Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huczwice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huczwice. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 października 2026

Dziewięćsił bezłodygowy






Do wczorajszego nagrania: - w chwili kiedy puknąłem w ikonkę „zakończ film”, tuż nade mną, 
z sosny widocznej po lewej, dobiegło poirytowane miauknięcie – warknięcie i jakiś zwierz zeskoczył na ziemię za moimi plecami. Niestety tego miauknięcia nie ma na nagraniu, jest tylko wiatr (wschodni, 9 stopni Celsjusza) i trzaskanie patyków pod butami, gdy się nieco przemieszczałem. Susza bowiem była sakramencka. Skok natomiast był tak szybki, że zdążyłem tylko odwrócić głowę i zobaczyć pupę stworzenia z krótkim ogonkiem, znikającą w nieskoszonej części łąki, jakieś 5 metrów za mną. W pierwszej chwili pomyślałem: zając!

   Azaliż jak wiemy zające przeważnie nie siedzą na drzewach, tudzież nie miauczą. Owszem, wydają w zagrożeniu życia odgłos nazywany kniazieniem, co jest podobne do lamentu małego dziecka. W czasie studiów na Leśnictwie SGGW, brałem kilkakrotnie udział w jesiennych nagonkach, gdy tyralierą całego wydziału (60 osób) pędziliśmy zające w przygotowane sieci – pułapki. Sztuki uwięzłe w sieci płakały – kniaziły, aż się serce kroiło nowicjuszowi. Były to łowy bezkrwawe, bowiem na miejscu stały już przygotowane potrójne klatki, a po określeniu płci złapanego osobnika, do takiej trojki pakowano dwie samice i jednego samca. Łowy zakończyły się sprawnie i więźniowie zaraz odjechali do Niemiec na rozmnożenie.

Czyli wychodzi na rysia (żbik ma długi ogon). Zdjęcia rysiów będą w kolejnym wpisie.




 

 Dziewięćsiły bezłodygowe.

W tym roku trafiłem na kulminację rozkwitu tych specyficznych kwiatów – barometrów.

Organoleptycznie stwierdziłem, że są one miododajne i to mocno.

- Po pierwsze primo szukając w skoszonej łące odpowiedniego kwiata do wianka, miałem palce polepione słodką (sprawdziłem lizem) substancją.

- Po drugie primo obserwowałem pszczoły, które właziły z głową w dziurki „słonecznikowego” talerzyka. Kiedy wynurzały się z powrotem, wyraźnie lepiły im się nóżki od słodkiej substancji i nie mogły się początkowo odlepić, a od nóżek ciągnęły im się nitki - ciągutki. Albo te pszczoły były dzikie, znaczy z leśnej barci, albo z najbliższej pasieki, która znajduje się w Huczwicach, blisko jeziorka bobrowego. Jeśli z Huczwic, to mają trzy kilometry w linii prostej. Jednak aktualnie lot po prostej wykluczony z powodu silnego (zimnego) wiatru. Zupełnie tak samo mają żurawie w locie wiosennym na północny wschód – aby tylko przelecieć barierę przełęczy w ostatniej zimowej zamieci.

W każdym razie dziewięćsił ma w źródłosłowie 9. A wymiarów jak wiemy jest 10 albo 26. Bajki mówią, że coś jest za 9. Górą, lub rzeką. Albo dziesiątego dnia docieramy do celu.

- Po trzecie primo dojrzały dziewięćsił jest naturalnym barometrem – wskaźnikiem. Zapowiada bowiem deszcz (kiedy się zamyka w ciągu dnia, bo na noc (rosa) także się zamyka). Znaczy na kilka godzin przed deszczem zaczyna się zamykać. Gdy to widzisz, szykuj się na nie wiadomo jak długie posiedzenie w namiocie, albo przemieszczaj swoją osobistość w kierunku jakiejś najbliższej wiaty.

 

Znalazłem jedno zgrupowanie tych cudnych w pełni rozwiniętych kwiatów, tak wręcz nierealnych, że od razu skojarzyły mi się z plastikową wiązanką pogrzebową (!). Za takie porównanie przepraszam dziewięćsiły. Te kwiaty były tak piękne, że aż umysł próbował uznać je za nieprawdziwe.

 

Policzyłem skrupulatnie słoneczka w owej grupie – było ich w 11. Czyli pozdrowienie akurat dla mnie, bo także jestem 11. (Gematria – były wpisy, imię, nazwisko, potem drugie imię, alfabet numerologiczny itd). 

Nie ma przypadków bowiem, jak Czytelniku wiesz.




  

piątek, 6 lutego 2026

Wzmożony klimat chwili

Świt. W nocy padało, a mżawka dalej siąpi, do tego snuje się mgła. W garnku i misce zebrało się akurat tyle wody, żeby napić się do syta. Nie będę szukał wody aby coś ugotować, chociaż z mapy wynika, że mogę ją znaleźć kilometr od wiaty.

Zasiadam do zjedzenia tego co mi jeszcze zostało, najpierw jabłko, potem kilka herbatników i święto lasu!


Czekam, aż przestanie siąpić, zapisuję w zeszycie, co mam zapisać. Czas się dłuży i dopiero przed dziesiątą słyszę pierwszych ludzi.

     Od Pszczelin-Widełek nadchodzi kilka osób. Idą zobaczyć sławne schody na Tarnicę. Rozmawiamy chwilę.

   Po kilkunastu minutach nadchodzi także z dołu duża grupa może dziesięcioletnich chłopców pod opieką dwóch księży.

     Dzieciaki utytłane po kolana i zadyszane. Jakoś tam użaliłem się nad nimi, a jeden z opiekunów na to: - a niech się wprawiają!

    Zgadzam się, że w tym przypadku ksiądz ma rację (świętą rację?).

Jestem gotowy do odejścia i wreszcie wydaje się, że ma chęć przestać padać.

W tym momencie od Bukowego Berda nadbiega szybkobiegacz.

Powiedział, że wybiegł rano z …. Wetliny, potem biegł połoninami do Tarnicy i przez Krzemień, a teraz biegnie przez Pszczeliny do Ustrzyk.

    Skomentowałem lakonicznie: - No, no, no!

Natomiast pomyślałem: - taki szybkobiegacz to mógłby nawet Pendolino przegonić.....

W każdym razie mogło tak być, jak szybkobiegacz powiedział, sądząc po jego profesjonalnym wyglądzie i sprawności, z jaką się poruszał.

A nie stał ci on w miejscu, tylko bez przerwy przebierał nogami rozmawiając ze mną.

    Nie mógł sobie pozwolić (bowiem) na zgubienie rytmu w tym indywidualnym Biegu Rzeźnika.

Bieszczadzkie Biegi Rzeźnika jak wiemy mają dystans 50 – 70 km i więcej. I nie biegnie się po płaskim terenie. 

    Powiedział także, że na górze jest pogoda, tylko tu niżej mgła.

I pobiegł w dół.

A ja ruszyłem w górę.

Kiedy tylko wyszedłem z lasu, przywitało mnie ciepło i ta lepsza pogoda, o której mówił szybkobiegacz.

Dostatek ruchu na świeżym powietrzu skutkuje wzmożonym apetytem – odezwał się głód. A tu stopniowo robiło się coraz to ładniej. I cieplej. Czapka zimowa i flanelowa koszula powędrowały do plecaka i szedłem już tylko w T-shircie.

W końcu zapomniałem o głodzie, tak pięknie się porobiło i postanowiłem minąć zejście do Mucznego i pójść jeszcze kawałek w stronę Krzemienia.

Radość wielka! Pobyć jak najdłużej na Bukowym Berdzie.

Za moment zejdę z połoniny i ahoj Przygodo! Pójdę dalej.

Nade mną coraz większe okna błękitu. Na horyzoncie Ukraina.

Czuję się tak lekko! I mam czas!

To jest to sławne „na luziczku”. Wydaje mi się, że nie niosę plecaka, czyżby aż taka adrenalina z zachwytu nad tym co jest?

W tej ciszy,  w tej cudownej okolicy i pustce..... cokolwiek jest – jest bogiem.

Aby poczuć w sobie ten pierwotny, naturalny stan, wystarczy zapomnieć o wszystkich religiach wymyślonych przez przebiegłych ludzi.

     Wystarczy być zwyczajnym, wystarczy być sobą. Tylko wtedy możesz naprawdę być w teraźniejszości.

    Ludzie starają się robić coś nadzwyczajnego, niepospolitego, bo inaczej uważają, że marnują życie na prozaiczne czynności.

   To są gry ego. To są chore stany świadomości.

Kiedy stajesz się zwyczajny.... nagle to, co nazywamy błahostkami, przestaje nimi być.

Wszystko staje się uświęcone. Zwykła wędrówka i wszelkie inne działanie staje się uświęcone. A więc także medytacyjne.

    Wtedy zagłębiasz się w życie, a ono otwiera przed tobą swoje tajemnice. Stajesz się otwarty, wrażliwy i chłoniesz. Jedynie potrzeba wystarczająco dostać od życia w dupę (zwykle na własne życzenie), żeby to docenić.

Idę przeniknięty uroczystym, wzniosłym nastrojem w tej zbliżającej się chwili pożegnania z Dachem Lokalnego Świata.

(Będę już ruszał w dół, bo jeszcze chwila a odfrunę).

Wdzięczność i miłość do świata: - Dziękuję ci Aniele Opiekuńczy, tudzież Duchu Góry.

- Za co?

 - Ano za to, że Oni są.

I sobie dziękuję, że zdarzyło mi się:

wiele razy iść w deszczu i moknąć

potknąć się o kamień

z zadartą głową śledzić lot orła

chodzić boso po rosie

zgubić klucz w trawie

patrzeć na taniec świetlików

spotykać przyjaznych ludzi

iść naprzód w samotności pod dachem nieba

zachwycać się każdą chwilą, śmiać się i płakać

i często mieć wrażenie, że czegoś ważnego nie wiem.










 PS. Tekst z archiwum 2013, precyzyjnie oddający Wzmożony Klimat Chwili. Na zdjęciach zamiast połonin (na razie przesyt) moje ulubione tereny Huczwice-Rabe. 

I dedykacja dla Ciebie Czytelniku <ukrainian yodler sofia shkidchenko> - widoki bieszczadzkie ze strony ukraińskiej w porywającym rytmie.  


sobota, 10 stycznia 2026

Zaskroniec

Bieszczady, wrzesień 2025 - spotkanie na drodze do Huczwic. Zaskroniec sporych rozmiarów, także w porównaniu z szeroką w tym miejscu drogą. Usnął mocno w jesiennym słońcu i mógł go przejechać samochód, dlatego trąciłem gościa nogą i to dwukrotnie, aby się wycofał.



 

środa, 1 października 2025

Zimowity bieszczadzkie 2025

 Sprawdziłem kiedy był poprzedni wpis o zimowitach – w 2018! Niesamowite jak czas pędzi! W ubiegłym roku nie trafiłem w odpowiedni moment, dlatego tak zaplanowałem ten rok, żeby tym razem trafić.

    Jest 8 września, gdy skręcam przy Młynie Kamieni w stronę Huczwic. Godz. 9.00, pogoda jak marzenie – ostre słońce, rześkie powietrze, idzie się.

  Cisza, nikogusieńko na horyzoncie, błękitne niebo, nogi niosą.

Wędruję dziś a jakże z domem na plecach, po sławnych doświadczeniach ubiegłorocznych. Umyśliłem postawić namiot w miarę blisko spodziewanego pleneru.

Idę ci ja w uskrzydleniu niejakim, pilnie wypatrując fiolecików (lila-róż?) „Lila-rusz dupką”.

Niezadługo ze skraju drogi uśmiecha się do mnie pierwszy zawodnik! Wiwat więc! I uderzenie krwi z serca! Darzę bowiem szczególnym uczuciem te roślinki!

Stary chłop zobaczył kwiatek i pieje z zachwytu? Głupi ci on jakiś jest? Jeśli kogoś stać na taki komentarz proszę bardzo, mnie to wisi.

  Czuję się kontent, ponieważ sprawy układają się na razie tak, jak chciałem. Cel blisko - skręcam z drogi głównej i podchodzę na właściwe miejsce.

   Pogoda pogodą, atoli najsampierw trzeba postawić dom. Od lasu biegną liczne ścieżki, wydeptane przez żubry. Skąd wiem, że przez żubry? Ponieważ nasrane żubrowo jest wszędzie na tej łące. Niby to tylko przetrawiona trawa, jak u krowy, ale zawsze gówno. Znaczy trzeba w miarę możliwości uważać, żeby nie wdepnąć, a ja przecież potrzebuję kłaść się dla lepszej fotografii.

Więc wybrać miejsce.

Najlepiej pod ścianą lasu, żeby było widokowo. Azaliż co krok wybiegają tu z lasu ścieżki żubrowe. Nie byłoby miłe, gdyby mnie taki żubr w nocy nadepnął, wszak on waży ładne parę kilo. Decyduję na miejsce tuż za kępą pokrzyw, którą będę miał za plecami, a którą ścieżki omijają z lewej i prawej.

  Boso wydeptuję w miarę równy kawałek dwa na dwa, uskuteczniając relaks dla stóp, tudzież ich mycie w rosie, która spływa z traw. Po kilkunastu minutach dom stoi. Pora gonić na sesję!






Powitalne zdjęcia wykonane, budzi się głód.












Pojadam, kontempluję widok, jest bosko!

Naraz słyszę charakterystyczne dalekie pomruki. Burza! - jadą z wodą z południowej strony, od Cisnej!

Odgłosy burzy coraz wyraźniejsze, zbiegam ci ja szparko do kwiatów, a tu kicha! To niesamowite, jak te kwiaty są czułe i chociaż przed chwilą jeszcze było słońce, one już potuliły swoje płatki. Kwiaty zamykają się przeczuwając deszcz. Super wskaźnik pogody. Tak samo działa kwiat dziewięćsiła bezłodygowego, opisywałem sprawę z Fereczatej. Niektóre zimowity pozamykane już w niefotogeniczne pałeczki, czyli dziś więcej zdjęć nie będzie.