Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młyn kamieni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młyn kamieni. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2025

Zimowity bieszczadzkie 2025

 Sprawdziłem kiedy był poprzedni wpis o zimowitach – w 2018! Niesamowite jak czas pędzi! W ubiegłym roku nie trafiłem w odpowiedni moment, dlatego tak zaplanowałem ten rok, żeby tym razem trafić.

    Jest 8 września, gdy skręcam przy Młynie Kamieni w stronę Huczwic. Godz. 9.00, pogoda jak marzenie – ostre słońce, rześkie powietrze, idzie się.

  Cisza, nikogusieńko na horyzoncie, błękitne niebo, nogi niosą.

Wędruję dziś a jakże z domem na plecach, po sławnych doświadczeniach ubiegłorocznych. Umyśliłem postawić namiot w miarę blisko spodziewanego pleneru.

Idę ci ja w uskrzydleniu niejakim, pilnie wypatrując fiolecików (lila-róż?) „Lila-rusz dupką”.

Niezadługo ze skraju drogi uśmiecha się do mnie pierwszy zawodnik! Wiwat więc! I uderzenie krwi z serca! Darzę bowiem szczególnym uczuciem te roślinki!

Stary chłop zobaczył kwiatek i pieje z zachwytu? Głupi ci on jakiś jest? Jeśli kogoś stać na taki komentarz proszę bardzo, mnie to wisi.

  Czuję się kontent, ponieważ sprawy układają się na razie tak, jak chciałem. Cel blisko - skręcam z drogi głównej i podchodzę na właściwe miejsce.

   Pogoda pogodą, atoli najsampierw trzeba postawić dom. Od lasu biegną liczne ścieżki, wydeptane przez żubry. Skąd wiem, że przez żubry? Ponieważ nasrane żubrowo jest wszędzie na tej łące. Niby to tylko przetrawiona trawa, jak u krowy, ale zawsze gówno. Znaczy trzeba w miarę możliwości uważać, żeby nie wdepnąć, a ja przecież potrzebuję kłaść się dla lepszej fotografii.

Więc wybrać miejsce.

Najlepiej pod ścianą lasu, żeby było widokowo. Azaliż co krok wybiegają tu z lasu ścieżki żubrowe. Nie byłoby miłe, gdyby mnie taki żubr w nocy nadepnął, wszak on waży ładne parę kilo. Decyduję na miejsce tuż za kępą pokrzyw, którą będę miał za plecami, a którą ścieżki omijają z lewej i prawej.

  Boso wydeptuję w miarę równy kawałek dwa na dwa, uskuteczniając relaks dla stóp, tudzież ich mycie w rosie, która spływa z traw. Po kilkunastu minutach dom stoi. Pora gonić na sesję!






Powitalne zdjęcia wykonane, budzi się głód.












Pojadam, kontempluję widok, jest bosko!

Naraz słyszę charakterystyczne dalekie pomruki. Burza! - jadą z wodą z południowej strony, od Cisnej!

Odgłosy burzy coraz wyraźniejsze, zbiegam ci ja szparko do kwiatów, a tu kicha! To niesamowite, jak te kwiaty są czułe i chociaż przed chwilą jeszcze było słońce, one już potuliły swoje płatki. Kwiaty zamykają się przeczuwając deszcz. Super wskaźnik pogody. Tak samo działa kwiat dziewięćsiła bezłodygowego, opisywałem sprawę z Fereczatej. Niektóre zimowity pozamykane już w niefotogeniczne pałeczki, czyli dziś więcej zdjęć nie będzie.

 

wtorek, 21 stycznia 2025

Skalna ściana

 Po śniadaniu odpoczywamy sobie z Zabyśkiem.


Cisza niesamowita. Naraz tę ciszę przerywają słowa pluszaka:

- Mam już dość wspinaczki na drzewa. Czy nie zabrałbyś mnie gdzieś na prawdziwe wspinanie po skałach? Marzy mi się bowiem taternictwo w Tatrach.

- Nie potrzeba jeździć w Tatry – odpowiadam – tu niedaleko jest zupełnie jak w Tatrach. W twojej skali powiedzmy, ale jak najbardziej taterniczo.

- To ja już tam chcę być! Chodźmy natychmiast!

- Teraz nie można, tam pracują maszyny, ale po południu wyruszymy, aby pojawić się na miejscu, gdy ludzie skończą pracę i będzie pusto. Powspinasz się wtedy do woli.

- Już się cieszę! – powiedział Zabyśko i wdrapał się na swój ulubiony punkt obserwacyjny.


Po południu ruszyliśmy.












Na dół do drogi leśnej, potem za Młynem Kamieni ścieżką dydaktyczną przez nowe mostki, napiliśmy się wody arsenowej niedaleko leśniczówki, zachwyciliśmy gąszczem skrzypu o wysokości do pasa, aby wreszcie wejść do góry na teren Kamieniołomu Rabe. Kiedy Zabyśko zobaczył skalną ścianę, powiedział:

- No nareszcie coś w sam raz dla prawdziwego taternika, czyli dla mnie!











środa, 13 listopada 2024

Łuska Bystrego

 









Nasz dobry znajomy Landrynkowy Zając, bardzo fotogeniczna i sławna Ruda Myszka, oraz Bałwanek, którego umyśliłem posadzić obok jakiegoś pięknego zimowita, z którym miał się komponować.



O jakim to oceanie mowa na tablicy Łuska Bystrego?

Ano stoimy oto na dnie pradawnego Oceanu Tetydy. Następuje badanie organoleptyczne ciekawej faktury słupa fliszu, na którym Nadleśnictwo Baligród umieściło opis. No nie językiem badanie, tylko dotykamy i czujemy niezwykle twarde, ostro skrystalizowane krawędzie – co kojarzy się może nie od razu z brzytwą, ale z tarką do jarzyn, albo ostrym papierem ściernym jak najbardziej.



Idzie się skrajem drogi, w cudnej samotności się idzie, lekko się idzie – a to nic dziwnego, bo plecak waży tylko 8 kg. Nie zabrałem bowiem namiotu - planuję spanie w wiacie Jeziorko Bobrowe. Teraz pozostaje napić się wody arsenowej i zasięgnąć języka w Młynie Kamieni o położeniu grobu Darka Karalucha.


Tylko pomyślałem o grobie Darka i natychmiast nadpłynął limeryk Szymborskiej Wisławy:

Tu leży Jan Przywsza.

Obok niego żona bywsza.

Jak widać z porównania dat

te zgony dzieli kilka lat.

Nieboszczka była dłużej żywsza.

środa, 30 października 2024

Z okazji Dnia Nieboszczyka

Po raz pierwszy odwiedziłem Mchawę w lipcu. A to z powodu, że odczułem potrzebę odwiedzenia grobu Darka Karalucha.


Z busika wysiadłem przy skrzyżowaniu i piąłem się do góry od tak zwanej dupy strony. Było pochmurno, ale nie padało. Idealna pogoda dla piechura.









Po pierwsze primo cmentarz okazał się większy niż myślałem. Przeszedłem wolniutko wszystkimi alejkami.

Po drugie primo zrobiłem to dwukrotnie. Niestety nie udało mi się Darka grobu zlokalizować, chociaż jako znak rozpoznawczy miała być znajoma fotografia. Jedna mogiła podpadała pod poszukiwania, atoli była bez oznaczeń. 



Wycofałem się w końcu, ponieważ góry wołały, a poza tym postanowiłem zasięgnąć języka w Młynie Kamieni. Lipiec więc bociany w gnieździe. Pojadając papierówki zmierzam do Baligrodu.




W końcu sierpnia zaszedłem do Młyna Kamieni. Azaliż głowę miałem zajętą oczekującą sesją z zimowitami, dlatego rozmowa z robotnikiem, który znał Darka wyglądała następująco:

- Proszę pana, a grób Darka to w którym miejscu cmentarza w Mchawie jest położony? Czy gdzieś na spadku na samym dole, czy wyżej?

- No nie na samym spadku, tak trochę wyżej ci on jest i tak bardziej w środku.

- Dziękuję.

I odszedłem zadowolony z uzyskania tak dokładnych wskazówek. Idę ci ja sobie skrajem drogi i myślę (bo miałem czas na myślenie. Gdybym czasu nie miał to bym tylko szedł):

- Zaraz, zaraz! Jeden drobiazg – przecież już wiem, że nie ma zdjęcia! Nie zapytałem, czy jest tabliczka, czy tylko krzyż i o nazwisko zapomniałem spytać! Nie zawsze pogrzebowicze zamieszczają bowiem ksywkę na grobie, nie szanując zasady iż ksywka jest w Bieszczadach ważniejsza od nazwiska.

Jednak uszedłem już z kilometr i nie chciało mi się wracać, powiedziałem sobie: a niech tam! Zdam się w poszukiwaniach na łut szczęścia, idę naprzód.

Minęły trzy dni (i dwie niezapomniane noce!), gdy docieram po raz drugi do Mchawy, opisanej już w poście „Jabłka z gatunku pac-pac”.

Znajome miejsce, wchodzę więc z dobrej strony, zdejmuję plecak i udaję się w ponowny systematyczny przegląd pochówków.




Następuje fiasko poszukiwań, aliści tabliczka z napisem „zajęte” wyraźnie poprawiła mi humor i pomyślałem: do trzech razy sztuka!

Mogłem zapytać księdza? A broń Boże! Ci goście nie są z mojej bajki.

Koniec sierpnia, znajome gniazdo puste. Bociany już odleciały.


 Miłego wypoczynku życzę.