wtorek, 20 listopada 2018

Czego uczy Czerwona Królowa

Czas jest względny – wydaje się, że obfitość wydarzeń go rozciąga. 

Przykład z bloga? - Posty sprzed wakacji opisujące dwa dni wycieczki na Fereczatą.
Także w skali makro, w historii Ziemi można zauważyć podobny proces.

Był czas, kiedy warunki naturalne młodej Ziemi nie wymagały złożoności, symetrycznej budowy ciała ani twardych skorup.
      Przez miliardy lat można było z nich spokojnie zrezygnować.
Dopiero wraz z zapotrzebowaniem na innowacje, ruszył proces charakterystyczny dla skoków rozwojowych.
Nagle postęp nie dokonywał się już linearnie, a nawet nie wykładniczo, lecz wybuchowo.
       Weźmy jako przykład rozwój ludzkości opisany przez oficjalną naukę. (Pomijamy fakty z Archeologii Zakazanej)
Pomyślmy, jak długo nasi przodkowie chodzili piechotą?

Kilka milionów lat.
Potem przez kilka tysięcy przemieszczali się także konno, lub w pojazdach ciągniętych przez zwierzęta.
Przez kilka stuleci pojazdy stawały się coraz lepsze.
Potem ktoś wynalazł silnik parowy.
W roku 1765 James Watt tak ulepszył silnik parowy, że rozpoczęła się rewolucja przemysłowa.
W 1860 wynaleziono silnik gazowy.
W 1876 roku Daimler i Maybach konstruują silnik Otto, który dziesięć lat później wstawiono do pierwszego samochodu.
Samochód ma dopiero 130 lat, a do jak niewiarygodnego rozwoju doszło w tym niedługim czasie.

Podobne skojarzenia nasuwają się, gdy patrzymy na historię przekazu informacji, od Filipidesa - pierwszego maratończyka
do internetu.
       Tu ponownie przywołajmy prawo Moore'a, opisujące moc obliczeniową komputerów: - mówi ono, że optymalna liczba tranzystorów w układzie scalonym podwaja się co 18 miesięcy, a tym samym również szybkość pracy – w każdym razie dopóty, dopóki warstwy izolacyjne tranzystorów mają grubość kilku atomów.
        Gdy staną się cieńsze, rozwój przyjmie zupełnie inny bieg, zdominowany przez komputery kwantowe i to ich wykładnik będzie odtąd określał postęp technologiczny.
Z całą pewnością istoty, które za kilkaset milionów lat będą studiować naszą historię, uznają rozwój internetu w cywilizacji Homo Sapiens za eksplozję technologiczną.

Czemu używam słowa „istoty”? Hmmm... z trzech powodów.

Po pierwsze primo: - istnieje broń jądrowa, a także inne super bronie, na przykład ta o wdzięcznej nazwie Dzień Sądu Ostatecznego.
     Próby tej broni przeprowadzono pięćdziesiąt lat temu, a do dziś wyspa - poligon jest terenem zakazanym, otoczonym radiobojami i nie ma na niej śladów życia.

Człowiek usilnie pracuje nad wynalazkami mogącymi skutecznie zabić jak najwięcej współbraci. A wydaje się, że przybywa potencjalnych szaleńców mogących mieć dostęp do guzika.  Wniosek? - Zbiorowe samobójstwo jest wielce prawdopodobne.

Po drugie primo: - Bez rozwijania tematu: - manipulacje genetyczne bezpośrednio na ludziach (a pośrednio na żywności).
Czyli jeśli nawet przetrwamy, nie będziemy to „my”.

Po trzecie primo: - Ziemia jest układem złożonym, to żywa istota - Gaja.
A jak postępują z nią ludzie?
Każde istotne zagrożenie dla żywej istoty, spowodowane przez pasożyta, powoduje próby, najczęściej skuteczne, pozbycia się takiego gościa.
Energiczne strząśniecie lub kłap zębami i Święto Lasu!
Przetrwają przypadkowe jednostki tudzież wybrańcy.

Azaliż są to rozważania hipotetyczne i może tak być, lecz wcale nie musi.
      W każdym razie ci, którzy będą się przyglądać w przyszłości działaniu miss Ewolucji, zauważą, że nastąpił niezwykle wielki skok w krótkim czasie.
Z eksplozją kambryjską było podobnie.

Przestrzenie czasowe nie odgrywają absolutnie żadnej roli. Liczą się tylko zmienione warunki przyrody i wykładniki, które z tego wynikają.
Wyścig zbrojeń kambryjskiej fauny przebiegał z podobną szybkością i konsekwencją jak zbrojenia atomowe rozpoczęte w połowie XX wieku.

Czego uczy Czerwona Królowa?:
- Kto nie ewoluuje, kto stoi w miejscu - ten przegrywa.

Ktoś powie: - Ewolucja ma czas na zmiany, działa przecież od eonów lat. Jednak w wymiarze ludzkim przyjmowanie nowych treści, czyli posiadanie "otwartej głowy" nie jest sprawą prostą.
Z tym się zgadzam, bowiem jak mawiał Albert Einstein: - Łatwiej rozbić atom, niż pozbyć się jakiegoś przesądu.

 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Wypał

Jeszcze kilkanaście lat temu na terenie Rabego, u podnóża mojej ulubionej góry 686, prowadzony był wypał węgla drzewnego. To w tym właśnie miejscu węgiel drzewny wypalał Darek Karaluch.

Także tutaj rozgrywa się akcja filmu dokumentalnego "Wypalony" zrealizowanego przez Annę Więckowską w 2007 roku, opowiadającego o losach Stanisława Fariona - emerytowanego magistra archeologii pracującego przy wypale drewna.


[...] Stanisław Farion jest magistrem, ale mało kto domyśliłby się tego, widząc drobnego staruszka, czarnego od węglowego pyłu i sadzy, drepczącego po skrawku ziemi nad wodą, wokół wysokiego pieca, gdzie pan Stanisław i dwaj jego koledzy: Władysław Dyk oraz Kazimierz Błądek od 10 lat zajmują się wypalaniem węgla. Ciężka to praca, nie najlepiej płatna, a już na pewno nie dla dyplomowanego archeologa.
      A jednak Staś, jak nazywają go koledzy, zrezygnował z wygód i pokus cywilizowanego świata, by odnaleźć się właśnie w tej fizycznej harówce. -  

Człowiek jest niewolnikiem swojego stanu posiadania - powiada Staś filozoficznie.
       
 On jest wolny, bo cały jego dobytek to ukochana psina, a i ją przyjdzie mu stracić. Na wypalenisku Staś pracuje i mieszka w starym, nieużywanym od lat wagonie. Mimo pozornej degradacji społecznej udało mu się zachować godność i chęć do intelektualnego rozwoju.
       Czemu Farion znalazł się w tym miejscu? 
Odpowiedź jest prosta jak drut: - miał odwagę powiedzieć jakiemuś komunistycznemu szubrawcowi, że nie podoba mu się sowiecki system narzucony Polsce.....
     Farion czyta książki, także w obcych językach, których zna aż trzy. Co więcej, swoje zamiłowanie do wiedzy przekazał innym. Koledzy z wypału, którzy sami zakończyli edukację na szkołach zawodowych, niczym gąbka chłoną zdobytą przez Stasia wiedzę, budując w ten sposób poczucie własnej wartości.
      Wprawdzie nie zawsze rozumieją, po co czyta aż tyle i w dodatku po obcemu, czemu akurat poezję, a nie coś bardziej przystępnego, ale szanują go za to i obdarowują w zamian prawdziwą męską przyjaźnią. Staś, dobrotliwy i łagodny, mimo woli sprawił, że już nie są tylko zwykłymi "robolami". (...)

Dziś po wypale (tak jak i po dawnej łemkowskiej zabudowie i cmentarzu) pozostały tylko wspomnienia.

Miejsce byłego wypału znajdowało się kilkaset metrów od cerkwiska tuż obok zniszczonego (przez komunistów w ramach zacierania śladów Łemkowszczyzny) cmentarza.
Jeszcze w 2016 roku była tam resztka „siedziby” smolarzy. Kotłów już nie było.
Barwnie o pracy Wypalaczy opowiadał Darek Karaluch. Był wpis.




W 1974 r. Rabe otrzymało na wyrost status uzdrowiska. Plany budowy zespołu sanatoryjnego nigdy jednak nie zostały zrealizowane..
I bardzo dobrze się stało - została uratowana dzikość miejsca, podarowana przez Pokręconą Historię.

Wielokrotnie odwiedzałem także działający do chwili obecnej (Zdjęcia) wypał pomiędzy Cisną a Maniowem, gdzie poznałem Bartłomieja, który chyba ma za mało dymu w sobie, bowiem przy pracy nie rozstaje się z papierosem.
Smolarze nie są gadułami. Mówią niewiele, ale ich słowa mają za to ciężar gatunkowy.







sobota, 17 listopada 2018

Błogosławiony przymrozek

Wpis spontaniczny – czyli siadam i piszę.

Niby naturalna kolej rzeczy – wszystko mija.
Mija radość i smutek, pory roku, szczyty i dołki na rynkach finansowych, a także rozpoczyna się i kończy coroczne grzybobranie.

Hura!
Dziś był pierwszy jesienny przymrozek, na tyle silny, że dotarł w głąb lasu i zakończył grzybowy sezon.
Ten przymrozek był oczekiwany z utęsknieniem przez autora, bowiem w czwartek uzbierałem cały plecak.
              I powstał kłopot:
- zamrażarka pełna, suszu dość, zamarynowanych dość, bliscy znajomi już nie chcą brać, a ja tak lubię zbierać!
Znaczy: - Boski Nadmiar, bo dziś także na obiad grzyby.
Stąd wziął się tytuł wpisu, a pisze człowiek szczęśliwy.
Otóż w skali Szczęśliwości Ogólnej (od 0 do 10) czuję się w siedmiu (bowiem).
Jako człowiek zadowolony z tego co jest, tudzież mający odwagę przyznać się do swej radości, przypominam jednocześnie, że społeczeństwo nie lubi ludzi zadowolonych (szczęśliwych).
Czemu tak jest?

To proste.
Ludzie wytresowani narzucanymi wzorcami, wśród których na poczesnym miejscu jest nieakceptowanie nie tylko Inności, ale także siebie samego, uważają, że człowiek nie ma prawa być zadowolonym z życia.
Powinien narzekać i mendzić – takie są objawy zdrowia.

Natomiast gdy jakiś osobnik przyznaje się do radości, można mu ją wybaczyć jedynie wtedy, gdy ona trwa krótko.
Kiedy jednak trwa dłużej, wtedy dany radosny osobnik musi być niespełna rozumu, czyli chory.
      I owego osobnika należy sprowadzić do smutnej rzeczywistości – bo przecież tylko taka jest.
To oznacza, że z satysfakcją wielką trzeba zadowolonego zdołować. (Czytaj: - przywalić mu, dociąć, przygadać, przysrać)

Problem powstaje, gdy ów zdołować się nie da – on po prostu nie odbiera „dobrych rad” i aluzji.
W sytuacjach krańcowych ci, którzy starają się świadomej jednostce dopiec – słyszą: - spadaj!
Po czym zostają zaliczeni do toksycznych i usunięci z kontaktów.
A wtedy robi się przejrzyście na przedpolu oraz zwięźle.

Kiedy w czwartek raniutko wszedłem do lasu, było akurat po lekkim deszczyku, albo swą mokrością opadła mgła.
Nie muszę chyba dodawać, że las jest piękny!
Główki podgrzybków świeciły wilgocią i wołały z daleka: - „Weź mnie! Mnie weź!”
No i weź ich nie bierz!
Przecież byłoby to chamstwo (i drobnomieszczaństwo).








piątek, 16 listopada 2018

Dwa sny

Opowieść chasydzka

Pewnej nocy rabinowi Izaakowi z Krakowa powiedziano we śnie, że ma się udać do czeskiej Pragi i szukać tam skarbu zakopanego pod mostem, który prowadzi do pałacu króla.
Rabin nie potraktował tego snu poważnie, ale kiedy sen powtórzył się kilkakrotnie, pojechał szukać skarbu.

Gdy dotarł do mostu, zobaczył, że jest on mocno pilnowany przez żołnierzy zarówno w dzień, jak i w nocy.
Mógł tylko patrzeć na most z daleka, co robił codziennie rano.
Dowódca straży zainteresował się Izaakiem, podszedł do niego i zapytał czemu tu przychodzi.
Rabin opowiedział dowódcy o swoim śnie.

Dowódca ryknął śmiechem i powiedział:
- „Przecież nie można traktować snów poważnie! Gdybym był na tyle głupi, żeby kierować się swymi snami, to bym dzisiaj wędrował po Polsce. Opowiem ci jeden sen, który powtarza mi się często.
Oto jakiś głos mówi mi, żebym pojechał do Krakowa i szukał skarbu zakopanego w kącie kuchni pewnego Izaaka, syna Ezechiela. Czyż nie byłaby to rzecz najgłupsza pod słońcem, gdybym szukał po Krakowie jakiegoś Izaaka syna Ezechiela? Przecież pewnie połowa tamtejszej męskiej populacji nosi to pierwsze imię, a druga połowa to drugie”.

Rabin był oszołomiony. Podziękował dowódcy za radę, pospieszył do domu, zaczął kopać w kącie kuchni i znalazł skarb tak wielki, że zapewnił mu wygodne życie aż do śmierci.


Poszukiwania duchowe są podróżą bez odległości.
Podróżujesz stąd, gdzie teraz jesteś, tam, gdzie zawsze byłeś.
Od niewiedzy do poznania, gdyż widzisz tylko po raz pierwszy to, na co zawsze patrzyłeś.

Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o drodze, która prowadzi cię do ciebie samego, lub o metodzie, która czyni cię tym, czym zawsze byłeś?
Duchowość jest ostatecznie tylko kwestią stania się tym, czym naprawdę jesteś.
                                                                Anthony de Mello


Rzecz jest zasadnicza: - dotyczy bowiem oświecenia.
Dlatego przypomnę, jak o sprawie pisał Franz Kafka:

Jeśli pojmiesz w czym rzecz, nie będziesz już musiał nigdzie wyjeżdżać.
Nie jest nawet konieczne, byś wyszedł z domu. Pozostań przy stole i słuchaj. Nawet nie słuchaj, czekaj tylko. Nawet nie czekaj, bądź całkiem cicho i sam. Świat sam się przed tobą odsłoni, nie może być inaczej, będzie wił się przed tobą w ekstazie”.





czwartek, 15 listopada 2018

Nie tylko o czasie

Często we wpisach pada słowo CZAS.
"Idę i myślę. A myślę, bo mam czas. Gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł".
Czym właściwie jest ten czas?

Czas jest wielką zagadką naszego Wszechświata.
Źródła pisane pochodzące od oświeconych mówią, że czasu nie ma. Że jest to jedynie nasz ludzki konstrukt.
Fizyka dodaje: - nie ma również kolorów, wszystko jest jedynie energią o odpowiedniej długości fali. KTOŚ tak zaprojektował mózg, że ten pewnym długościom fali przypisuje określoną barwę.
              Świat, który widzimy jest tylko złudzeniem.....
Zostawmy jednak w spokoju fizykę oraz twierdzenia osób mających Wgląd, aby się nie pogubić.

Oto zagadka czasu: - jest on bardziej nieuchwytny niż najbardziej śliska cząsteczka, a jednak nie da się przed nim uciec.
       Upływ czasu niby rozumieją nawet maluchy, ale najgenialniejsi naukowcy i filozofowie nie do końca wiedzą, czym tak naprawdę jest czas, jak działa i w jaki sposób można zmierzyć nasze miejsce w jego nieuchwytnym i niepowstrzymanym rytmie.
Jasne, że spojrzenie na zegarek albo kalendarz, powie nam wystarczająco dużo o tym, co w tym czasie o czasie chcemy wiedzieć.
Lecz co właściwie oznacza upływ jednej sekundy?

Otóż w czasie, który zajmie ci, szanowna Czytelniczko (Czytelniku) przeczytanie tego zdania, nasza Matka Ziemia przemierzy sto kilometrów na swej wokółsłonecznej orbicie, urodzi się pięćdziesięcioro dzieci, a twój laptop byłby w stanie obliczyć czterdzieści milionów posunięć szachowych.

A co z nieco dłuższym zbiorem sekund, które składają się na minuty, godziny, a te na dni naszego życia?

Oto przeciętna długość życia = 72 lata, albo 26 tysięcy dni.
Ilość oddechów w ciągu doby to 26 tysięcy.
Serce w tym czasie uderza 4 razy po 26 tysięcy.
Przypadkiem precesja Ziemi wynosi 26 tysięcy lat.
      Co to jest ta precesja? 
Ziemi wskazuje mniej więcej na Gwiazdę Polarną i .... trochę się wierci. 
Wierci się, lecz co 26 tysięcy lat wraca do tego samego punktu. 
Cały ten okres nazwano kiedyś Wielkim Rokiem Platońskim.
Tyle akurat czasu potrzebuje promień światła, by z centrum naszej Galaktyki dotrzeć do Ziemi.

W każdym razie możemy o czasie powiedzieć, że oznacza on jakąś zmianę. Bez zmiany czas nie istnieje.
Heraklit twierdził, że nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Przecież woda w rzece płynie, czyli rzeka się zmienia, no i człowiek się zmienia. A przynajmniej powinien się zmieniać.

Kto nie zmienia poglądów? Tylko martwy i głupi.
Jedyny rozwój jest w zmianie.
Kto się nie zmienia, ten stoi w miejscu, a kto stoi w miejscu ten przegrywa – przypominam przesłanie Czerwonej Królowej.
     Obfite rozważania na temat pojedynku człowieka z kalendarzem, czyli ilością dni w roku, jednym cięciem przerywa akapit z Apokryfów Starego Testamentu:
  • Ludzie! Nie kombinujcie! Mam 8766 oczu – tyle, ile jest godzin w roku”.
    Sprawdzamy wiadomość: 24 godziny x  365,25 dni = 8766.
Niestety, ta ważna informacja została ukryta, Apokryfy nie weszły bowiem do kanonu wiary. Jak się okazuje, sterowanie informacją jest stare jak świat.

Pojedynek człowieka z kalendarzem trwał.....

Kiedy tak się zdarzyło, że piątek 15 października, nastąpił po czwartku 4 października?
Było tak w roku 1582, gdy papież Grzegorz XIII wprowadził nowy kalendarz.

O czasie jako takim jeszcze będę pisał, bo to sprawa fascynująca, a teraz popatrzmy na jesienny czas w Łazienkach Królewskich. 
Pamiętajmy jednak, że kolorów nie ma, one są tylko złudzeniem.....










środa, 14 listopada 2018

Zieloność w zieloności

Czerwiec 2018, łąki Rabe, góra 686 Pod Wierchem, u stóp Chryszczatej, miejsce wielokrotnie opisywane na blogu.

Burza nadeszła po południu.
Nigdzie tak mocno nie odczuwałem zbliżającej się burzy, jak w Bieszczadach.
Robi się ciemno, wręcz groźnie, zaczynają przetaczać się puste beczki grzmotów. A potem kanonada piorunów wzmagana przez echo.
Z pewnością te odczucia są subiektywne, bo dochodzi jeszcze samotność na odludziu, a nad głową tylko płachta namiotu.
Czujesz się liściem na wietrze.

Zamieniłem się w słuch: - szły trzy burze.
Zbliżały się. Były 10, 7, potem trzy kilometry ode mnie. Może mi się wydawało, ale te trzy burze połączyły się nad moją głową i się zaczęło!
       Szedł błysk za błyskiem i prawie natychmiast rozlegał się rozdzierający huk.
Nie było sensu liczyć sekund, czyli odległości od pioruna, bo tej odległości nie było. Waliło koncertowo.
      Czy się bałem?
Po pierwsze primo to nie pierwsza burza namiotowa.
Po drugie primo nie bałem się, bo ufam swemu Aniołowi. On lepiej wie kiedy i co będzie dla mnie dobre. Czyli czuję się prowadzony.

W każdym razie jeden z piorunów uderzył obok sosny w odległości sześćdziesięciu metrów od namiotu. Sosna nie spłonęła, a jedynie przechyliła się.
Huk był taki, że podskoczył mi żołądek.
W końcu grzmoty ucichły i tylko lało.
Lało przez noc i poranek.

Deszcz słabł.
Akurat przyszywałem guzik do koszuli, kiedy wyjrzało słońce.
Będzie tęcza! - zachwyciłem się, azaliż lubię tęcze.
Wypadłem z namiotu.

Ściana granatowych chmur odpływała na wschód w stronę Baligrodu.
Słońce świeciło miejscowo – jak reflektor teatralny na scenę - oświetlając zieloność w zieloności.
I znowu poczułem się wybrańcem na boskim spektaklu w Ogrodach Edenu.
To się nazywa być w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
Dziękuję Aniołku!




wtorek, 13 listopada 2018

Milion wejść na stronę


Od powrotu z wakacji co pewien czas obserwowałem dzienną ilość wejść.
Interesowały mnie także kraje, z których te wejścia były.
W ostatnim tygodniu na pierwszym miejscu figuruje Anglia. Pomijając coraz lepszą jakość translate, można powiedzieć, że blog jest czytany przez rodaków na obczyźnie.

Jeszcze niedawno na pierwszym miejscu była Francja, a przedtem Rosja.

Incydentalnie, co pewien czas, blog jest obserwowany przez Obszar Nieznany. Po raz pierwszy ten obszar pokazał się, gdy pisałem o zorzach i atmosferycznej elektryczności.
Najprostsze wytłumaczenie: - wpisy czytali elektrycy incognito.
Albo UFO.

Dziś święto bloga astronomia finansowa- ostatnia statystyka pokazała przekroczenie miliona odsłon.

Z tej okazji autor dziękuje Czytelniczkom i Czytelnikom.













piątek, 9 listopada 2018

Ulica Zielone Wzgórze

Większość tak zwanych „głębokich myśli” została wymyślona w zamierzchłej przeszłości.
Owszem, zdarza się, że co pewien czas ktoś niekoniecznie wybitny wypowie zdanie ponadczasowo mądre.
      Owe stare, wybitne sentencje ubieramy często w nową szatę słowną i przez to właśnie wydają się odkrywcze.
Tak samo jest z anegdotami.
Przed wakacjami zamieściłem anegdotę pod tytułem „Wynalazca” - Anthonego de Mello – hinduskiego jezuity.

Zbliżał się marzec 1968 roku, w Warszawie wzbierały antyrosyjskie nastroje. Ludzie mieli szczerze dość ówczesnych rządzicieli - kursowało powiedzenie: - "Wpuść komunistę na pustynię, a on tak zarządzi, że piachu zabraknie".
      Byłem wtedy studentem trzeciego roku Leśnictwa w warszawskiej SGGW.
Pojawiła się prasa podziemna - gazetki odbijane na powielaczu.
W jednej z takich gazetek przeczytałem anegdotę, która niesie przesłanie dość podobne do puenty zapisanej przez de Mello – coś dobrze działa – wtedy zawsze znajdą się ludzie opętani rządzą władzy, którzy tak naplączą, że w końcu zapomnimy, o co w tym wszystkim chodzi.

                                            Deszczownia

Przed domem był trawnik. Trawa, która na nim rosła, była gęsta i soczysta, ponieważ oprócz dobrej ziemi i systematycznego strzyżenia, skrapiano ją wodą z niezwykle prostej deszczowni.
         System składał się z dwóch rurek: - pionowej - prostej i poziomej wygiętej w kształt litery S. Woda puszczona w system powodowała obracanie się rurki poziomej pod wpływem ciśnienia.
Trawa dostawała tyle wody, ile było trzeba.
Pewnego dnia nadszedł Rządziciel-Mądrala.

Popatrzył, podumał i powiedział: - "Och! Jaka brzidka rurka! A brzidka bo krziwa! Ją poprawię i zrobi się radośnie, ponieważ tylko ja wiem, co trawie jest niezbędne do szczęścia".

I wyprostował rurkę poziomą. 
Puścił wodę.
Rurka nie miała chęci się obracać.
"Ależ ona nieposłuszna" - stwierdził Mądrala i zastosował silnik elektryczny, aby nadać rurce ruch wymuszony.
       System ruszył elegancko, lecz zaraz nastąpiło zwarcie – woda dostała się do silnika. (bowiem)
Mądrala zastosował tedy daszek osłaniający silnik.
Deszczownia działała teraz dłużej, azaliż po pewnym czasie znowu doszło do awarii.

Rządziciel nie poddawał się – nie chciał się przyznać, że jego popraweczki zamieniają się w pogorszeczki. Wprowadzał w życie kolejne pomysły.

Kiedy nadeszły przymrozki i spadł pierwszy śnieg, deszczownia działała wreszcie bez zarzutu.
Ten sezon stracony - pomyślał Mądrala - za to wszystko jest gotowe na przyszły rok.
Jednak nie było już miejsca na trawnik – system zraszania zajmował całą działkę.


PS. Życzę przyjemnego wypoczynku. 
Zdjęcia tematycznie związane z trawą: -  ulicą Zielone Wzgórze (Polańczyk) podchodzimy do zielonego wzgórza. 
Czerwiec 2018. 


czwartek, 8 listopada 2018

Beczka

Wykuśtykuję z Siekierezady.
Zaciskam zęby z bólu przy każdym kroku.
Aby tylko dojść te kilkadziesiąt metrów do szosy.....
Właściwie ogarnia mnie w tym momencie rozpacz i natychmiast pojawia się myśl - Intencja: - Aniołku!! Podwózkę proszę!

Doszedłem i stałem tylko kilka minut, gdy zobaczyłem nadjeżdżający samochód bez świateł.
Macham – samochód staje - przedstawiam się : - Zbyszek 55.
W głowie tylko jedna myśl - do domu!
I tak poznałem Elę, szefową stadniny hucułów z Czystogarbu.

Ela rusza, włącza światła i pyta dokąd chcę jechać.
- Do Woli Michowej – odpowiadam.
- A to tam, gdzie stadninę koni ma Maria! – zauważa Ela.
I zaczynamy rozmowę o Marii – naszej wspólnej znajomej.                        - Dzwoni telefon Eli.

Oto do Czystogarbu przybył weterynarz i pyta szefowej któremu koniowi jaki zastrzyk ma zrobić. Ela instruuje weterynarza. Telefon wykonany – możemy wrócić do rozmowy o koniach Marii.                         
 - Dzwoni telefon Eli: - jakaś inna sprawa z Czystogarbu zostaje zwięźle załatwiona.

Możemy wrócić do przerwanej rozmowy.....                                                
 - Znowu dzwoni telefon Eli – tak mają pewnie wszystkie bizneswomeny.
 
Ta ostatania rozmowa wygląda następująco: - Już dobrze się czujesz? Wypisują cię? Ok! Jadę po ciebie do szpitala!

Ela rozłączyła się i pyta mnie: - Czy do Leska to mam wrócić do Cisnej (Już jesteśmy na zjeździe w stronę Komańczy) czy lepiej jechać przez Komańczę?                                                                          - Ani tak, ani tak – odpowiadam. - Zostawisz mnie w Woli Michowej, a sama skręcisz na przełęcz Żebrak, to ta sama droga, którą jedzie się do Marii. Z Żebraka zjedziesz prosto do Baligrodu a stamtąd już rzut beretem do Leska. 

 - Ale tam na górze jest przecież szlaban? - zauważa Ela.                 
 - On jest teraz otwarty bo wiosną uszkodził go spadający świerk i jeszcze nie naprawili – odpowiadam.                                                  
 - Chyba Anioł ciebie zesłał! - stwierdza Ela. 
Ja – być może tak.

Minęliśmy Szczerbanówkę i Ela opowiada: - Ze szpitala mam odebrać chłopaka, który spadł z mojego konia i stracił przytomność. Martwiłam się, ale jak widać wszystko dobrze się skończyło.

Tyle się dzieje w skrócie na odcinku 15 km. od Cisnej do Woli.

Dojechaliśmy przed dom Staszka Firsta, gdzie wysiadłem. Dzięki rozmowie całkiem zapomniałem o bólu w nodze, ale wystarczyło stanąć, aby sobie o nim przypomnieć.
Boli!!!
Znowu mi się w głowie zakręciło!
Lecz co tam! - już jestem prawie w domu. Jeszcze tylko trzeba przejść te marne 400 metrów do Kołyby......
 
Przekuśtykanie przez łąkę zajęło mi pół godziny i wreszcie staję przed chałupą. Zdjęty plecak położyłem na trawie - czuję że rosnę!
Otworzyłem drzwi i w tym momencie zadzwoniła znajoma.
Zdążyliśmy zamienić tylko kilka słów, gdy chałupa się zatrzęsła i usłyszałem huk.
Przerywam rozmowę i wychodzę sprawdzić co się stało. Oto widok na drugi fikołek.


Deszcz rozmiękczył ziemię i słup podtrzymujący na dachu bekę z wodą obsunął się. Beczka spadła najpierw na krawędź daszku nad drzwiami, potem na plecak i w końcu zległa.
       No tak, wytłumaczenie jest, azaliż przypadków nie ma - dlaczego beczka spadła akurat teraz, choć tu ciągle pada?
Ona miała trafić we mnie! 
Przecież minutę wcześniej stałem dokładnie w tym miejscu!  

Znaki odbieram prawidłowo - tego mnie Jan nauczył, po wypadku pod Ciechocinkiem, gdy wracaliśmy od kamiennych kręgów w Odrach. (był wpis)
Sprawa staje się jasna: - oto złe życzenia od czarnych z Fereczatej zadziałały po raz drugi.

Już ja ich załatwię!
Najpierw oczyszczenie.
Potem odczyniam rzucony na mnie urok (nauczyła mnie tego moja babcia - Szeptucha). 
Rzecz polega na odesłaniu złych życzeń do nadawców. Wiem, jak to działa - nie chciałbym być na ich miejscu.
Od razu czuję się lżejszy i poprawia mi się nastrój - widomy znak, że siedziało na mnie Złe.  

Teraz czas na uprzątnięcie miejsca – wysikuję zardzewiałą wodę z beczki i rozpinam uderzony plecak.
Szkody: - małe rozdarcie w plecaku – zaszyje się.
- pęknięta torebka z płatkami owsianymi – wytrząchnąć dla ptaków.
- przygięty druciak ogniskowy (był przywiązany na spodzie) – wyprostuje się.
- nadgięta osłona obiektywu Canona, choć aparat był owinięty swetrem.
Robię próbne zdjęcie – jest ok.
A więc straty okazały się zerowe.


Zdaję telefoniczną relację z wypadku znajomej, która radzi mi, abym na nogę przyłożył sobie kompres z octu, co wykonuję niezwłocznie: - nasączyć gałganek octem i owinąć nim kostkę. Wykonuję to za pomocą zalewy octowej z pieprzem do marynowania grzybów – bo tylko taki ocet mam.

Jeszcze tylko napić się i spać, spać!
Jest już szaro kiedy z tym kompresem nożnym usypiam natychmiast – rano przecież odjeżdżam do Sanoka. Budzę się w nocy – noga pali – zrzucam kompres, głowa gorąca - mam gorączkę.

I w ten oto sposób skończył się dzień czwarty wycieczki w góry, w którym „się działo”.
Rano budzę się z pogodą ducha, chociaż boli sakramencko i z ciekawością oglądam pęcherze, które wywaliło przez noc. Jak się okazało dopiero wzbierały.


 
Potem nastąpiło mozolne schodzenie do autobusu Cisna – Sanok. Po południu, w Sanoku, przed przesiadką w Neobus do Warszawy, pęcherze nabrały rumieńców.


Po dwóch dniach siedziałem przed Domowym Konsylium Lekarskim na Wyspie Sobieszewskiej. Owe ciało zawyrokowało: 
1 - pęcherze wezbrały dlatego, że zamiast octu zastosowałem octową marynatę do grzybów. Czyli według Konsylium przypaliłem skórę.
2 - Mam natychmiast udać się do lekarza.

Azaliż nie mogłem zgodzić się z tą diagnozą z dwóch powodów: - po pierwsze primo: - zaprawa do marynowania grzybów miała ocet rozcieńczony jeden do pięciu, a jakoś ten logiczny argument nie trafiał do Konsylium. - Po drugie primo: - po ogłoszeniu wyroku jedna osoba ze składu Konsylium spadła z ławki będąc w stanie wskazującym, co wzbudziło moje podejrzenia co do do stanu upojenia pozostałego składu Konsylium.

Podsumowanie: - Każdy jest dla siebie najlepszym lekarzem. Po tygodniu pokonałem te marne siedemset metrów dzielące mnie od morza i zastosowałem leczenie piaskiem.