Do Leska dotarłem przed południem, skąd jest niecałe dziesięć kilometrów do tytułowego miejsca, w którym jeszcze nie byłem, a znajomi mówili, że warto. Jako że pogoda zawsze może zaskoczyć, namiot w plecaku siedział a jakże. Minęła może godzina marszu, gdy słońce zaszło i zamruczała burza. Sprawnie wyszukałem miejsce na skraju lasu i postawiłem dom akurat w sam czas. Lunęło. Burza była krótka: - uderzyło kilka piorunów, a potem tylko posiąpiło. Pogoda poprawiła się dopiero przed wieczorem – czyli jak zwykle w Bieszczadach zweryfikowała plany – wypadało iść spać, co żadnego trudu nie sprawiało, bowiem od dłuższego czasu leżałem.
Wyspany, o szarym brzasku zwinąłem manele i powędrowałem do celu nieco okrężną drogą. Wczesna godzina spowodowała, że to widokowe miejsce zwiedzałem sam. Tu nie było widać śladów wczorajszego deszczu - burza przechodziła widocznie wąskim pasem.

.webp)
.webp)
.webp)
.webp)
.webp)
.webp)
.webp)
.webp)







.jpg)
.jpg)



.webp)
.webp)
.webp)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)