Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejka bieszczadzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolejka bieszczadzka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 października 2025

Bieszczady



Piątek, godz. 12,00. Po pracy już prawie jest dla młodych, którzy w korporacjach jeszcze dogorywają i tylko czekają na koniec dnia, udając skupienie przy biurku.

 A dla mnie chwila wspomnień w ten deszczowy piątek.

Wspomnienia zdjęciowe, bo ponieważ ludzie coraz mniej czytają. Nie wiem czy to dobre, ale tak jest.

Ktoś powiedział: - w piątek nie pisz za dużo. I ja się tego trzymam. Tylko miłe chwile na zdjęciach.




















czwartek, 5 listopada 2015

Czerwcowe bieszczadzkie ląki


Wychodzę na malowniczą drogę, którą biegły przedwojenne tory kolejki bieszczadzkiej. Torów nie ma, samochody tędy nie jeżdżą i bardzo rzadko chodzą ludzie, idzie się dobrze, a wokół czerwcowe bieszczadzkie łąki.....
   



Mam dwie zdrowe ręce, i dwie nogi zdrowe, ogólnie jest zdrowie, głowa nie boli, czegóż chcieć więcej?
A dzień? - Cudo!!!
Widoki wspaniałe! Powietrze kryształ, i to rozpierające poczucie wolności!
     W życiu ważne są tylko (urocze) chwile....
Sprawdziłem, że takie chwile da się rozciągnąć, wystarczy tylko być totalnym, roztopić się, zniknąć wewnątrz takiej chwili.
Wpadam w lekkie uniesienie: - Ach! Jak miło jest! (Oraz niezwykle przyjemnie)
     

W sklepie w Nowym Łupkowie odbyły się pogaduchy o sprawach miejscowych, jestem tu przecież swój.
Komu drzewo w lesie na plecy spadło, kto przeniósł się na niebieskie połoniny.
Niespieszne zakupy zrobione, wracam. 

Idzie się i cyk zdjęcie, bo łąki jak w bajce, znowu się idzie i znowu cyk zdjęcie.
Co za frajda! 
      Tu wszystko widać! 
Tak się wyraził pewien gość, który przyjechał do Jana Gabriela z wielkiego miasta. Gdy wyszedł przed Dom na Górze, takie właśnie historyczne już zdanie wypowiedział. 
  


Szeroka przestrzeń, zieloność na dole, a u góry nieskończony dach nieba ....

Zawiewa zefirek, jego delikatne powiewy niosą ze sobą zapach nagrzanej łąki. Nozdrza się rozszerzają, co i raz następuje głębszy oddech. Wśród łąk cisza jest niewysłowiona, wszechogarniająca, obejmująca, dzwoniąca w uszach, no.... tak w mieście nie ma, oj nie ma!
  


Cyk zdjęcie, cyk zdjęcie. Jakbym robił przetwory na zimę w słoikach z tych widoków! Bo tak jest rzeczywiście: - Oglądam w zimie soczystą zieleń lata, patrzę na rozwieszone girlandy suszonych grzybów, popijam gorący sok z czarnego bzu, wpisuję teksty do bloga.
    Od czasu do czasu zaglądam również do rynków finansowych, co tam słychać i czekam na okazję wejścia.
Porobiłem nieco przetworów w tym roku.
(Bo miałem czas).
Gdy po wakacjach ruszy blog, robione teraz zdjęcia zostaną przypuszczalnie opublikowane dopiero w listopadzie.
(relacje spisuję z zeszytu – bieszczadzkiego komputera).

czwartek, 21 maja 2015

Kolejka bieszczadzka

Luty 2015.
Idziemy do Balnicy. A właściwie do Wojtka Judy i Luny, bo dla mnie Balnica= Wojtek Juda+ Luna.
  


Gdy wychodzimy jest mgła i nieciekawie, lecz w Bieszczadach pogoda zmienia się dość szybko. Już na trzy kilometry przed Balnicą robi się słonecznie,a droga przez las jest tak samo białośnieżna, jak ta przez przełęcz na Żebraku, bo tu także jest wysoko. Las świetlno-ośnieżony..... no bajkowo!
Nie ma co prawda tych Wygwizduszek Śnieżnych na gałązkach, ale może to i dobrze, co za często, to niezdrowo, one mogłyby spowszednieć.
Kilka zdjęć zrobiłem, bo lubię robić zdjęcia i mam czas...... Tak samo lubi robić zdjęcia Staszek i Henryk Bieszczadnik. Podobne przyciąga podobne.
Balnica tonie w czystym śniegu. Tak biały śnieg bywa w mieście tylko zaraz po opadzie. Jedynie na torach śnieg jest przybrudzony - przecież przyjeżdża tu czarny parowóz.
   



Odgarnięte tory bieszczadzkiej kolejki.
   
Potem nastąpiło kilkanaście ciekawych zdjęć w domu Wojtka, chociaż Wojtka nie było. Poszedł fotografować resztkę sarny, czy jelenia, którego dopadły wilki. W domu Wojtka były za to miłe osoby płci przeciwnej i zostaliśmy uherbatkowani pyszną herbatką z siana. Wypluwałem źdźbła ukradkiem, bo spluwać oficjalnie byłoby nietaktem. To samo robili moi niezwykle kulturalni koledzy.
W trakcie niezauważalnego plucia sianem, toczyła się niespieszna rozmowa o tym i owym. Po wypiciu podziękowaliśmy bardzo całkiem nieszczerze, bo wiemy co to tresura społeczna, i należy tak robić, żeby ludziom było przyjemnie, chociaż to wszystko kłamstwa.
Ale to już temat na inną okazję. Dziś tylko fotografie dotyczące kolejki.
 
A więc fotografujemy co kto chce i niespiesznie wracamy. Odeszliśmy już dobre kilkaset metrów, gdy zatrąbił parowóz, bo parowóz gwiżdże, kiedy ma gwizdek, lecz ten miał trąbę. To my fruu z powrotem!
   




I już jesteśmy z Czajnikiem w łączności zdjęciowej.
    

Parowóz manewruje, jest atrakcją turystyczną. Kolejka jeździ pomiędzy Majdanem obok Cisnej, a Balnicą.
   


W ostatnim wagonie płonie ten sam piecyk-koza, który ogrzewał Stachurę z Juniorem.
   


Wsiada kilku pasażerów, na których czekał maszynista.
  


Jeden pasażer nie pozwalał się fotografować.
   
Parowóz gwiżdże, bo okazało się, że oprócz trąby ma jednak także gwizdek. 
Nagle świst, nagle gwizd, para buch, koła w ruch. Ruszyła maszyna po szynach ospale, jak żółw ociężale....
   



poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Radyjko jeszcze raz

Idę wąwozem bieszczadzkim. Po bokach wysoki las i zwykle potok blisko drogi.
        Podobnie czuję się teraz w Warszawie. Idę wąwozem ulic, po bokach wysokościowce. Zamiast wody z potoku – potok samochodów, a pod spodem metro. Warszawa bardzo się zmieniła przez ostatnie trzydzieści lat. A jeszcze wyraźniej zmieniło się Centrum.
   



Lubię jeździć metrem do Lasu Kabackiego, a teraz jeszcze bardziej podoba mi się jazda nowym, pięknym odcinkiem do Centrum Kopernik, lub Stadion Narodowy. Stacja Stadion jest największa, będą tu jakieś wystawy. 
  



A w ogóle to wyraźnie widać, że te dwa odcinki metra są z całkiem różnych epok.
Lubię chodzić, lecz raczej po warszawskich parkach, a kiedy tylko jest okazja, jeżdżę nowym metrem. 
    


Czytałem jakieś głosy krytyki na temat metra, ale bez urazy: to piszą frustraci niezadowoleni ogólnie z życia, albo ci, którzy chcą za wszelką cenę zaistnieć. Uważam, że w nowym metrze jest nowocześnie i pięknie.
        
W przeddzień kolejnego wyjazdu w Bieszczady, w marcu 2015, wydarzyło się, co następuje: - Wchodzę do stacji metra i widzę na schodach ruchomych zjeżdżających w dół, że jakiś elegancki, wysoki mężczyzna w średnim wieku spieszy się bardzo i zbiega szybko po tych jadących schodach. Pociąg stoi akurat gotowy do odjazdu. Już słychać dwa sygnały oznajmiające odjazd. Drzwi się zamykają w momencie, gdy mężczyzna dopada do wagonu. Facet próbuje jeszcze otworzyć drzwi przyciskiem.
       Z tego pośpiesznego zbiegania ( to godzina szczytu popołudniowego, odstęp między kolejnymi pociągami wynosi trzy minuty) oraz próbie uruchomienia drzwi przyciskiem ( drzwi w metrze maszynista otwiera centralnie, a wielu ludzi i to niestety młodych dotyka te przyciski w bezmyślnym mechanicznym odruchu.....Homo Mechanicus? Oni są w swoim świecie- słuchawki na uszach, oni są nieobecni)
      Wracamy do wątku śpieszącego się faceta. Pociąg odjechał. Zagaduję do faceta: - czy coś się stało? Bo pan tak się spieszył.....
A następny pociąg – tu spojrzałem na tablicę informacyjną – podjedzie za dwie minuty.
- A wie pan, to z przyzwyczajenia. Ciągle się wydaje, że czasu jest za mało. Nie wiedziałem, że metro tak często jeżdzi. Człowiek goni swój ogon, a on tylko coraz szybciej ucieka.
- No właśnie! Ja na to.
- A pan się nigdy nie spieszy?
- A dokąd? Mam zasadę: - nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz. A jutro jadę tam, gdzie czas biegnie całkiem wolno, w Bieszczady, do Krainy Nicnierobienia.
- Oj panie! Jak ja kocham Bieszczady! Naprawiałem tam w Cisnej, a właściwie w Majdanie, parowóz od kolejki bieszczadzkiej. Poznałem maszynistę tej kolejki, Andrzeja Abrama. Przyjeżdżał do pracy na motorowerku z Woli Michowej.
- Znam Andrzeja Abrama. Gdy jutro przyjadę do Woli Michowej, pierwsze kroki kieruję do Andrzeja i Wiesi, bo będę wiózł coś dla nich.
- Oj panie! To proszę pozdrowić Andrzeja ode mnie – i tu podał nazwisko.

Tę rozmowę toczyliśmy może trzy minuty, bo po przejechaniu tylko jednej stacji sympatyczny facet wysiadł.

Następnego dnia wieczorem zawitałem do państwa Abramów i okazało się, jaki ten świat bieszczadzki jest mały. Wypłynęła ponownie postać Radyjki. ( był post pt. Radyjko. To ksywka robotnika leśnego, wybitnego kawalarza, kolegi Darka Karalucha)
        Rozmawiam z Andrzejem: - masz pozdrowienia od faceta, którego spotkałem wczoraj w warszawskim metrze. Taki bardzo wysoki. I podaję ten wzrost w centymetrach. - Naprawiał twój parowóz na Majdanie.....
   - Czekaj, czekaj – Andrzej na to. Wysoki powiadasz? To musi być – i tu Andrzej wymienił nazwisko, którego ja jeszcze nie wypowiedziałem.
   - Zgadza się – ja na to.
Andrzej zaczął opowiadać: - inżynier, fajny facet, dusza człowiek, pasjonat parowozów i motocykli. Złota rączka. Tylko …..niestety naiwny to mało powiedziane.
W tym czasie z Cisnej do stacji kolejki bieszczadzkiej Majdan przychodził do pracy Radyjko. Był robotnikiem. I znanym kawalarzem, jak wiesz.
       Wiedział, że inżynier jest naiwny, zupełnie nieżyciowy, i postanowił zrobić mu kawał. Ja w tych czasach nieraz chodziłem z synem „na wykopki”. Czyli z wykrywaczem metalu chodziliśmy po lasach, łąkach, szukając militariów. I dużo tego znajdowaliśmy.
Radyjko wiedział, że szukam militariów i sprzedał inżynierowi bajkę. Ten się nakręcił ogromnie, przylatuje do mnie rozgorączkowany i mówi:
    • Andrzej, pokaż mi ten niemiecki motocykl, który wykopałeś!
      - Jaki motocykl? - Ja na to. - Ano ten, który był w tak dobrym stanie, że jak go wykopałeś i wcisnąłeś guzik, to zapaliły się światła! Cacko! Czterdzieści lat po wojnie i zapaliły się światła!
      Szczęka mi opadła ze zdumienia i mówię: - chłopie, jesteś fajny facet, znasz się na parowozach jak mało kto, ale zobacz: - Wała z ciebie Radyjko zrobił. Na taką bajkę dałeś się nabrać, cały Majdan będzie się z ciebie naśmiewać.
      I tu się trochę pomyliłem, bo nie tylko Majdan miał ubaw, ale i cała Cisna, a potem w całym Bieszczadzie opowiadano, jak to Radyjko, prosty bieszczadzki chłop z inżyniera wała zrobił.

piątek, 6 lutego 2015

Wilki z Balnicy

Dla mnie autorytetem w dziedzinie wilków i niedźwiedzi jest Wojtek Juda, jedyny mieszkaniec Balnicy. Odwiedziliśmy z kolegami Wojtka, Tadeusz – bard, dał koncert.
   



Pogłaskałem moją miłość Lunę, sukę pół - wilczycę.
    


Przyjechali kolejką z Majdanu robotnicy (dwóch) i odśnieżyli ręcznie całą stację. Nie chciało mi się wyjść, dlatego zdjęcie przez okno. 
    


Jutro sobota, kolejka przywiezie turystów. Wojtek robi za Legendę Bieszczadzką.
        To jest nieco męczące – mówi.
W każdym razie kobitki patrzą na Wojtka łakomym wzrokiem. ( jak na każdego gwiazdora)
W sierpniu taki tekst słyszałem:
       - Jedna pani (blondynka) do drugiej: - Popatrz, tam stoi Wojtek Juda.
                                                Drugiej pani zadrgały nozdrza i powiedziała: - Wowwww!
 
Czaszka wilka. Czy te kły nie robią wrażenia? Mlask i nie masz ręki!
     


Wilczy komputer Wojtka.
     


I na ścianie trzy ujęcia wilków przebiegających tory kolejki na pierwszym zakręcie widocznym z Balnicy.
    


W czasie opadów śniegu Wojtek sam przeciera jakieś dwa km drogi, aż do miejsca, gdzie leśni przyjeżdżają po drzewo.