Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowe Berdo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowe Berdo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2026

Wzmożony klimat chwili

Świt. W nocy padało, a mżawka dalej siąpi, do tego snuje się mgła. W garnku i misce zebrało się akurat tyle wody, żeby napić się do syta. Nie będę szukał wody aby coś ugotować, chociaż z mapy wynika, że mogę ją znaleźć kilometr od wiaty.

Zasiadam do zjedzenia tego co mi jeszcze zostało, najpierw jabłko, potem kilka herbatników i święto lasu!


Czekam, aż przestanie siąpić, zapisuję w zeszycie, co mam zapisać. Czas się dłuży i dopiero przed dziesiątą słyszę pierwszych ludzi.

     Od Pszczelin-Widełek nadchodzi kilka osób. Idą zobaczyć sławne schody na Tarnicę. Rozmawiamy chwilę.

   Po kilkunastu minutach nadchodzi także z dołu duża grupa może dziesięcioletnich chłopców pod opieką dwóch księży.

     Dzieciaki utytłane po kolana i zadyszane. Jakoś tam użaliłem się nad nimi, a jeden z opiekunów na to: - a niech się wprawiają!

    Zgadzam się, że w tym przypadku ksiądz ma rację (świętą rację?).

Jestem gotowy do odejścia i wreszcie wydaje się, że ma chęć przestać padać.

W tym momencie od Bukowego Berda nadbiega szybkobiegacz.

Powiedział, że wybiegł rano z …. Wetliny, potem biegł połoninami do Tarnicy i przez Krzemień, a teraz biegnie przez Pszczeliny do Ustrzyk.

    Skomentowałem lakonicznie: - No, no, no!

Natomiast pomyślałem: - taki szybkobiegacz to mógłby nawet Pendolino przegonić.....

W każdym razie mogło tak być, jak szybkobiegacz powiedział, sądząc po jego profesjonalnym wyglądzie i sprawności, z jaką się poruszał.

A nie stał ci on w miejscu, tylko bez przerwy przebierał nogami rozmawiając ze mną.

    Nie mógł sobie pozwolić (bowiem) na zgubienie rytmu w tym indywidualnym Biegu Rzeźnika.

Bieszczadzkie Biegi Rzeźnika jak wiemy mają dystans 50 – 70 km i więcej. I nie biegnie się po płaskim terenie. 

    Powiedział także, że na górze jest pogoda, tylko tu niżej mgła.

I pobiegł w dół.

A ja ruszyłem w górę.

Kiedy tylko wyszedłem z lasu, przywitało mnie ciepło i ta lepsza pogoda, o której mówił szybkobiegacz.

Dostatek ruchu na świeżym powietrzu skutkuje wzmożonym apetytem – odezwał się głód. A tu stopniowo robiło się coraz to ładniej. I cieplej. Czapka zimowa i flanelowa koszula powędrowały do plecaka i szedłem już tylko w T-shircie.

W końcu zapomniałem o głodzie, tak pięknie się porobiło i postanowiłem minąć zejście do Mucznego i pójść jeszcze kawałek w stronę Krzemienia.

Radość wielka! Pobyć jak najdłużej na Bukowym Berdzie.

Za moment zejdę z połoniny i ahoj Przygodo! Pójdę dalej.

Nade mną coraz większe okna błękitu. Na horyzoncie Ukraina.

Czuję się tak lekko! I mam czas!

To jest to sławne „na luziczku”. Wydaje mi się, że nie niosę plecaka, czyżby aż taka adrenalina z zachwytu nad tym co jest?

W tej ciszy,  w tej cudownej okolicy i pustce..... cokolwiek jest – jest bogiem.

Aby poczuć w sobie ten pierwotny, naturalny stan, wystarczy zapomnieć o wszystkich religiach wymyślonych przez przebiegłych ludzi.

     Wystarczy być zwyczajnym, wystarczy być sobą. Tylko wtedy możesz naprawdę być w teraźniejszości.

    Ludzie starają się robić coś nadzwyczajnego, niepospolitego, bo inaczej uważają, że marnują życie na prozaiczne czynności.

   To są gry ego. To są chore stany świadomości.

Kiedy stajesz się zwyczajny.... nagle to, co nazywamy błahostkami, przestaje nimi być.

Wszystko staje się uświęcone. Zwykła wędrówka i wszelkie inne działanie staje się uświęcone. A więc także medytacyjne.

    Wtedy zagłębiasz się w życie, a ono otwiera przed tobą swoje tajemnice. Stajesz się otwarty, wrażliwy i chłoniesz. Jedynie potrzeba wystarczająco dostać od życia w dupę (zwykle na własne życzenie), żeby to docenić.

Idę przeniknięty uroczystym, wzniosłym nastrojem w tej zbliżającej się chwili pożegnania z Dachem Lokalnego Świata.

(Będę już ruszał w dół, bo jeszcze chwila a odfrunę).

Wdzięczność i miłość do świata: - Dziękuję ci Aniele Opiekuńczy, tudzież Duchu Góry.

- Za co?

 - Ano za to, że Oni są.

I sobie dziękuję, że zdarzyło mi się:

wiele razy iść w deszczu i moknąć

potknąć się o kamień

z zadartą głową śledzić lot orła

chodzić boso po rosie

zgubić klucz w trawie

patrzeć na taniec świetlików

spotykać przyjaznych ludzi

iść naprzód w samotności pod dachem nieba

zachwycać się każdą chwilą, śmiać się i płakać

i często mieć wrażenie, że czegoś ważnego nie wiem.










 PS. Tekst z archiwum 2013, precyzyjnie oddający Wzmożony Klimat Chwili. Na zdjęciach zamiast połonin (na razie przesyt) moje ulubione tereny Huczwice-Rabe. 

I dedykacja dla Ciebie Czytelniku <ukrainian yodler sofia shkidchenko> - widoki bieszczadzkie ze strony ukraińskiej w porywającym rytmie.  


wtorek, 26 listopada 2024

Mokra noc nad Jeziorkiem Bobrowym

 


Kompletnie przemoczony wpadam pod wiatę. Pioruny biją bezpośrednio znad głowy – huk następuje równocześnie z oślepiającym błyskiem. Widzę błyskawicę uderzającą w resztki pni, wystające z wody i tak grzmotnęło, aż wiata podskoczyła razem ze mną. Ale co mi tam – co ma być to będzie, na razie rozbieram się z mokrego.



Plecak tym razem przemókł całkiem. Kiedyś (2010 r) kiedy go kupiłem, był reklamowany jako nieprzemakalny. Znaczy: wszystko się starzeje.

Ubieram to, co mam suche: Stoję bez spodni, w grubej koszuli flanelowej i skarpetach zimowych do kolan. Spodnie wyżęte z wody, razem z innymi mokrościami, rozwieszam na balustradzie i czuję się  ….. zadowolony!









Z czego zadowolony? Ano z tego, że jestem sam i wszystko wskazuje na to, że już dziś tak zostanie – nikt w taką pogodę tu nie zawita. Czyli jest ok, azaliż z jednym minusem ujemnym: zrobiło się trochę zimno, a deszcz zaczął zacinać dosłownie poziomo, ponieważ zerwała się silna wichura. Staję atoli za filarem na samym brzegu tarasu, bo tylko na ten mały skrawek nie dociera deszcz.

Stoję tak i stoję (niczego się nie boję), mija godzina, moje zadowolenie stopniowo topnieje, ponieważ zaczynam myśleć o spaniu: - gdzieś będę potrzebował zlegnąć, trzeba działać. Oceniam sytuację: - stół całkiem mokry, ławy są w lepszym stanie.




Ściągam obie ławy w ten suchszy róg tarasu i ścieram z nich wodę - łóżko już jest.

Teraz coś zjeść, bo głód się odezwał. Mam misli i jajka na twardo. Zajadam powolutku ( bo po co mam się spieszyć?) i od razu odzywa się pragnienie. 

      Pragnienie jest, a wody nie mam – butelkę zostawiłem na górze pod jałowcem, razem z resztą mamerołów. Atoli w Bieszczadach z pragnienia nie umrzesz. W historyczny stalowy kubek łapię wodę płynącą z dachu, wącham i ostrożnie smakuję. Doświadczenie bowiem do tego zmusza. Otóż była taka noc bezwodna na połoninach, konkretnie w szałasie Bukowe Berdo w kierunku Pszczeliny-Widełki, kiedy deszcz siąpił, a woda z dachu nie nadawała się do picia z powodu impregnatu chemicznego, którym powleczony był dach. Był wpis. Dlatego ostrożność. Pewnie i tu była chemia, ale lało już tak długo i tak obficie, że należało spróbować. Badam sprawę – jest dobrze - woda okazuje się bez zapachu i smaku. Wypijam trzy kubki – od razu czuję się lepiej i przypomina mi się autentyczna rozmowa z małym chłopcem z mojej rodziny, o wątku „próbowania”.

    - Wiesz wujek, wychodzę wczoraj na ulicę, patrzę – coś leży. Macam – miękkie. Wącham – śmierdzi. Próbuję – gówno!

- Coś ty? To próbowanie mogłeś sobie darować!

- Niby mogłem, ale jakoś samo tak wyszło.

- No dobrze i jaki był wynik próby?

- Gorzkie!

Dzieci są rozbrajające w swej autentyczności.

Wiatr ucichł, uderzył ostatni piorun i tylko deszcz szumiał po dachu, a ja zaczynałem się martwić. Nie o siebie, nie, tylko o zmartwienie żony, której obiecałem kontakt wieczorem, a stąd nie było zasięgu nawet dla smsów.

Zasięg jest dopiero z tej góry, gdzie leży reszta mojego majątku – półtora kilometra będzie. Tak czy siak muszę tam pójść, bo i śpiwór by się przydał. Ale pada równo.

Zapadłem w lekką drzemkę, bo gdy się ocknąłem (z zimna) już szarzało, a deszcz jakby zmniejszył intensywność.

Przygotowałem smsa: „jest ok, szykuję spanie w wiacie nad jeziorkiem, jutro się odezwę”. I czekałem co dalej z deszczem.

Szykuję dzisiejszy wpis i natykam się na następujący tekst, który pasuje tu jak ulał:

 „Stań się wodą – albo płyń.

Kiedy robisz to, co lubisz, tracisz poczucie upływu czasu. Tak miałem przy uprawie ogrodu, w czasie jazdy rowerem, podczas wędrowania, majsterkowania, na grzybobraniu. W takich chwilach po prostu jesteś, a jak niektórzy piszą stajesz się wodą (to ulubione powiedzenie Bruce’a Lee) – płyniesz . Zanikają granice twojego ego, wchodzisz w stan nazywany przez psychologów flow – przepływ.

Nic nowego pod słońcem, ten stan opisywał kilkadziesiąt lat temu i to na wiele sposobów wielki nauczyciel duchowy – Osho.

Ten stan flow, to niezapomniany czas spokojnej szczęśliwości osobistej, kiedy zatapiamy się w jakiejś czynności tak głęboko, że nie liczy się nic innego. Doznajemy spełnienia.

„Bądź totalny” – powtarzał Osho.

Podczas flow operacyjna część naszego mózgu spowalnia, dlatego tracimy kontrolę nad czasem i jak śliwka w kompot wpadamy w to sławne Tu i Teraz.”



Więc wpadnięty atoli w sławne Tu i Teraz, ze spowolnioną operacyjną częścią mózgu, w sposób spowolniony rejestruję, że dawno już przeszła pora pomiędzy psem a wilkiem, a deszcz prawie ustał. Nie wiedziałem czy to chwilowe tylko, ale działam instynktownie - mokre buty i spodnie na siebie założyć (brrr), na grzbiet suchy T-shirt, plecak zabrać i wio w dół a potem w górę wysłać smsa!

Zmarznięty zbiegam raźnie i tym biegiem rozgrzewam się stopniowo, a w czasie wdrapywania na górę nawet lekko pocę. Już jestem przy szczycie, w powietrzu jak mówią ślązacy – ślągwa (lekka mżawka). Przyciskam na roboczego smsa „wyślij”, a tu dupa! Nie idzie! Wilgoć? Podchodzę jeszcze kilka kroków i wyciągam rękę z telefonem w górę. Tkwię tak jak głupi kilka długich minut sprawdzając czy wiadomość poszła. Wreszcie wydaje się że poszła, ale jest jakiś dopisek pm, czy coś takiego, dlatego jeszcze chwilę stoję, pisząc nowego smsa, gdy przychodzi wiadomość od żony, że odebrała. Już spokojna, bo wie, że na razie nie zjadł mnie niedźwiedź.

   Wątek smsa mam aliści załatwiony, teraz biegiem do jałowca po mameroły! Karimata przyciśnięta kijem ochroniła buty i śpiwór, są suche, rzeczy do plecaka, karimata pod pachę i wio z powrotem! Jest prawie ciemno, gdy schodzę do drogi – teraz w górę! Coś mi się wyraźnie leje po boku – ano leci woda z karimaty zwiniętej w rurę - no to będzie spanie bez materaca.

Deszczyk się wzmaga, idę najszybciej jak się da. Nie widzę już drogi, idę po omacku, patrzę w górę, gdzie da się jeszcze rozróżnić po tunelu z drzew jaki trzymać kierunek. Do wiaty docieram zziajany akurat w chwili, kiedy coś zaczyna stukać po dachu – oto mam następną atrakcję - zaczął padać drobny, gęsty grad i szybko robi się naprawdę zimno (w nocy było 6 stopni). 

Zrzucam mokrości, zakładam suchości, sięgam po latarkę (dziesięcioletnia, ale bardzo rzadko używana, sprawdzona przed wyjazdem) pstrykam – zabździło na moment i zgasło! Wszechobecna wilgoć. Powoli mam dość.

    Lekko wkurwiony i już mocno senny, szybciutko szykuję spanie na macanego. A jest to rzecz niezwykle prosta, ponieważ mój kącik na tarasie ma 2 metry na dwa i tu wszystko pod ręką. Więc: - zdjąć mokre buty i spodnie, założyć zimową czapkę, zimowe skarpety, koszulę flanelową, śpiwór rzucić na wcześniej przygotowane zestawione ławy, wleźć do środka i lulu!

   Wlazłem i leżę ci ja. Zimno. Zimno i twardo. Jejku jak twardo! Atoli pomimo twardości przysypiam pewnie na godzinę i przekręcam się na bok – ależ twardo w kość biodrową tym razem, no nie usnę. Jeszcze próbuję na drugim boku – z tej strony jakby kość biodrowa mi bardziej wystaje (gruby to ja nie jestem) - na drugim boku gorzej. To znowu na plecy, teraz owszem przydarzył się sen pewnie z pół godziny i to byłoby na tyle – dłużej się nie dało.

Nie śpię, leżę ci ja sobie tylko na twardej ławie. Głucha noc jest, już nie pada, słychać tylko delikatne ciurkanie wody przelewającej się przez tamę. Leżę obolały od tego twardego łoża, a wokół sławna czarna bieszczadzka noc, kiedy nie widać nawet własnych myśli. Leżę w tej zimnej czerni, którą wydaje się, można dotknąć i przypomina mi się dowcip jak to gówno z dupą szło przez ciemny tunel:

- Ciemno tu jak w dupie – mówi gówno.

- Rzeczywiście gówno widać – zgodziła się dupa.

    Okutany w śpiwór siadam na ławie tyłem do przodu, na krawędzi oparcia ławy kładę (dla miękkości) kapelutek, czapkę zimową na czole zwijam w rurkę i tak osłonięte czoło opieram na krawędzi ławy. I w takiej oto fikuśnej, atoli prozaicznej pozycji, umordowany skutecznie, dotrwałem jakoś do brzasku.


środa, 10 kwietnia 2024

Wędrowiec








Schodzę z Bukowego Berda po nocnym deszczu. 


Pogoda się poprawia, ziemia szybko obsycha, przebija się słońce, wiatr przyjemnie chłodzi.

Schodzę szybko, czuję się lekki, wczoraj rano zjadłem resztki prowiantu, głód i pragnienie popędza, więc pewnie nie minęła godzina, kiedy wchodzę do maleńkiej miejscowości pod tytułem Muczne.

Jest budka – sklepik - drzwi otwarte na oścież, wchodzę, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć za sprzedawcą i słyszę: - idę, idę!     

   Pani sklepowa wyłania się z chałupy, która stoi za sklepem.

Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.

    Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie?

- Może być babeczka!

 

Pani sklepowa się śmieje.

- Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.

To nawijam drugi grzeczny:

 

Wchodzi hydraulik do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie podać?

- Może być rurka!

 

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.

Na zdjęciu ogródek piwny z Chmiela.

Ostre słońce przygrzewa. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam z lubością i przymkniętymi powiekami.

    Sielsko jest. Cisza, spokój.

Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie, patrzą na plecak.

- A pan skąd idzie?

- Z Woli Michowej.

- Ooo! To daleko jest!

- Ale ja idę etapami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.

- Na Bukowym Berdzie?

Potwierdzam.

- I popielice dały panu spać?

- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.

- My panie z bratem, to w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.

 - No! - Brat pana miejscowego odzywa się po raz pierwszy.

Po czym następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.

Konsumpcja trwa.

- A teraz dokąd?

- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.

- Że też panu się chce tak chodzić....

- A co tu robić w tej bieszczadzkiej Krainie Nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.

Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:

- Kraina Nicnierobienia powiadasz pan?

A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?

Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

 - No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz drugi brat mego rozmówcy.

- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

 Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.

- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:

Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!

- No! - odezwał się po raz trzeci i ostatni brat mego rozmówcy.

   Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.

- Pięknie jest! - usłyszały.

Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź i zaraz zorientowałem się, że panie są zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów - robią sobie zdjęcia na przemian. Do zdjęcia ustawiają się na przemian obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Poza tym wygląda na to, że partnerka szybciej zaszłaby w ciążę, niż partner pieszo na pierwsze piętro.

    Absolutnie nie oceniam, opisuję tylko to, co widzę.

 Mijam leśniczówkę i staję przed wejściem do karczmy.                                         

Spodobało mi się to miejsce.

 Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

 A tu polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (właściwie to nie krzyknęło, tylko zawyło):

- Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.

I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.

Schabowy to dobra odmiana może być....

Mięsa miałem nie jeść, no nie wiem......

- Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!! – irytuje się ciało.

Dobrze już, dobrze, tylko nie tym tonem do mnie!

Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.

Oraz dopomyślałem: - planów nie zmienia tylko martwy albo głupi!

    Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. Nastąpiły miłe, niezadługie chwile oczekiwania.

Była cisza, głos z ciała umilkł. Lekki zefirek przynosił fale upojnego zapachu goździków nagrzanych słońcem.

Sprawny pan kelner przynosi jedzonko i absolutnie nie trzyma palca w kapuście.

Pojadłem - pycha! 

Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.



Patrzę na zdjęcia z sentymentem. Od tego rajdu Wola Michowa, Balnica, Fereczata, Wołosate, połoniny, Muczne, Smolnik, Lutowiska, Chata Socjologa i z powrotem do Woli Michowej, za chwilę minie lat dziesięć.

 


środa, 12 października 2022

Rozbitek

 


 Wychodząc z Wołosatego wiedziałem, że Tarnicę omijam. To nie moje klimaty. Tarnica jest jak Krupówki w Zakopanem.

Tłumów unikam, w 2013 roku zawitałem na Tarnicę już po południu, kiedy przerzedziło się wyraźnie. Moim atutem było pozostanie tam na noc, z każdą godziną było coraz milej, ludzi szybko ubywało i grubo przed zachodem słońca zostałem sam. Resztę opisałem w Wędrówkach Bieszczadzkich 2013. 



Nabyłem doświadczeń bieszczadzkich, dlatego obok Tarnicy tylko przemknąłem i wio w dół, do Przełęczy Goprowców.

    Tu znalazłem kiedyś czarne skarpetki w białe kropki - był post o skarpetkach.

 Z Przełęczy Goprowców piękna ścieżka prowadzi na Bukowe Berdo. Wejście ostre, tu spotyka się sprawnych turystów. Idę w stronę Mucznego. Na ostatnim szczycie przed zejściem do Mucznego spotykam interesującą samotną dwudziestkę. Jest kelnerką z Mucznego, rok już pracuje, a nie była jeszcze w górach. Dziś przyszła naprawić ten błąd i jest olśniona pięknym dniem i widokiem. Pozachwycaliśmy się więc wspólnie.






Na wschodzie Ukraina aż po horyzont.

Sympatyczna kelnerka poszła, zostałem ze swoimi myślami. Cudny dzień się chylił powolutku, po dłuższej chwili ruszyłem na spanie w kierunku szałasu na Pszczeliny. (dalej będzie mój ulubiony akapit)

Szedłem ci ja niespiesznie, ponieważ miałem czas i dlatego myślałem. Bo gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł:

- „Jest przecudnie, ale gdyby tak wspięła się tu jakaś sprawna kobitka i przyniosła piwo....... I już wyobrażam sobie tę „jakąś sprawną kobitkę”, jak kroczy w moją stronę po tym pradawnym dnie Oceanu Tetydy, już widzę jak macha do mnie i z lubości ogromniej, która mną owładnęła zaczynam mruczeć jak kotek: - mruuuuuuu.                                                  

Przy marzeniach to można się rozmarzyć!

Więc stara anegdota, odrobinę ufryzowana przez autora.

                         Wyspa bezludna.

Prawie bezludna, bo tkwi na niej jeden facet-rozbitek. Idzie sobie ten facet po plaży, patrzy, a tu coś płynie. Beczka płynie. Płynie i jest coraz bliżej, więc coraz większa ona jest, w końcu ta beczka wylądowała na piasku plaży. Za beczką (okazało się) przypłynęła kobieta. Ona, ta kobieta jakby pchała tę beczkę? Kobieta była młoda, tudzież piękna.

     Kiedy ta młoda, tudzież piękna kobieta powstała z wody w całej swojej mokrej krasie i zobaczyła faceta-rozbitka, coś w niej zadrgało i mówi: - To pan tu tak sam?

        Rozbitek: - No tak, przeważnie sam, nie licząc małp i krokodyli.

        Piękna Ona: - to teraz będzie pan miał do syta tego, czego najbardziej panu brakowało!

        Rozbitek: Wooowwww!!! To w tej beczce jest piwo???

wtorek, 26 kwietnia 2022

Na Krzemieniu pod wiszącą skałą

Chodzę ci ja po samym szczyciorku lokalnego świata pod tytułem Krzemień i pstrykam zdjęcia: - na zachodzie jest Tarnica (pełna turystów), na wschodzie Ukraina jak okiem sięgnąć, a tu nikogusieńko! Przestrzeń, wiatr na twarzy i cisza dzwoni w uszach!. Kiedyś prowadził tędy szlak, widać jeszcze stare oznaczenia prawie już zmyte przez deszcze. Chodzę tu i tam i sycę się pięknem miejsca.





  Cudnie, cudnie!

 Widoki zapierają dech. Wicher duje, znajduję więc zacisze pod nachyloną skałą i niespiesznie szykuję posiłek. Zostanę tu na noc. Już się cieszę, bo jest niecodziennie, tudzież niepowtarzalnie. Piknik, a potem sjesta.



Wokół surowa pustka - nad głową nachylona skała....., Od razu mam skojarzenie; - film australijski „Piknik pod Wiszącą Skałą”.


Fabuła filmu oparta jest  na zdarzeniach z wycieczki – pikniku zorganizowanego w dniu świętego Walentego w roku 1900 dla uczennic z Appleyard College, elitarnej prywatnej szkoły dla dziewcząt (w Woodend w stanie Wiktoria, Australia).

W towarzystwie nauczycielek, dziewczęta wyruszają pod Wiszącą Skałę, będącą popularnym celem wycieczek. Wyprawa kończy się tragicznie, gdyż trzy uczennice i nauczycielka znikają w niewyjaśnionych okolicznościach, wspiąwszy się na skałę. Zatrzymują się zegarki, dzieją się tajemnicze rzeczy. Po kilku dniach jedną z uczennic odnaleziono nieprzytomną, niepamiętającą co się stało. Pozostałych nie odnaleziono nigdy.

Patricia Lovell, producent wykonawczy filmu, relacjonuje, że podczas kręcenia zegarki ekipy zachowywały się w dziwny sposób: spieszyły się bądź późniły, oraz wszystkie jednocześnie zatrzymywały się, aby po pewnym czasie znowu jednocześnie ruszyć. Przedmioty w sposób niewytłumaczony zmieniały swoje położenie,

Zarówno w powieściowym pierwowzorze jak i w filmie, także zegarki dziewcząt, kiedy one przebywały na skale, zatrzymały się koło południa, co stanowiło punkt wyjścia dla tajemniczych i pełnych grozy wydarzeń, które miały potem nastąpić.

Dziś wiemy, że był to klasyczny przypadek Wzięcia - Uprowadzenia.


 

Wzięcie

Nagła wizyta na pokładzie UFO, odbywająca się przy wyłączonej świadomości uprowadzonej osoby. Wzięcia rozpoczynają się zazwyczaj obserwacją jasnego światła, po czym następuje utrata świadomości i transport świadka na pokład UFO. 

Wzięcia wiążą się w znacznej większości przypadków z przeprowadzonymi w czasie ich trwania badaniami na uprowadzonych osobach. Badane jest całe ciało, ze znacznym ukierunkowaniem na głowę i jej narządy, brzuch i genitalia wziętej osoby. Najczęściej badanie kończy się pobieraniem nasienia od mężczyzn i komórek jajowych od kobiet, rzadziej odbyciem stosunku seksualnego z przedstawicielką Innej Rasy. Po tych czynnościach następuje implantacja, oraz odtransportowanie wziętej osoby na miejsce uprowadzenia. Wzięcia osób mają z reguły miejsca w nocy, w czasie snu, w czasie dłuższych przejazdów samochodem, bądź samotnych wypraw w odludne miejsca. Wzięcia wiążą się ze specyficznymi objawami w rodzaju syndromu spowolnionego czasu, syndromu zagubionego czasu, zaniku pamięci bądź pamięci ekranowej, późniejszej bezsenności i koszmarów, stałego zmęczenia, osłabienia oraz bólów głowy. W określeniu tego, co działo się z ofiarą w czasie samego wzięcia pomocna jest hipnoza regresyjna.

 

Wzięcia - uprowadzenia ludzi przez tajemnicze istoty przybywające na Ziemię, jak one same twierdzą z Innego Systemu Słonecznego, na pokład pojazdu UFO w celu poddania ich różnego rodzaju badaniom i testom. Zazwyczaj dany człowiek jest uprowadzany więcej niż raz. Pierwsze wzięcie ma miejsce już w dzieciństwie, a ostatnie najpóźniej w wieku ok. 45 lat. Wzięcia często przechodzą z pokolenia na pokolenie (najpierw uprowadzani są rodzice, potem dzieci).

Noc była wyjątkowo ciepła, jest jeszcze ciemno, gdy budzę się wypoczęty "jak młody bóg" - dzień zapowiada się pogodny, cienie poranne długie - więc kilka zdjęć, skromne jedzeniowe co nieco i ruszam przez Bukowe Berdo.