Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Lee. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2024

Mokra noc nad Jeziorkiem Bobrowym

 


Kompletnie przemoczony wpadam pod wiatę. Pioruny biją bezpośrednio znad głowy – huk następuje równocześnie z oślepiającym błyskiem. Widzę błyskawicę uderzającą w resztki pni, wystające z wody i tak grzmotnęło, aż wiata podskoczyła razem ze mną. Ale co mi tam – co ma być to będzie, na razie rozbieram się z mokrego.



Plecak tym razem przemókł całkiem. Kiedyś (2010 r) kiedy go kupiłem, był reklamowany jako nieprzemakalny. Znaczy: wszystko się starzeje.

Ubieram to, co mam suche: Stoję bez spodni, w grubej koszuli flanelowej i skarpetach zimowych do kolan. Spodnie wyżęte z wody, razem z innymi mokrościami, rozwieszam na balustradzie i czuję się  ….. zadowolony!









Z czego zadowolony? Ano z tego, że jestem sam i wszystko wskazuje na to, że już dziś tak zostanie – nikt w taką pogodę tu nie zawita. Czyli jest ok, azaliż z jednym minusem ujemnym: zrobiło się trochę zimno, a deszcz zaczął zacinać dosłownie poziomo, ponieważ zerwała się silna wichura. Staję atoli za filarem na samym brzegu tarasu, bo tylko na ten mały skrawek nie dociera deszcz.

Stoję tak i stoję (niczego się nie boję), mija godzina, moje zadowolenie stopniowo topnieje, ponieważ zaczynam myśleć o spaniu: - gdzieś będę potrzebował zlegnąć, trzeba działać. Oceniam sytuację: - stół całkiem mokry, ławy są w lepszym stanie.




Ściągam obie ławy w ten suchszy róg tarasu i ścieram z nich wodę - łóżko już jest.

Teraz coś zjeść, bo głód się odezwał. Mam misli i jajka na twardo. Zajadam powolutku ( bo po co mam się spieszyć?) i od razu odzywa się pragnienie. 

      Pragnienie jest, a wody nie mam – butelkę zostawiłem na górze pod jałowcem, razem z resztą mamerołów. Atoli w Bieszczadach z pragnienia nie umrzesz. W historyczny stalowy kubek łapię wodę płynącą z dachu, wącham i ostrożnie smakuję. Doświadczenie bowiem do tego zmusza. Otóż była taka noc bezwodna na połoninach, konkretnie w szałasie Bukowe Berdo w kierunku Pszczeliny-Widełki, kiedy deszcz siąpił, a woda z dachu nie nadawała się do picia z powodu impregnatu chemicznego, którym powleczony był dach. Był wpis. Dlatego ostrożność. Pewnie i tu była chemia, ale lało już tak długo i tak obficie, że należało spróbować. Badam sprawę – jest dobrze - woda okazuje się bez zapachu i smaku. Wypijam trzy kubki – od razu czuję się lepiej i przypomina mi się autentyczna rozmowa z małym chłopcem z mojej rodziny, o wątku „próbowania”.

    - Wiesz wujek, wychodzę wczoraj na ulicę, patrzę – coś leży. Macam – miękkie. Wącham – śmierdzi. Próbuję – gówno!

- Coś ty? To próbowanie mogłeś sobie darować!

- Niby mogłem, ale jakoś samo tak wyszło.

- No dobrze i jaki był wynik próby?

- Gorzkie!

Dzieci są rozbrajające w swej autentyczności.

Wiatr ucichł, uderzył ostatni piorun i tylko deszcz szumiał po dachu, a ja zaczynałem się martwić. Nie o siebie, nie, tylko o zmartwienie żony, której obiecałem kontakt wieczorem, a stąd nie było zasięgu nawet dla smsów.

Zasięg jest dopiero z tej góry, gdzie leży reszta mojego majątku – półtora kilometra będzie. Tak czy siak muszę tam pójść, bo i śpiwór by się przydał. Ale pada równo.

Zapadłem w lekką drzemkę, bo gdy się ocknąłem (z zimna) już szarzało, a deszcz jakby zmniejszył intensywność.

Przygotowałem smsa: „jest ok, szykuję spanie w wiacie nad jeziorkiem, jutro się odezwę”. I czekałem co dalej z deszczem.

Szykuję dzisiejszy wpis i natykam się na następujący tekst, który pasuje tu jak ulał:

 „Stań się wodą – albo płyń.

Kiedy robisz to, co lubisz, tracisz poczucie upływu czasu. Tak miałem przy uprawie ogrodu, w czasie jazdy rowerem, podczas wędrowania, majsterkowania, na grzybobraniu. W takich chwilach po prostu jesteś, a jak niektórzy piszą stajesz się wodą (to ulubione powiedzenie Bruce’a Lee) – płyniesz . Zanikają granice twojego ego, wchodzisz w stan nazywany przez psychologów flow – przepływ.

Nic nowego pod słońcem, ten stan opisywał kilkadziesiąt lat temu i to na wiele sposobów wielki nauczyciel duchowy – Osho.

Ten stan flow, to niezapomniany czas spokojnej szczęśliwości osobistej, kiedy zatapiamy się w jakiejś czynności tak głęboko, że nie liczy się nic innego. Doznajemy spełnienia.

„Bądź totalny” – powtarzał Osho.

Podczas flow operacyjna część naszego mózgu spowalnia, dlatego tracimy kontrolę nad czasem i jak śliwka w kompot wpadamy w to sławne Tu i Teraz.”



Więc wpadnięty atoli w sławne Tu i Teraz, ze spowolnioną operacyjną częścią mózgu, w sposób spowolniony rejestruję, że dawno już przeszła pora pomiędzy psem a wilkiem, a deszcz prawie ustał. Nie wiedziałem czy to chwilowe tylko, ale działam instynktownie - mokre buty i spodnie na siebie założyć (brrr), na grzbiet suchy T-shirt, plecak zabrać i wio w dół a potem w górę wysłać smsa!

Zmarznięty zbiegam raźnie i tym biegiem rozgrzewam się stopniowo, a w czasie wdrapywania na górę nawet lekko pocę. Już jestem przy szczycie, w powietrzu jak mówią ślązacy – ślągwa (lekka mżawka). Przyciskam na roboczego smsa „wyślij”, a tu dupa! Nie idzie! Wilgoć? Podchodzę jeszcze kilka kroków i wyciągam rękę z telefonem w górę. Tkwię tak jak głupi kilka długich minut sprawdzając czy wiadomość poszła. Wreszcie wydaje się że poszła, ale jest jakiś dopisek pm, czy coś takiego, dlatego jeszcze chwilę stoję, pisząc nowego smsa, gdy przychodzi wiadomość od żony, że odebrała. Już spokojna, bo wie, że na razie nie zjadł mnie niedźwiedź.

   Wątek smsa mam aliści załatwiony, teraz biegiem do jałowca po mameroły! Karimata przyciśnięta kijem ochroniła buty i śpiwór, są suche, rzeczy do plecaka, karimata pod pachę i wio z powrotem! Jest prawie ciemno, gdy schodzę do drogi – teraz w górę! Coś mi się wyraźnie leje po boku – ano leci woda z karimaty zwiniętej w rurę - no to będzie spanie bez materaca.

Deszczyk się wzmaga, idę najszybciej jak się da. Nie widzę już drogi, idę po omacku, patrzę w górę, gdzie da się jeszcze rozróżnić po tunelu z drzew jaki trzymać kierunek. Do wiaty docieram zziajany akurat w chwili, kiedy coś zaczyna stukać po dachu – oto mam następną atrakcję - zaczął padać drobny, gęsty grad i szybko robi się naprawdę zimno (w nocy było 6 stopni). 

Zrzucam mokrości, zakładam suchości, sięgam po latarkę (dziesięcioletnia, ale bardzo rzadko używana, sprawdzona przed wyjazdem) pstrykam – zabździło na moment i zgasło! Wszechobecna wilgoć. Powoli mam dość.

    Lekko wkurwiony i już mocno senny, szybciutko szykuję spanie na macanego. A jest to rzecz niezwykle prosta, ponieważ mój kącik na tarasie ma 2 metry na dwa i tu wszystko pod ręką. Więc: - zdjąć mokre buty i spodnie, założyć zimową czapkę, zimowe skarpety, koszulę flanelową, śpiwór rzucić na wcześniej przygotowane zestawione ławy, wleźć do środka i lulu!

   Wlazłem i leżę ci ja. Zimno. Zimno i twardo. Jejku jak twardo! Atoli pomimo twardości przysypiam pewnie na godzinę i przekręcam się na bok – ależ twardo w kość biodrową tym razem, no nie usnę. Jeszcze próbuję na drugim boku – z tej strony jakby kość biodrowa mi bardziej wystaje (gruby to ja nie jestem) - na drugim boku gorzej. To znowu na plecy, teraz owszem przydarzył się sen pewnie z pół godziny i to byłoby na tyle – dłużej się nie dało.

Nie śpię, leżę ci ja sobie tylko na twardej ławie. Głucha noc jest, już nie pada, słychać tylko delikatne ciurkanie wody przelewającej się przez tamę. Leżę obolały od tego twardego łoża, a wokół sławna czarna bieszczadzka noc, kiedy nie widać nawet własnych myśli. Leżę w tej zimnej czerni, którą wydaje się, można dotknąć i przypomina mi się dowcip jak to gówno z dupą szło przez ciemny tunel:

- Ciemno tu jak w dupie – mówi gówno.

- Rzeczywiście gówno widać – zgodziła się dupa.

    Okutany w śpiwór siadam na ławie tyłem do przodu, na krawędzi oparcia ławy kładę (dla miękkości) kapelutek, czapkę zimową na czole zwijam w rurkę i tak osłonięte czoło opieram na krawędzi ławy. I w takiej oto fikuśnej, atoli prozaicznej pozycji, umordowany skutecznie, dotrwałem jakoś do brzasku.


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Czerwonym szlakiem

Gdy wstaniesz o brzasku...... dzień wydaje się nieprawdopodobnie długi. Wydaje się, że każda godzina trwa dwie godziny.
O rześkim poranku zwijam biwak.
Jest bardzo miło oraz niezwykle przyjemnie.
Następuje niespieszne pakowanie, jeszcze rzut oka na miejsce po namiocie i żegnam się ze zrębem.
Dobytek na plecy i w drogę.
Krótki przystanek przy potoku Niedźwiedzim na chlapu-chlapu i dalej w dół czerwonym szlakiem.

Na horyzoncie coraz lepiej widoczne połoniny.

Idę swoim tempem, czyli niespiesznie. Idę i myślę...... Kiedy jest czas, możesz wymyślić coś całkiem niegłupiego.....
Gdy siebie szanujesz, wszystkie czynności stają się jak w niedzielę, stają się świąteczne, a więc dba się o detale, a przygotowania, które są najważniejsze, wykonujesz wolno i dokładnie.
To jest ten sławny element świętowania życia, nazywany przykładowo przez Chucka Norrisa: - zwolnij, aby przyspieszyć.
        Gdy każdy dzień potraktuje się jak niedzielę, a nastrój będzie jak w piątek po pracy, wchodzisz w celebrowanie.
Każdy dzień przeżywasz, jakby był on twoim dniem ostatnim, bo tak przecież może być.
Czyli należy pogodzić się ze śmiercią.
Dwie rzeczy są w życiu pewne: - narodziłem się i umrę.
      Narodziny już były..... Można się narodzić powtórnie, lub odkryć w sobie wewnętrzne dziecko, ale nie wydarzy się to, jeśli wcześniej nie przestaniesz bać się śmierci.
Kiedy odrzucisz lęk przed śmiercią.....
To jest punkt zwrotu. A gdy do tego dołożysz podniosły nastrój rozpoczyna się celebrowanie, wykonywanie każdej czynności jakby cel nie był ważny, bo tak właśnie jest: - nie cel się liczy, lecz droga do niego.
Ta droga to tao. Ta droga to stan łaski.

Owszem, mam świadomość, że nie każdy może sobie na takie życie pozwolić.
Lecz piszę o tym dlatego, żeby każdy z czytelników wiedział, że jest taki sposób na życie. Już sama wiedza wystarczy, by w tym kierunku podążać.
I jeszcze jedno: wiek nie ma tu nic do rzeczy. Można być starym głupcem i młodym mądrym człowiekiem.
 

Filozofia zen także podkreśla ważność jednego elementu: jest to pogodzenie się ze śmiercią.
Gdy tak się stanie, znika także lęk przed życiem, znikają blokady, nie potrzebujesz już nigdzie gonić, automatycznie wpadasz w tu i teraz.
Ogarnąłeś się, stajesz się pogodnym człowiekiem, przyjacielsko nastawionym do świata. Jednocześnie świat zauważa w tobie tę zmianę, bo stałeś się właśnie sobą: połączyłeś się z nieznajomym, który szedł z przeciwka i stanął na twojej ścieżce.
Stałeś się jednością.

Już nie jesteś Ja innym Ty. Wyszedłeś z podziału osobowości, zakończyłeś schizofrenię.
Nie tyle żegnasz to wariatkowo miejskie, wyścig szczurów, ile nabierasz do niego dystansu.
     Patrzysz na życie jak na zdjęcia w cudzym albumie, jakbyś wszedł na wysoką drabinę.
Ten dystans może do człowieka dotrzeć na wiele sposobów.
Do Norrisa dotarł, gdy umarł Bruce Lee. Ludzie opowiadali o śmierci Bruce'a tyle bzdur, że został zabity na przykład.
Zawsze należy sięgać do źródła.

Chuck pisze:
Każda opowieść o Bruce'u Lee jest oczywiście zabarwiona smutkiem. W pewnym sensie był on Jamesem Deanem świata sztuk walki.: - naturszczykiem, urodzonym gwiazdorem, który umarł młodo, w wieku trzydziestu dwóch lat, na skutek nadwrażliwości na jeden ze składników tabletki od bólu głowy.
     Dowiedziałem się, że Bruce zmarł w Hongkongu, kiedy przebywałem w Los Angeles, próbując dostać się do filmu. Widzieliśmy się zaledwie cztery dni wcześniej. Przyjechał na badania, ponieważ podczas kręcenia filmu w Hongkongu zemdlał.
Zjedliśmy dim sum w jego ulubionej restauracji w Chinatown....
Na jego pogrzeb, 2 lipca 1973 roku przybyło ponad dwadzieścia tysięcy pogrążonych w smutku fanów. Parę dni później w San Francisko odprawiona została msza w jego intencji. Poleciałem tam z Jamesem Coburnem i Steve'em McQueenem, którzy byli uczniami Bruce'a i jego dobrymi przyjaciółmi.
Często wspominam Bruce'a, który zawsze wydawał się tak zajęty, jednak znajdował czas, żeby zwolnić i podzielić się czymś z przyjacielem, choćby pomarańczą lub zagadką zen.

Strach prze śmiercią – przypowieść zen

Wielki mistrz miecza został nauczycielem na dworze szoguna.
Pewnego dnia przyszedł do mistrza jeden z członków straży przybocznej szoguna i poprosił, aby nauczyciel zaczął z nim lekcje fechtunku.
Mistrz spojrzał na niego i rzekł: Z tego, co widzę, wyglądasz na mistrza szermierki. To chwalebne, że chcesz się doskonalić. Zanim wejdziemy w relację uczeń – nauczyciel, powiedz mi do jakiej szkoły należysz.
- Wstyd mi to wyznać, lecz nigdy nie uczyłem się tej sztuki – odparł strażnik.
- Czyżbyś chciał mnie oszukać? Jestem nauczycielem samego szoguna i moje oko nigdy mnie nie zawiodło.
- Wybacz, że urągam twemu honorowi – odparł strażnik – ale naprawdę nie wiem nic o szermierce.

Jego zdecydowanie zastanowiło mistrza miecza, pomyślał więc chwilę i powiedział:
- Jeśli tak mówisz, to musi być prawda. Nadal jednak jestem pewien, że w jakiejś dziedzinie jesteś mistrzem, chociaż nie wiem, w jakiej.
- Skoro nalegasz, powiem ci – odparł żołnierz. Jest jedna rzecz, w której jestem mistrzem. Gdy byłem jeszcze chłopcem, przyszło mi do głowy, że jako samuraj nie powinienem w żadnych okolicznościach bać się śmierci. Zmagałem się z tą kwestią przez kilka lat i w końcu śmierć nie stanowi już dla mnie problemu. Może to właśnie wyczułeś?
- Tak! O to mi właśnie chodziło! - rzekł nauczyciel.
Cieszę się, że mój osąd okazał się słuszny. Ostateczna tajemnica mistrzostwa w fechtunku leży również w uwolnieniu się od myśli o śmierci. Zgodnie z tą zasadą ćwiczyłem setki uczniów, lecz jak dotąd żaden z nich nie zasłużył na mistrzowskie świadectwo. Tobie technika jest niepotrzebna. Już jesteś mistrzem.


Doszedłem do cerkwiska w Smereku.

czwartek, 26 listopada 2015

Ponad Smerekiem

Schodzę z Fereczatej

Ptaki śpiewają, słońce świeci, zefirek przynosi fale pachnącego powietrza, jestem w objęciach wielkiej przestrzeni i wspaniałego samopoczucia.
Czy właśnie tak wygląda szczęście?
Nie wiem.
    A więc odwołuję się do uczuć: - Czuję się.... wolnym człowiekiem!
Takie uczucie z automatu daje zadowolenie.
Będzie pan zadowolony, panie Zbyszku... a więc jestem zadowolony.
Wszystko jest przecież tak proste: - możesz być zadowolona - ny albo niezadowolona. Co wybierasz?
    Do Smereka z Fereczatej tylko się schodzi. Najpierw schodzi się łagodnie, potem jest większy spadek.
      Zupełnie jak na giełdzie.
Uff! Odspawałem się od komputera, od śledzenia wykresów. I to na wiele miesięcy się odspawałem. Bardzo mi z tym dobrze! A więc tak trzymać, bo uczucia nie kłamią. Mam pieniądze, mogę odpoczywać.
     Wszystkiego na świecie jest pod dostatkiem, a nawet jest wszystkiego boski nadmiar, nie tylko pieniędzy, także czasu i miłości..... również nie trzeba gonić, tylko ludzie o tym nie wiedzą. A dokładniej: nie chcą o tym wiedzieć.
      Co by robili wtedy z nadmiarem wolnego czasu?
Przeciętny Kowalski spędza prawie jedną piątą swego życia przed telewizorem..... I taki ktoś ma być mądry?
Promieniuję tymi myślami, nie narzucając się nikomu oczywiście. Kto chce, to czyta.
A kto ma uszy, ten słucha.....
W końcu każdy żyje po swojemu, każdy idzie swoją drogą. Mnie nic do tego.
       Moja droga prowadzi do Smereka.
A więc schodzę w tę stronę.
Zaczynają się błotne odcinki, przecież niedawno padało. To był ten deszcz, który padał na biwaku nad Hyrlatą.
Trzeba stąpać ostrożnie, jest ślisko, miejscami chwytam się krzaków. Bieszczadzkie błoto nie ma sobie równych.
      Hen, wysoko krąży para orlików krzykliwych, krzyczą charakterystycznie. W tym krzyku jest zawarta ogromna pulsująca radość. Przypominają mi się orły przednie znad Chryszczatej....
     Lubię krzyk orłów.
Zamieniam się w słuch, lecz jednocześnie w tym sławnym tu i teraz pilnie uważam, żeby nie wywinąć orła na błocie.
     Schodzę niespiesznie.
Docieram do drogi biegnącej u podnóża Fereczatej ponad Smerekiem. Stąd jest niecała godzina w dół do szosy. Jednak mnie się nigdzie nie spieszy, a zwłaszcza do szosy. Tu jest tak ładnie, znajdę więc jakieś niezwykle urocze miejsce i postawię w nim swój dom. A potem pomieszkam.
Jak mówił Osho: - gdy masz namiot, każde miejsce może być twoim domem.
Ja bym jeszcze dodał: - jeśli oczywiście masz na to czas.

       Pragnienie.

Jeśli czegoś pragniesz dostatecznie mocno, gdy to dostaniesz, smakuje wtedy bardzo.
Pić się chce. Jeszcze na Okrągliku wypiłem wodę, którą niosłem z Hyrlatej. Już na Okrągliku chciało mi się pić. Potem było tak cudnie, że zapomniałem o pragnieniu. Jadłem, ale nie piłem od odejścia z Okrąglika, dlatego skręcam w stronę mostka-przepustu nad potokiem Niedźwiedzim.
Boziuniu! Co za woda płynie tym potokiem! Czy mam o niej napisać, że jest czysta?
      To jest woda Kryształowa! Do tego zimna jak.... z lodowca i niezwykle smaczna! To wrażenie pozostało, i towarzyszyło mi przez te kilka dni, gdy biwakowałem ponad Smerekiem.
Powtórzę: - w potoku Niedźwiedzim u stóp Fereczatej, płynie wyjątkowo smaczna woda, porównać ją mogę tylko z uzdrawiającą wodą ze źródła Synaguryczne ponad Młynem Kamieni w Huczwicach.
      Po ugaszeniu pragnienia, następuje Ceremonia Chlapu – Chlapu. Potem napełniam butelkę.
A wokół bieszczadzkie lato, czyli upał jak się należy w czerwcu w górach. Kto nie posmakował takiej chwili, niech żałuje.
Nad potokiem rosną poziomki. Bieszczadzkie poziomki..... 
Wszystkie metafory kulą się w tym miejscu do nogi i skomlą, jak zagubione psy.....
W każdym razie poziomki znad Niedźwiedziego łagodzą nieco wzbierający głód.
      Teraz mogę się udać (niespiesznie oczywiście) na poszukiwanie fajnego miejsca na dom.
Poszedłem tu, poszedłem tam i w końcu znalazłem miłe miejsce na samym dole wielkiego zrębu. Sądząc po śladach, ścinka była tu prowadzona jakieś dwa, no może trzy tygodnie temu. Teren jest bardzo odsłonięty, nic dziwnego więc, że znajduję pierwsze w tym roku, pojedyncze, dojrzałe jagody.




Stawiam dom na tym odludziu. Lubię odludzie bowiem, ono mnie odtłumia.
Odtłumienie jest bardzo ważne. Więcej: ono jest godne i sprawiedliwe i tego się trzymam.
     Człowiek jest zwierzęciem stadnym?
Czuję się człowiekiem, ale także zwierzęciem, lecz za stadem nie przepadam. A więc wyjątek?
Nie wiem.
Być może, być może. Tylko pamiętajmy o jednym: wyjątek nie potwierdza reguły, wyjątek regułę kompromituje.

Stoi Dom ponad Smerekiem.

Obiad ugotowany. Teraz sjesta, leżę na dowolnie wybranym boku. (Trzymając w ręku kamyk zielony)
Na miękkim leżę. Jest miękko, bo pod podłogą namiotu zalega chyba piętnastocentymetrowa warstwa igieł świerkowych, czy jodłowych. Luksusowe spanie się szykuje więc. Szykuje się więc.
     Leżę i myślę. (bo mam czas) Myślę tak: gdybym siedział, a jestem
przecież na zrębie, mógłbym zacytować wiersz:

Siedziałem na zrębie
Dłubałem se w zębie
A ludziska głupie
Myśleli że ….....

Patrzę na to, co widać z okna mego domu. 
Cudny dzień widać. 
Sjesta. W brzuchu dobrze. Niebo niebieskie, trawa zielona. Po niebie niebieskim płyną białe obłoki..... Robi się usypiająco.....

Chce ci się jeść? To jedz.
Chce ci się spać? To śpij.
Pospałem więc.  
Jest prześlicznie, a więc jedno zdjęcie i mogę popisać dalej o zen w życiu i sztukach walki.

Chuck Norris jest skromnym człowiekiem. Jednocześnie jest mistrzem. Każdy mistrz zawsze spotyka na swej drodze kilku lepszych od siebie.
Norris opisuje czas nagrywania w Brazylii filmu Wejście Smoka z Brucem Lee i Bobem Wallem.
Po wakacjach pojechali w trójkę, aby odwiedzić tamtejsze szkoły taekwondo i capoiery.
Capoiera to niszczycielski system samoobrony, kładący nacisk na uderzanie w głowę i nogi. Został on stworzony ponad trzysta lata temu przez niewolników z Afryki i przez większość tego okresu jego stosowanie było oficjalnie zakazane.

Chuck pisze: - Miałem pewne zaufanie do swych umiejętności walki w parterze......W chwili, kiedy zaczęliśmy się mocować z Ricksonem Gracie, całe moje wieloletnie doświadczenie nagle gdzieś uleciało. Rickson kontrował każdy mój ruch duszącym chwytem, który zmuszał do natychmiastowego poddania się. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem.....

Każdy, nawet najlepszy, trafi kiedyś na lepszego od siebie, ale tajemnica tkwi w czym innym.
O tym Norris pisze w rozdziale: - Jak stać się sobą.

Kto sam siebie pokona, jest największym wojownikiem.
Konfucjusz.

PS - Zamiast „pokonać”, zdecydowanie wolę słowa: poznać, zrozumieć, zaakceptować.
Na tym polega oświecenie.
Żeby je uzyskać trzeba tylko otworzyć serce ( i głowę, i głowę ) na zen, sufizm. Można także wejść w zen, zaufać, poprzez przyjęcie nauk Oświeconych: Chucka Norrisa, Buddy, Osho, Nicoli Tesli, Nassima Harameina.....

Przypomnę: - Kiedyś, każdemu z Trzech Wielkich Oświeconych (Budda, Jezus, Mahomet) zadano pytanie: - Jesteś Bogiem?
Odpowiedź każdego z nich była taka sama:
  • Nie jestem Bogiem. Jestem tylko oświeconym.