogólnym pojęciu „święte” nie może być inne niż „okazałe”, „majestatyczne”,”imponujące”. Nigdy zaś subtelne.
         To, co subtelne nie nadaje się bowiem do masowej konsumpcji.

Kicz jest absolutną konsekwencją masowej estetyki, czyli estetyki przeznaczonej dla mas. Kicz jest przyporządkowany popularności sztuki. Jak więc nie podziwiać równowagi między architekturą a propagandową retoryką, równowagi wspartej na podwójnym łuku kolumnady, która wybiega przed bazylikę, jakby obejmowała tłumy macierzyńskim uściskiem i wprowadzała je do wnętrza?
Jak nie zauważyć ogromnego wysiłku estetycznego skupionego wyłącznie na frontonie budowli, skierowanym ku wiernym, podczas gdy po bokach nie ma nic?
        Estetyczny uniwersalizm św. Piotra opiera się na mieszaninie rodzajów i stylów zapożyczonych od innych tradycji i kultur, i wzajem ze sobą zestawionych.
      Na przykład obelisk – co robi egipski obelisk pośrodku świątynnej ostoi chrześcijaństwa?
Ten obelisk niegdyś zdobił cyrk Nerona, na którym zbudowano bazylikę, i już sam wybór tej parceli mógł mieć znaczenie symboliczne. Lecz po co było w 1586 roku stawiać go na środku placu? Najpewniej po to, by podkreślić raz jeszcze tę samą ideę, symboliczne przypieczętowanie po wsze czasy zwycięstwa chrześcijaństwa nad światem antyku.
         A cóż to za tandeta, gromadzona przez wieki, od zegarów Valadiera, które w XVI wieku osadzono na balustradzie, po Bramę śmierci Manzu?
         Proste.

Najważniejszy w całej sieci punkt sprzedaży musi cechować przepych i widowiskowość, bo ma on obudzić silne emocje.
 
By je zyskać, można działać także metodą kumulacji. Skoro masa pozbawiona została naturalnej percepcji, którą zastąpiła estetyka-za-pośrednictwem-tekstu (książki wciąż oznajmiają nam, że Bazylika św. Piotra jest „przepiękna”, ponieważ jest kolebką chrześcijaństwa – nigdy odwrotnie), nikt nie zdaje sobie sprawy, iż odczucia, których doświadcza na widok tej budowli, są z pewnością silne, ale nie z racji domniemanego piękna, lecz wskutek nagłego zderzenia z nadzwyczajną masą kiczu, spadającą na człowieka niczym lawina.
            Wulgarność jest koniecznym paradygmatem, obejmującym wszystkie aspekty życia chrześcijaństwa, a jej wpływy sięgają wszędzie, od sztuki „sakralnej” po świecką estetykę. Wychowanie dla złego smaku, dla kiczu, zaczyna się bardzo wcześnie – wraz z katechizmem, w szkołach, gdzie naucza personel zarządzający Słowem. Z drugiej strony, jak mogliby przekazywać wartości piękna ci, którzy zrezygnowali ze świata na rzecz Korporacji?
           Osoby uciekające od wszelkiej percepcji poprzez umartwianie ciała nie są w stanie wyjaśnić, czym jest piękno – to wymagałoby umiejętności postrzegania, a jeszcze przed nią: dopuszczenia, że istnieje jakieś piękno w świecie doczesnym. Ale po całym tym antypercepcyjnym treningu, kicz jest w stanie rozlewać się sam z siebie (…..) .
           I choć szata nie czyni mnicha, to od sukien zakonnych, których styl naśladuje kobiecy aktyw moherowy, aż po iście hollywoodzkie kreacje papieskie z okazji otwarcia Drzwi Świętych w roku jubileuszowym – wszystko jest trumfem wulgarności. (…..)
 
Wizyty pasterskie w krajach objętych akcją misyjną: afrykańskie kobiety, które dedykują papieżowi plemienne tańce, odziane są w nieprawdopodobne spódnice, lub, co gorsza, w tradycyjne stroje odpowiednio „ucywilizowane”, by zaspokoić wymogi katolickiej estetyki (albo moralności).
           Wśród tysięcznych przykładów nikt nie wspomina o szkodach, jakie w „dobrej wierze” misjonarze katoliccy usiłowali wyrządzić klasycznej muzyce indiańskiej, wprowadzając przenośne organy klawiszowe, by poganie nie grali już „fałszywych nut”. W tym samym celu dobrowolnie zmieniają świat swoich wartości studenci papieskich uczelni z krajów Trzeciego Świata, przybyli w nadziei, że również za pośrednictwem estetyki zintegrują się z kulturą chrześcijańsko-zachodnią.
          Są to w większości poczciwi ludzie – aliści, po powrocie do ojczyzny w niewzruszonej dobrej wierze szerzyć będą zmasowany standardowy kicz, który nałoży się na lokalne estetyki, odbierając im tożsamość. W ten sposób powstają kulturowe hybrydy, od których trudno się będzie uwolnić.
        To cena jaka ludzkość musi zapłacić za „postęp”: w wielkiej jarzynowej sałatce miesza się ze sobą wszystkie składniki, aż tracą smak. W tym stanie rzeczy nieważne co jest, a co nie jest chrześcijańskie. Publiczność przyzwyczaiła się do papki i nie przejmuje się tym, że mitra biskupów i papieża była pierwotnie nakryciem głów egipskich faraonów, że piuska na głowie Ojca Świętego to nic innego, jak tradycyjna jarmułka żydowska i że różaniec wywodzi się z tradycji muzułmańskiej.
Jak powiadają – pasuje wszystko.
               A Kościół powszechny kręci mieszadłem.

Z drugiej strony, sztuka sakralna nigdy nie pretendowała do miana sztuki „czystej”. Malarstwo o tematyce religijnej nigdy nie ukrywało swej funkcji perswazyjnej, porównywalnej do tej, jaką spełniają afisze filmowe. Przedstawienie w malarstwie czynów i „cnót” jakiegoś świętego oznacza przetransponowanie życia owego świętego na płaszczyznę mitu. (…..) ..Obraz religijny przeistacza życie świętego w film, w którym jest on głównym bohaterem. We wszystkim tym tkwi intencja „dydaktyczna”.
Ale idźmy dalej.
          Co ciekawe, przedmiotem mitologizacji w obrazie jest nie tylko jego bohater, ale także i oprawa (kiczowata na ogół)
Motyw ornamentacyjny powróci następnie już to w pasmanterii, już to w gipsowym stiuku na suficie, już to na bordiurze filiżanki „w wysmakowanej stylizacji” Ginoriego, lub co gorsza, w podręczniku do nauki rysunku dla szkół podstawowych. Zły smak kultury katolickiej rozwijał się przez stulecia, produkując nieskończoną liczbę ludowych wariacji. Kicz sakralnych ozdób i aranżacji, wymknąwszy się kategoriom sztuki, w cudowny sposób przeniknął do całej chrześcijańskiej estetyki, publicystyki, mody grupowej, muzyki, zachowań, sposobów mówienia.
         Kościół od samego początku zrozumiał, że aby się sprzedać, trzeba obniżyć jak tylko się da poziom komunikowania.

Po długich wiekach tego oddziaływania na wszelkich płaszczyznach, twierdzić dzisiaj, że istnieje jakaś kultura laicka całkowicie wolna od elementów katolicyzmu, jest pobożnym życzeniem.
        Ba, więcej: jest czystym intelektualnym kiczem. 
Nie wolno zapominać, że kultura Zachodu jest głęboko katolicka, i że, paradoksalnie, niektóre istniejące w jej ramach intelektualne nurty proklamują swoją „antyklerykalność” właśnie dlatego, iż nadal się do katolicyzmu odnoszą.
         Marketing Kościoła górą!

Anestetyka tworzona przez katolicyzm żywi się głównie kanibalizacją estetyk przynależnych do innych kultur. Da się na przykład obronić tezę, że kultura, która swą osią uczyniła kanibalistyczny rytuał, produkuje także kanibalistyczne pojęcia, strategie i polityki.
Przecież logika klasycznego marketingu jest logiką ludożerczą.

Zwalcza się rynkowego przeciwnika, a pokonanego pochłania. Krąg plemiennego rytuału zostałby całkowicie domknięty wraz z ponownym wykorzystaniem znaków rozpoznawczych dopiero co pożartej ofiary: jej zębów, skalpu, zmumifikowanej głowy itp.
          W analogiczny sposób ponadnarodowe korporacje wystawiają na pokaz rynki przejętego przedsiębiorstwa (zęby), logo (skalp), a często i zmumifikowaną grupę jego kierowników.
        Chodzi o to, aby udowodnić, że pozyskane zostały siły i przymioty przeciwnika. To forma uspokojenia jego dawnych partnerów.
Szaleństwo tak zwanego „globalnego” marketingu na tym właśnie polega: istnieje granica dla kanibalizacji świata, po jej przekroczeniu pozostaje tylko samopożarcie. Bez żadnego przeistoczenia.


PS. Zapraszam do merytorycznej dyskusji. Rynsztoku tu nie będzie.

niedziela, 15 marca 2015

Sięgać aż tak daleko?

Rozmawiam aktualnie z kilkunastoma osobami o daytradingu. Ludzie piszą, umawiamy się i rozmawiamy bezgotówkowo. Takie to proste.
A więc rozmawiamy także o poszukiwaniu fal. Pięciu fal. Nie zawsze da się je dostrzec i to są te właśnie kawałki tortu o których ciągle powtarzam:

Nie próbuj zjeść całego tortu, bo zwymiotujesz. Wybieraj jedynie kawałek. Potem czekaj.

Wynikają nieraz bardzo ciekawe rozmowy.
Złote Tarasy. Gdy jestem w Warszawie, lubię się tu spotykać z interesującymi ludźmi. Zwłaszcza w weekendy. Odwykłem już od pędu, od ludzi nerwowo patrzących na zegarek. Jest zauważalna różnica między atmosferą dnia codziennego w tej galerii, a weekendem. W weekendy atmosfera jest spokojna czyli miła.
    


Treść ostatnio prowadzonej rozmowy dotyczyła zarabiania ogólnie, a giełdy w szczególności.
       Otóż rok temu dwóch facetów w średnim wieku opowiadało o sobie. Szukają pomocy. Opowiadali o swoich doświadczeniach finansowych – czytaj: - stratach. Mając wiedzę wystarczającą do zarabiania – tracili. Przeszli przez wielomiesięczne poszukiwanie najlepszej dla siebie metody – czytaj: - interwału. Wszystko prawidłowo na demo.
Wybrali interwał. I klapa po wejściu własnymi pieniędzmi.
Emocje podobno.

Po ubiegłorocznym spotkaniu, doszliśmy wspólnie do wniosku, że oni nie weszli w ogóle w temat „poznaj siebie”. Właściwie nic o sobie nie wiedzą, a to przecież błąd. Rozmawialiśmy szczerze i powiedziałem im, co często ostatnio robię, że może powinni sobie odpuścić, bo giełda nie jest dla nich.
       Nie odpuścili. Drążyli zagadnienie. Każdy oddzielnie poddał się hipnozie regresyjnej u innego terapeuty. I wyszło szydło z worka.
       
         Obaj poczynili kiedyś śluby ubóstwa!

Czasami trzeba sięgnąć aż tak daleko, żeby znaleźć przyczynę życiowych zdarzeń. Podobnie dzieje się z człowiekiem, któremu rwą się związki męsko-damskie.
Często przyczyną są złożone śluby celibatu.
           Pomińmy odpowiedź na pytanie, kto kiedyś podpuszczał ludzi do składania takich ślubów.
Błędny program noszony w umyśle działa i dopóki go nie zmienimy – dupa blada. Wystarczy zdać sobie sprawę z takiego „gwoździa” tkwiącego w człowieku i zastosować autosugestię, wizualizację, sposoby zmiany nawyków. Do programowania nie polecam hipnotyzerów. Regres tak, programowanie tylko samodzielne. 
      To jest opis aktualnej sytuacji, co z niej wyniknie - gdy się dowiem, napiszę.  

Na obrazku wykres S&P 500 1 H. 
    


Jest widoczna duża piątka. Ten rynek otwiera się często z lukami, lecz przecież my gramy na Futures. Jest duża różnica, bo rynek kontraktów działa przez 24 godziny. Tak samo dobrze jest patrzeć na wykres Wigu w skali makro i porównywać z Wig 20. Tu nieraz jest zupełnie inne liczenie fal.
    
W niektórych falach można zobaczyć mniejsze piątki. Przypominam także, że liczenie fal jest tylko metodą pomocniczą, opieramy się na sygnałach kupna i sprzedaży.
      Dopiero gdy obrazek „uzbroimy” w kilka narzędzi, stanie się czytelniejszy.

          Uzbrojoną działkę sprzedam. Saper

sobota, 14 marca 2015

Kamienna pustynia

Marketing największej Korporacji cd.


Internet jest potęgą. To potęga w rękach rządzących, ale także miecz obosieczny.
         Imperatorzy zawsze rządzili za pomocą strachu. Tak działał Adolf Hitler. W „Mein Kampf” stoi czarno na białym: - strasz ludzi! Wtedy utrzymasz władzę!
        A co przekazują czarni? - Bój się Boga!
Czuję się.... jak kropla, która spada z nieba. Leci pod własnym ciężarem, a cała tajemnica w locie.
         Ludzi pęta się od wieków strachem.
Nic nie masz.
       Tylko ten dom, lub mieszkanie na kredyt wzięte. To wszystko co masz. I to możesz stracić. Lecz - nie bój się!
Ja też mam dom. Kupiony za gotówkę: 40 zł zapłaciłem w promocji (Tesco) za nowy namiot - marzec 2015 r. I wiem, że dwa lata wytrzyma w Bieszczadach. ( gdy myszy odpuszczą) Taki żart i wcale nie smutny, bo zaniedługo pokażę w jakich kwiatach ten dom stoi!
        A dziś, w tym Tu i Teraz, 4 miesiące w roku mieszkam w stolicy Polski, w Centrum Warszawy – kamienna pustynia mówią, ale w niej mam własność - to trzecia kolejna własność, po dwóch poprzednich, oddanych na osobiste życzenie, lecz: - trumna nie ma kieszeni - czy nie tak piszę od czasu pewnego? 
     W tej kamiennej pustyni także bywa ładnie.
   




I w tym zawiera się autentyczność, czyli prawda. Dziś żyję, a co będzie jutro? Może się zakocham?
      Z tej kamiennej pustyni wszędzie mam blisko, metro oddali, mam do niego sto metrów.
   


  
Lecz do rzeczy. Kiedyś pisało się: - ad rem.
Czarni: czytaj Manipulanci, trzymają z politykami. Wyraźniej to napiszę: - to czarni pociągają za sznurki, a politycy wykonują ruchy.
        Czyli politycy są politykowani. A im się wydaje, że są samodzielni.
I nie jest ważne, czy za sznurki pociąga partia Boga, czy partia Złotego Cielca. Zobaczmy co pisze Bruno Ballardini.

Do przyciągnięcia i przywiązania klientów do nowej marki, jako logo wybrano narzędzie tortur.
- To narzędzie wybrał sobie syn rzemieślnika, pierwszy przedsiębiorca powstającego właśnie największego w dziejach przedsięwzięcia, by oddać życie „dla dobra ludzkości”.
Facet miał niewątpliwie charyzmę, ale przy tej okazji przeszedł samego siebie, poświęcając się całkowicie na rzecz firmy – przynajmniej tak twierdzą ewangelie. Nawet jeśli dopuścimy hipotezę samobójstwa, nie ma już sposobu, by się dowiedzieć, czy animator kieszonkowej sekty naprawdę je popełnił, kiedy w olśnieniu zobaczył wszystkie jej przyszłe pomyłki, czy też wyczuł możliwość przejęcia rzemieślniczego wyrobu swojej sekty przez wielką korporację, która całkowicie go wypaczy.

W czasach, gdy po raz pierwszy użyto tego znaku, Paweł, jego product manager, był całkowicie świadomy, że ów negatywny symbol jest „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (Kor 1,23)
Aparat perswazyjny był tak potężny, aparatura propagandowa tak silna, że krytyka Porfiriusza, który mówił o złym smaku nowej religii, utonęła w niebycie.
Porfiriusz mówił: - Oto sławetne zdanie Nauczyciela, który powiada: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie”.
To jest najbardziej bezsensowny ze wszystkich bezsensownych i najbardziej zwierzęcy ze wszystkich zwierzęcych zachowań pomysł, by człowiek smakował ludzkie mięso i pił krew swoich bliźnich. Co to za gadanie? Bo choćby zawierało pod welonem alegorii cokolwiek inicjacyjnego i dobroczynnego, to przecież odór dobranych słów, wnikając w jakiś sposób poprzez słuch do duszy, niesie jej szkodę, gorsząc ją swą odrażającą naturą, a w wymiarze ezoterycznym całkiem poraża, skoro nastawia człowieka do zagubienia się w mrokach nieszczęścia. Nawet natura istot bezrozumnych czegoś takiego nie zniesie.(....) Baczcie więc: taka jest ta religia, którą przyjmujecie, jeśli nierozsądnie dacie się do niej przekonać. Patrzcie, jak ta choroba ogarnęła miasta, już nie tylko samą wieś! ( Makary z Magnezji, Apokritikos,III,15.)

Niezależnie od tego, jak było w istocie, powodzenie tej inicjatywy bije po oczach: narzędzie śmierci po dziś dzień reprodukowane jest jako trademark w setkach milionów egzemplarzy, wieszane na ścianach przedszkoli i szkół. Funkcjonuje nawet jako powszechnie noszona ozdoba unisex, w wersji dla pań zdobna w szlachetne kamienie. W sumie nieźle: można tylko się zastanawiać, jaki też nosilibyśmy gadżet, gdyby, dajmy na to, Chrystusa powieszono lub ścięto.
Bruno Ballardini – Jezus i biel stanie się jeszcze bielsza.

Mój przyjaciel, Mirek, wyszukał poniższy tekst:

Dwa miliardy ludzi są zahipnotyzowane przez Kościół, sądzi aktor Krzysztof Pieczyński. Według niego Kościół nie pali czarownic tylko dlatego, że już nie może. - Polacy utracili swoją tożsamość wraz z przyjęciem chrztu - dodaje i przedstawia swoją wizję oraz jej źródło.

- Jak Pan idzie ulicą przez miasto, to chyba Panu przykro, bo dookoła kościoły i krzyże.
Te krzyże działają na podświadomość. Należy je usunąć ze wszystkich publicznych miejsc z wyjątkiem kościołów. Przestrzeń publiczna nie może być miejscem indoktrynacji.
- Czuje się Pan pozbawiony czegoś przez Kościół?
Absolutnie - tak się czuję. Jestem okradziony z partnerów do twórczej rozmowy, bo Kościół przeniknął także kulturę i sztukę. Przez to ludzie w Polsce produkują zbyt wiele mizernych kopii tego, co stworzono w innych krajach. Widocznie wstydzą się siebie i robiąc kalki myślą, że przez to będą lepsi.
- A gdyby ktoś Panu zaproponował odprawienie nad Panem egzorcyzmów?
To ja zaproponuję, by postawić Kościół przed trybunałem za zbrodnie przeciwko ludzkości. Bo te zbrodnie żyją w naszej zbiorowej podświadomości. Człowiek rodzi się z ich traumą, a nie z grzechem pierworodnym. To, o czym mówię, to rzeczy dla mnie bardzo emocjonalne, natomiast Kościół opanował umiejętność niewyrażania emocji i prawdy, kontroluje się, jest w tym mistrzem.

Tablice Uniqueness

Na nic wszelkie zabiegi wrogów tego logo. Działania propagandowe podjęte przez ewangelistów przygotowały grunt pod największą w dziejach kampanię marketingową.
Albowiem przywiązanie klientów do marki należy budować jakimkolwiek sposobem, Prawdą i nieprawdą. Dopiero po psychologicznym „rozhuśtaniu” grupy docelowej staje się możliwe głoszenie uniqueness produktu, co stanowi pierwsze konkretne posunięcie inwazyjnej strategii marketingu.
Powtórzmy: aurę wyjątkowości produktu można stworzyć tylko poprzez komunikat.
Guidelines marki, mającej podówczas największe wzięcie, to znaczy dziesięcioro przykazań, które chrześcijaństwo przyjęło wraz z całym Starym Testamentem, ustaliło już dogmat w sposób niezrównany, i to w obu najstarszych redakcjach (Wj20,1-21 i Pwt5,1-22)

Ja jestem Pan Bóg twój

To wstępne założenie ustala przede wszystkim, kim jest mówiący. Chociaż od niepamiętnych eonów mamy już za sobą atrofię „dwupłatowego umysłu”, czytając to przykazanie, odnosimy wrażenie głosu z zewnątrz, (Po dziś dzień w żargonie branży głos spoza ekranu w spocie reklamowym określany jest jako voice of God.) który wydobywa się nie wiadomo skąd. W grę wchodzą mechanizmy wykorzystujące nasze najpierwotniejsze tryby poznawcze – to jest przypomnienie tych zamierzchłych czasów, gdy z powodu bardziej wyrazistego podziału między naszymi półkulami mózgowymi słyszeliśmy „głosy” i przypisywaliśmy je bóstwom.

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną

Imperatyw ustala raz na zawsze wyłączność, zabezpieczając się zarazem przed ucieczką grupy docelowej do ewentualnej konkurencji.
( Tekst Mateusza: - strzeżcie się, aby was kto nie zwiódł....)

Nie uczynisz sobie posągu ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko

Rozproszenie wizerunku może zniszczyć dowolną strategię marketingową. Stawką jest nie tylko wyjątkowość produktu, ale także jego marka. Tylko firma ma prawo mówić o produkcie (lub o sobie samej) i winna zachować jak najsurowszą kontrolę swego image'u. Są to zasady na których opiera się „skoordynowany wizerunek”.
Warto zauważyć, że drugie przykazanie doczekało się reinterpretacji – począwszy od soboru nicejskiego (787 rok) – usprawiedliwiającej kult ikon.
Przepisano na nowo dekalog, został on nazwany Katechizmem Kościoła katolickiego. Ten Katechizm poświadcza, że chodziło o zabieg absolutnie konieczny, gdyż umożliwił on masowy kolportaż dla potzeb reklamowych sakralnych podobizn i gadżetów, który religia starego zakonu określiłaby jako idolatrię (Podstawą kultu świętych obrazów jest misterium Wcielenia Słowa Bożego. Kult ten nie sprzeciwia się pierwszemu przykazaniu – Katechizm … (par.2141)

Nie będziesz brał imienia Boga twego nadaremno.

Tu, według Bruno Ballardiniego nastąpiła szatańska zmyłka, i to akurat w chwili, gdy chrześcijaństwo zaczęło doceniać wagę „Słowa”.

piątek, 13 marca 2015

Pieniądze z UE

Zamieściłem fotografię Uśmiechniętej Galaktyki ( Noc na Krzemieniu ) oto kilka słów więcej na jej temat: - Uśmiechnięta buźka, to zdjęcie z Teleskopu Hubble'a (/ NASA & ESA Acknowledgement: Judy)
Świecące oczy kosmicznej uśmiechniętej buźki to bardzo jasne galaktyki, a łuk ust to efekt silnego soczewkowania grawitacyjnego. Uśmiech został odnaleziony na zdjęciu gromady SSDSS J1038+4849.

Skansen w Sanoku. Całkowity koszt 20,75 mln. zł. Dofinansowanie z UE 11,68 mln. zł.


    
Budowa Centrum Nauki Kopernik, prowadzona przez Miasto Stołeczne Warszawa, została dofinansowana kwotą 207 mln zł (całkowita kwota inwestycji: 364,8 mln zł). Na dwóch ostatnich zdjęciach Szeptacze.
   



 

Świątynia Natury

Księżyc skrył się za chmurę, niebo od razu staje się ciemniejsze.
  

Robię ostatnie zdjęcie z kamiennej podpórki i wsuwam się do pingwina. Nie dość, że on jest cieplusi, to do tego szalenie miły w dotyku. Gdyby tak jeszcze syrena była obok......
Jest dobrze po północy. Leżę i patrzę na niebo..... I jak tu spać? Sięgam ponownie po aparat, kładę go obok siebie i oto co widać ponad moją głową. I mnie się udało sfotografować Mleczną Drogę.
   


Teraz widzę różnicę pomiędzy pogodną nocą z księżycem, a nocą niemal bez księżycowego światła. Niebo powinno być rozjaśnione samym blaskiem gwiazd.
     
Jest grubo przed wschodem słońca, gdy budzę się i rozglądam, bo przyśniła mi się syrena. Nie ma syreny, to tylko sen, a mógłbym przysiąc, że ona mnie dotknęła. A może to Anioł?
W każdym razie nie ma mowy o spaniu. Jest tak niesamowite światło i sceneria że Woww!
          Chłodno.
Obudził się także lekki wiaterek, twarz muskają jego rześkie podmuchy. Jest cudnie! Nie ma prawdziwszego Nabożeństwa niż działania Natury. Od razu jestem podekscytowany! Fantazja! Na niebie przesuwa się groźna potęga! Płynie armada granatowych chmur, a przez mgnienie był to nawet błękit paryski! Przepadam za tym kolorem.
  



Brzask. To są góry, lipiec, a więc jest bardzo wcześnie: Mam zapisany czas ukraiński pierwszego zdjęcia 2:33, a więc synchroniczność, bo w Polsce jest 3:33.
   

Przed południem miną 24 godziny obecnej wizyty na Krzemieniu, przyjechałem tu z biwaku pod Chryszczatą, tam został namiot. Czyli jest to wycieczka w wycieczce, samotnia w samotni, i zaprawdę powiadam wam, odczuwam wzniosłe uczucie pełni boskości, jakbym chwycił 100% cukru w cukrze.
Taki jest to skutek działania ciszy w ciszy – uczestniczenie w Nabożeństwie Natury z odbiorem efektu Rozciągniętego Czasu.
       


     



Piszę o Świątyni Natury, i dochodzę do wniosku, że świat jest niezwykle uroczy i pociągający, dawno nie wyjeżdżałem, a to błąd, trzeba go naprawić. Od 17 marca zapanuje więc cisza na blogu.

czwartek, 12 marca 2015

Noc na Krzemieniu

Siedzę na samym szczyciorku lokalnego świata. Na samym szczyciorku tej malowniczej góry pod tytułem Krzemień i patrzę raz na lewo, raz na prawo, a potem za siebie, żeby nie uronić nic z tego bajecznego czasu gaśnięcia kolorów dnia.
Patrzę, trwam w obserwacji, jak świat wokół otula się mrokiem. Wyobraźnia zaczyna pracować: - jak tu było sto milionów lat temu, gdy Bieszczady stanowiły dno Oceanu Tetydy?
     I od razu kreuję w myślach uroczą syrenę.
  

Bo przecież syreny wtedy były? Mogły być także żaglowce. We Włoszech, wysoko w górach znaleziono skamieniałe szczątki żaglowca. Skamieniałe, a więc dość stare. (źródło: archeologia zakazana).

Ucichł wiatr. Nie ma najmniejszego powiewu.
Wybieram kamienie, na których oprę aparat, gdy się całkowicie ściemni, aby cyknąć trochę zdjęć z gwiazdami.
Ich pierwsze światełka zapalają się na Oceanie Nieba.

Gdy wzrok przyzwyczai się do ciemności, wydaje się, że jest dość jasno. 
  
W oddali widać maleńkie czerwone światełko na maszcie Straży Granicznej w Ustrzykach Górnych. Na północy widać światła Mucznego, a na wschodzie daleka łuna świateł z Ukrainy.
Tu na górze nie ma możliwości telefonowania – zgłasza się operatorka ukraińska i mówi o „oszibku”. Także czas w telefonie jest o godzinę wcześniejszy – ukraiński. Już o tym pisałem, że sprawdzałem to wielokrotnie: telefon łapie czas polski dopiero na głębokim zejściu do Wołosatego.

Czas dokonał skoku w tej kontemplacji, Księżyc jest już wysoko nad Tarnicą.
   

Skały wyglądają ciekawie w nikłym księżycowym świetle. Jest naprawdę ciemno, to obiektyw szerokokątny potrafi robić takie sztuczki.
  


   

Srebrny piasek gwiazd i znajomy Wielki Wóz.
  
Proszę spojrzeć na to zdjęcie z teleskopu – Uśmiechnięta Galaktyka.
  

I na koniec tego wpisu dwa fantastyczne zdjęcia meteorów, oraz Droga Mleczna, autor: - Anonim.
   


Z pingwinem na Krzemieniu


Powolutku gaśnie ten niezwykle miły, gorący, letni dzień, pokazują się półcienie, półtony, potem całe cienie. Góry zaczynają zanurzać się w zmierzchu.
Szukam w miarę równego miejsca na sypialnię. W tych skałach będzie mi dobrze – będę zadowolony.
   


Nie mam wiele do zrobienia, zjadłem, pingwin czeka - spanie przyszykowane.
    

   

Siadam. 
Siedzę i ….. nie myślę, chociaż mam czas. Nie myślę, bo wokół jest nieziemsko ciekawe światło ustawiane przez samego Zegarmistrza Światła. W takich chwilach z aparatem stanowimy jedność, więc zamiast myśleć, przeznaczam ten czas na fotołowy.
(Bowiem liczą się tylko Chwile)
   


Czy wiesz, co to znaczy działać z szybkością światła?
  • Spróbuj wyciągnąć z lodówki butelkę piwa zanim w lodówce zapali się światło!
  • Wtedy się dowiesz......

środa, 11 marca 2015

Chmury z Krzemienia

Szykuję zdjęcia do posta „Noc na Krzemieniu”, oglądam ujęcia chmur, patrzę, a tu zza skały wybiega biały piesek. I jak tych obrazków nie pokazać? A więc wykonuję!
  




Tak. Krzemień to była udana sesja zdjęciowa, właściwe miejsce we właściwym czasie. Dostałem tu (od Anioła) różnorodność pogody. Oglądam - nie ma mnie tam, a jestem.......
    




Z chmur wyłania się przedpotopowy jaszczur.