czwartek, 19 lutego 2015

Nowy Łupków

Czyli post na zamówienie. Po tym wpisie następuje: - Do zobaczenia w marcu!

Nowy Łupków jest znany z dużego zakładu karnego. 
    


Duże więzienie, lecz małe wyroki tu się teraz odsiaduje. To tutaj kiedyś była internowana część działaczy Solidarności. Ci działacze zyskali na wadze po kilka kilogramów przez te kilka miesięcy internowania – taki fakt tylko.
        Bo można także w prosty sposób stracić na wadze. Wiecie jak?
        Należy kupić wagę drogo, a sprzedać tanio.
  
Przyjechaliśmy do Nowego Łupkowa autobusem, na to legendarne „Ostatnie rondo w PRL-u”. Głównie do sklepu i ewentualnie coś zjeść. Z jedzeniem tak samo nam się udało, jak kiedyś Stachurze. Nastąpił pieszy powrót i gęsta grochówka według przepisu Zbyszka była znowu doceniona. Temperatura koło zera. Niewiele śniegu. Dopiero zaczyna padać. Ale od czego Zbyszka sposoby? Oto jakie góry śniegu na zdjęciach wypadły i jak to zrobiłem.

  


     

I oto ta sławna studnia przy stacji, z której jeden z czytelników pił kiedyś wodę. Żuraw jest tylko częściowy teraz – ma połówkę jedynie.
     


Stary budynek stacji
    


I budynek z PRL-u
    


Stoi tu także kilka bloków postawionych w czasie świetności PGR, i to właściwie wszystko, co jest do oglądania.
    



Może jeszcze ciekawe są ruiny PGR ze sporym lasem na dachu.
    


I jeszcze wnętrze Kimadła Wampira. 
   




Zdjęcia: - drugie, trzecie i czwarte pstryknął autor, pozostałe zdjęcia z aparatu Henryka Bieszczadnika z grudnia 2014 i stycznia 2015.

środa, 18 lutego 2015

Ocean Tetydy

Do czytania tego posta proponuję włączyć muzykę, jakąś miłą muzykę którą lubisz.
Masz taką ulubioną melodię? To włącz proszę....


Wychodząc z Wołosatego wiedziałem, że Tarnicę omijam. Tarnica jest jak Krupówki w Zakopanem – to najczęściej odwiedzana góra Wysokich Bieszczadów.
      Tłumów unikam, w 2013 roku zawitałem na Tarnicę już po południu, kiedy przerzedziło się już nieco. Moim atutem było pozostanie tam na noc, tak, że z każdą godziną było coraz lepiej, ludzi szybko ubywało i grubo przed zachodem słońca zostałem sam. Resztę opisałem w Wędrówkach Bieszczadzkich 2013.
     Teraz mam większą wiedzę i wiem, że Tarnica nie dla mnie.
Obok Tarnicy więc tylko przemknąłem i wio w dół, do Przełęczy Goprowców.
Tu znajduję czarne skarpetki w białe kropki..... Był post o skarpetkach.

   


Z Przełęczy Goprowców wchodzę na Bukowe Berdo. Wejście ostre, tu spotyka się sprawnych turystów. Idę w stronę Mucznego. Na ostatnim szczycie przed zejściem do Mucznego spotykam interesującą samotną dwudziestkę. Jest kelnerką z Mucznego, rok już pracuje, a nie była jeszcze w górach. Dziś przyszła naprawić ten błąd i jest olśniona pięknym dniem i widokiem. Pozachwycaliśmy się więc wspólnie.
Przed nami Ukraina.
   



Wracam w kierunku Krzemienia, wchodzę w skały. Tu nie ma teraz szlaku, nikt tędy nie chodzi. Kiedyś był, widać jeszcze stare oznaczenia prawie zmyte przez deszcze. Chodzę tu i tam i sycę się pięknem miejsca.
  


Kiedyś Krzemień był na dnie oceanu. To miejsce to był dawno temu (sto milionów lat) Ocean Tetydy.
Jaka piękna nazwa! Jak kolorowe marzenie! Jestem tak zadowolony! Z miejsca, z tego Oceanu Tetydy, ze wszystkiego! Żyje się! Dla takich właśnie chwil warto żyć! 
        Radość na określenie tego, co jest,  to za małe słowo.....
      



Chodzę po samym szczyciorku lokalnego świata (Po szczyciorku i w Uniesieniu!), pod tytułem Krzemień i pstrykam zdjęcia: - przestrzeń, wiatr na twarzy i Cisza dzwoni w uszach!.
Cudnie, cudnie jest!
   


Widoki zapierają dech. Wicher duje, znajduję więc miejsce pod nachyloną skałą i niespiesznie szykuję posiłek. Zostanę tu na noc, mam zamiar wykonać serię zdjęć nocnych...... Już czuję, że będzie niepowtarzalnie i romantycznie. Gdyby jeszcze wspięła się tu jakaś sprawna kobitka i przyniosła piwo......Wyobrażam sobie tę „jakąś sprawną kobitkę”, jak kroczy pełna kobiecego wdzięku po dnie Oceanu Tetydy i zaczynam mruczeć zupełnie jak kotek: - mruuuuuuu. Marzenia są tak miłe.......
     


          Wyspa bezludna.
Prawie bezludna, bo jeden facet-rozbitek na niej jest. Idzie ten facet po plaży, patrzy, a tu coś płynie. To beczka. Beczka coraz bliżej, a więc coraz większa ona jest, w końcu ta beczka wylądowała na piasku plaży. Za beczką (okazało się) przypłynęła kobieta. Młoda i piękna kobieta.
Gdy ta młoda piękna kobieta, powstała z wody i zobaczyła faceta-rozbitka, coś w niej zadrgało, kolana miała jeszcze miękkie po wielogodzinnym pływaniu, ale serce ożyło i kobieta przemówiła:     
        - To pan tak tu sam?
Rozbitek: - Przeważnie sam, nie licząc małp i krokodyli.
Piękna Ona przeciągnęła się lubieżnie i rzekła: - to teraz będzie pan miał do syta tego, czego tak najbardziej panu brakowało!
Rozbitek: Wooowwww!!! To w tej beczce jest piwo???


Jeszcze nie tak dawno (te drobne 100 mln lat, lecz cóż to znaczy w skali kosmicznej?) było tu dno Oceanu Tetydy, a w bezczasowej chwili Tu i Teraz siedzi Zbyszek i odprawia (niespieszną) Ceremonię jedzenia na czerwonej serwetce pod wiszącą skałą. Kolor serwetki wskazuje, że to lipiec. 
    

Cudna surowa pustka i ta nachylona nade mną skała...... Od razu mam skojarzenie; - film australijski „Piknik pod wiszącą skałą”.
     Akcja filmu związana jest z piknikiem zorganizowanym w dzień Świętego Walentego roku 1900 dla uczennic z Appleyard College, elitarnej prywatnej szkoły dla dziewcząt (w Woodend w stanie Wiktoria, Australia). W towarzystwie nauczycielek, dziewczęta wyruszają pod Wiszącą Skałę, będącą popularnym celem wycieczek. Wyprawa kończy się tragicznie, gdyż trzy uczennice i nauczycielka znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, wspiąwszy się na skałę. Zatrzymują się zegarki, dzieją się tajemnicze rzeczy. Po kilku dniach jedną z uczennic odnaleziono nieprzytomną, niepamiętającą co się stało. Pozostałych nie odnaleziono. 10
Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się także w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły oraz stawały o określonej godzinie. Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, zegarki dziewcząt stanęły w samo południe, kiedy przebywały one na skale, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.
Dziś wiemy, że to klasyczny przypadek Wzięcia.

         Wzięcie
Nagła wizyta na pokładzie UFO, odbywająca się przy wyłączonej świadomości uprowadzonej osoby. Wzięcia rozpoczynają się zazwyczaj obserwacją jasnego światła, po czym następuje utrata świadomości i transport świadka na pokład UFO. Wzięcia wiążą się w znacznej większości przypadków z przeprowadzonymi w czasie ich trwania badaniami na uprowadzonych osobach. Badane jest całe ciało, ze znacznym ukierunkowaniem na głowę i jej narządy, brzuch i genitalia wziętej osoby. Najczęściej badanie kończy się pobieraniem nasienia od mężczyzn i komórek jajowych od kobiet, rzadziej odbyciem stosunku seksualnego z przedstawicielką Obcej rasy. Po tych czynnościach następuje implantacja oraz odtransportowanie wziętej osoby na miejsce uprowadzenia. Wzięcia osób mają z reguły miejsca w nocy, w czasie snu, w czasie dłuższych przejazdów samochodem, bądź samotnych wypraw w odludne miejsca. Wzięcia wiążą się ze specyficznymi objawami w rodzaju syndromu spowolnionego czasu, syndromu zagubionego czasu, zaniku pamięci bądź pamięci ekranowej, późniejszej bezsenności i koszmarów, stałego zmęczenia, osłabienia oraz bólów głowy. W określeniu tego, co działo się z ofiarą w czasie samego wzięcia pomocna jest hipnoza regresyjna.

 

Wzięcia, czyli uprowadzenia ludzi przez tajemnicze istoty przybywające na Ziemię, jak sami twierdzą z innego systemu słonecznego, na pokład pojazdu UFO  w celu poddania ich różnego rodzaju badaniom i testom. Zazwyczaj dany człowiek jest uprowadzany więcej niż raz. Pierwsze wzięcie ma miejsce już w dzieciństwie, a ostatnie najpóźniej w wieku ok. 45 lat. Wzięcia często przechodzą z pokolenia na pokolenie (najpierw uprowadzani są rodzice, potem dzieci).




Autogram Stworzenia

Liczby.
Towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. 
Naukowiec – mądrala„  pomyśli w tym miejscu: - przecież kiedyś ludzie nie znali liczb.                I w tym momencie taki naukowiec – mądrala zaliczył się do zwykłych Kowalskich.
           - Po pierwsze primo – kalendarz hinduski Manatuara ma trzysta tysięcy lat, a kalendarz Inków opiera się na tablicach gwiezdnych opisujących zdarzenia astronomiczne sprzed czterystu milionów lat.
           - Po drugie primo – jeśli wyznajesz hasło: „myślę, więc jestem” jesteś w ślepym zaułku, który zafundował tobie Kartezjusz. Jesteś naprawdę dopiero wtedy, gdy nie myślisz ( Osho, Einstein)
    • Po trzecie primo – jeśli musisz mieć zawsze rację, twoje musi być na wierzchu – masz tłuste ego, a sam śpisz.

To co doskonałe nie mogło mieć początku
Fryderyk Nietzsche.

Te słowa Nietzschego dotyczą także świata liczb. Również Kepler, Goethe i Mozart badali związki i proporcje, pomiędzy liczbą i dźwiękiem.
W liczbach zawarta jest także droga przemiany człowieka od gąsienicy do motyla, a więc to, o czym mówił Osho.
Codziennie liczymy, lecz liczba nie jest tylko czystą informacją o ilości, ale także określa gatunek. Przez to każda liczba jest sednem i ma swój własny charakter.
A poprzez gatunek liczby mogą opowiadać zdarzenia, sygnalizować przyszłość każdemu, kto słucha.

        Przykładowo jestem uczulony na liczby, poprzez nie zdarza mi się wgląd w przyszłość, poprzez liczby mam kontakt ze "sferą ducha".
Są także liczby czysto anielskie dla wszystkich i zaliczają się one do znaków anielskich, takich jak znajdowane „przypadkowo” monety, pióra, oglądane tęcze......
       Oto taka niecodzienna tęcza z Wyspy Sobieszewskiej.
Widziałem, jak się rodziła w tym nieziemskim świetle, zapisywałem jej niesamowite budowanie się na kolejnych zdjęciach. Trwałem w zachwycie! Potem odczytałem czas od pierwszego zdjęcia do ostatniego: - 55 minut!
   



Liczby niosą ze sobą materię i ducha, widzialne i niewidzialne, pokazują dwa oblicza.
Jedno oblicze jest połową i drugie połową. Odbierz liczbie ilość. Odbierz liczbie połowę......

Odbierz jakiejś rzeczy, przedmiotowi
przypisaną mu liczbę
a wtedy ona zniknie
Arystoteles

I tu jesteśmy na etapie półobudzenia, albo połowy sukcesu...

Umarł stary król, zostawił schedę młodemu. Młodego króla interesowały kobiety, wino i śpiew. Chciał się tego trzymać, więc zebrał Radę Mędrców, aby dowiedzieć się co robić, żeby w państwie był spokój, a on nie musiałby zaprzątać sobie głowy rządzeniem.
Mędrcy rzekli: Potrzebne są igrzyska i chleb.
         Lecz żeby było jeszcze lepiej, to do tego chleba przydałoby się masło.
Na podwórcu pałacowym leży gówno wielbłądów. Rozkaż panie nadwornemu astrologowi-alchemikowi zamienić to gówno w masło. I wtedy będzie dobrze.....Będziesz królu zadowolony.
Młody król tak zrobił. Wezwał alchemika-astrologa, wyjaśnił w czym rzecz i dodał do tego klauzulę wykonalności; - Masz na wykonanie zadania 365 dni i ani dnia dłużej. Jeśli nie wykonasz, twoja głowa spadnie!
       Zasmucił się alchemik, ale cóż robić, pan każe, sługa musi.
Wziął więc kubełek, nazbierał pełen, wrócił na wieżę, zaczął podgrzewać, zapach niemiły, otworzył okna.......
Mija dzień za dniem. Kompletny brak sukcesu. Głowa w niebezpieczeństwie. Boże ratuj!
Nadszedł 365 dzień, alchemik ma nogi miękkie ze strachu, wloką go przed oblicze króla.
No i co? - Pyta król.
Alchemik: - Panie mój, pół sukcesu! Rozsmarowuje się pięknie, tylko jeszcze śmierdzi!

Nie ma połowy sukcesu, ani połowy obudzenia.
Nie możesz odebrać jakiejś rzeczy, przedmiotowi jego połowy bo go unicestwisz.
Czytelniku, jeśli czujesz bluesa, znaczy to, że jesteś na Drodze, a droga to Tao. Już nie zejdziesz z tej drogi. Kwestia tylko w tym, jak długo będziesz na tej drodze zanim dotrzesz.

Jak długo będziesz na drodze .....
Znowu osobisty przykład, to mi wolno: - Jestem na Drodze. I to jest miłe. Nie spieszy mi się, skoro to jest miłe. Ale być może, za zakrętem będzie jeszcze milej. Być może będzie. Ufam. A ponieważ ufam - Aniele prowadź!
Numerologia pokazuje jakie powinno być nasze otoczenie – zwierzęta, kolory, muzyka, aby życie przebiegało w harmonii.


W szkole występuje jedynie matematyczna nauka o liczbach – arytmetyka.

Pani daje Jasiowi zadanie:
  • Jasiu wymień pięć zwierząt mieszkających w Afryce.
  • Na to Jaś: - Trzy małpy i dwa słonie.

Jedynie arytmetyka przeżyła złość „oczyszczenia” chrześcijańskich ludzi kościoła. Kościół nie znosi konkurencji mogącej rozjaśnić ludziom w głowach.
Jaka energia tkwi w kolorach? Bo energia czarnego niesie smutek.
Kapłan ma być pośrednikiem między nami a Bogiem, nie wolno zwracać się do Boga bezpośrednio, bo w takim przypadku kapłan stałby się zbędny.....
Przy konfesjonale klęczy młodzieniec:
  • Proszę księdza, współżyłem cieleśnie z kobietą bez ślubu.
  • Ile razy? - pyta ksiądz.
  • Ja tu przyszedłem się wyspowiadać, a nie chwalić!
Objaśnianie liczb czarni porównują więc z czarami, szarlatanerią. Nie wolno objaśniać liczb, to jest zakazane. I już tylko z tego powodu lubię liczby.

Zamiast rozprawiać o czarnym, lepiej otoczmy się światłem! Białym światłem. Białe światło zwiera w sobie wszystkie kolory. Jest takie ćwiczenie, które nazywa się PRYSZNIC ŚWIATŁA.
Kopernikowa pisała swoje dzieło skrycie, Galileusz miał zakaz publikacji oraz dożywotni areszt domowy, Descartes ukrywał się po wsiach....
Na świątyni w Delphi jest napisane: Poznaj samego siebie.

Zebrane w numerologicznej praktyce doświadczenia przypominają poruszane przez wiatr liście: ten ruch można skrupulatnie obserwować i opisywać, podczas gdy sam wiatr pozostaje nieuchwytny. A przecież jest on rzeczywisty.
Ten, kto szuka prawdy o swoim życiu i sobie, powinien udać się w stronę liczb i zobaczyć zaskakujący rezultat tego działania.

Nasłuchujcie samych siebie i spójrzcie
w nieskończoność przestrzeni i czasu.
Stamtąd usłyszycie śpiew gwiazd,
mowę liczb i harmonię sfer.
Thot-Hermes

Doprowadzenie wiedzy o liczbach do doskonałości przypisuje się Pitagorasowi. I od razu pierwsza liczba: Pitagoras urodził się około 570 roku p.n.e., a więc niemal w roku narodzin Buddy.
Nie ma przypadków.
Popatrzmy jeszcze raz na rysunek, który kiedyś tam nazwałem orłem i dopiszmy Pitagorasa obok Buddy.
    


Pitagoras w młodości studiował matematyczne nauki w Egipcie. Potem w Kroton założył Szkołę Mistyczną.
      Poznał, że wszystkie prawidłowości kosmosu mają na ziemi swoje odpowiedniki i można przedstawić je jako drgania. Człowiek jest nieodłączną częścią tych drgań, ma je zawarte w swoim rytmie życia i można wyrazić je w liczbach. Te drgania, rezonanse działają nie tylko na materialną, ale także duchową płaszczyznę.
      Liczby i astronomiczne proporcje były ściśle związane z rozwojem osobistym w klasycznej starożytności, a także są związane z tym rozwojem również dziś w takich krajach jak Chiny i Indie. Liczby wywoływały fascynację we wszystkich kulturach, gdyż człowiek chciał pojąć rytm swojego życia i jego związek z kosmosem i mikrokosmosem. One także fascynowały w loteriach i grach hazardowych. Ludzie przeczuwali, że liczby chcą im opowiedzieć historię, trzeba ich tylko wysłuchać. Liczenie i opowiadanie są ze sobą powiązane.
      Powiem więcej: - liczby są wdzięczne za to, że się nimi zajmujemy.
      Powiem jeszcze więcej: wszystko, czym się zajmujemy, czego słuchamy, staje się wdzięczne za to.
W tym „wszystko” mieści się także człowiek.
Czyli, jak powiedział Darek Karaluch: - Każdy potrzebuje odrobinę miłości.

Pitagoras mówił do uczniów: - Nie zbaczajcie z drogi, wydarza się wiele wspaniałości, trzymajcie się liczb, szukajcie wytrwale, one zapewnią wam drogę, w liczbach odnajdziecie klucz do kosmosu.

Ja bym dodał: w liczbach odnajdziesz także klucz do siebie.

Liczby, liczby.....

Nauczycielka pyta: - kochane dzieci, ile mucha ma nóg?
Wstaje Jasio:
      • A pani to nie ma większych zmartwień?


Numerologia jest narzędziem uniwersalnym, które daje dokładne liczbowe wyjaśnienia do głębszego zrozumienia człowieka. Wyjaśnia cechy charakteru i życiową drogę, jej cele. Numerologia jest narzędziem, które zajmuje się rozwiązywaniem trudnych kwestii związanych z ciałem i duszą, przez to może dopomóc w podniesieniu jakości życia.
Pomaga obliczyć właściwy moment do działań.
 
Na ścieżkach życia spotykamy siebie w tysiącach przebrań.
C.G.Jung

Dzięki liczbom możemy poznać własne ukryte siły, skłonności, wyzwania, a więc to co służy do poznania siebie. Możemy rozwinąć swój potencjał, poznać działające w nas cykle czasowe. Rozpoznać potencjał drzemiący w nowo narodzonym dziecku.
Dzięki liczbom możemy z ofiary losu stać się graczem we własnym życiu, tworzyć nową rzeczywistość i wygrywać.

Nie dostaniesz się na drugi brzeg, jeśli nie opuścisz starego.
Życie jest wspaniałe, pod warunkiem, że jest to własne życie.

I jeszcze jedno: nie przyszliśmy na ten świat przypadkowo. Nie ma przypadków. Dusza wybrała odpowiedni moment i miejsce narodzin, oraz szuka swego potencjału.

Z numerologii dowiemy się jakie mamy zadania w kolejnych latach, a także znajdziemy swój osobisty kod liczbowy oraz dwoje wewnętrznych dzieci! Te zranione wewnętrzne dzieci należy odnaleźć, porozmawiać z nimi i czule wprowadzić do życia, aby było ono uzdrowione. A jak się rozmawia i trafia do dzieci? Za pomocą prostych słów i obrazków. Za pomocą symboli.
O co tu chodzi?
      Mózg ma dwie półkule, lewa jest logiczna, prawa intuicyjna. Te obie półkule powinny działać razem i tak się dzieje w stanie relaksu. Wtedy stanowią one całość, stają się nierozerwalnym pomostem, wchodzą w synchronizację, łączą analityczne myślenie i intuicję. Wtedy osiągamy nasz twórczy potencjał, dzięki któremu możemy kreatywnie postępować.
Stajemy się dzieckiem, a dziecko rozgląda się ciągle za zabawą.
Oto niezapomniana rozmowa z lata z małym Marcelkiem z Ciężkowic:
Marcelek tak niedawno zaczął mówić, a już jest z nim wspaniała, pełna komunikacja. Podbiega i:
    • Wujek, mam super pomysł!
    • Jaki?
    • Będziemy się chlapać błotem.

Chwila mija, ponieważ ten pomysł jest zaskakująco prosty, zaskoczył mnie i szukam argumentu na „nie”.

    • Nie będziemy, bo ….. nie ma błota.
    • To zrobimy!

Przypominam słowa Jezusa: - Stańcie się dziećmi, a otworzy się przed wami królestwo niebieskie.

Numerologia mocno akcentuje potrzebę bycia w świadomości, potrzebę przebywania w Tu i Teraz.
Liczby rozwijają kreatywność. Pokazują na przykład jak eksperymentować z kolorami i muzyką.

Powtórzę: Nie ma przypadków.

Wszystko ma swój czas i wszystkie zamiary pod niebem mają swoją godzinę.
Kaznodzieja Salome 3.I

Naukowcy wszech czasów – Izaak Newton, Wilhelm Leibnitz, Albert Einstein – twierdzili, że w porządku świata liczb ( od jednego do 9 + 0) można odnaleźć Autogram Stworzenia.

I na koniec o sobie:
To działa. Kawał życia już za mną. Mój portret numerologiczny sprzed kilku lat, zrobiony przez przyjaciela jest trafny co najmniej w 95 procentach, jeśli chodzi o przeszłość. A zawartość sygnalizowana jako przyszłość spełnia się na bieżąco zaskakująco celnie.

wtorek, 17 lutego 2015

Tomorrow belongs to me

Jedni mówią: - nacjonalizm, drudzy: - patriotyzm. Może Jedność? Albo pycha? A może tylko umiejętna propaganda?
       W każdym razie ten urywek z filmu „Kabaret”  oglądałem wiele razy...... 
    

Wykopaliska z Wyspy Sobieszewskiej - koniec

Wykopalisk jest dużo więcej, lecz nie będę przynudzał. Dziś tylko trzy zdjęcia. Na pierwszym kocioł, w którym gotowano posiłki w 1944/1945 r.
   


Na drugim samo życie: ile taki zabytek jest wart dla pieska?
    


Na kolejnym wojenna siatka maskownicza na Zbyszku.
   
PS. Dziękuję czytelnikom za wskazanie nielogiczności dotyczącej dowodzenia niemiecką 4 dywizją pancerną w 1945 roku.

Post emocjonalny o generale Betzelu

Coś przycisnąłem i uciekł post emocjonalny o generale Clemensie Betzelu.

Ale ja to w skrócie dopowiem:
Nielogiczność się wdała: generał poległ a potem dowodził. Jako duch chyba. Nie ma tak w wojsku, wiadomo.
        Sztab dywizji pancernej generała Betzela, przybył do Bohnsack - komunistyczna Wyspa Sobieszewska, tydzień po śmierci swego dowódcy. Dowodził wtedy jego zastępca, a nie duch. Proste.
       Generał zginął w obronie Gdańska jak rycerz bez skazy. To śmierć żołnierska.
Chodzi o meritum: Azja kontra Europa.

I tak jest dzisiaj. Niby Rosja kontra Europa, ale Chińczycy czekają, oni pożarli swoje psy i wróble, nie doceniamy Chin kapitalistycznych.
W jedności siła. W jedności Europy. Dopóki ktoś tam na górze nie weźmie potężnej łapówki.......
       A na razie popatrzmy na mapę z czasów rycerza Clemenza Betzela.
Jak był blisko, sto kilometrów tylko ..... A Polacy doszli tam w XVII wieku.
     

       Rosja choruje na manię wielkości i nas straszy, a Ameryka dyma.( bo też na to samo choruje)
Ameryka jako Zachód. Do Rosji nam bliżej, dusza słowiańska tam jest, ale bat jednocześnie czeka. I but czeka. I Katyń woła.
Pamiętajmy o niewoli ponad stuletniej. Dziś oligarchowie rządzą Rosją. Społeczeństwo rosyjskie jeszcze się nie obudziło, jeszcze nie wierzą że można sprawiedliwiej żyć. Nie wszystko jest dla Putinów.
Znaczy: Rosja nas dyma.
       Ukraina uwierzyła w demokrację i teraz Ukraina robi za Clemenza Betzela i Napoleona jednocześnie.
        Więc co z Zachodem?
Przypomnę: - Der Erste Polnische Luftbrigade, Bitwa pod Arnehm, Defilada zwycięstwa w Londynie – Polacy wont!. Zdrada w 1939 roku itd.
Znaczy: Zachód nas dyma.


I bądź tu mądry.

General Clemenz Betzel

Młody General Betzel jedzie na swoim czołgu na Moskwę, żeby tam zaprowadzić Ordnung. Piękny on jest. Ogolony. Pewnie pachnie wodą kolońską. On, ten generał wierzył pewnie wtedy, gdy jechał. (tak myślę, bo co ja wiem? - tyle, co z Kroniki Akaszy)
 
Zginął, nie udało się, a ja nie wiem, czy on miał rację jadąc tam?
Może miał,  albo nie miał?
    Zdaje się, że jesteśmy dymani z obu stron jednocześnie. I to przykre jest bardzo.
Teoria dwóch wrogów się kłania. Albo: Żydzi są wszędzie.

Łemkowska szeptucha


Stanisława Lewicka mieszka w Średniej Wsi koło Leska. Ta Średnia Wieś wbrew nazwie jest całkiem duża, lecz domy w niej porozrzucane.
      Pani Stanisława (81) nie ma telefonu. Mimo to nietrudno do niej trafić. Są takie dni, kiedy pod jej domem stoi po kilkanaście samochodów, często z rejestracją odległych od Bieszczadów zakątków Polski.
     Nikogo w życiu nie ukrzywdziłam....

Pani Stanisława nie bardzo lubi, kiedy ludzie mówią o niej szeptucha czy znachorka. Owszem ma dar pomagania w chorobach, ale pomaga tylko tym, którzy w to wierzą. W żadnym razie nie stara się zastępować lekarzy.

Oni robią swoje, a ja swoje. I każdemu powtarzam: bierzesz leki na serce czy ciśnienie, które zapisał ci lekarz, to nie wolno ci przerywać kuracji.

Sama do lekarza wyśle, gdy uzna że pomóc nie jest w stanie.
Wchodzimy przez otwarte drzwi. Od progu czuć zapach wosku i woń palonego lnu. Na ścianach kilka obrazów Matki Boskiej. Wita nas szczupła, uśmiechnięta starsza pani. Często będzie się uśmiechać.
      Ja tam ludziom jestem życzliwa, mimo że niektórzy nazywają mnie czarownicą. Wtedy jest przykro, bo nikogo w życiu nie ukrzywdziłam.

Pochodzi z łemkowskiej rodziny. Jej mama nie skończyła ani jednej klasy, ale w okolicy słynęła jako znakomita akuszerka. Wołano ją i do porodów, i wtedy, gdy krowa nie mogła się ocielić. Na wszelkie dolegliwości miała swoje sposoby. Ale skąd? - pytała mała Stasia.
             A mama niezmiennie odpowiadała, że od Boga. I że kiedyś we śnie przyszedł do niej dobrotliwy starzec i powiedział:
Masz pomagać ludziom i ich leczyć. A później przekazać tę umiejętność swojej córce. Ona nawet będzie w tym lepsza niż ty!”
Pamiętam, jak byłam dzieckiem, z dnia na dzień straciłam głos, przestałam mówić, nie chciałam jeść, wychodzić z domu – opowiada pani Stanisława.
        Wtedy mama przystawiła jej do ciała paręnaście pijawek. Dolegliwości po kilku dniach ustąpiły. Mama wytłumaczyła to w ten sposób:
-Krew w ciele Stasi popsuła się i trzeba było to naprawić. Mama nieustannie próbowała mnie zachęcać, bym robiła to, co i ona. No to patrzyłam na te jej rytuały, ale zbytnio mnie do tego nie ciągnęło. Wszystko się zmieniło, gdy mama zmarła. Wtedy poczułam, jakby mnie coś ciągnęło do leczenia ludzi. Jakiś taki wewnętrzny nakaz miałam. I jeszcze mama się przyśniła, dotknęła mego ramienia i rzekła: - Masz leczyć! Tego już nie mogłam zlekceważyć.
         Pewności nabrała, gdy na nodze jej syna pojawiła się ogromna czerwona plama. Zastosowała podpatrzony u mamy rytuał. Powtarzała go wielokrotnie i plama zaczęła znikać. Bardzo żałuje, że nie nauczyła się od mamy rozpoznawania ziół i stosowania ich w kuracjach. Nie potrafi też odbierać porodów.

Od uroku można mieć ból głowy i drżenie rąk

Ostatnio pomagała kobiecie cierpiącej na tzw. różę bąblastą. Zaczęło się od niewielkiego zaczerwienienia, a potem spuchła cała noga. Pani Stanisława zastosowała „palenie róży”. I będzie je jeszcze powtarzać. Zgadza się pokazać nam ten rytuał, ale zastrzega, że wielu sekretów nie może zdradzić, bo niebezpieczne i dla nas i dla niej.
Na stole kładzie kawałek lnianego płótna. Na nim starannie układa cienką warstwę uprzędzonego własnoręcznie lnu i podpala go. Gdy lniane pasma prawie się dopalają, przyciska je ręką i gasi.
       Teraz lnianą tkaninę – stroną na której palił się len – przykłada na chore miejsce. Z okładem trzeba siedzieć około 20 minut. A potem nie myć tego miejsca przynajmniej przez cały jeden dzień. Podczas tego „zabiegu” pani Stanisława szepce coś cichutko. Może się modli?
Tego nam nie powie.
      A gdyby powiedziała, czy mamy dostateczną niekonwencjonalną wiedzę, aby to zrozumieć?
Pani Stanisława zdradzi tylko, że dla niej jest ważne, w jaki sposób pali się len. Czy płomień jest wysoki, czy niski. Od tego zależy, czy uda się właściwie zdiagnozować chorobę.
Czasem stosuje lanie wosku. Roztapia go, wylewa ostrożnie do rondelka i ten rondelek z woskiem przykłada do chorych miejsc. Wyjmuje wosk z rondelka i ogląda spodnią stronę. Oględnie mówi, że ma tam wskazówki odnośnie choroby. Dalszych wyjaśnień odmawia.

Lanie wosku jest przydatne u ludzi, na których ktoś rzucił urok. Od niego można mieć ból głowy, drżenie kończyn i dziwny wewnętrzny niepokój. Najczęściej człowiek nie wie, że to od uroku. Bywa, że rzucający urok nie wie, że to zrobił. Wystarczy, że spojrzał.
Podobno prawdziwa szeptucha nie może z nikim obcym podzielić się swymi umiejętnościami.

Mam córkę i to jej będę przekazywać ten dar. O ile oczywiście zechce go przyjąć – mówi Stanisława Lewicka. Ma też pięć wnuczek. Wszystko zostanie więc w rodzinie.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Z wykrywaczem po Wyspie Sobieszewskiej cd

Ziemianki miały tu drzwi, były więc przygotowane na zimę 1944/1945.
W tym czasie na Wyspie Sobieszewskiej stacjonowały zarówno wojska hitlerowskie, (m.in. sztab 2. Armii wraz z XVIII Korpusem Górskim oraz XXIII Korpusem Armijnym), jak i tłumy ludności cywilnej.
       Pod koniec działań wojennych, na początku kwietnia 1945, na terenie rezydencji Alberta Forstera - gauleitera Gdańska, rozlokował się sztab 4 dywizji pancernej gen. Clemensa Betzela, który poległ 27 marca 1945 w obronie Gdańska i został pochowany w pobliżu domku myśliwskiego.
     Po wojnie dawny ośrodek szkoleniowo-rekrutacyjny NSDAP pełnił przez kilka lat funkcję ośrodka wypoczynkowego PZPR. Jak to swój do swego ciągnie?
   



Amunicja leżąca w piasku zachowała się bardzo dobrze, natomiast ta w skrzynkach, zakopywana w kilku piętrach, jest już kompletnie zardzewiała.  
Znalazłem wiele okuć i mocowań do drzwi, śrub, gwoździ, a najwięcej łańcuchów do prowadzenia bydła, przecież przez kilka miesięcy koczowały tu dziesiątki tysięcy ludzi. Co 15, 20 metrów wykrywacz odkrywał kolejne znalezisko, podając modulowany sygnał: - pilniki, młotki,amunicja, podkowy, łańcuchy, amunicja, łańcuchy...... 
  





Odkryłem także stanowisko naprawcze samochodów, gdzie walały się części naprawiane drutem. Jestem zwolennikiem faktów. Poszukiwacze militariów często przesadzają nieco w opowiadaniach o swoich sukcesach, według schematu:
            - Patrzę: podkowa! Podnoszę ją, a tu z drugiej strony koń!
Jednak niekiedy po zdobyciu zaufania, można zobaczyć prawdziwy rarytas. Zdjęcie MG 34 celowo przycięte.
   


Udało mi się odnaleźć ziemiankę centrali telefonicznej, oto najlepiej zachowana jedna ze skrzynek z kręciołkiem i widełkami. Słuchawek nie znalazłem.
    

   

Były za to baterie, kilka rodzajów baterii, co ciekawe po siedemdziesięciu latach można jeszcze odczytać słowa niemieckiej instrukcji nadrukowane na papierowej otulinie. Zdjęcie baterii niestety nieostre.