czwartek, 28 stycznia 2016

Zimowe życie w Bieszczadach


Woda jest niezbędna.
Chodzimy po wodę do potoku. Właśnie idę.

Kiedy potok nie jest całkiem zamarznięty, problemu nie ma.

Kiedy potok zamarza, łupiemy lód butem (Jeśli da się łupać butem) i zachwycamy się tymi kawałkami lodu, robimy zdjęcia i jest bardzo przyjemnie.



Kiedy potok zamarza, te kawałki lodu przynosimy w plecaku.
Można także po wodę chodzić do rzeki. Ona zamarza nieco trudniej.
Kiedy rzeka zamarza, chodzimy po wodę zabierając również kilof.


Wieczorem, po zapaleniu kilku świec i porządnym napaleniu w kominku robi się bajkowo.


Jeśli mamy tylko cienki śpiwór, wchodzimy do niego w skarpetkach, kalesonach, spodniach, kurtce i dwóch czapkach. 
    Tak się zmroziłem wycieczką do Zubeńska, że jedną noc spałem nawet w rękawiczkach. Do tego porządne okrycie na wierzch i jest cieplusio.
O poranku otwieramy oczy i mamy dylemat: - czy już trzeba wyjść na zewnątrz w sprawie sikania, czy też uda się pobyć jeszcze chwilę w cieple.
Nie doceni ciepła ten, kto się porządnie nie zmroził.
I podobnie jest ze wszystkim.

Dziadek Mróz maluje na szybach przepiękne kwiaty.
Potem wstaje słońce i je podświetla.

Potem następuje ceremonia śniadania, a w jego trakcie prowadzimy trochę filozoficznych rozmów.
Jako że jest wolność, możemy wybrać się na dowolną wycieczkę świąteczną.
W podróży do samego siebie, dociera się bowiem do miejsca, od którego każdy dzień staje się świętem lub niedzielą.
Wybieramy się na przykład do niedalekich Radoszyc, w których na początku lata odremontowano cerkiew.



Nie doceni wolności ten, kto nie był niewolnikiem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza