sobota, 30 stycznia 2016

Szukamy piątek

Z miesięcznymi świecami spadkowymi niezupełnie wyszło, miało być osiem, a jest dziewiąta.
To data z 21 stycznia tak pociągnęła.
Nieco inaczej jest na indeksie centralnym, czyli Wigu. Tu są cztery świece do czterech, przedzielone jedną białą.
  
Porównanie fal spadkowych na Wigu 20.
Oznaczenia według Zbyszka.

Na pierwszym rysunku fala spadkowa A z 2008 roku, i opisane długości poszczególnych fal.
Jak wiemy z literatury, fale są do siebie w proporcji, czyli lepiej lub gorzej, ale działa harmoniczność.


Na drugim rysunku fala spadkowa C. Według mnie niedokończona.
Świeca z 21 stycznia może być dnem trójki. Gdyby tak było, przed nami fala 4. 
 
Daje się zauważyć niemal równość fal w dniach i całkowita równość w zakresie punktowym.
Gdyby ten rysunek miał sens, to ostatnia, trzecia fala spadkowa ( czyli piąta w C) mogłaby mieć również 540 pkt. liczone od poziomu, gdzie wypadnie czwórka. Taki wniosek sam się narzuca.
Oczywiście to tylko przypuszczenie, mogę się przecież mylić.
W każdym razie liczenie dat zwrotu to ogromna frajda!

Parapsychiczny Spadochroniarz

Według publicznych oświadczeń CIA i Pentagonu wszelkie próby opracowania i zastosowania sił parapsychicznych do celów militarnych, były w najlepszym razie krótkotrwałymi eksperymentami bez udowodnionej wartości.
Kiedy w grudniu 1995 roku pojawiła się wiadomość, że Pentagon jednak sięgał po metody jasnowidzenia, i wydano na to według „oficjalnych” danych 20 mln. dolarów w ciągu 20 lat, potwierdziły się podejrzenia tych, którzy nie wierzą w rządowi.
Postawmy tylko jedno pytanie: - dlaczego po tylu latach marnotrawienia pieniędzy podatników i utrzymywania programu w ścisłej tajemnicy, CIA postanowiła w końcu przyznać się do tego?

Na to pytanie dostajemy odpowiedź w książce Parapsychiczny Wojownik – Davida Morehouse'a.
Morehouse był wielokrotnie odznaczanym oficerem piechoty i spadochroniarzem. Nie wykazywał żadnych oznak jasnowidzenia, ani to go nie interesowało.
Wszystko zmieniło się od chwili, kiedy na Bliskim Wschodzie dostał postrzał w głowę. Przed śmiercią uchronił go hełm.
Kula, która ugodziła Morehouse'a, uruchomiła jednak jakiś uśpiony mechanizm w jego umyśle.
Spadochroniarz nabył umiejętność widzenia na odległość.
Ten mechanizm armia zaczęła wykorzystywać dla potrzeb wywiadu.
Morehouse'a zatrudniono przy wojskowym projekcie Promień Słońca (Sun Streak), znanym także jako Star Gate, w bazie Fort Meade w stanie Maryland.
Po kilku latach tej pracy, autor książki zaczął myśleć o zerwaniu z armią. Nie był naiwny – wiedział, że taka próba może pozbawić go życia. Wymyślił więc przedtem system zabezpieczenia: - opisał wykorzystanie przez rząd zespołu ludzi widzących na odległość w misji o kryptonimie Miska Ryżu.
To kryptonim zakończonej fiaskiem próby odbicia zakładników w Iranie, w ostatnich dniach administracji Cartera.
Sporządził kopie i rozesłał do zaufanych osób. Kopie te mogły być ujawnione w razie potrzeby.
Dopiero po takim zadziałaniu wyraził chęć wystąpienia z armii.
Tak, jak przewidywał, nie było to proste.
Został postawiony przed sądem, armia postanowiła go zdyskredytować.
Proces doprowadził Morehouse'a na skraj szaleństwa, ale w końcu zwyciężył, odszedł z armii i napisał książkę.
Z pewnością żyje dzięki swym „listom bezpieczeństwa”.

W książce pojawiają się dwaj fizycy z RSI (Research Stanford Institute) w Kalifornii, oraz pada nazwisko Ingo Swanna!
Pisałem o książce Ingo Swanna – Penetracja.

Widzenie na odległość stanowi ważne narzędzie wywiadowcze, a na badania nad nim przeznacza się znacznie większe środki, niż te, do których władze się przyznają.
Nie jest to metoda doskonała. Jej dokładność wynosi od 60 do 80%. „Nie jest dokładna w 100%, nigdy nie była i nigdy nie będzie”.
Żadna misja nie została też nigdy zaplanowana wyłącznie na podstawie widzenia na odległość.

Każdy cel operacyjny jest opracowywany przez kilku jasnowidzących, którzy nie kontaktują się ze sobą. Dane są zestawiane w połączeniu z fotografią, nasłuchem itd. Widzenie na odległość jest tylko jednym z elementów układanki”.
Każda metoda wywiadowcza ma wady.
Satelitarna fotografia dachu jakiegoś budynku w Rosji, nie mówi nic na temat tego, co znajduje się w środku.

Jednak widzenie na odległość ma wielką zaletę. Jest nią bezpieczeństwo agenta. Ta metoda nie niesie ze sobą żadnego zagrożenia. (No, nie powiem, że tak jest. Przypomnijmy sobie perypetie Ingo Swanna z namierzaniem Obcych na Księżycu)
Morehouse był szkolony, lecz nie przez Ingo Swanna.
Swann trenował innych jasnowidzących.
Trening polegał między innymi na odczytywaniu współrzędnych geograficznych w zamkniętych kopertach. Ten trening był następnie wykorzystywany do „wróżenia z map”.
Jest to metoda polegająca na identyfikowaniu ukrytych lokalizacji przy użyciu instrumentów i map.
Największe możliwości daje jednak zjawisko „wpływania na ludzi na odległość”.
Służby wielu krajów stosują tę metodę. KGB wpompowało miliony w badania parapsychiczne i to wiele lat wcześniej, niż zrobiono to w Ameryce – pisze Morehouse.
Podobnie działali Chińczycy i Izrael.
Spadochroniarz opisuje czujniki – wykrywacze widzenia na odległość, zainstalowane na Kremlu. Uważa także, że Rosjanie zbudowali broń psychotroniczną, mogącą kierować w wybrane miejsca epidemie i trzęsienia ziemi.
Dalej pisze tak: - nigdy nie starałem się o jakieś szczególne przeżycia umysłowe, nie interesowałem się starożytnymi religiami, ani mistyką.
Jestem żołnierzem, który dostał postrzał w głowę i zaczął mieć bardzo dziwne doświadczenia.
Od samego początku byłem sceptyczny wobec tych moich doświadczeń, a to nie jest dobre, teraz to wiem.
Bo od sceptycyzmu jest tylko krok do ignorancji. A ignorancja to zamknięty umysł.
Morehouse opisuje działania swego przyjaciela – Uri Gellera (słynne izraelskie medium) agenta Mossadu.
Geller został wysłany do USA, gdzie w RSI pracował nad projektem Skanowanie – wpływanie parapsychiczne na ludzi negocjujących traktat pokojowy.

Jednym z zadań jednostki w Fort Meade była identyfikacja podwójnych agentów wśród ważnych polityków amerykańskich.
Morehouse napisał także wspólnie z Jimem Marrsem książkę: Spisek, który zabił Kennedy'ego.
Przygotowując tę książkę Marrs zebrał wiele wywiadów, między innymi z Ingo Swannem, który przyznał, że wyszkolił nie tylko wielu widzących na odległość, ale również specjalną grupę do znacznie bardziej tajemniczych zadań.

Akcje operacyjne Parapsychicznego Spadochroniarza to:

podróż na pokład samolotu Pan Am 103 w czas sporo przed wybuchem, ponowna podróż w chwile tuż przed wybuchem.
Przeszukiwanie mentalne statków przemytników narkotyków.
Poszukiwanie podpułkownika Higginsa w Libanie.
Wizyty na innych planetach, w tym na Marsie.

Zebrane doświadczenia przekonały w końcu Morehouse'a, że widzenie na odległość ma zbyt wielką wartość dla ludzkiej rasy i nie powinno być zawłaszczone przez Departament Obrony.


PS. W innych państwach (Rosja, Chiny) jakoś nie słychać o podobnych do Morehouse'a ludziach, i nie ukazują się tam książki z podobnymi sensacjami......
Tu działa prosta zasada: - najlepszy świadek, to świadek martwy.

piątek, 29 stycznia 2016

Pioruny ponad chmurami


Burza fascynowała mnie od dziecka. Tego spektaklu nie dało się w całej okazałości odebrać w mieście. W mieście brakowało rozległych widoków na wszystkie strony, brakowało dźwięku kropel deszczu uderzających o dach nad głową, brakowało odczucia wiatru. To wszystko dostałem po raz pierwszy na podwarszawskim letnisku u cioci Lusi.
       Weranda, tak, jak i dom pokryta była blachą, a dom stał samotny, oddalony kilkaset metrów od innych domów. Na północy, za piaszczystą wydmą, zaczynał się las. Za lasem płynęła Bugo-Narew.
Dla małego chłopca, to był atrakcyjny świat, całkiem inny od tego, który znał z miasta.
       Po zachodniej stronie domu, było pole, na którym rosło zboże. Gdy zboże ścinano, skórę na stopach miałem już tak twardą od codziennego biegania boso, że przebiegałem po rżysku nie gorzej od wiejskich chłopców.
Zawsze lubiłem obserwować przyrodę, i tu, u cioci przeżyłem swoją pierwszą burzę. Byłem sam w domu, ciotka pojechała do Legionowa w jakiejś sprawie.
     Było parno, chmurzyło się. Potem zerwał się wiatr, podrywając tumany kurzu z drogi. Uderzył pierwszy piorun i zaczęło się.....
Ta fascynacja burzą, deszczem, padającym śniegiem, a zwłaszcza błyskawicami, została mi już na stałe.
 
Niezapomniane chwile z dzieciństwa wróciły do mnie w 2014 roku w Woli Michowej, w której pierwszy raz chwyciłem błyskawicę na zdjęciu.
Potem była fantastyczna sesja w Ciężkowicach i znowu Wola Michowa.
Powiedzieć, że cieszyłem się jak dziecko, to mało.

        Ogromne kolorowe pioruny ponad chmurami.

Okazuje się, że błyskawice wyskakują także ponad chmury. I to bardzo wysoko, do stu kilometrów!
    Pojawiają się one przy bardzo wysokiej aktywności burzowej. Wtedy oprócz wyładowań doziemnych i międzychmurowych, pojawiają się krótkotrwałe wyładowania ponad chmurami.
Są one zagadką, przyczyn ich powstawania naukowcy nie potrafią wytłumaczyć.
   I to jest cudne!
Po pierwsze primo: - to uczciwe postawienie sprawy.
Po drugie primo: - Nie wiem – wspaniałe słowa, a w nich pokora.
Po trzecie primo: - Naukowiec, a nie wie, i ma odwagę się do tego przyznać. Nie stara się być wszystkowiedzącym i bić pianę.
Z tego właśnie powodu mój wielki szacunek dla tych ludzi.
       Na zdjęciu Czerwony Krasnal.


Miał rację Osho, mówiąc, że nasza wiedza zawsze będzie ułomna, a życie jest tajemnicą.

Te ogromne, kolorowe wyładowania elektryczne, udało się sfotografować dopiero kilkanaście lata temu.
       
Mają one wdzięczne nazwy:
Chochliki
Niebieskie Fontanny
Czerwone Krasnale
Elfy.

czwartek, 28 stycznia 2016

Zimowe życie w Bieszczadach


Woda jest niezbędna.
Chodzimy po wodę do potoku. Właśnie idę.

Kiedy potok nie jest całkiem zamarznięty, problemu nie ma.

Kiedy potok zamarza, łupiemy lód butem (Jeśli da się łupać butem) i zachwycamy się tymi kawałkami lodu, robimy zdjęcia i jest bardzo przyjemnie.



Kiedy potok zamarza, te kawałki lodu przynosimy w plecaku.
Można także po wodę chodzić do rzeki. Ona zamarza nieco trudniej.
Kiedy rzeka zamarza, chodzimy po wodę zabierając również kilof.


Wieczorem, po zapaleniu kilku świec i porządnym napaleniu w kominku robi się bajkowo.


Jeśli mamy tylko cienki śpiwór, wchodzimy do niego w skarpetkach, kalesonach, spodniach, kurtce i dwóch czapkach. 
    Tak się zmroziłem wycieczką do Zubeńska, że jedną noc spałem nawet w rękawiczkach. Do tego porządne okrycie na wierzch i jest cieplusio.
O poranku otwieramy oczy i mamy dylemat: - czy już trzeba wyjść na zewnątrz w sprawie sikania, czy też uda się pobyć jeszcze chwilę w cieple.
Nie doceni ciepła ten, kto się porządnie nie zmroził.
I podobnie jest ze wszystkim.

Dziadek Mróz maluje na szybach przepiękne kwiaty.
Potem wstaje słońce i je podświetla.

Potem następuje ceremonia śniadania, a w jego trakcie prowadzimy trochę filozoficznych rozmów.
Jako że jest wolność, możemy wybrać się na dowolną wycieczkę świąteczną.
W podróży do samego siebie, dociera się bowiem do miejsca, od którego każdy dzień staje się świętem lub niedzielą.
Wybieramy się na przykład do niedalekich Radoszyc, w których na początku lata odremontowano cerkiew.



Nie doceni wolności ten, kto nie był niewolnikiem.

środa, 27 stycznia 2016

Gajowy Marucha



Kiedy rozpadły się malowniczo moje kolejne buty, bardzo się ucieszyłem! Ucieszyłem się bardzo, ponieważ od jakiegoś czasu myślałem o powiększeniu kolekcji na Drzewie Wędrowca w Zubeńsku.

Ranek 31 grudnia był bardzo mroźny. 


Oto jeden z ostatnich rydzów, który zastygł w objęciach dziadka Mroza.

Zimowe Bieszczady, ale bez śniegu, a więc pojadę rowerem, będzie szybciej. Zawiesiłem te zniszczone buty na kierownicy i zaraz po wschodzie słońca zjechałem w stronę szosy.
Nie jeździłem jeszcze w Bieszczadach na rowerze przy tak niskiej temperaturze.
    W lecie i jesieni wycieczki rowerowe to ogromna frajda. Można także popróbować wegetariańskiego jedzenia......
Ogólnie ubrany byłem ciepło, ale do wędrówki pieszej, do której nie zakładam kalesonów nawet w zimie......
     Zjeżdżałem szybko, jak zwykle. Było pewnie minus dwadzieścia.
(z drugiego na trzeciego stycznia było minus trzydzieści).
Sztywniałem momentalnie.
Poderwałem się z siodełka, bo zdawało mi się, że siedzę gołym tyłkiem na lodzie. Gdy zjechałem te kilkaset metrów do szosy, byłem już całkiem elegancko sztywny. Tak zmarzłem, że z trudem zsiadłem z roweru.
Wrócić?
    To byłoby nieambitnie.
    Oraz niehonorowe. Znaczyłoby, że wymiękłem. Więc co tam kalesony! Pobiegnę.....
Biegnę obok roweru, aby się choć trochę rozgrzać.

Oto drobny przystanek, w tle widoczny pomnik „utrwalaczy władzy ludowej” - na nim trzy nazwiska wyssane z palca.

Ciekawe kiedy władze zdecydują się usunąć ten pomnik.
Być może kiedyś w tym miejscu przeczytamy: - „Chwała Łemkom, którzy walczyli z komunistami w obronie swojej ziemi.
Maguryczne 1945 – 1947

Pobiegłem dalej.
Tak się rozgrzewałem, aż dobiegłem do Małej Woli, to jest aż za mostem, gdy mija się cerkwisko położone na brzegu Osławy.
Dopiero tam byłem w stanie ponownie wsiąść na rower.

Przystanek po drodze.

Już na miejscu: - Zubeńsko i Drzewo Wędrowca. Drzewo okazało się niestety puste.
Czyli znowu wisi na nim tylko jedna para zniszczonych butów i czeka na towarzystwo.

Po powrocie do Woli dowiedziałem się, że buty zdjął gajowy Marucha. Być może mogli z nich skorzystać imigranci?
W każdym razie po powrocie zameldowałem prezesowi Henrykowi:

„Panie prezesie, zadanie wykonałem. Gdybym teraz poległ z przeziębienia po tej wyprawie Zubeńskiej, proszę pochować mnie na Wawelu, bo tak sobie wymarzyłem”.

wtorek, 26 stycznia 2016

Świecące bombki


Przyjechaliśmy z Henrykiem do Sanoka Neobusem o północy. Stąd ruszyliśmy w zamarzające właśnie, grudniowe Bieszczady znajomą taksówką....
Jechaliśmy sprawnie, droga była czarna.
      Jechaliśmy sprawnie, jednak podróż gdzieś od Komańczy zrobiła się całkiem nietypowa.
Staram się odpowiednio dobrać słowa: - dwukrotnie groził nam..... wypadek. Możliwość zaistnienia tego niecodziennego zdarzenia, wzbudziła w pasażerach niekłamaną wesołość.
      Gorzej było z kierowcą. Jemu było nie do śmiechu....
Wszystko skończyło się jednak dobrze, dzięki pomysłowi Henryka, żeby taksówkarz nie dojeżdżał do Kiry, gdzie zwykle wysiadaliśmy.
    Wysiedliśmy wcześniej – na skrzyżowaniu.
Rano ślady pokazały, że wykonaliśmy bardzo słuszny ruch......

Przed domem jeszcze tej samej nocy rozwiesiłem świecące bombki.






poniedziałek, 25 stycznia 2016

Warszawa o zmroku

Magia wieczornych spacerów wąwozami ulic. 




Staruszek Pałac Kultury za chwilę przestanie być najwyższym budynkiem. Konkurenci pną się coraz wyżej, a iluminacja zachwyca.



Aktualności


    Sobota, Warszawa, Al.Ujazdowskie.


    ~Bastet : ..."W Toruńskim Raju,w cieniu,za stołem
    Siedzieli sobie Diabeł z Aniołem...
    Diabeł dłoń oparł na czarcim berle
    Anioł przyglądał się pięknej perle.
    Hej, Panie Anioł - Diabeł zagadał
    Orbanizujem ? - To dobra rada
    Wkrótce mój Diable będzie po sprawie
    Będzie Budapeszt w kraju , w Warszawie...
    Nie będą w Unii rządu rozliczać
    I nakazywać , drogę wytyczać...
    Toruńskie jabłka , bardzo ciekawe cicho szepnęły ave, ave.
    Urzędy ważne swoim rozdałem
    Zmieniłem media, powyrzucałem
    Tych którzy byli gorszego sortu
    Wtyczki wepchnąłem w każdym z resortów
    Więc teraz pora by Rada Święta
    Dała mi fotel Nadprezydenta.
    Będę potęgą na własnej scenie
    I w jedną nockę wszystko odmienię
    Moje pomniki, moje ulice
    Moje tablice i miesięcznice
    Zakaz pochodów dla jakichś KODów
    Obywatele w służbie narodu...
    Sądy podległe mojej ocenie
    Jak mnie zawiodą w try miga zmienię
    Nie będą robić nas już w balona...
    Mnie z twą pomocą nikt nie pokona.
    Diablisko ślepia wlepił w fontannę
    Odsunął krzesło,zapiął sutannę
    Rzekł - mój Aniele,roboty wiele
    Ale skończymy w jedną niedzielę...
    Dasz im srebrniki, ustaną krzyki
    My posłuchamy naszej muzyki.
    Już moje biesy palą ognisko
    Nasza jest władza, nasze jest wszystko.


    PS. Podziękowanie dla Mirka za wskazanie wiersza.

niedziela, 24 stycznia 2016

Załamanie pogody na Krzemieniu

Znowu sam, czyli w swoim żywiole: - nikogo na ścieżce. 
Zbiegam w dół i wio pod górę do Krzemienia!
Pochmurno, a we mnie świeci wewnętrzne światło!
Już się oczyściłem po rozmowie z księdzem i teraz napełniam się światłem, napełniam się zachwytem wchodząc wąską ścieżynką ostro pod górę.
       Pokrzykiwania ze skał ucichły.
Wspinam się dziarsko, docieram na górę bez odpoczynku, ale przy drogowskazie „Pszczeliny-Widełki” język wychodzi mi do pasa.

Wchodzę między skały: - nie ma tych dwóch krzyczących, poszli sobie.
Albo..... coś ich przegoniło, jak sobie życzyłem w Intencji!
Plecak zdjęty, chwila oddechu.
Tyle razy byłem na Krzemieniu, mam z tego miejsca multum zdjęć przy każdej pogodzie chyba. Chyba przy każdej? A może nie przy każdej?

Aniele, zadziałaj, żeby było coś ciekawego do sfotografowania!
Tylko zdążyłem tak pomyśleć, pobiegłem po skałach na południe, wróciłem na północ......Tym razem Anioł zadziałał błyskawicznie!

     Załamanie pogody

Światło się zmienia, ogólnie robi się nieco dziwnie.
Patrzę na północ, i już wiem, co przegoniło tych dwóch:
Nadciąga chmura - mgła. 
Ściana gęstej mgły. Bardzo szybko nadciąga i pochłania kolejne skrawki świata. Ta chmura mgły jest tuż tuż.






Chmura jest przy mnie w ciągu dwóch – trzech minut. Widać jak z niej wysuwają się kosmyki – palce.




Seria zdjęć zrobiona.
Aniele... dziękuję!

I już jestem otoczony mgłą.
Zaczyna wiać. Temperatura spada gwałtownie. Robi się bardzo ciemno oraz nieprzyjemno....




Pojawia się dokuczliwa, zimna mżawka – jak to w górach.
Chronię się za skałą.
Skała osłania od wiatru i deszczu, ale co dalej?
Jest niby fajnie: dostałem od Anioła coś, co chciałem dostać, czego na Krzemieniu jeszcze nie przerabiałem - wykonałem serię ciekawych zdjęć. Oraz jestem samotny na górze we mgle. Do tego miła niespodzianka: - pada deszcz. Lecz samotność na górze we mgle przerabiałem już kilka razy. Nie na tej górze co prawda, ale już to znam.

Siedzę więc i myślę. 
(A myślę, bo mam czas)
Myślę: - jest coraz zimniej. Mam na sobie kurtkę i zimową czapkę, a pomimo to zaczynam dygotać. Jest może 10 stopni?
Miałem zamiar tu spać....

             Dalszy ciąg nastąpi.

PS. Część czytelników jest już zmęczona opisami wędrówki w tym jednym dniu czerwcowym. Zostawiamy więc na jakiś czas wątek myślącego autora, usadowionego w zimnie za skałą na Krzemieniu.
Od jutra zacznę przerywnik ze zdarzeń nieco bardziej bieżących.

sobota, 23 stycznia 2016

Spotkanie z księdzem

 
Akurat skończyłem jeść.
Przeglądam zdjęcia, zachmurzyło się, nie ma już wędrujących plam słońca.
Od Tarnicy nadchodzi samotny turysta w średnim wieku, z niewielkim plecaczkiem.
   Ten turysta jest pełen radości. To się już daje odczuć z jego „dzień dobry”.
Potem pada jeszcze kilka słów i czuję, że ta jego radość jest jakoś tak poddańczo nabożna.... 
Włączam więc dyskretnie nagrywanie, bo podenerwowanie z powodu belek spod Krzemienia, już mi przeszło i czuję się opanowany nastrojem do słuchania inaczej myślących.
    Tolerancja znaczy się wzięła górę.
A coś mi się widzi, że być może spotkałem na swej drodze księdza....
 
Nieznajomy najpierw wychwala pomysł postawienia krzyża na Tarnicy, potem narzeka na zmniejszającą się liczbę wiernych.
Słucham tego słowotoku, i już chcę wtrącić swoje trzy grosze, gdy odbieram myśl od Anioła: - Czekaj! Jeszcze nie teraz!

Nieznajomy ośmielony moim milczeniem zaczyna opowiadać:

Spędziłem kiedyś dzień na zwiedzaniu Tysiąca Wysp, położonych na rzece Świętego Wawrzyńca, między stanem Nowy Jork a Kanadą.
Podróżując na północ, odkryłem piękny błękit nieba z rozproszonymi na nim białymi chmurkami, soczyście zielone listowie i idealną temperaturę powietrza.

Przyjechałem do chatki przyjaciół położonej nad rzeką. Zjedliśmy wspólny obiad, trochę pobiegaliśmy i pospacerowaliśmy nad nieustannie szumiąca wodą. Potem pojechaliśmy do jakiejś zatoki na obchody rocznicy ślubu przyjaciół.
Byliśmy w ekskluzywnym salonie w nadrzecznym pensjonacie. Jedzenie było drogie i przepyszne, obsługa bez zarzutu, na najwyższym poziomie.
To było miejsce dla wybranych.
I tacy byli przybyli tu goście: bogaci, z najwyższych sfer.
Wokół był luksus i jeszcze raz luksus!
Na dodatek był cudny widok na rzekę, połyskującą w świetle popołudniowego słońca, a następnie wspaniały zachód.
Czułem się wspaniale, otaczał mnie prawdziwy przepych i bogactwo....
Wracałem do domu już po zmierzchu, z sercem pełnym radości i ze słowami psalmu na ustach: - „O Panie, jakże wspaniałe są Twoje dzieła”.

Nic nie mówię, ale wzbiera we mnie radość: - za chwilę zrealizuję pierwszą Intencję.
Na razie widzę landszaft ze złotym jeleniem na rykowisku, jeleń się uśmiecha, stoi w krwawym zachodzie słońca, na czole ma namalowany krzyż.
W uszach dudni mi dźwięk pękniętego dzwonu.

Boziuniu! Ale mi się trafiła gratka! Teraz tylko ładnie rozegrać to, co się dzieje....

Czytelnicy znają klasyczne dwa słowa z amerykańskich kowbojskich filmów: - bez urazy....

Wstaję.
Zakładam plecak.
Niespiesznie zakładam.
Milczenie.
Facet jakby czuł się dotknięty, że on tak przecudnie karmelkowo i różowo, a ja, czyli słuchacz, nic.
Ani be, ani me, ani kukuryku.
Nieraz tak miło jest nieco przeciągać sprawę.....
     
Plecak założony.
Ustawiam go równiutko na plecach: nieco w lewo. Za dużo. To poprawka. Teraz jest w sam raz. Zapinam uprząż na piersi.
Pyk!
Zamilkł dźwięk pękniętego dzwonu. W ciszy, która mnie objęła słyszę: - Teraz nawijaj!

Staję przed facetem.
Patrzymy sobie w oczy.
Uśmiech proszę!
Z mojej strony następuje autentyczny uśmiech, znaczy wystarczająco szeroki aby pokazać zęby. W takim szczerym uśmiechu podkreślają się także kurze łapki w kącikach oczu....

Bez urazy, czy pan jest księdzem? - pytam grzecznie, wyraźnie, z dykcją, stojąc w gotowości do drogi.

Tak – odpowiedział nieco zmieszany autor monologu.

W takim razie to, co teraz powiem, powinno do pana dotrzeć.
Bez urazy oczywiście.
Oto psalm, który panu dedykuję:

O Stwórco, jak wspaniałe wydają się Twoje dzieła tym, którzy żyją na czyjś koszt, czyli są zwykłymi pasożytami”.

A co do krzyży stawianych w górach.....
Dla mnie te żelazne krzyże, stawiane na szczytach nie tylko bieszczadzkich gór, są symbolem pychy, arogancji i zawłaszczania wspólnego dobra – przestrzeni.
      Mało macie miejsca w kościołach i obok nich?
Nie szanujecie inaczej myślących.
A myślących po waszemu jest coraz mniej, bo oni, dzięki Bogu, wymierają pomału.
Dokończę myśl: - kiedyś ci, którymi udaje się wam manipulować, wymrą całkiem.
I nic wam nie pomoże fałszowanie statystyk.
Na Zachodzie Europy kościoły są puste. I oby tak samo stało się w Polsce.

Na razie stanowimy skansen z tym naszym demonstracyjnym wyskakiwaniem do Europy z krzyżem, Maryją niepokalaną i Jezusem.
Europa jest świecka.
Kiedyś także ludzie w Polsce odkryją, że są zrobieni z wolności.
A każdy wolny człowiek rozumie, że nie jest mu już potrzebny czarny pośrednik.
Gdzie zgubiliście poszanowanie dla drugiego?
Gdzie podziała się tolerancja?
Zamiast poszanowania bliźniego, rozpiera was pycha, szczujecie ludzi na siebie.
Poszanowanie, tolerancja, to są bardzo subtelne działania.
Pana firma ma na sumieniu ogrom grzechów, kłaniają się płonące stosy dla nieposłusznych, oraz wymordowanie milionów „nawracanych” siłą.
Chcecie uczyć ludzi, jak mają żyć, a czy sami potraficie żyć według głoszonych nauk?
          Amen!


Odchodzę i zauważam, że facet dostał wypieków.
Zupełnie niepotrzebnie.
Czyż nie powtórzyłem po dwakroć memu czarnemu bratu, służącemu Największej Korporacji: - bez urazy?

Odchodzę, ale jestem cały drżący, w tę przemowę włożyłem bowiem serce.
W każdym razie czuję, że w oratorskim wystąpieniu pomógł mi nie tylko Anioł, ale pewnie sam Duch Święty.


Tolerancja – Stanisław Sojka

Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?
Budować ściany wokół siebie - marna sztuka
Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczą
Czasami tylko tego pragnę, tego szukam

Na miły Bóg,..
Życie nie tylko po to jest, by brać
Życie nie po to, by bezczynnie trwać
I aby żyć siebie samego trzeba dać

Kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień, niech rzuci
Daleko raj gdy na człowieka się zamykam

piątek, 22 stycznia 2016

Intencja

Pragnienie ugaszone.
Napełniam wodą 1,5 litrową butelkę, którą noszę przytroczoną do plecaka i idę dalej, w stronę Przełęczy Goprowców.



Idę niespiesznie wąską, dziką ścieżką, nie zniszczoną jeszcze przez urzędników z BPN.
Obok ścieżki leżą paczki belek.


Na niektórych paczkach taśma mocująca pękła i belki się rozsypały. Zrzucał te paczki helikopter. Nie ma tu innej możliwości.
W tle widać kropki podobnych paczek na zejściu od Tarnicy.

Wydaje się, że grupa urzędników z BPN postanowiła wprowadzić w czyn pomysł „ucywilizowania” tej malowniczej, wąskiej ścieżki pod Krzemieniem.
Oby nie były to schody jak na Tarnicę.
I tak powstaje pytanie: - czy my, miłośnicy Bieszczadów, turyści, obywatele, mamy jakieś prawo głosu w tym naszym wspólnym domu?
Jeszcze w miarę dzikim domu, otrzymanym w prezencie od pokręconej Historii?
Czy też ciągle musi nas spotykać fatum w postaci kogoś, kto lepiej wie, co innym jest potrzebne do szczęścia?

W dyskusjach broniłem schodów na Tarnicę, jeszcze o tym napiszę. Dostawało mi się, ale broniłem.
Na Tarnicę posuwa tłum.
Trafia do mnie argument o deptaniu roślinek przez „kościółkowych” walących tu szeroką ławą w procesjach wielkanocnych do krzyża. To niby ten tłum wywarł presję na dyrekcję BPN.
Ale nie tak jest. Ciemnym tłumem się steruje. Ciemny tłum wszystko kupi.
I kupuje.
Kupuje od tych, którzy tym tłumem sterują, pociągając z tyłu za sznurki.

Znowu wypada napisać do ministerstwa ochrony środowiska, tak, jak to zrobiłem w przypadku zapytania o sprzedaż 370 ha Parku Krajobrazowego ponad Rabe. Na razie ministerstwo milczy.
Pomału się przebiję.

W każdym razie dzieje się tak, że zaczynam mieć chęć wygarnąć komuś winnemu parę słów prawdy.
Jest emocja, jest myśl..... Ale komu tu wygarnąć, kiedy żywego ducha nie ma?
I zobaczcie: - Zbyszek, człowiek świadomy nieco, a zapomniał co to znaczy Intencja, a tyle razy o niej pisał.
Fakt: emocje przysłoniły wiedzę o Intencji - zapomniałem.

Dochodzę do drogowskazu na przełęczy i wiedziony nagłym impulsem postanawiam podejść jeszcze 200 metrów do wiaty stojącej przy zejściu z Tarnicy.

Mam chęć pomoczyć nogi w wodzie wypływającej ze źródła rozpoczynającego Wołosatkę. Źródło znajduje się zaraz za wiatą.
      Życie jest dynamiczne. Okazuje się, że w czerwcu 2015 r., to źródło przygasło i ledwo zipało. Nogi pomoczyć można, ale nabranie wody było już problemem.
     Nie potrzebuję pić – opiłem się na zapas pod Krzemieniem.
Moczę nogi, zmieniam skarpetki, następuje orzeźwienie.
Przyjmuję do wiadomości że źródło tylko ciurczy i rozdział zamknięty. Wracam do wiaty, zasiadam do jedzenia.
   
 
 Z Krzemienia słychać pokrzykiwania i na tle nieba widzę dwóch maleńkich ludzików na skałach. Echo im się wyraźnie spodobało, bo nie wiedzą kiedy przestać i drą ryje na całego.
Dobrze by było, żeby coś ich stamtąd przegoniło.....
Pamiętam dokładnie również i tę moją myśl.....