Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraina Nicnierobienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraina Nicnierobienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2024

Zimowitów zero

 


Doszedłem do terenów dawnej wsi Huczwice i przekonałem się po kilkunastu minutach poszukiwań, że zimowity to mogę sobie namalować. Czy zawiodły? Absolutnie nie, one jak każdy żywy organizm miały swoje wyliczenie i wypadło im z rachunków, że jeszcze za wcześnie na zakwitnięcie. Proste?








Wykonałem więc sesję z przyniesionymi maskotkami, pokontemplowałem chwilę, zszedłem na dół, zamiast zimowitów obfotografowałem tablicę informacyjną i wdrapałem się na moje ulubione, widokowe miejsce na przeciwzboczu. Koniec sierpnia – dojrzały owoce dzikiej róży i jak widać tarnina także.





Było południe, podniósł się upał. To ciekawe: - mijała dopiero szósta godzina odkąd wylądowałem w Lesku, a mnie się wydawało (nie po raz pierwszy) że jestem tu kilka dni. To pewnie z powodu, że kocham tę Krainę Nicnierobienia.

Mała dygresja potwierdzająca zasadę, że wszystko ma proste wyjaśnienie: - skąd mój sentyment do Bieszczadów? Rzecz jest prozaiczna wręcz: - gdzie czuje się dobrze rybak morski? Nad morzem. Gdzie górala miejsce?

W czasie ostatniego spisu powszechnego w Polsce, na pytanie o narodowość podałem zgodnie z prawdą Łemko.

Ankieterka zapytała o wyznawaną religię – powiedziałem, że jestem wolnomyślicielem, ze wskazaniem na filozofię sufich.

Chwila ciszy, po czym pani orzekła: - to ja wpiszę „inne”.

- Przewspaniale się czuję ja, ponieważ azaliż, w tych odludnych klimatach – wyjaśniałem sobie - pogoda dopisuje, nie ma teraz potrzeby iść do wiaty nad jeziorkiem, tam pewnie są turyści, wolę pobyć tu sam. Może zdecyduję spać pod gwiazdami? A chwilowo poszukam ocienionego miejsca.

 

 

środa, 10 kwietnia 2024

Wędrowiec








Schodzę z Bukowego Berda po nocnym deszczu. 


Pogoda się poprawia, ziemia szybko obsycha, przebija się słońce, wiatr przyjemnie chłodzi.

Schodzę szybko, czuję się lekki, wczoraj rano zjadłem resztki prowiantu, głód i pragnienie popędza, więc pewnie nie minęła godzina, kiedy wchodzę do maleńkiej miejscowości pod tytułem Muczne.

Jest budka – sklepik - drzwi otwarte na oścież, wchodzę, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć za sprzedawcą i słyszę: - idę, idę!     

   Pani sklepowa wyłania się z chałupy, która stoi za sklepem.

Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.

    Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie?

- Może być babeczka!

 

Pani sklepowa się śmieje.

- Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.

To nawijam drugi grzeczny:

 

Wchodzi hydraulik do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie podać?

- Może być rurka!

 

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.

Na zdjęciu ogródek piwny z Chmiela.

Ostre słońce przygrzewa. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam z lubością i przymkniętymi powiekami.

    Sielsko jest. Cisza, spokój.

Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie, patrzą na plecak.

- A pan skąd idzie?

- Z Woli Michowej.

- Ooo! To daleko jest!

- Ale ja idę etapami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.

- Na Bukowym Berdzie?

Potwierdzam.

- I popielice dały panu spać?

- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.

- My panie z bratem, to w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.

 - No! - Brat pana miejscowego odzywa się po raz pierwszy.

Po czym następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.

Konsumpcja trwa.

- A teraz dokąd?

- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.

- Że też panu się chce tak chodzić....

- A co tu robić w tej bieszczadzkiej Krainie Nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.

Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:

- Kraina Nicnierobienia powiadasz pan?

A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?

Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

 - No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz drugi brat mego rozmówcy.

- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

 Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.

- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:

Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!

- No! - odezwał się po raz trzeci i ostatni brat mego rozmówcy.

   Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.

- Pięknie jest! - usłyszały.

Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź i zaraz zorientowałem się, że panie są zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów - robią sobie zdjęcia na przemian. Do zdjęcia ustawiają się na przemian obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Poza tym wygląda na to, że partnerka szybciej zaszłaby w ciążę, niż partner pieszo na pierwsze piętro.

    Absolutnie nie oceniam, opisuję tylko to, co widzę.

 Mijam leśniczówkę i staję przed wejściem do karczmy.                                         

Spodobało mi się to miejsce.

 Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

 A tu polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (właściwie to nie krzyknęło, tylko zawyło):

- Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.

I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.

Schabowy to dobra odmiana może być....

Mięsa miałem nie jeść, no nie wiem......

- Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!! – irytuje się ciało.

Dobrze już, dobrze, tylko nie tym tonem do mnie!

Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.

Oraz dopomyślałem: - planów nie zmienia tylko martwy albo głupi!

    Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. Nastąpiły miłe, niezadługie chwile oczekiwania.

Była cisza, głos z ciała umilkł. Lekki zefirek przynosił fale upojnego zapachu goździków nagrzanych słońcem.

Sprawny pan kelner przynosi jedzonko i absolutnie nie trzyma palca w kapuście.

Pojadłem - pycha! 

Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.



Patrzę na zdjęcia z sentymentem. Od tego rajdu Wola Michowa, Balnica, Fereczata, Wołosate, połoniny, Muczne, Smolnik, Lutowiska, Chata Socjologa i z powrotem do Woli Michowej, za chwilę minie lat dziesięć.

 


poniedziałek, 21 listopada 2022

Kraina Nicnierobienia

Zwykle wraz z wiekiem odzywa się potrzeba odwiedzenia miejsc rodzinnych i pewnie dlatego czuję się Bieszczadach u siebie. Nie zapomnę wzruszenia (uczucia nie kłamią), kiedy po wielu życiowych zakrętach przyjechałem po raz pierwszy na tę Skrzywdzoną Ziemię i poczułem się znowu dzieckiem. Czy też dotarło do mnie, że noszę w sobie to sławne „wewnętrzne dziecko”, całkiem dotąd zaniedbywane, a teraz chciałbym mu to wynagrodzić.

Wtapiam się w bieszczadzką przyrodę, a wiatr w szerokiej przestrzeni odbieram jako powiew wolności. Cała przeszłość zostaje za górami - urodziłem się po raz drugi?


Nie tęsknię za obłudą tak zwanej cywilizacji, w zupełności wystarcza mi możliwość zaspokojenia najprostszych, podstawowych potrzeb. I nie nudzę się ze sobą, bo siebie akceptuję. Poza tym nie jestem sam - pamiętajmy, że nad każdym z nas czuwa Duch Opiekuńczy.

Wolność. Odkryłem, że znów mogę beztrosko biegać za motylem.


Bo kiedy jest wyjątkowo miło, tudzież bardzo przyjemnie? Ano wtedy, gdy wybierasz luzik. Wtedy otóż, kiedy robisz cokolwiek, ale bez jakiegoś planu, programu. No i bez przymusu i pośpiechu, czyli niespiesznie. Możesz coś robić, choć nie musisz, a jednak to robisz z powodu przyjacielskiego nastawienia do świata. Albo nie robisz nic, jesteś przecież w Krainie Nicnierobienia i dlatego łatwo wpadasz w objęcia Błogosławionej Lubości. Po kokardkę przepełnia cię niewypowiedziane zadowolenie i błoga przychylność dla egzystencji. Znaczy luzik ciebie dopadł i to jest właśnie stan najcenniejszy.

Albowiem gdy osiągnąłeś już ten stan, a wypada akurat potrzeba wykonania czegoś, co niekoniecznie lubisz, to jednocześnie możesz przecież żeglować myślami po wielokrotnie przywoływanych Zielonych Łąkach. I dzięki temu mykowi utrzymujesz stan najcenniejszy.


Oczywiście możesz starać się robić tylko to, co lubisz, atoli jest to już jakiś wysiłek, przymus, czyli azaliż gubisz luzik, zapominając, że powinna być odmiana: góra – dół, słodkie – gorzkie. Niemożliwe jest bowiem wędrowanie tylko na lewej nodze, albo trwanie we wdechu. Wydech musi być.

Nie doceni ciepła ten, kto choć raz porządnie nie przemarzł.

Co ciekawe, ten Twój radosny nastrój mocno irytuje otaczających ciebie ludzi. Przeciętni Kowalscy nie trawią Twego zadowolenia. Uważają, że jeśli nie narzekasz, nie jojczysz, to jest z Tobą coś nie tak, bowiem normą w świecie ludzi są trzy rzeczy: - tkwienie w nieszczęśliwości, zachowania stadne, oraz podobieństwo do maszyn. 


Zabawnie jest nieraz zakpić sobie z przeciętnego Kowalskiego, tylko dla własnej satysfakcji, lub w nadziei, że ów aluzję zrozumie. Każdy przecież na swój sposób poszukuje prawdy. Przypomnę, że w Bieszczadach przylgnęła do mnie także ksywka jajcarz. 

Każdy poszukuje swojej prawdy, więc zadaje pytania. Sobie, innym i wszystko jest okej dopóki nie daj boże niewinne pytania nie przejdą we wścibstwo. Wtedy należy przycisnąć hamulec. Tu przypomnę rozmowę z gościem, który przyczepił się, kiedy akurat przechodziłem przez Roztoki w drodze na Fereczatą. To maleńka osada jak widać, zero ludzi. Ten gościu niósł reklamówkę, więc nie był turystą. Dogonił mnie, idziemy razem.  


  - Dzień dobry – dzień dobry. Standardowa ciekawość rozpiera gościa:

- A pan dokąd? – wyjaśniam dokąd.                                                                                     

- Pan na krótko w Bieszczady przyjechał? – Na długo. Ogólnie w podróżach jestem przez wiele miesięcy w roku.

- To pan chyba nie pracuje? – Pracować przestałem już wiele lat temu.

- To pan musi mieć dużo pieniędzy, podróże kosztują!

- Zgadza się. Podróże kosztują, ale mam dość pieniędzy.

Facet przygląda mi się z ukosa, chwila milczenia, wreszcie odważa się zadać to nurtujące go pytanie:

- A skąd ma pan te pieniądze, jeśli oczywiście można wiedzieć?

- Można. Pieniądze biorę z szafy.                                                                              

- Jak to z szafy?

- No z szafy. Kiedy potrzebuję kasy, podchodzę do szafy, otwieram ją i wyjmuję tyle, ile mi potrzeba.

Gościu przetrawia informację. Ma wątpliwości, więc pada kolejne pytanie:

- A skąd biorą się pieniądze u pana w szafie?

- Moja żona tam je wkłada.

Teraz czekam na ostatnie klasyczne pytanie, jako że tę anegdotę stosowałem już multum razy i ona zawsze działa. Rozmówca już nie odpuszcza, ponieważ wydaje mu się, że za chwilę zagadka się wyjaśni.

- A pana żona to skąd bierze te pieniądze?

- Ja jej daję!

I to nie był jeszcze koniec rozmowy, dalszy ciąg już kiedyś opisałem. 

Fereczata.


Krystaliczne powietrze o poranku, niosące nieco później zapach łąki, ziemi lub lasu. Samotność i cisza. Idę. Lub tylko jestem. Być może tak wygląda droga do nieba, oczywiście jeśli ktoś w nie wierzy. 


środa, 29 września 2021

Wypoczynek to obowiązek

 


Porządny wypoczynek jest niezbędny dla zdrowia. Może być czynny lub bierny, atoli najważniejsze, żeby wykraczał poza schemat codziennego życia, oraz niech każdy wypoczywa jak chce.

 Wpisałem zdjęcia do posta i zamierzałem coś napisać o bieszczadzkiej krainie nicnierobienia, ale.... dostałem powakacyjnego lenia i zamiast pisania załączam felieton Umberto Eco.

                

                     Praca w weekend świętokradztwem

„Kilka lat temu spędzałem weekend nad morzem i nagle ogarnęło mnie przerażenie. Oto spostrzegłem, że nic nie robię. Przeczytałem parę stronic książki, popływałem, a potem znalazłem się w pozycji leżącej na łóżku i nie miałem nawet ochoty włączyć telewizora. Ogarnięty poczuciem winy poderwałem się gwałtownie, bo przecież zgodnie z nakazami etyki protestanckiej i duchem kapitalizmu zawsze należy coś robić. Poderwałem się i tu opadły mnie wątpliwości – zacząłem rozpaczliwie szukać uzasadnienia moralnego dla potrzeby poleniuchowania. I zdałem sobie sprawę, że żyjąc w schemacie, po prostu zapomniałem, że niedzielny wypoczynek nie tylko jest prawem, ale i obowiązkiem.

      Niekiedy czymś nie do zniesienia wydawał mi się szabas ortodoksyjnych Żydów: włączanie telewizora w przeddzień szabasu, korzystanie tu i ówdzie w Jerozolimie z „pośpiesznych” wind, zatrzymujących się automatycznie na każdym piętrze, żeby nie trzeba było naciskać guzika. Zdałem sobie sprawę, że źródłem wszystkich przepisów rytualnych jest starodawna mądrość i tylko sztywność przykazań gwarantuje jej przestrzeganie.

     Zupełnie tak samo jest z dietą. Trzeba w sposób dogmatyczny przestrzegać zaleceń – co najwyżej 80 gramów mięsa, tylko pół kieliszka wina do posiłku. Rzecz nie w tym, że po zjedzeniu dziewięćdziesięciu gramów mięsa i wypiciu trzech czwartych kieliszka utyjesz w sposób zauważalny. Sprawa polega na sprzeniewierzeniu się zasadom, które sobie sam narzuciłeś. Jest wtedy po tobie: - nie ma już powodu, byś następnego dnia nie zjadł stu gramów i nie wypił całego kieliszka. Złamałeś wewnętrzną dyscyplinę i najpewniej wrócisz do miłego objadania się, aż do ewentualnej następnej próby.

     Na czym polega mądrość żydowskiego szabasu? Ano na tym, że jeśli masz odpoczywać po pracowitym tygodniu, wypoczynek ma być całkowity. Musisz zapomnieć o wszystkim, porzuć wszelkie rozmyślania, nie możesz troszczyć się o sprawy minionego tygodnia. A gdy tylko przyjdzie ci do głowy, ze mógłbyś dokończyć pisanie listu, albo przeprać koszule, nie poprzestaniesz na tym, będzie 20 listów i pranie z całego tygodnia.

     W świecie katolickim wypoczynku niedzielnego nigdy nie przestrzegano zbyt ściśle.. chociaż pamiętam, ze kiedy miałem 12 lat i mieszkałem na wsi, razem z kolegą pochodzącym z bardzo praktykującej rodziny, zobaczyliśmy pewnej niedzieli chłopa pracującego na polu. Kolega powiedział: - takich ludzi powinno się stawiać pod ścianę. To zdanie grzeszyło fanatyzmem, ale z pewnością zasłyszał je w domu, czyli istniało tabu. Jednak trzeba się było pogodzić z tym, że owo tabu dotyczyło jedynie biednych, ponieważ bogaci mogli się w niedziele zajmować interesami.

    Jednak kościół zawsze pobłażliwie podchodził do trzeciego przykazania – wiadomo że dopuszczano wyjątki: służba publiczna, strażacy, policjanci, tramwajarze, sprzedawcy gazet itd.  Nikt nie nadawał dramatycznego wymiaru nakazowi świętowania, a kiedy nasza wspaniała cywilizacja konsumpcyjno – rozrywkowa uczyniła niedzielę dniem szaleństw, liczba wyjątków wzrosła: - doszli hotelarze, ratownicy na plażach, sprzedawcy lodów”.

 

PS. Jak rzekł był klasyk: - wyjątek wcale reguły nie potwierdza, on ją kompromituje.















niedziela, 31 maja 2015

Pochwała ciszy

Mogę się czuć mieszkańcem rajskiego ogrodu? Mogę czuć się wolny? I do tego emanować radością?
Mogę jak najbardziej!
      Tylko taka radość bez powodu nie podoba się niestety wielu ludziom. Oni nawet podejrzewają, że mogę być szczęśliwy. (Bowiem jestem).
      Ci ludzie, przeważnie starsi, zdali sobie sprawę, że życie jest właściwie za nimi. Boją się śmierci, i z tego strachu, a także aby sobie zasłużyć na raj, tak ochoczo drepczą do kościoła. Tresura społeczna narzucająca jedynie słuszne pojmowanie świata, także odgrywa ogromną rolę w wepchnięciu człowieka, do mentalnej klatki.
  Jedynie nieliczni, w których budzi się dusza buntownika, albo ci, którzy przeżyli prawdziwą miłość, potrafią się wyrwać z tego nieszczęścia, jakim jest nawykowe życie. Oni są spokojni, przychylnie nastawieni do całego świata.
Większość uważa, że człowiek szczęśliwy to człowiek chory i należy go wciągać do bagna nieszczęścia.

Należy pamiętać, że człowiek staje się wolny dopiero wtedy, gdy nikogo nie obraża, ani nie krzywdzi, a jednocześnie nie zwraca uwagi na opinię tłumu. Nie odbieramy niechcianych przesyłek od innych.
          Wtedy taka niechciana przesyłka wraca do nadawcy.
Kto próbując żyć własnym życiem, styka się z nietolerancją, pouczaniem, wścibstwem, a często zwykłym chamstwem, ten doceni boski dar posiadania mądrego i niezastąpionego przyjaciela – siebie samego.
        I docenia dar ciszy.
Ludzie o zaburzonej świadomości, czyli większość, czuje się zobowiązana, zmuszona wręcz, do gadania na okrągło.
      Cisza jest piękna, a oni ją niszczą za pomocą mielenia ozorem. O sobie przeważnie opowiadają: - co ich boli, co lubią, a czego nie lubią. Może to jest ciekawe dla kogoś takiego samego, jak oni, bo nie dla mnie. I mądrzą się wypowiadając mądrości z gazety, lub zasłyszane od księdza. Sieczka zbędnego gadania stanowi pewnie 95 % dziennej wymiany informacji.
       Mało kogo stać na bycie z drugim w ciszy. Znam kilka osób, które to szanują.
Ta Krynica Samotności to niezły wynalazek...... Tylko trzeba do niego dojrzeć.
Najpierw szkoła, potem narzeczeństwo, jedna żona, mieszkanie, dom, potomek jeden i drugi, druga żona, posadzić drzewo, gonić za własnym ogonem.....
      Jeśli tak chwalę ciszę, powinna ona zapanować także na blogu. 

Bowiem są cykle: wdech – wydech, dzień – noc.

Jeszcze tylko roześlę daty zwrotu do abonamentu na Wig 20, zamieszczę wpis o datach zwrotu, potem ostatni wpis przed wakacjami, odpowiem na zaległe maile i ….. fruu!
Wiadomo dokąd.
Jutro o tej porze, namiot będzie już stał w jakimś niebywale przepięknym i uroczym miejscu, w świecie Ciszy, w Krainie Nicnierobienia.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Radyjko jeszcze raz

Idę wąwozem bieszczadzkim. Po bokach wysoki las i zwykle potok blisko drogi.
        Podobnie czuję się teraz w Warszawie. Idę wąwozem ulic, po bokach wysokościowce. Zamiast wody z potoku – potok samochodów, a pod spodem metro. Warszawa bardzo się zmieniła przez ostatnie trzydzieści lat. A jeszcze wyraźniej zmieniło się Centrum.
   



Lubię jeździć metrem do Lasu Kabackiego, a teraz jeszcze bardziej podoba mi się jazda nowym, pięknym odcinkiem do Centrum Kopernik, lub Stadion Narodowy. Stacja Stadion jest największa, będą tu jakieś wystawy. 
  



A w ogóle to wyraźnie widać, że te dwa odcinki metra są z całkiem różnych epok.
Lubię chodzić, lecz raczej po warszawskich parkach, a kiedy tylko jest okazja, jeżdżę nowym metrem. 
    


Czytałem jakieś głosy krytyki na temat metra, ale bez urazy: to piszą frustraci niezadowoleni ogólnie z życia, albo ci, którzy chcą za wszelką cenę zaistnieć. Uważam, że w nowym metrze jest nowocześnie i pięknie.
        
W przeddzień kolejnego wyjazdu w Bieszczady, w marcu 2015, wydarzyło się, co następuje: - Wchodzę do stacji metra i widzę na schodach ruchomych zjeżdżających w dół, że jakiś elegancki, wysoki mężczyzna w średnim wieku spieszy się bardzo i zbiega szybko po tych jadących schodach. Pociąg stoi akurat gotowy do odjazdu. Już słychać dwa sygnały oznajmiające odjazd. Drzwi się zamykają w momencie, gdy mężczyzna dopada do wagonu. Facet próbuje jeszcze otworzyć drzwi przyciskiem.
       Z tego pośpiesznego zbiegania ( to godzina szczytu popołudniowego, odstęp między kolejnymi pociągami wynosi trzy minuty) oraz próbie uruchomienia drzwi przyciskiem ( drzwi w metrze maszynista otwiera centralnie, a wielu ludzi i to niestety młodych dotyka te przyciski w bezmyślnym mechanicznym odruchu.....Homo Mechanicus? Oni są w swoim świecie- słuchawki na uszach, oni są nieobecni)
      Wracamy do wątku śpieszącego się faceta. Pociąg odjechał. Zagaduję do faceta: - czy coś się stało? Bo pan tak się spieszył.....
A następny pociąg – tu spojrzałem na tablicę informacyjną – podjedzie za dwie minuty.
- A wie pan, to z przyzwyczajenia. Ciągle się wydaje, że czasu jest za mało. Nie wiedziałem, że metro tak często jeżdzi. Człowiek goni swój ogon, a on tylko coraz szybciej ucieka.
- No właśnie! Ja na to.
- A pan się nigdy nie spieszy?
- A dokąd? Mam zasadę: - nie przyspieszysz, ani nie opóźnisz. A jutro jadę tam, gdzie czas biegnie całkiem wolno, w Bieszczady, do Krainy Nicnierobienia.
- Oj panie! Jak ja kocham Bieszczady! Naprawiałem tam w Cisnej, a właściwie w Majdanie, parowóz od kolejki bieszczadzkiej. Poznałem maszynistę tej kolejki, Andrzeja Abrama. Przyjeżdżał do pracy na motorowerku z Woli Michowej.
- Znam Andrzeja Abrama. Gdy jutro przyjadę do Woli Michowej, pierwsze kroki kieruję do Andrzeja i Wiesi, bo będę wiózł coś dla nich.
- Oj panie! To proszę pozdrowić Andrzeja ode mnie – i tu podał nazwisko.

Tę rozmowę toczyliśmy może trzy minuty, bo po przejechaniu tylko jednej stacji sympatyczny facet wysiadł.

Następnego dnia wieczorem zawitałem do państwa Abramów i okazało się, jaki ten świat bieszczadzki jest mały. Wypłynęła ponownie postać Radyjki. ( był post pt. Radyjko. To ksywka robotnika leśnego, wybitnego kawalarza, kolegi Darka Karalucha)
        Rozmawiam z Andrzejem: - masz pozdrowienia od faceta, którego spotkałem wczoraj w warszawskim metrze. Taki bardzo wysoki. I podaję ten wzrost w centymetrach. - Naprawiał twój parowóz na Majdanie.....
   - Czekaj, czekaj – Andrzej na to. Wysoki powiadasz? To musi być – i tu Andrzej wymienił nazwisko, którego ja jeszcze nie wypowiedziałem.
   - Zgadza się – ja na to.
Andrzej zaczął opowiadać: - inżynier, fajny facet, dusza człowiek, pasjonat parowozów i motocykli. Złota rączka. Tylko …..niestety naiwny to mało powiedziane.
W tym czasie z Cisnej do stacji kolejki bieszczadzkiej Majdan przychodził do pracy Radyjko. Był robotnikiem. I znanym kawalarzem, jak wiesz.
       Wiedział, że inżynier jest naiwny, zupełnie nieżyciowy, i postanowił zrobić mu kawał. Ja w tych czasach nieraz chodziłem z synem „na wykopki”. Czyli z wykrywaczem metalu chodziliśmy po lasach, łąkach, szukając militariów. I dużo tego znajdowaliśmy.
Radyjko wiedział, że szukam militariów i sprzedał inżynierowi bajkę. Ten się nakręcił ogromnie, przylatuje do mnie rozgorączkowany i mówi:
    • Andrzej, pokaż mi ten niemiecki motocykl, który wykopałeś!
      - Jaki motocykl? - Ja na to. - Ano ten, który był w tak dobrym stanie, że jak go wykopałeś i wcisnąłeś guzik, to zapaliły się światła! Cacko! Czterdzieści lat po wojnie i zapaliły się światła!
      Szczęka mi opadła ze zdumienia i mówię: - chłopie, jesteś fajny facet, znasz się na parowozach jak mało kto, ale zobacz: - Wała z ciebie Radyjko zrobił. Na taką bajkę dałeś się nabrać, cały Majdan będzie się z ciebie naśmiewać.
      I tu się trochę pomyliłem, bo nie tylko Majdan miał ubaw, ale i cała Cisna, a potem w całym Bieszczadzie opowiadano, jak to Radyjko, prosty bieszczadzki chłop z inżyniera wała zrobił.