Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 października 2024

Z bieszczadzkiego archiwum

Rok 2018, koniec września. Siedzę w Smolniku nad Osławą, pod daszkiem przy piwnym stole. Nie ma o dziwo miejscowych pijaków. Przyszedłem tu po niewielkie żywnościowe zakupy na pożegnalny trzydniowy biwak przed powrotem do Warszawy. Przy okazji uzupełniam brak piwa w organizmie.

Niebo tymczasem zaciągnęło się chmurami i zaczął padać sławny bieszczadzki deszczyk. Czyli czeka mnie mokra trasa Mików, przełęcz, Rabe i dopiero znajoma góra 686. 

Nie tracę atoli pogody ducha, popijam niespiesznie, przeglądam zdjęcia z ostatnich wędrówek i słucham werbelka deszczu….. 












Zatrzymuje się terenówka. Wysiada turysta, rzuca na mnie okiem i wchodzi do sklepu. Po chwili już siedzi naprzeciw z piwem.

- Dzień dobry. A pan za którą partią jest?

- Za którą jestem, to trudno określić, ponieważ na horyzoncie politycznym widać jedynie ugrupowania tak zwanego „,mniejszego zła”. Jednak wiem, za kim zdecydowanie nie jestem. Otóż nie jestem za Pisem.

Gość nic nie odpowiedział na razie, a takich lubię najbardziej, bo oni dlatego nie mówią naprędce, ponieważ aliści ważą słowa. I okazuje się, że miałem rację. Popijamy wolniutko. Facet łyknął raz, potem drugi i trzeci, ułożył sobie w głowie, albo już miał ułożone i rzecze:

 

„Ten PiS wygrywa, bo oprócz narzędzi, którymi się sprawnie, a jednocześnie w niecny sposób posługuje, dokonał rzeczy najważniejszej. Odkrył prawdziwą gębę Polek i Polaków i to wykorzystał. Nie ma lukrowania. Wyborca PiS wreszcie może być sobą, nie musi nikogo udawać. Cwaniactwo, lenistwo, podłość, brak ambicji (bo chęć posiadania lepszego samochodu lub telefonu to nie ambicja), chamstwo, kłamstwo, złodziejstwo, nietolerancja, nienawiść, i zamiłowanie do syfiarstwa (śmiecenie, niszczenie, niesprzątanie po sobie). Oto cechy aktualnie uświęcone, więc po co mają się wysilać, skoro w syfie czują się najlepiej.

No długi monolog to nie był.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Historia bagnetu z Bitwy Karpackiej

Odsłona pierwsza (będą cztery). 

Ląduję w Baligrodzie, jest 1 czerwca 2015. 

W cerkwi gmina urządziła wystawę dotyczącą Baligrodu i okolic z czasów Bitwy Karpackiej – właśnie jest setna rocznica.


Mnie głównie interesowały militaria, ale pan kustosz poinformował, że właściciel artefaktów nie życzy sobie fotografowania. W związku z tym zrobiłem zdjęcia innych eksponatów.




 Patrzę na te eksponaty i jeden komentarz ciśnie mi się na usta: „bida z nędzą”. Tak żyli ludzie sto lat temu i to nie tylko w Bieszczadach.

Z panem kustoszem za to porozmawiałem obficie zahaczając o kilka wątków: 

- był wątek o walkach powstańczych 1947 UPA – komuniści, o wysadzeniu razem z rannymi powstańcami, przez oddział KBW z Cisnej, podziemnego szpitala UPA,

- był wątek o dalszych losach tego oddziału KBW,

- był, ma się rozumieć wątek o kulisach śmierci Świerczewskiego. 

Okazało się, że obaj mieliśmy świadomość, jak komuniści zakłamali rzeczywistość, jak bezczelnie potrafili czarne nazywać białym. Na koniec pojawił się:

- wątek propagandy bieżącej (a jakże by nie) - więc przepychanki z wersjami katastrofy smoleńskiej. Ponieważ przemyślenia o wszystkich wspomnianych wyżej wątkach mieliśmy jednakowe - pana kustosza zapisałem do ulubionych.    

Rozmawiałem, co i raz zerkając na eksponaty wojenne - kolekcję szrapneli (wynalazł je Anglik, generał Szrapnel), lśniących jakby wyszły prosto z fabryki. Wybuchało to ustrojstwo w powietrzu, ponad okopami i siekło skulonych żołnierzy po plecach żelaznymi kulkami. 

Otóż jakiś gość czynił wykopy pod nowy dom w Baligrodzie i odkrył cały magazyn z tymi wynalazkami. Trafiłem i owszem, na oryginalne dokumenty Janasa. To ciekawa historia, w którą polskie oszołomy wplątały Matkę Boską. (nie mylić z matką Bosaka). Historia zasługuje na osobny wpis, ale to już po wakacjach.

Pogadaliśmy dobrą godzinę, byłem bowiem jedynym zwiedzającym o tej porze, a ponieważ nie zdjąłem plecaka, nogi jakby weszły mi nieco w tyłek. Stanie z plecakiem szybko męczy, co innego marsz. No to wio dalej skrajem drogi.

Coraz bliżej Młyna Kamieni - mostek do źródła Synarewo.


Baza studencka obok Młyna. Wielka radość! Witam się z prezesem od studentów. Przypadliśmy sobie do gustu, bardzo ciekawa postać. Kiedy się poznaliśmy facet był już mocno schorowany - po zawale i wylewie. Wskazał mi grób Wasyla Mizernego - "Rena". 



Na ostatnim zdjęciu detonator (nastawiany mechanicznie) od wynalazku generała Szrapnela.




Następuje dłuższy przystanek w Młynie Kamieni u Darka Karalucha. Ja przytargałem piwo, Darek postawił wino. Jak widać za otwieracz może posłużyć wszystko co pod ręką. Do sytuacji pasuje słuszne hasło z knajpy Kremenaros.


Oj nasłuchałem się ci ja tych barwnych opowieści Darka, który żył ostro - był drwalem, pilarzem, wypalaczem węgla i na końcu dozorcą. Mam te opowieści zapisane na roboczo, a w tym roku wybieram się wreszcie na jego grób do Mchawy. 


Odprowadza mnie Misiek - nowy piesek Darka.

A potem idzie się skrajem drogi w tej straszliwej i cudownej samotności. 

Idzie się w błogim, tudzież moczopędnym nastroju piwno - winnym.


Góra 686. Stawiam namiot, zapłonęło ognisko, gotuję późny obiad i kontempluję widoki pory pomiędzy psem a wilkiem.




środa, 10 kwietnia 2024

Wędrowiec








Schodzę z Bukowego Berda po nocnym deszczu. 


Pogoda się poprawia, ziemia szybko obsycha, przebija się słońce, wiatr przyjemnie chłodzi.

Schodzę szybko, czuję się lekki, wczoraj rano zjadłem resztki prowiantu, głód i pragnienie popędza, więc pewnie nie minęła godzina, kiedy wchodzę do maleńkiej miejscowości pod tytułem Muczne.

Jest budka – sklepik - drzwi otwarte na oścież, wchodzę, a w środku nikogo. Wychodzę, żeby się rozejrzeć za sprzedawcą i słyszę: - idę, idę!     

   Pani sklepowa wyłania się z chałupy, która stoi za sklepem.

Czynię zakupy: - Chleb, masło, pomidory, jajka, cebula, woda, coś słodkiego, no i piwo, zgodnie z rytuałem bieszczadzkim po zejściu z połoniny.

    Pani sklepowa jest bardzo sympatyczna, rozmawiamy chwilę. Serwuję dowcip:

Wchodzi dziadek do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie?

- Może być babeczka!

 

Pani sklepowa się śmieje.

- Podoba mi się ten dowcip, taki grzeczny jest – mówi.

To nawijam drugi grzeczny:

 

Wchodzi hydraulik do cukierni:

- Poproszę ciastko!

Jakie podać?

- Może być rurka!

 

Wychodzę przed sklep w celu wypicia. Obok ławka, stół, jak to w Bieszczadach.

Na zdjęciu ogródek piwny z Chmiela.

Ostre słońce przygrzewa. Jak dobrze się ugrzać po chłodnej nocy. Popijam zimne piwo małymi łykami. Popijam z lubością i przymkniętymi powiekami.

    Sielsko jest. Cisza, spokój.

Butelka robi się prawie pusta, kiedy nadchodzi dwóch panów miejscowych w średnim wieku. Kupują po piwie, patrzą na plecak.

- A pan skąd idzie?

- Z Woli Michowej.

- Ooo! To daleko jest!

- Ale ja idę etapami. Wczoraj na przykład spałem w szałasie na górze.

- Na Bukowym Berdzie?

Potwierdzam.

- I popielice dały panu spać?

- Nie bardzo dały, ale trochę pokimałem.

- My panie z bratem, to w tamtym roku zbieraliśmy jagody na górze, nie chciało nam się schodzić wieczorem. Mieliśmy pospać w szałasie, ale panie gdzie tam! Nie zmrużyliśmy oka.

 - No! - Brat pana miejscowego odzywa się po raz pierwszy.

Po czym następuje dłuższa przerwa w tej niespiesznej rozmowie.

Konsumpcja trwa.

- A teraz dokąd?

- Naprzód. Nie mam konkretnych planów, Stuposiany najpierw, potem się zobaczy.

- Że też panu się chce tak chodzić....

- A co tu robić w tej bieszczadzkiej Krainie Nicnierobienia? Mam czas i chęć, to chodzę.

Temat wyjaśniony - ponownie następuje pauza w rozmowie.

Butelka pusta, będę się zbierał. Zakładam plecak, gdy po przemyśleniu sprawy mój rozmówca rzecze:

- Kraina Nicnierobienia powiadasz pan?

A wiesz pan jaki jest szczyt nicnierobienia?

Jak prostytutce urośnie pajęczyna między nogami!

 - No! - odezwał się niezwykle zwięźle, oraz po raz drugi brat mego rozmówcy.

- Dobre! - Oceniłem z uprzejmą grzecznością.

 Oddałem butelkę i wróciłem. Przypomniał mi się bowiem dowcip na temat szczytu.

- To ja powiem panu jaki jest szczyt szybkości:

Tak szybko biegać naokoło słupa, żeby z przodu była dupa!

- No! - odezwał się po raz trzeci i ostatni brat mego rozmówcy.

   Wypite piwo zaostrzyło apetyt, ruszyłem więc w poszukiwaniu miejsca na zasadniczą konsumpcję.

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.

- Pięknie jest! - usłyszały.

Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź i zaraz zorientowałem się, że panie są zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów - robią sobie zdjęcia na przemian. Do zdjęcia ustawiają się na przemian obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Poza tym wygląda na to, że partnerka szybciej zaszłaby w ciążę, niż partner pieszo na pierwsze piętro.

    Absolutnie nie oceniam, opisuję tylko to, co widzę.

 Mijam leśniczówkę i staję przed wejściem do karczmy.                                         

Spodobało mi się to miejsce.

 Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

 A tu polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (właściwie to nie krzyknęło, tylko zawyło):

- Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.

I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.

Schabowy to dobra odmiana może być....

Mięsa miałem nie jeść, no nie wiem......

- Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!! – irytuje się ciało.

Dobrze już, dobrze, tylko nie tym tonem do mnie!

Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.

Oraz dopomyślałem: - planów nie zmienia tylko martwy albo głupi!

    Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. Nastąpiły miłe, niezadługie chwile oczekiwania.

Była cisza, głos z ciała umilkł. Lekki zefirek przynosił fale upojnego zapachu goździków nagrzanych słońcem.

Sprawny pan kelner przynosi jedzonko i absolutnie nie trzyma palca w kapuście.

Pojadłem - pycha! 

Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.



Patrzę na zdjęcia z sentymentem. Od tego rajdu Wola Michowa, Balnica, Fereczata, Wołosate, połoniny, Muczne, Smolnik, Lutowiska, Chata Socjologa i z powrotem do Woli Michowej, za chwilę minie lat dziesięć.

 


poniedziałek, 20 lutego 2012

Po Piwie


Po piwie chce się sikać. W Helsinkach wieczorami jest to na porządku "dziennym" w wykonaniu dziewczyn.