Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plecak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plecak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2024

Mokra noc nad Jeziorkiem Bobrowym

 


Kompletnie przemoczony wpadam pod wiatę. Pioruny biją bezpośrednio znad głowy – huk następuje równocześnie z oślepiającym błyskiem. Widzę błyskawicę uderzającą w resztki pni, wystające z wody i tak grzmotnęło, aż wiata podskoczyła razem ze mną. Ale co mi tam – co ma być to będzie, na razie rozbieram się z mokrego.



Plecak tym razem przemókł całkiem. Kiedyś (2010 r) kiedy go kupiłem, był reklamowany jako nieprzemakalny. Znaczy: wszystko się starzeje.

Ubieram to, co mam suche: Stoję bez spodni, w grubej koszuli flanelowej i skarpetach zimowych do kolan. Spodnie wyżęte z wody, razem z innymi mokrościami, rozwieszam na balustradzie i czuję się  ….. zadowolony!









Z czego zadowolony? Ano z tego, że jestem sam i wszystko wskazuje na to, że już dziś tak zostanie – nikt w taką pogodę tu nie zawita. Czyli jest ok, azaliż z jednym minusem ujemnym: zrobiło się trochę zimno, a deszcz zaczął zacinać dosłownie poziomo, ponieważ zerwała się silna wichura. Staję atoli za filarem na samym brzegu tarasu, bo tylko na ten mały skrawek nie dociera deszcz.

Stoję tak i stoję (niczego się nie boję), mija godzina, moje zadowolenie stopniowo topnieje, ponieważ zaczynam myśleć o spaniu: - gdzieś będę potrzebował zlegnąć, trzeba działać. Oceniam sytuację: - stół całkiem mokry, ławy są w lepszym stanie.




Ściągam obie ławy w ten suchszy róg tarasu i ścieram z nich wodę - łóżko już jest.

Teraz coś zjeść, bo głód się odezwał. Mam misli i jajka na twardo. Zajadam powolutku ( bo po co mam się spieszyć?) i od razu odzywa się pragnienie. 

      Pragnienie jest, a wody nie mam – butelkę zostawiłem na górze pod jałowcem, razem z resztą mamerołów. Atoli w Bieszczadach z pragnienia nie umrzesz. W historyczny stalowy kubek łapię wodę płynącą z dachu, wącham i ostrożnie smakuję. Doświadczenie bowiem do tego zmusza. Otóż była taka noc bezwodna na połoninach, konkretnie w szałasie Bukowe Berdo w kierunku Pszczeliny-Widełki, kiedy deszcz siąpił, a woda z dachu nie nadawała się do picia z powodu impregnatu chemicznego, którym powleczony był dach. Był wpis. Dlatego ostrożność. Pewnie i tu była chemia, ale lało już tak długo i tak obficie, że należało spróbować. Badam sprawę – jest dobrze - woda okazuje się bez zapachu i smaku. Wypijam trzy kubki – od razu czuję się lepiej i przypomina mi się autentyczna rozmowa z małym chłopcem z mojej rodziny, o wątku „próbowania”.

    - Wiesz wujek, wychodzę wczoraj na ulicę, patrzę – coś leży. Macam – miękkie. Wącham – śmierdzi. Próbuję – gówno!

- Coś ty? To próbowanie mogłeś sobie darować!

- Niby mogłem, ale jakoś samo tak wyszło.

- No dobrze i jaki był wynik próby?

- Gorzkie!

Dzieci są rozbrajające w swej autentyczności.

Wiatr ucichł, uderzył ostatni piorun i tylko deszcz szumiał po dachu, a ja zaczynałem się martwić. Nie o siebie, nie, tylko o zmartwienie żony, której obiecałem kontakt wieczorem, a stąd nie było zasięgu nawet dla smsów.

Zasięg jest dopiero z tej góry, gdzie leży reszta mojego majątku – półtora kilometra będzie. Tak czy siak muszę tam pójść, bo i śpiwór by się przydał. Ale pada równo.

Zapadłem w lekką drzemkę, bo gdy się ocknąłem (z zimna) już szarzało, a deszcz jakby zmniejszył intensywność.

Przygotowałem smsa: „jest ok, szykuję spanie w wiacie nad jeziorkiem, jutro się odezwę”. I czekałem co dalej z deszczem.

Szykuję dzisiejszy wpis i natykam się na następujący tekst, który pasuje tu jak ulał:

 „Stań się wodą – albo płyń.

Kiedy robisz to, co lubisz, tracisz poczucie upływu czasu. Tak miałem przy uprawie ogrodu, w czasie jazdy rowerem, podczas wędrowania, majsterkowania, na grzybobraniu. W takich chwilach po prostu jesteś, a jak niektórzy piszą stajesz się wodą (to ulubione powiedzenie Bruce’a Lee) – płyniesz . Zanikają granice twojego ego, wchodzisz w stan nazywany przez psychologów flow – przepływ.

Nic nowego pod słońcem, ten stan opisywał kilkadziesiąt lat temu i to na wiele sposobów wielki nauczyciel duchowy – Osho.

Ten stan flow, to niezapomniany czas spokojnej szczęśliwości osobistej, kiedy zatapiamy się w jakiejś czynności tak głęboko, że nie liczy się nic innego. Doznajemy spełnienia.

„Bądź totalny” – powtarzał Osho.

Podczas flow operacyjna część naszego mózgu spowalnia, dlatego tracimy kontrolę nad czasem i jak śliwka w kompot wpadamy w to sławne Tu i Teraz.”



Więc wpadnięty atoli w sławne Tu i Teraz, ze spowolnioną operacyjną częścią mózgu, w sposób spowolniony rejestruję, że dawno już przeszła pora pomiędzy psem a wilkiem, a deszcz prawie ustał. Nie wiedziałem czy to chwilowe tylko, ale działam instynktownie - mokre buty i spodnie na siebie założyć (brrr), na grzbiet suchy T-shirt, plecak zabrać i wio w dół a potem w górę wysłać smsa!

Zmarznięty zbiegam raźnie i tym biegiem rozgrzewam się stopniowo, a w czasie wdrapywania na górę nawet lekko pocę. Już jestem przy szczycie, w powietrzu jak mówią ślązacy – ślągwa (lekka mżawka). Przyciskam na roboczego smsa „wyślij”, a tu dupa! Nie idzie! Wilgoć? Podchodzę jeszcze kilka kroków i wyciągam rękę z telefonem w górę. Tkwię tak jak głupi kilka długich minut sprawdzając czy wiadomość poszła. Wreszcie wydaje się że poszła, ale jest jakiś dopisek pm, czy coś takiego, dlatego jeszcze chwilę stoję, pisząc nowego smsa, gdy przychodzi wiadomość od żony, że odebrała. Już spokojna, bo wie, że na razie nie zjadł mnie niedźwiedź.

   Wątek smsa mam aliści załatwiony, teraz biegiem do jałowca po mameroły! Karimata przyciśnięta kijem ochroniła buty i śpiwór, są suche, rzeczy do plecaka, karimata pod pachę i wio z powrotem! Jest prawie ciemno, gdy schodzę do drogi – teraz w górę! Coś mi się wyraźnie leje po boku – ano leci woda z karimaty zwiniętej w rurę - no to będzie spanie bez materaca.

Deszczyk się wzmaga, idę najszybciej jak się da. Nie widzę już drogi, idę po omacku, patrzę w górę, gdzie da się jeszcze rozróżnić po tunelu z drzew jaki trzymać kierunek. Do wiaty docieram zziajany akurat w chwili, kiedy coś zaczyna stukać po dachu – oto mam następną atrakcję - zaczął padać drobny, gęsty grad i szybko robi się naprawdę zimno (w nocy było 6 stopni). 

Zrzucam mokrości, zakładam suchości, sięgam po latarkę (dziesięcioletnia, ale bardzo rzadko używana, sprawdzona przed wyjazdem) pstrykam – zabździło na moment i zgasło! Wszechobecna wilgoć. Powoli mam dość.

    Lekko wkurwiony i już mocno senny, szybciutko szykuję spanie na macanego. A jest to rzecz niezwykle prosta, ponieważ mój kącik na tarasie ma 2 metry na dwa i tu wszystko pod ręką. Więc: - zdjąć mokre buty i spodnie, założyć zimową czapkę, zimowe skarpety, koszulę flanelową, śpiwór rzucić na wcześniej przygotowane zestawione ławy, wleźć do środka i lulu!

   Wlazłem i leżę ci ja. Zimno. Zimno i twardo. Jejku jak twardo! Atoli pomimo twardości przysypiam pewnie na godzinę i przekręcam się na bok – ależ twardo w kość biodrową tym razem, no nie usnę. Jeszcze próbuję na drugim boku – z tej strony jakby kość biodrowa mi bardziej wystaje (gruby to ja nie jestem) - na drugim boku gorzej. To znowu na plecy, teraz owszem przydarzył się sen pewnie z pół godziny i to byłoby na tyle – dłużej się nie dało.

Nie śpię, leżę ci ja sobie tylko na twardej ławie. Głucha noc jest, już nie pada, słychać tylko delikatne ciurkanie wody przelewającej się przez tamę. Leżę obolały od tego twardego łoża, a wokół sławna czarna bieszczadzka noc, kiedy nie widać nawet własnych myśli. Leżę w tej zimnej czerni, którą wydaje się, można dotknąć i przypomina mi się dowcip jak to gówno z dupą szło przez ciemny tunel:

- Ciemno tu jak w dupie – mówi gówno.

- Rzeczywiście gówno widać – zgodziła się dupa.

    Okutany w śpiwór siadam na ławie tyłem do przodu, na krawędzi oparcia ławy kładę (dla miękkości) kapelutek, czapkę zimową na czole zwijam w rurkę i tak osłonięte czoło opieram na krawędzi ławy. I w takiej oto fikuśnej, atoli prozaicznej pozycji, umordowany skutecznie, dotrwałem jakoś do brzasku.


środa, 10 kwietnia 2024

Wędrowiec








Schodzę z Bukowego Berda po nocnym deszczu. 


Pogoda się poprawia, ziemia szybko obsycha, przebija się słońce, wiatr przyjemnie chłodzi.

Schodzę szybko, czuję się lekki, wczoraj rano zjadłem resztki prowiantu, głód i pragnienie popędza, więc pewnie nie minęła godzina, kiedy wchodzę do maleńkiej miejscowości pod tytułem Muczne.

Jest budka – sklepik - drzwi otwarte na oścież, wchodzę, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć za sprzedawcą i słyszę: - idę, idę!     

   Pani sklepowa wyłania się z chałupy, która stoi za sklepem.

Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.

    Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie?

- Może być babeczka!

 

Pani sklepowa się śmieje.

- Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.

To nawijam drugi grzeczny:

 

Wchodzi hydraulik do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie podać?

- Może być rurka!

 

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.

Na zdjęciu ogródek piwny z Chmiela.

Ostre słońce przygrzewa. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam z lubością i przymkniętymi powiekami.

    Sielsko jest. Cisza, spokój.

Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie, patrzą na plecak.

- A pan skąd idzie?

- Z Woli Michowej.

- Ooo! To daleko jest!

- Ale ja idę etapami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.

- Na Bukowym Berdzie?

Potwierdzam.

- I popielice dały panu spać?

- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.

- My panie z bratem, to w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.

 - No! - Brat pana miejscowego odzywa się po raz pierwszy.

Po czym następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.

Konsumpcja trwa.

- A teraz dokąd?

- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.

- Że też panu się chce tak chodzić....

- A co tu robić w tej bieszczadzkiej Krainie Nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.

Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:

- Kraina Nicnierobienia powiadasz pan?

A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?

Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

 - No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz drugi brat mego rozmówcy.

- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

 Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.

- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:

Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!

- No! - odezwał się po raz trzeci i ostatni brat mego rozmówcy.

   Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.

- Pięknie jest! - usłyszały.

Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź i zaraz zorientowałem się, że panie są zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów - robią sobie zdjęcia na przemian. Do zdjęcia ustawiają się na przemian obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Poza tym wygląda na to, że partnerka szybciej zaszłaby w ciążę, niż partner pieszo na pierwsze piętro.

    Absolutnie nie oceniam, opisuję tylko to, co widzę.

 Mijam leśniczówkę i staję przed wejściem do karczmy.                                         

Spodobało mi się to miejsce.

 Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

 A tu polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (właściwie to nie krzyknęło, tylko zawyło):

- Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.

I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.

Schabowy to dobra odmiana może być....

Mięsa miałem nie jeść, no nie wiem......

- Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!! – irytuje się ciało.

Dobrze już, dobrze, tylko nie tym tonem do mnie!

Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.

Oraz dopomyślałem: - planów nie zmienia tylko martwy albo głupi!

    Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. Nastąpiły miłe, niezadługie chwile oczekiwania.

Była cisza, głos z ciała umilkł. Lekki zefirek przynosił fale upojnego zapachu goździków nagrzanych słońcem.

Sprawny pan kelner przynosi jedzonko i absolutnie nie trzyma palca w kapuście.

Pojadłem - pycha! 

Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.



Patrzę na zdjęcia z sentymentem. Od tego rajdu Wola Michowa, Balnica, Fereczata, Wołosate, połoniny, Muczne, Smolnik, Lutowiska, Chata Socjologa i z powrotem do Woli Michowej, za chwilę minie lat dziesięć.

 


poniedziałek, 8 stycznia 2024

Namiot pod jaworem


Rozglądam się gdzie postawić namiot tak, aby był w cieniu w godzinach południowych. Jest super widokowe miejsce pod sosną na samym szczycie, ale w tą właśnie sosnę kilka lat temu walnął piorun. Doświadczony biwakowicz unika szczytów. Kilkadziesiąt metrów niżej widzę cień pod rozłożystym, pewnie stupięćdziesięcioletnim jaworem. Jest tu duży spadek terenu, ale przez dziesięciolecia tuż przed pniem utworzyła się płaska platforma akurat na namiot.

W tym miejscu stanę się „Filonem miłym pod ulubionym jaworem”.

Idę po plecak, który zostawiłem kilkaset metrów dalej.

Kiedy rozmawiam o tym swoim bieszczadzkim wędrowaniu, przeciętni słuchacze zadają zwykle dwa pytania:

- Czy się nie boję (wilków, niedźwiedzi, żmij),

- Czy się nie boję, że ktoś mi ukradnie plecak, lub obrabuje namiot.

Odpowiadam: - Ten, kto się boi wilków nie powinien wchodzić do lasu.

Tudzież: - Zawsze dopadnie ciebie to, czego się boisz, więc staraj się nie bać.

Przecież w odludziu, jak sama nazwa wskazuje nie ma nikogo poza mną. A jeśli ktoś się już pojawi, to jest on podobnym do mnie poszukiwaczem przygód. Natomiast najbliższego złodzieja znajdziemy dopiero w Smolniku nad Osławą, pod daszkiem przy sklepie.

Wracam na wybrane miejsce z plecakiem, wyciągam co potrzeba i stwierdzam, że nie mam szpilek. No tak – suszyłem dobytek po powrocie z poprzedniej mokrej eskapady w Bieszczadach, potem wszystko spakowałem na nowo, oprócz szpilek, które zostały w warszawskim mieszkaniu.

Atoli to żaden problem jak widać na zdjęciach.




 Przy oczyszczaniu miejsca, w resztkach nieskoszonej łąki przy pniu znajduję rożek kozła.




Namiot postawiony, wnętrze urządzone – chwila kontemplacji tego, co jest.




Idę się powłóczyć - schodzę nieco w dół i patrzę w kierunku Cisnej. Tam w dali, na krawędzi zbocza rośnie sławna stuletnia grusza, poniżej której biwakowałem sześć tygodni w 2013 roku i to pod tą starą gruszą stał wilk – zwiadowca, sfotografowany przez Dominikę Antkowską.


Szczelina w chmurze?


Patrzę w południową stronę i przypominają mi się dwa zdjęcia z sierpnia 2014 roku, wykonane na ten kierunek, ale z dalszego miejsca na samym szczycie płaskowyżu - był wpis: „UFO nad doliną Rabe”.



Dwa zdjęcia o różnym poziomie nachylenia obiektywu, a obiekt wyeksponowany na tle chmury dalej tkwi w tym samym, lekko ukośnym, czyli klasycznym położeniu. Chmura rozbudowuje się, puchnie. Mówię o takiej chmurze, że jest podobna do „bitej śmietany”. To zwarta, gruba chmura i zwykle nie ma w niej dziur, czy szczelin. Paproch na matrycy (Canon EOS 5D) jest wykluczony z powodu dwóch różnych położeń obiektywu. Oczywiście nie mogę wykluczyć powstania szczeliny naturalnej o niecodziennym kształcie.

Także nie upieram się broń boże, że to z pewnością UFO. Nie o to chodzi. Sprawa wygląda zagadkowo, gdyż gołym okiem w tym momencie nic dziwnego nie zauważyłem, a „to coś” zobaczyłem dopiero po wakacjach, w czasie przeglądu zdjęć.

     Oceniłem wtedy, że wygląda to na obiekt dyskoidalny, o średnicy 40-50 metrów, z kopułą u góry, wiszący nad drogą do przełęczy Żebrak w klasycznym przechyle. Powiększałem zdjęcia (7500 KB - skompresowane na blogu o 95%) na których zobaczyłem (być może oczami wyobraźni) refleksy słońca w obudowie obiektu. 

Z bezpośredniej bliskości "obiekt" mógł wyglądać jak poniżej.


 Być może moje wrażenia są czystą imaginacją, a być może było to coś całkiem realnego, coś co daje zaczyn do jutrzejszego wpisu pod tytułem "Zdarzenie przy moście Brooklińskim". 

 

środa, 13 grudnia 2023

Woda mineralna arsenowa


 Pomimo wczesnej pory robi się parno, a chmury wyglądają coraz bardziej deszczowo.

Idzie mi się tak lekko, nogi niosą same - oto jak działa pasja wędrowania! Las piękny, ścieżka malownicza - przypominam sobie o Plastusiu, który siedzi w plecaku. Ano niech zobaczy, gdzie jest. Więc przystanek i wydobywam delikwenta.









Dochodzę do ujęcia wody arsenowej, przy Rezerwacie Gołoborze, a skąpy tekst zastępują w tym wpisie zdjęcia.