wtorek, 21 listopada 2017

Stara Stajnia

W 1968 roku, po wypadkach marcowych wyrzucono Zbyszka z wydziału leśnictwa w SGGW w Warszawie.
W 1978 roku ukończyłem ekonomiczne studia w SGPiS. Czyli kilka lat studiowania za mną.
I co z tego wynika?
No właśnie!

Nic z tego nie wynika, albo inaczej: - w tych uczelniach nie nauczyłem się niczego sensownego.
Pisałem już o tym.

Jednak była taka szkoła - liceum im. Tadeusza Reytana, po której zostało mi w głowie sporo rzeczy przydatnych.
Było to wtedy liceum elitarne i tylko męskie.
                                                                                                                                Po 52 latach od matury, jeden z kolegów zorganizował spotkanie klasowe.
Spotkanie okazało się miłą chwilą luksusu, przedzielającą długie okresy pobytu w bieszczadzkim odludziu.
Oraz gratką dla fotografa.....
W Zawidowicach wylądowałem jeden dzień przed spotkaniem.
Maj 2017. Stara StajniaZawidowice koło Pleszewa.








poniedziałek, 20 listopada 2017

Noc pod Chryszczatą

Kilka bieszczadzkich miejsc darzę szczególnym sentymentem. Jednym z nich jest góra 686 pod Chryszczatą. Zawędrowałem tu także w tym roku na nocleg.
      Już kiedy zbliżałem się do Rabego wpadłem w Uniesienie....
Zostawiłem plecak w „swoim” miejscu biwakowym, i poszedłem pospacerować po znajomych soczystych łąkach...... a w głowie dźwięczały słowa:

Chwała najsampierw komu
Komu gloria na wysokościach?

Chwała najsampierw tobie
Trawo przychylna każdemu
Kraino na dół od Edenu
Gloria! Gloria!

Nikogusieńko! Tylko przyjaciel wiatr faluje łąką i szumi w szpilkach sosny.
Tak! Uczucia nie kłamią. Tu czuję się jak w domu!
Bo gdzie jest twój dom? Tam, gdzie się dobrze czujesz....

                                                                                                                            Dom postawiony, ognisko płonie, nad głową lampiony gwiazd.
Niezapomniane chwile....
Odnalazły się marzenia
które włożyłem kiedyś
do dziurawej kieszeni.

Jaka ciepła ta noc....

O świcie jestem spakowany.                                                                          Jeszcze tylko zdjęcie i w drogę miły bracie!.



niedziela, 19 listopada 2017

Każdy jest sierotą


To się wiedziało, to znaczy się było przekonanym o tym, że każdy jest sierotą. Syn jest sierotą i ojciec jest sierotą i matka i córka i brat i siostra miłosierna.
Wszyscy.

I że dopiero w innej skali, w innej dali – wszyscy są rodziną.
W skali kosmicznej dali.
Wszyscy i wszystko. Bo nie może być inaczej. Musi tak być.

Nie tylko ta planeta jest jednym organizmem. I nie tylko cały Układ Słoneczny nakryty wiatrem złocistym jak poncho przejrzystym, którego poły sięgają aż za planetę Pluton i jeszcze trochę dalej za domniemaną planetę-Antyplanetę. Lecz także cała Galaktyka. Lecz także inne Galaktyki.
Wszystko.
W skali Kosmicznej Dali wszystko sieroctwo jest jedną rodziną.
I to już na pewno.

sobota, 18 listopada 2017

Wirtualna kaplica św.Tekli z Katalonii

Drodzy Parafianie! 
Dziś głos zabiera obywatel świata – Bruno Ballardini.

Na nowoczesnym rynku reklam, nie rywalizują ze sobą produkty, lecz komunikaty”.

Ta myśl przyświecała Kościołowi od samego początku. Celem było zdobycie maksymalnie dużej klienteli.
Kościół zawsze umiał wyrazić swoje stanowisko, ale we właściwej chwili potrafił także tego uniknąć, by ominąć ryzyko, że kogoś zniechęci.
           Na przykład dyktatorów i tyranów każdej epoki nie dotknęła kościelna ekskomunika.
Głównie dlatego, iż na swój sposób byli zapewne punktem odniesienia dla wielomilionowych rzesz i szkoda by było stracić taką audience.
         Po dziś dzień w przypadku śmierci bossów mafijnych odprawiane są msze w intencji przeniesienia ich z Piekła do Czyśćca.
Lub do Raju.....

Raj to bowiem miejsce, gdzie – jeśli miałoby ono gościć wyłącznie czyniących dobro, lub tych, którzy zło czynili jedynie przypadkiem – już teraz jest tłoczne od od teologów, świętych ksenofobów, bigotek i innych nudziarzy.

Na szczęście według papieża, Raj to tylko metafora.
Gdyby istniał naprawdę, potrzebowałby porządnej kampanii reklamowej.
       A co z zawodową deontologią?
Nie trzeba tu żadnego kodeksu samodyscypliny, bo ….. 
      Czyż Kustosze Prawdy mogliby kłamać?
No, ale na wszelki wypadek można zastrzec i tę ewentualność.
Pomijając nieomylność, w którą się kościół wielokroć ubierał, Orygenes dorobił się także teorii kłamstwa ekonomicznego, lub pedagogicznego, tzn. „dla dobra sprawy”.
         W ten sposób bronił oszustwa, dowodząc konieczności okłamywania jako przyprawy i leku (condimentum atque medicamen).
Chodzi tu o wolność w kłamstwie absolutnie nieznaną dzisiejszym specom od reklamy.
Oni potrafią, co najwyżej, kłamać przez zaniedbanie.(To już nieaktualne - przyp. autora bloga)

Jeśli chcemy ogarnąć cały zakres strategii stosowanej przez Kościół, nie można zatrzymywać się przy klasycznym advertisingu.
        Propagandą jest przecież także proklamowanie nowego świętego.
Jest to proces łączący cudownie komunikację i fund raising.
Chodzi o to, że dla uruchomienia procesu beatyfikacyjnego nie wystarcza prosta inicjatywa wiernych, muszą go oni także wesprzeć datkami.

Ostatni papież tysiąclecia, wielki mistrz komunikacji, w czasie swego pontyfikatu wyniósł na ołtarze około 2000 błogosławionych i świętych, podczas gdy jego poprzednicy w ciągu czterech wieków, proklamowali ich łącznie zaledwie 999.

      Wynajdywanie świętych przydatnych na każdą okazję.

Wśród powołanych ostatnio wymienić można opiekunów internautów – św. Izydora, św. Pedra Rigalda i św. Teklę. 
      Powołana przez Kościół grupa robocza przeczesała hagiografię w poszukiwaniu patrona internetu. Inicjatywa w tym względzie wyszła podobno od Papieskiej Rady ds. Komunikacji Społecznej.
Kandydatura św. Izydora o wiele długości wyprzedziła pozostałe dwie.
       Izydor, biskup Sewilli (556-636) był podobno redaktorem Etymologiae – dwudziestotomowego słownika, ogarniającego tematykę medycyny, rolnictwa, siedmiu nauk wyzwolonych i architektury metodą autentycznego hipertekstu.
Cóż powiedzieć o pozostałych konkurentach?
     Św. Pedro Rigaldo został awansowany przez wiernych z Hiszpanii na patrona internautów. Opiekun torreadorów, miał (podobno) dar bilokacji.
Wreszcie św. Tekla, bardzo popularna w Katalonii, posiada osobistą wirtualną kaplicę.

Można tam zapisywać się na cudowną naprawę sprzętu komputerowego - „Powierz świętej Tekli wszelkie problemy informatyczne, jakie przeszkadzają ci w nawigacji. Święta postara się je rozwiązać, jeśli okażesz jej oddanie, na jakie zasługuje”.
        Możesz tu także wyspowiadać się on-line. Na stronie znajdziesz również menu ze spisem najczęstszych grzechów w sieci (od mail bombingu i cofania zegara komputerowego - aby nie płacić za próbne oprogramowanie, po odwiedzanie stron porno).



piątek, 17 listopada 2017

Bieszczadzkie łąki

Następuje przerywnik z powodu Powszechnej Życzliwości dla Czytelników jako też dla autora bloga.
Nie byłoby bowiem wskazane, abyśmy poczuli się znużeni ciągłym zaglądaniem do kuchni Stwórcy.

Łąki bieszczadzkie pasują jak ulał na miły przerywnik.

Patrzę na zdjęcia i przypominam sobie, jak spędzałem czas w animuszu i beztrosce. Chodziłem po łąkach i byłem wesoły, rumiany, podskakiwałem, a w chwilach onych rozpierała mnie potrzeba Opiekuństwa Spolegliwego.

Zaprawdę, powiadam wam, potrzeba ona, była tak wszechogarniająca, że nie mogłem usiedzieć na przyzbie namiotu.
      Kroczyłem ci ja więc po tych bieszczadzkich zielonościach niewysłowionych, a baczyłem pilnie, czy nie zoczę niewiasty jakowejś, z którą mógłbym wdać się w obłapkę i tym sposobem okazać Opiekuństwo i Życzliwość.
       Czas mijał, lubość niezmierna ogarniała moje członki, dlatego pomyślałem ci ja, że niewiasta takowa, nie musiała by azaliż być
nawet zbyt zacnego rodu, jednakowoż baczenie miała, aby nie było jak w przysłowiu: -”staropolskim zwyczajem choroby weneryczne rozdajem”.


Dalibóg niestety: - okolica była bezludna, nie tylko występował w niej brak niewiast skorych do obłapki, ale takoż jakichkolwiek innych byle jakich nawet człowieków.
Atoli fakt ten wywoływał moją lekką deliberację, jednakowoż nie aż tak wielką, aby się tym zbytnio frasować.





czwartek, 16 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 8

               Pierwsza społeczność

Trurl–Stwórca do obiadu pospał nieco, bo okrutnie utrudziły go te deliberacje. Potem zaś szparko, rześko, zamaszyście wstał, plany nakreślił, taśmy programowe nadziurkował, algorytmy obliczył i na początek zbudował szczęsną społeczność, złożoną z dziewięciuset osób.
       Żeby zaś panowała w niej równość, uczynił wszystkich dziwnie podobnymi.
Aby się o jadło, napitek, nie pobili, ustanowił ich abstynentami dożywotnimi od wszelkiej strawy i napoju: - chłodny ogieniek atomowy był im źródłem energii.
Uczyniwszy to usiadł na przyzbie i do zachodu słońca patrzał, jak podskakują, wrzaskliwie oznajmiając szczęście sobie i drugim, jak sobie dobrze czynią gładząc się nawzajem po głowach, kamienie usuwając jeden drugiemu z drogi.
Patrzał, jak krzepcy, żwawi, weseli, pędzą życie w animuszu i beztrosce.
      Gdy kto nogę zwichnął aż czarno się robiło od zbiegowiska, nie przez ciekawość, lecz przez kategoryczny imperatyw Opiekuństwa Spolegliwego.
        W samej rzeczy, od nadmiaru ochoty na początku czasem tę zwichniętą nogę wyrwali, miast ją naprawić, lecz podregulował im reduktory, dorzucił oporniczków, by potem zaprosić Klapaucjusza.
Ów przyjrzał się tym radosnym i beztroskim harcom, spojrzał na Trurla i zapytał: - A mogąż się oni smucić?
- Co za głupie pytanie – odpowiedział tamten – jasne, że nie mogą!                                                                                                                                                          - Wiecznie zatem mają tak skakać, rumienić się, dobrze czynić i głośno wrzeszczeć, że im wybornie?
- A pewno!
          Klapaucjusz nie dość, że pochwał skąpił, to nawet żadnej nie wyraził. Trurla to zgniewało i rzekł:
- Być może widok to monotonny i mniej malowniczy od scen bitewnych, lecz zadaniem moim było uszczęśliwić, a nie obdarzyć kogokolwiek dramatycznym widowiskiem!
- Skoro oni czynią to, co czynią, bo muszą, mój Trurlu – wykładał Klapaucjusz – to tyle w nich Dobra, ile w tramwaju, który dlatego nie może ciebie przejechać, gdyż stoisz na chodniku, a on z szyn nie wyskoczy.
         Bowiem nie ten doznaje szczęścia doznając Dobro, kto musi innych bezustannie gładzić po głowie, z uciechy ryczeć i kamienie zbierać z drogi, lecz ten, który azali może także frasować się, łkać, kamieniem głowę rozbić, lecz z dobrawoli i serdecznej ochoty tak nie postępuje.!                                                                                                              Ci twoi przymuszeńcy są jeno urągowiskiem dla wysokich ideałów, które udało ci się dokładnie sponiewierać!
- Ależ co ty mówisz! Oni są wszak istotami rozumnymi – bełkotał oszołomiony Trurl.
- Tak? - rzekł Klapaucjusz – Zaraz się przekonamy!
Za czym, wchodząc pomiędzy Trurlowych doskonalców, pierwszemu, który się nawinął, dał w łeb, a z rozmachem, pytając:
- Szczęśliwyś Waszmość?
- Szalenie! - odparł ów, trzymając się za głowę, na której guz wyskoczył.
- A teraz? - spytał Klapaucjusz i tak mu przyłożył, że ów się zaraz nakrył nogami. Jeszcze nie wstał, jeszcze piasek wypluwał, a już krzyczał:
- Szczęśliwym, mospanie! Czarownie mi się dzieje!
                                                                                                                                         No i masz swego szczęśliwca – rzekł zwięźle Klapaucjusz i odszedł.

Konstruktor, niewymownie stroskany, po jednym zaprowadził swych doskonalców do laboratorium i tam rozebrał ich do ostatniej śrubki, a żaden się wcale temu nie sprzeciwił, owszem, niektórzy jak mogli, tak mu pomagali, przytrzymując klucze, cęgi, śrubolągi, a nawet waląc młotkiem po swym czerepie, gdy jego pokrywka zbyt mocno byłą wpasowana i nie chciała puszczać.
             Części na powrót poukładał do szuflad i na półki magazynu, zdarł z rysownicy plany, porwał je na strzępy, usiadł przy stole, ugiętym nieco pod zwałami ksiąg filozoficzno-etycznych i głucho westchnął:
- „Ładna historia! A to mnie pohańbił ten łotr, ten zerwiśrub, a mój przyjaciel tak zwany”!
         Potem wyjął spod szkła model permutatora, urządzenia, które przekładało każde doznanie w parcie Opiekuństwa Spolegliwego oraz Powszechnej Życzliwości, na kowadle położył i rozbił potężnymi ciosami na kawałki.
Nie zrobiło mu się przez to lżej.
Pomedytował, powzdychał i zabrał się do urzeczywistnienia innego pomysłu
           
                Wszczepienie Wolnej Woli

Tym razem wyszła mu spod ręki społeczność niemała – trzy tysiące postawnego chłopa – która zaraz obrała sobie zwierzchność w tajnym i równym głosowaniu, po czym zajęła się rozmaitymi pracami – a to budowaniem domostw, a to stawianiem płotów, a to odkrywaniem praw Natury, a to igraszkami i baraszkami.
          W głowie miał każdy z nowych tworów Trurla homeostacik, a w tym homeostaciku dwa solidnie przyspawane po bokach nity, pomiędzy którymi mogła sobie jego Wolna Wola hulać, jak się jej żywnie podobało. Pod spodem atoli znajdowała się sprężyna Dobra, która na swoją stronę ciągnęła daleko silniej niż inna, mniejsza, klockiem przyhamowana, a destrukcję i rujnację mająca na celu.
        Nadto posiadał każdy obywatel czujnik sumieniowy wielkiej wrażliwości, ujęty w dwie zębate szczęki, które go poczynały gryźć, jeśliby zeszedł z drogi cnoty.
Ten czujnik wypróbował był Trurl na specjalnym prototypie w pracowni, kiedy to tak silnie do wyrzutów sumienia dochodziło, że nieszczęśnikiem rzucało gorzej niż w czkawce, a nawet w tańcu świętego Wita.
        Wtedy dopiero skruchą, czynami szlachetnymi, altruizmem ładował się powolutku kondensator, którego pych zęby sumieniowego zgryzu rozwierał i czujnik olejem maścił.
Kunsztownie było to obmyślone, ani słowa!

Zastanawiał się nawet Trurl nad tym, czy wyrzutów sumienia nie połączyć dodatnim sprzężeniem zwrotnym z bólem zębów. Ale w końcu tego zaniechał, gdyż bał się, że Klapaucjusz znów będzie gadał swoje o przymusie, obecność wolnej woli wykluczającym.
A byłoby to wierutnym kłamstwem.
      Dodatkowo nowe istoty miały przystawki statystyczne i przez to nikt, a więc nawet i Trurl, nie mógł wiedzieć z góry, co poczną ze sobą i jak będą się rządzić.
Przez całą noc budziły Trurla-Stwórcę wciąż od nowa radosne okrzyki, a wrzawa ta sprawiała mu niemałą przyjemność.
         No! Powiedział sobie – teraz już Klapaucjusz do niczego się nie przyczepi. 
Owi są szczęśliwi, lecz nie z oprogramowania, czyli z musu, a jedynie w sposób stochastyczny, ergodyczny i probabilistyczny.
Dobra nasza!
Z tą myślą usnął smacznie i spał do rana.

    Cdn

środa, 15 listopada 2017

Miedzygalaktyczni Konstruktorzy 7

                Projektowanie społeczności

Trurl-Stwórca przez osiem dni nie kładł się, nie spał, nie wychodził, jeno studiował dzieła niezmiernie uczone, materię Dobra i Zła rozważające.
W środku ostatniej nocy, otoczony księgami, co otwarte, wachlowały mu kolana, bo strącał je niecierpliwie ze stołu, rzekł: - Oto pokazało się, że podług wielu mędrców najważniejszą rzeczą jest Spolegliwe Opiekuństwo oraz Życzliwość Powszechna.
         Jedno i drugie muszą sobie okazywać istoty rozumne – bez tego nic!
Co prawda, pod tym właśnie hasłem na pale wbijano, płynnym ołowiem pojono, a też ćwiartowano na połcie, rozdzierano kołem i wołem, łamano gnaty, a w ważniejszych historycznie chwilach używano po temu nawet zaprzęgów poszóstnych.
      Także w niezliczonych formach innych tortur bywała życzliwość okazywana historycznie, kiedy ją adresowano do ducha, a nie do ciała.
Sama Intencja więc nie wystarczy! - rzekł sobie Trurl.

A gdybyśmy, powiedzmy, sumienia poumieszczali nie w ich właścicielach, lecz w ich bliźnich, obok, a wymiennie?
        Co by stąd wynikło?
O, bieda! Ponieważ odtąd moje złe uczynki gryzłyby sąsiada mojego, więc jeszcze swobodniej niż dotąd mógłbym się w grzechu nurzać! Trzeba więc wbudować do zwyczajnego sumienia amplifikator zgryzu, czyli sprawić, aby każdy zły uczynek nękał w konsekwencjach tysiąc razy srożej niż dotąd.
        Jednak nie! Bo wtedy każdy z prostej ciekawości zaraz zrobi coś złego, żeby się przekonać, czy to nowe sumienie naprawdę tak diabelnie gryzie – i do końca swych dni będzie gnał jak bura suka, cały pogryziony wyrzutami....
       Może więc urządzić sumienie ze wstecznym biegiem i wycieraczką, ale zaplombowaną? Jeno władza będzie miała kluczyk....
       Nie! I to na nic, bo od czego są wytrychy?
To może przyrządzić transmisję uczuć – jeden czuje za wszystkich, wszyscy za jednego? Ale, prawda, to już było, tak właśnie działa altruizyna...
        To może tak: - każdy ma wprawiony w tułów mały detonatorek z odbiorniczkiem i jeśli mu, w zamian za jego złe i podłe czyny, źle życzy więcej aniżeli dziesięciu bliźnich, od zesumowania się dziesiątka ich intencji na wejściu heterodynowym ten, do którego są adresowane, wylatuje w powietrze?
Co?
Czyby wtedy każdy gorzej od zarazy nie unikał Zła? Pewnie, że unikałby. I to jak jeszcze! Wszelako.... cóż to za szczęśliwy żywot z miną opóźnioną koło żołądka?
          Zresztą mogłyby powstawać tajne spiski przeciwko pewnym osobom, starczyłoby, że się dziesięciu niegodziwców przeciw niewinnemu zmówi i już niewinny w drobny mak....
       No to może odwrócić po prostu znaki? Też na nic.
Cóż to, u licha? 
Mnie, który Galaktyki jak szafy przesuwałem, nie udaje się rozwiązać tej, tak jakoby prostej, konstrukcyjnej kwestii?

Powiedzmy, że każdy obywatel pewnej społeczności jest zażywny, rumiany i wesół, że od rana do nocy śpiewa, podskakuje i chichocze, że czyni innym dobrze, a z takim zapałem, aż trzeszczy wszystko, inni toż samo.
       A zapytany, każdy w głos woła, iż nadzwyczajnie wprost rad jest własnemu i powszechnemu istnieniu....
Byłaby taka społeczność niedokładnie jeszcze uszczęśliwiona?
Żeby tam nie wiedzieć co, nikt nikomu Zła w niej zadać nie może! A czemu nie może? Ponieważ nie chce! A czemuż nie chce? Ponieważ nic mu z tego nie przyjdzie.
Ot! I jest rozwiązanie!

Czyż nie mamże przed sobą świetnego w prostocie planu dla wytwórczości masowej?
Czyż nie oznaczaż to, że wszyscy tam będą na cztery nogi szczęściem kuci?
           Zapytajmy, co wtedy ten cynik-mizantrop, agnostyk sceptyczny – Klapaucjusz – powie? Gdzie wlepi wtedy swą prześmiewkę i drwinę? Niech się bawi w przeszpiegi, niech szuka dziury w całym, skoro każdy drugiemu coraz lepiej i lepiej czyni, że już więcej nie można....

Hmm... a nie zamęcząż się oni, nie zagonią, nie popadają rychło pod gradem i lawiną dobrych uczynków?

No to się zamontuje słabe reduktorki, ewentualnie dławiki jakieś, ścianki szczęścioodporne, kombinezony, ekrany, izolatki.....
Zaraz, zaraz.
Tylko się nie spieszyć, abym zaś znów czegoś nie przegapił !

A więc primo – weseli,
sekundo – życzliwi,
tertio – skaczą,
quarto – rumiani,
quinto – cudnie im,
sexto – spolegliwi.... wystarczy! Można zaczynać!

Cdn

poniedziałek, 13 listopada 2017

Miedzygalaktyczni Konstruktorzy 6

       Szczęście nie może brać się ze zła

Przychodzi do Trurla jego przyjaciel Klapaucjusz, patrzy na maszynę i pyta:

  • Co to jest? 
    - Jest to istota szczęśliwa - rzekł Trurl – a mianowicie Kontemplator Bytu Szczęśliwy, w skrócie zaś – Kobyszczę.
  • I cóż robi to Kobyszczę?                                                                             Trurl poczuł w tych słowach ironię, lecz puścił ją mimo ucha.
- Aktywnym sposobem bezustannie postrzega – wyjaśnił.                                                                                                                                                                          I nie po prostu postrzega tylko notując, lecz czyni to intensywnie, w skupieniu i pracowicie, a cokolwiek postrzeże, przyprawia je o niewypowiedzianą zgoła lubość!                                                                                                                          A lubość ta, wypełniając jej anody i obwody, daje onej czarowny błogostan, którego oznaką są te właśnie pojęki, jakie słyszysz w tej chwili, kiedy wpatruje się w twoje, banalne skądinąd, rysy.
          - Znaczy to, że maszyna ta doznaje aktywnej rozkoszy z istnienia jako postrzegania?
       - Tak właśnie! - powiedział Trurl, ale cicho, bo nie był już czegoś taki pewny siebie, jak przed chwilą.
                                                                                                                                                             Ciekawe – rzekł Klapaucjusz – ileż by jednostek zadowolenia tkwiło w doznaniu, które na tym polega, że ten, kogo przez trzysta godzin bito, sam z kolei łeb temu, kto go bijał, rozwali?

I zaczął się śmiać, a następnie się oddalił, pozostawiając Trurla całkiem załamanego.
                                                                                                                                                                      A tom się złapał! A to mnie splantował! - jęczał konstruktor, a jęki jego mieszały się z ekstatycznym stękaniem Kobyszczęścia, które go tak zirytowało, że natychmiast wepchnął je do komórki, zarzucił starymi blachami, a komórkę zamknął na kłódkę.
                Zasiadł potem do pustego stołu i tak sobie powiedział:                               - Pomieszałem ekstazę estetyczną z Dobrem – a to ze mnie osioł! Czy zresztą Kobyszczę jest rozumne?
Cóż znowu! Trzeba ruszyć konceptem całkiem inaczej do wszystkich jąder atomowych!
       Szczęście - zapewne, lecz nie cudzym kosztem! Nie ze Zła płynące! Ot, co!
Lecz czymże jest w takim razie Zło?
Oto widzę, że w mej dotychczasowej działalności konstruktorskiej okropnie teorię zaniedbałem.
                                                                                                                                                                    Po czym, w samej rzeczy, wziął się do studiowania dzieł zbutwiałych i murszejących, chociaż znowu okropnie mu się nie chciało.

Cdn

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 5

            Prawa Kosmiczne

Jako, że dana istota wywodzi się prosto z tego sparciałego materiału, który wapnieje, czyli jest rozumowo poskładana byle jako, tym rozpaczniej wykłada sobie siebie na opak.
     -  Jeśli żyje w wodzie, powiada, że na lądzie jest raj.
     -  Jeśli ma skrzydła wyrabia sobie ideał z płetwami.
     -  Jeśli ma nogi – przymaluje sobie gęsie skrzydła i woła: - „Anioł!”
Dziwne, żem tego dotąd nie zauważył.

Tę regułę nazwę Prawem Kosmicznym Trurla
 - Wedle niedoskonałości inżynierii własnej wszelki duch wystawia sobie Absolut Wyborny.
Muszę to sobie zakarbować na okoliczność, kiedy będę się brał do prostowania podstaw filozofii.
        Teraz jednak czas budować.
Opierając się na tych ogólnych prawidłach, zmontuję kogoś, komu będzie dobrze.
        Ale skąd wiadomo, że komuś jest dobrze?
Możliwe że komuś jest dobrze w porównaniu z sąsiadem, lecz nic o tym nie wie, nie uważa więc, jakoby mu się dobrze działo.
Należałoby budować więc istoty mające na oku podobne sobie, ale w mękach tkwiące?
      Czułyby się wtedy silnie usatysfakcjonowane przez sam kontrast! Być może, wszelako jakieś to paskudne jest.
Azaliż więc trzeba tu dławika, oraz transformatora. I nie należy od razu brać się do składania całych szczęśliwych społeczności: -
Na początek NIECH BĘDZIE INDYWIDUUM!

Trurl-Stwórca zakasał rękawy i w trzy dni zbudował Kontemplator Bytu Szczęsny, maszynę, która świadomością, rozjarzoną w katodach, zespalała się z każdą postrzeżoną rzeczą i nie było na świecie nic takiego, co by jej uciechy nie sprawiało.
Usiadł przed nią Trurl, by rozważyć, czy o to mu chodziło.

  Kontemplator, rozkraczony na trzech metalowych nogach, wodził lunetowatymi oczyskami po otoczeniu, a czy natrafił wzrokiem na deskę parkanu, na głaz, czy stary trzewik, niezmiernie się zachwycał, tak, iż postękiwał z cicha od nadzwyczajnej lubości, co go rozpierała.
      Kiedy zaś słońce zaszło i zorze niebo zaróżowiły, kucnął nawet od zachwytu.

Mój przyjaciel Klapaucjusz powie naturalnie, że samo kucanie i stękanie jeszcze o niczym nie świadczy, zażąda dowodów – rzekł do siebie Trurl, coraz bardziej czegoś niespokojny”.

Wprawił tedy Kontemplatorowi w brzuch znaczny zegar z pozłacaną strzałką, który wyskalował w Jednostkach Szczęśliwości i nazwał je Hedami.
        Za jeden Hed przyjął tę ilość ekstazy, jakiej się doznaje, gdy przebędzie się cztery mile w bucie z gwoździem, a potem gwóźdź się usunie.
      Pomnożył drogę przez czas, podzielił przez zadziorność gwoździa, przed nawias wyprowadził współczynnik pięty zmęczonej i tak mu się udało przełożyć szczęście na układ centymetr – gram – sekunda.
Na dobre się uspokoił konstruktor.
Obliczył zaraz, że jeden Kilohed to tyle radości, ile doznali starcy podglądający Zuzannę w kąpieli. A Megahed to radość skazańca w porę odciętego od stryczka.....

Cdn.

niedziela, 12 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 4

             Księga Stworzenia

Zarodzią życia był ci wszak ocean, który się przy brzegach uczciwie zamulił.

Powstało błoto rzadkie, czyli koloidy – niedoidy.

Słońce przygrzewało, błoto zgęstniało, piorun w to huknął, wszystko zakwasił aminowo – czyli na amen – i tak powstał Syr.
Ten Syr przesunął się z czasem na suchsze miejsce..

Tam wyrosły mu uszy, żeby słyszał jak zdobycz nadciąga, a także zęby i nogi, żeby ją dogonił i zjadł. Jeśli jednak nic mu nie wyrosło, lub za krótkie było – jego zjedli.
Stworzycielką rozumu jest tedy miss Ewolucja.

Jak ona tłumaczy Głupotę i Mądrość, oraz Dobro i Zło?

Dobro to tyle, kiedy ja kogoś zjem.
Zło, kiedy mnie zjedzą.

Tak samo i z Rozumem: - zjedzony, że na to mu przyszło, jest głupszy od jedzącego, ponieważ nie może mieć racji ten, którego nie ma, a wcale nie ma tego, kto został spożyty.
Lecz kto by wszystkich innych zjadł, sam będzie zamorzony. (bo nikogo już nie będzie do zjedzenia).

I tak się ustanawia Umiar.

Cdn

sobota, 11 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 3

Filozofia Stworzenia

Wróciwszy do domu, znalazł się Trurl-Stwórca w poważnym kłopocie, epilog bowiem dyskusji, co się toczyła u Klapaucjusza, sugerował, jakoby posiadał już gotowy plan działania. A to mijało się nieco z prawdą.
A uczciwie mówiąc, mijało się z prawdą całkowicie.
Nie miał Trurl zielonego pojęcia, od czego zacząć.....

Wziął tedy z bibliotecznych półek gromadę starych dzieł poświęconych opisom niezliczonych społeczności i pochłaniał je z godną podziwu chyżością.
        A że mimo to zbyt wolno zapełniał sobie umysł potrzebnymi faktami, przywlókł z piwnicy osiemset starożytnych pamięci zewnętrznych, każda po tysiąc Terabajtów..

Podłączył je wszystkie kabelkami do swego jestestwa i w ciągu kilku minut załadował sobie jaźń czterema tryliardami bitów samej najlepszej i najbardziej otchłannej informacji, jaką tylko można znaleźć w pomroce gwiazd, na globach, a też na stygnących słońcach, zamieszkałych przez cierpliwych dziejopisów.
       Była to azaliż dawka tak silna, że zatrzęsło nim od stóp do głów. Posiniał, oczy wyszły mu nieco na wierzch, chwycił go nadto szczękościsk i przykurcz ogólny, a też zadygotał, jakby nie historiozofią i historiografią, lecz piorunem został porażony.
Potem jednak zebrał siły, otrząsnął się, otarł czoło, oparł jeszcze drżące kolana o nogi stołu przy którym siedział, i rzekł do siebie: - Widzę, że było i jest jeszcze gorzej, niż myślałem!!!

Przez jakiś czas temperował ołówki, lał inkaust do kałamarzy, stosami układał białe karty, lecz z tych przygotowań nic nie wynikało, więc już nieco zirytowany znowu rzekł do siebie:

 - Muszę niestety przez prostą solidność zapoznać się z pismami pradawnych, archaicznych mędrców, jakkolwiek odkładałem to w mniemaniu, że od tych starych pryków nowożytny konstruktor niczego się nie nauczy.

      Ale teraz niechże już będzie! Niech tam! Przestudiuję i tych na poły jaskiniowych, starozakonnych myślantów, dzięki czemu zabezpieczę się przed docinkami Klapaucjusza, który ich wprawdzie też nigdy nie czytał (a kto ich czyta w ogóle?), lecz ukradkiem wypisuje sobie z ich dzieł po zdaniu, by mnie cytatami gnębić, oskarżając o ignorancję.
       
Po czym, w samej rzeczy, wziął się do studiowania dzieł zbutwiałych i murszejących, chociaż okropnie mu się nie chciało.
         W środku nocy, nieco zmęczony z niewyspania i z niejedzenia podsumował sprawę: - widzę, że przyjdzie mi nie tylko budowę rozumnych istot skorygować, ale i to, co one powymyślały jako Filozofię Stworzenia.

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 2

         Król Troglodyk

Pod Krzyżem Południowym znajduje się państwo króla Troglodyka – rzekł Klapaucjusz.  
Ów lubi krajobrazy szpikowane szubienicami, skrywając atoli tę predylekcję za twierdzeniem, że nędznikami, jakimi są jego poddani, nie można inaczej rządzić.
        Chciał się też do mnie wziąć tuż po mym przybyciu, ale zmiarkował, że mogę go zetrzeć w proch, więc się przeląkł, uważał bowiem za rzecz naturalną, że jeśli on mnie nie zdoła – ja jego zatłamszę.
Więc żeby mnie inaczej usposobić, wezwał zaraz swą uczoną radę, od której usłyszałem moralną doktrynę władzy, wykoncypowaną na takie właśnie okazje.

Płatni ci mędrcy powiedzieli mi, że: - „Im jest gorzej, tym bardziej łaknie się polepszenia, więc ten, kto tak działa, że już wytrzymać nie można, nadzwyczaj przyspiesza rychłą poprawę rzeczy”.
        Król Troglodyk był rad z ich oracji, bo wyszło na to, że nikt jak on, nie działa na rzecz przyszłego Dobra, skoro podnieca odpowiednimi antybodźcami myśl meliorystyczną do czynu. Więc twoi szczęśliwcy powinni Troglodykowi pomniki wystawiać, a ty jesteś winien wdzięczność jemu podobnym, nieprawdaż?
         - Szpetna i cyniczna przypowieść! - wypalił dotknięty do żywego Trurl
Myślałem, że przyłączysz się do mnie, ale widzę, że wydzielasz tylko jady sceptycyzmu i sofizmatami obracasz wniwecz szlachetność mych planów.
A przecież one są zbawicielskie w kosmicznej skali!
       - Ach, więc ty chcesz zostać Zbawicielem Kosmosu? - zauważył Klapaucjusz – Trurlu, powinienem wziąć cię w dyby i wrzucić do loszku, abyś miał czas się opamiętać.
Obawiam się jeno, że to by zbyt długo trwało.                                               Dlatego powiem tylko: - Nie czyń szczęścia zbyt gwałtownie! Nie udoskonalaj bytu galopem!
       A gdybyś nawet gdzieś stworzył szczęśliwe istoty (w co wątpię) pozostaną nadal ci inni, dojdzie tedy do zawiści, tarć, napięć, i kto wie, czy nie staniesz przed dylematem – chyba niemiłym: - albo twoi szczęśliwcy dadzą się zawistnikom, albo zmuszeni będą owych przykrych ułomnych i natrętnych co do nogi wytłuc. A to dla uzyskania pełnej harmonii.

Trurl powstał na równe nogi, ale opamiętawszy się, rozluźnił pięści, bo uruchomienie ich nie byłoby najwłaściwszym zapoczątkowaniem Ery Zupełnego Szczęścia, którą już twardo postanowił sporządzić.
     
Żegnaj – oświadczył jeno lodowato - lichy agnostyku, niedowiarku, zdający się niewolniczo na flukta przyrodzonego biegu rzeczy!
Nie będę z tobą dyskutował słowami, lecz czynem!
Dalibóg! 
Po owocach moich prac poznasz z czasem, że miałem słuszność!

Cdn

piątek, 10 listopada 2017

Międzygalaktyczni Konstruktorzy 1

Pomysł stworzenia Istoty Szczęśliwej.

Pewnego razu zdarzyło się, że świetny Międzygalaktyczny Konstruktor Trurl przybył szarą godziną do swego przyjaciela Klapaucjusza milczący i zadumany, a gdy ten próbował go rozweselić opowiadaniem najświeższych kawałów cybernetycznych, odezwał się znienacka:
         - Proszę cię, nie staraj się obrócić mego posępnego nastroju we frywolny, ponieważ w duszy kiełkuje mi rozeznanie tyleż prawdziwe, co zasmucające. Dochodzę mianowicie do wniosku, że w całym naszym tak pracowitym życiu, nie dokonaliśmy niczego cennego!
To mówiąc skierował wzrok pełen potępienia i niesmaku na rozpostartą na ścianach Klapaucjuszowego gabinetu bogatą kolekcję orderów, odznaczeń i dyplomów honorowych w złoconych ramach.
      - Na jakiej podstawie ferujesz tak srogi wyrok? - spytał Klapaucjusz.
     - Zaraz ci to wyłożę:
Godziliśmy zwaśnione królestwa, dostarczaliśmy monarchom trenażerów władzy, budowaliśmy maszyny-gawędziarki i takie, co nadawały się do polowania, pokonywaliśmy podstępnych tyranów i zbójców galaktycznych, którzy się na nas zasadzali, lecz w ten sposób sobie tylko sprawialiśmy satysfakcję.
       Tylko siebie wynosiliśmy we własnych oczach, natomiast tyle co nic uczyniliśmy dla Dobra Powszechnego!
Wszystkie nasze zapędy zmierzające do perfekcjonowania bytu maluczkich, których napotykaliśmy w naszych wędrówkach planetarnych, nie doprowadziły ani raz jeden do wytworzenia stanu Doskonałej Szczęśliwości.
        Zamiast rozwiązań autentycznie idealnych dostarczaliśmy jeno pozorów, protez i namiastek, przez co zasłużyliśmy na miano prestidigitatorów ontologii, zręcznych sofistów działania, lecz nie na godność Likwidatorów Zła!
      - Kiedy słyszę, jak ktoś rozprawia o programie Powszechnej Szczęśliwości, ciarki przechodzą mi po krzyżu – odparł Klapaucjusz.
Oprzytomnijże, Trurlu
Zali nie są ci znane niezliczone przykłady tak właśnie poczętych działań, które obracały się w jedną ruinę i mogiłę najszlachetniejszych intencji?
     Czy nie pamiętasz już o fatalnym losie pustelnika Dobrycego?, który usiłował uszczęśliwić Kosmos za pomocą preparatu zwanego altruizyną? Czy nie wiesz, że można w niejakiej mierze pomniejszać troski bytowe, wymierzać sprawiedliwość, rozjaśniać filujące słońca, lać balsam na tryby mechanizmów społecznych, ale szczęścia nie wyprodukujesz żadną maszynerią?
        O jego powszechnym panowaniu wolno jedynie z cicha marzyć taką szarą godziną, jak ta właśnie, ścigać je idealnym wyobrażeniem, upajać słodką wizją oko ducha, lecz to już wszystko, na co stać istotę najmędrszą, przyjacielu!
     - Tak to się mówi! - odburknął Trurl-Stwórca.                                                    Być może uszczęśliwić tych, którzy już od dawna istnieją, i to w sposób zdecydowany, wręcz trywialny, jest zadaniem nie do pokonania. Wszelako byłoby możliwe sporządzenie istot zaplanowanych z takim rozmysłem, aby im się nic oprócz szczęścia nie działo......
         Wyobraź sobie, jak wspaniałym pomnikiem naszego konstruktorstwa (które czas obróci przecież kiedyś w proch oślepły) byłaby jaśniejąca na niebie planeta, ku której rzesze mgławicowych plemion obracałyby oczy z ufnością, aby powiadać:                                                                                                                         - „Tak! Zaiste, jest szczęście możliwe, w postaci nieustannej harmonii, a udowodnił to wielki Trurl przy niejakim udziale druha Klapaucjusza, dowód zaś na to żyje i rozkwita pysznie w objęciu naszego zachwyconego spojrzenia!”.
                                                                                                                                   - Nie wątpisz chyba, że o problemie, któryś poruszył, nieraz już myślałem - wyjawił Klapaucjusz.
      Nasuwa on poważne dylematy. Nauk, jakich udzieliła przygoda Dobrycego, nie zapomniałeś widzę, i dlatego chcesz uszczęśliwić istoty, jakich dotąd nie ma, czyli szczęśliwców chcesz na pustym miejscu stworzyć.
        Otóż pierwej należałoby rozstrzygnąć, czy w ogóle można uszczęśliwić nie istniejących? Poważnie w to wątpię. Bez takiego rozstrzygnięcia, do mrowia nieszczęśników od jakich Kosmos się roi, dodałbyś tylko tłum nowych, przez ciebie stworzony – i cóż wtedy?
                                                                                                                                                                      - Zapewne, eksperyment jest ryzykowny – przyznał Trurl niechętnie. Mimo to uważam, że należałoby go podjąć. Natura tylko z pozoru jest bezstronna, że niby fabrykuje, co popadnie i jak leci, więc zarówno miłych, jak przykrych, łagodnych, jak okrutnych, ale dość zrobić remanent, by się przekonać, że na placu pozostają zawsze tylko istoty okrutne i przykre, najedzone tamtymi.
         A kiedy niegodziwcom świta, że postępują nieładnie, wymyślają sobie okoliczności łagodzące albo wyższe uzasadnienia: - ot, że paskuda bytu jest przyprawą zaostrzającą apetyt na raj lub inne takie miejsca.
         Podług mnie należy z tym skończyć.
Natura nie jest wcale zła, jest tylko tępa jak but, więc działa po linii najmniejszego oporu. Trzeba ją zastąpić i samemu wyprodukować Istoty Świetlane, gdyż dopiero ich pojawienie się będzie prawdziwą kuracją bytu.
        Usprawiedliwią one z nadwyżką miniony okres, pełen wrzasku mordowanych, którego na innych planetach nie słychać tylko przez wzgląd na dystans kosmiczny. Po kiego licha wszystko, co żywe, ma cierpieć? Gdyby cierpienia istot poszczególnych wywierały choć taki impet, jaki ma kropla dżdżu, to – masz na to moją rękę i moje rachunki! - przed wiekami już rozsadziłyby świat!
Lecz proch zalegający grobowe krypty i opuszczone pałace milczy doskonale....
       - Istotnie, zmarli nie mają kłopotów – przyświadczył Klapaucjusz. To dobra prawda, skoro oznacza przemijalność cierpienia.
        - Ale pojawiają się wciąż nowi cierpiętnicy! - podniósł głos Trurl. Czyż nie pojmujesz azali, że mój plan jest kwestą zwykłej przyzwoitości?
      - Czekajże. Jakim właściwie sposobem Istota Szczęśliwa (załóżmy, że ci wyjdzie) będzie zadośćuczynieniem otchłani mąk, co zwietrzały, oraz nieszczęść trwających nadal po całym Kosmosie? Czy dzisiejsza cisza znosi wczorajsza burzę? Czy dzień unieważnia noc? Czy nie widzisz, że pleciesz androny?
        - Więc, podług ciebie, nie należy nic robić?
        - Nie mówię, że nie. Możesz poprawiać byty istniejące, a przynajmniej tego próbować z wiadomym ryzykiem, tych jednak, o których mówiłeś, niczym nie usatysfakcjonujesz.
Byłżebyś innego zdania?
      Czy sądzisz, że wypychanie Kosmosu szczęśliwością do wypęku odmieni w najdrobniejszej mierze to, do czego w nim doszło?
       - Ależ odmieni! Odmieni! - wołał Trurl.                                                         Pojmij tylko: - jeżeli nawet mój czyn nie dosięgnie tych, co minęli, zmieni się ta całość, której oni cząstkę stanowili. Odtąd każdy będzie musiał rzec:
     „Okropne fatygi, przeraźliwe kultury i cywilizacje, przedstawiały jeno wstęp do treści właściwej, to jest do czasów Obecnej Lubości!
Trurl, ów światły mąż, z zadum swoich taki wyciągnął wniosek, że złą przeszłość należy wykorzystać dla sporządzenia dobrej przyszłości. Na biedach uczył się, jak stwarzać bogactwa, na rozpaczach, ile są warte ekstazy”.
     Jednym słowem Kosmos właśnie tym, że taki szkaradny, dał impuls do stworzenia Dobra!
Czyż nie uważasz azaliż, Klapaucjuszu, że epoka obecna okaże się przygotowawczo-inspirującą? I dzięki niej nastąpi lube ziszczenie planów wzniosłych?
Czyż choć w części przekonałem ciebie?

Cdn.