Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chuck Norris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chuck Norris. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2016

Carpathia

Po kilkudziesięciu metrach wdałem się w dyskusję z trójką szalenie sympatycznych pań - turystek, które zapytały jak jest na górze.
- Pięknie jest! - usłyszały.
Ale była to zdecydowanie zbyt krótka odpowiedź. Panie były wyraźnie zawiedzione, więc dopowiedziałem szerzej o tym, co na górze.

Jeszcze kilka kroków i mijam parę turystów, którzy robią sobie zdjęcie na przemian. Do zdjęcia ustawiają się obok swego samochodu. Jedna ręka oparta na samochodzie w symbolicznym geście: - mój ci on jest! Samochód bardzo ładny, nowy, czerwony. Rejestracja: - województwo szczecińskie.
Absolutnie nie oceniam.


Potem leśniczówka i staję przed bramą karczmy.

Spodobało mi się to miejsce.







Następnie zajrzałem do jadłospisu. Miałem zamiar zjeść pierogi ruskie....

A w jadłospisie polskie jadło: - schabowy w kapuście na kwaśno na przykład! Pociekła ślinka, a ciało krzyknęło (krzyknęło to mało powiedziane, ono zawyło wręcz): - Weź to! To weź!!!

Zaraz, zaraz, nie tak na łapu-capu! Ja to przemyślę, bo mam czas.
I myślę: - należy zwracać uwagę na sygnały ciała, jak mawiał Chuck Norris – jest to wyraz szacunku do samego siebie.
Schabowy to dobra zmiana może być.....
No nie wiem....
Czego nie wiesz, głąbie! Schabowego bierz!!! - dobiegł do mnie ponownie sygnał ciała.
Dobrze już, dobrze, tylko proszę nie tym tonem!
Tak, to będzie dobra zmiana. Do tego ten kotlet jest w kwaśnej kapuście, a więc to będzie bardzo odpowiednie danie dla takiego wyposzczonego wegetarianina jak ja.
Oraz dopomyślałem: - zamiaru nie zmienia tylko martwy i głupi!
Zamówiłem, wyszedłem na świat boży przed karczmę, gdzie upatrzyłem sobie miejsce. 
Zapanowała cisza - głos z ciała ucichł.
Nastąpiły błogie, niezadługie chwile oczekiwania, a lekki zefirek przynosił fale odurzającego zapachu goździków nagrzanych słońcem.


Idzie schabowy!
Sprawny pan kelner przynosi jedzonko, absolutnie nie trzymając palca w kapuście.

Było pyszne!
Nie doceni sytości ten, kto nie zaznał głodu.
Jeden głód został zaspokojony, rozmarzyłem się. I oczami wyobraźni widzę kobietę, która idzie w moją stronę.....

poniedziałek, 29 lutego 2016

Chuck Norris powtarza znane prawdy


Dopóki nie poznasz siebie, nie zrozumiesz i nie zaakceptujesz, nie będziesz prawidłowo funkcjonował w kontaktach z innymi.
Dotyczy to także kontaktów z samym sobą.

Każdy na naszej drodze może być nauczycielem.
Także dziecko i pijak.
Aby tak się stało, wystarczy tylko słuchać uważnie.

Zwracam uwagę na to co jem, bo tego wymaga szacunek dla ciała.

W Korei napatrzyłem się na pijaków tyle, że mi wystarczy do końca życia.
Nigdy nie brałem narkotyków, ponieważ szkodzą one zdrowiu, powodują uzależnienie i osłabiają zdolność trzeźwego osądu.
Dbałość o ciało jest przedłużeniem szacunku, jaki winni jesteśmy samemu sobie.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Czerwonym szlakiem

Gdy wstaniesz o brzasku...... dzień wydaje się nieprawdopodobnie długi. Wydaje się, że każda godzina trwa dwie godziny.
O rześkim poranku zwijam biwak.
Jest bardzo miło oraz niezwykle przyjemnie.
Następuje niespieszne pakowanie, jeszcze rzut oka na miejsce po namiocie i żegnam się ze zrębem.
Dobytek na plecy i w drogę.
Krótki przystanek przy potoku Niedźwiedzim na chlapu-chlapu i dalej w dół czerwonym szlakiem.

Na horyzoncie coraz lepiej widoczne połoniny.

Idę swoim tempem, czyli niespiesznie. Idę i myślę...... Kiedy jest czas, możesz wymyślić coś całkiem niegłupiego.....
Gdy siebie szanujesz, wszystkie czynności stają się jak w niedzielę, stają się świąteczne, a więc dba się o detale, a przygotowania, które są najważniejsze, wykonujesz wolno i dokładnie.
To jest ten sławny element świętowania życia, nazywany przykładowo przez Chucka Norrisa: - zwolnij, aby przyspieszyć.
        Gdy każdy dzień potraktuje się jak niedzielę, a nastrój będzie jak w piątek po pracy, wchodzisz w celebrowanie.
Każdy dzień przeżywasz, jakby był on twoim dniem ostatnim, bo tak przecież może być.
Czyli należy pogodzić się ze śmiercią.
Dwie rzeczy są w życiu pewne: - narodziłem się i umrę.
      Narodziny już były..... Można się narodzić powtórnie, lub odkryć w sobie wewnętrzne dziecko, ale nie wydarzy się to, jeśli wcześniej nie przestaniesz bać się śmierci.
Kiedy odrzucisz lęk przed śmiercią.....
To jest punkt zwrotu. A gdy do tego dołożysz podniosły nastrój rozpoczyna się celebrowanie, wykonywanie każdej czynności jakby cel nie był ważny, bo tak właśnie jest: - nie cel się liczy, lecz droga do niego.
Ta droga to tao. Ta droga to stan łaski.

Owszem, mam świadomość, że nie każdy może sobie na takie życie pozwolić.
Lecz piszę o tym dlatego, żeby każdy z czytelników wiedział, że jest taki sposób na życie. Już sama wiedza wystarczy, by w tym kierunku podążać.
I jeszcze jedno: wiek nie ma tu nic do rzeczy. Można być starym głupcem i młodym mądrym człowiekiem.
 

Filozofia zen także podkreśla ważność jednego elementu: jest to pogodzenie się ze śmiercią.
Gdy tak się stanie, znika także lęk przed życiem, znikają blokady, nie potrzebujesz już nigdzie gonić, automatycznie wpadasz w tu i teraz.
Ogarnąłeś się, stajesz się pogodnym człowiekiem, przyjacielsko nastawionym do świata. Jednocześnie świat zauważa w tobie tę zmianę, bo stałeś się właśnie sobą: połączyłeś się z nieznajomym, który szedł z przeciwka i stanął na twojej ścieżce.
Stałeś się jednością.

Już nie jesteś Ja innym Ty. Wyszedłeś z podziału osobowości, zakończyłeś schizofrenię.
Nie tyle żegnasz to wariatkowo miejskie, wyścig szczurów, ile nabierasz do niego dystansu.
     Patrzysz na życie jak na zdjęcia w cudzym albumie, jakbyś wszedł na wysoką drabinę.
Ten dystans może do człowieka dotrzeć na wiele sposobów.
Do Norrisa dotarł, gdy umarł Bruce Lee. Ludzie opowiadali o śmierci Bruce'a tyle bzdur, że został zabity na przykład.
Zawsze należy sięgać do źródła.

Chuck pisze:
Każda opowieść o Bruce'u Lee jest oczywiście zabarwiona smutkiem. W pewnym sensie był on Jamesem Deanem świata sztuk walki.: - naturszczykiem, urodzonym gwiazdorem, który umarł młodo, w wieku trzydziestu dwóch lat, na skutek nadwrażliwości na jeden ze składników tabletki od bólu głowy.
     Dowiedziałem się, że Bruce zmarł w Hongkongu, kiedy przebywałem w Los Angeles, próbując dostać się do filmu. Widzieliśmy się zaledwie cztery dni wcześniej. Przyjechał na badania, ponieważ podczas kręcenia filmu w Hongkongu zemdlał.
Zjedliśmy dim sum w jego ulubionej restauracji w Chinatown....
Na jego pogrzeb, 2 lipca 1973 roku przybyło ponad dwadzieścia tysięcy pogrążonych w smutku fanów. Parę dni później w San Francisko odprawiona została msza w jego intencji. Poleciałem tam z Jamesem Coburnem i Steve'em McQueenem, którzy byli uczniami Bruce'a i jego dobrymi przyjaciółmi.
Często wspominam Bruce'a, który zawsze wydawał się tak zajęty, jednak znajdował czas, żeby zwolnić i podzielić się czymś z przyjacielem, choćby pomarańczą lub zagadką zen.

Strach prze śmiercią – przypowieść zen

Wielki mistrz miecza został nauczycielem na dworze szoguna.
Pewnego dnia przyszedł do mistrza jeden z członków straży przybocznej szoguna i poprosił, aby nauczyciel zaczął z nim lekcje fechtunku.
Mistrz spojrzał na niego i rzekł: Z tego, co widzę, wyglądasz na mistrza szermierki. To chwalebne, że chcesz się doskonalić. Zanim wejdziemy w relację uczeń – nauczyciel, powiedz mi do jakiej szkoły należysz.
- Wstyd mi to wyznać, lecz nigdy nie uczyłem się tej sztuki – odparł strażnik.
- Czyżbyś chciał mnie oszukać? Jestem nauczycielem samego szoguna i moje oko nigdy mnie nie zawiodło.
- Wybacz, że urągam twemu honorowi – odparł strażnik – ale naprawdę nie wiem nic o szermierce.

Jego zdecydowanie zastanowiło mistrza miecza, pomyślał więc chwilę i powiedział:
- Jeśli tak mówisz, to musi być prawda. Nadal jednak jestem pewien, że w jakiejś dziedzinie jesteś mistrzem, chociaż nie wiem, w jakiej.
- Skoro nalegasz, powiem ci – odparł żołnierz. Jest jedna rzecz, w której jestem mistrzem. Gdy byłem jeszcze chłopcem, przyszło mi do głowy, że jako samuraj nie powinienem w żadnych okolicznościach bać się śmierci. Zmagałem się z tą kwestią przez kilka lat i w końcu śmierć nie stanowi już dla mnie problemu. Może to właśnie wyczułeś?
- Tak! O to mi właśnie chodziło! - rzekł nauczyciel.
Cieszę się, że mój osąd okazał się słuszny. Ostateczna tajemnica mistrzostwa w fechtunku leży również w uwolnieniu się od myśli o śmierci. Zgodnie z tą zasadą ćwiczyłem setki uczniów, lecz jak dotąd żaden z nich nie zasłużył na mistrzowskie świadectwo. Tobie technika jest niepotrzebna. Już jesteś mistrzem.


Doszedłem do cerkwiska w Smereku.

piątek, 4 grudnia 2015

Nieznajomy na drodze

Czyli bajka z morałem.
Wstaje kolejny dzień.



Codziennie wędruję po bliższej i dalszej okolicy, poznałem wiele nowych ścieżek. Jednak po powrocie, coraz częściej kieruję wzrok na połoniny widoczne na horyzoncie      
         

Coraz bliżej do decyzji wymarszu ze zrębu ponad Smerekiem  ....
Codziennie, i to nieraz po kilka razy, zasiadam do zapisania czegoś w zeszycie. 


Nie zawsze jednak jest wena. Na przykład teraz: - zeszyt otwarty, długopis w dłoni i jakoś nic nie przychodzi do głowy. Idę z aparatem ponad namiot. Na dole zdjęcia widać kropkę namiotu. I połoniny widać......

Robię zdjęcie i przychodzi myśl: - Zobacz, co ci powie Anioł.
Wracam i sięgam po jedyną książkę, którą niosę. Następnie otwieram tę książkę na „chybił – trafił”.
          Znacie to?
Wierzący robią tak z biblią, ale to działa w przypadku każdej książki, którą lubisz. Bo jeśli coś lubisz, to coś także lubi ciebie.
Kiedy potrzebujesz inspiracji, masz jakiś problem lub pytanie - skup się.
Potem otwórz książkę na dowolnej stronie i czytaj.
To może być tylko jedno słowo - klucz, które trafi ci do serca, lub jedno zdanie. Albo cały wątek.
Zamknąłem oczy, chwila skupienia, otwieram książkę, następnie otwieram oczy, bo z zamkniętymi oczami byłoby trudno czytać, i czytam, co napisał Chuck Norris:

„Przebywanie tu i nigdzie indziej stanowi klucz. Żyjąc w czasie teraźniejszym jestem w pełnym kontakcie ze sobą i otoczeniem.
W teraźniejszości nie ma żalów, które przynosi myślenie o przeszłości, nie ma także troski o przyszłość.
 
Istnieje tylko teraz, tylko ta chwila.
Poza nią nie ma niczego.
         Mój ojciec stanowi doskonały przykład kogoś zupełnie nie panującego nad swoim życiem. Smutna prawda wygląda tak, że przepędził je po prostu, potykając się o własne nogi, zawsze znajdując wytłumaczenie dla swoich porażek i odmawiając przyjęcia odpowiedzialności za to, co robi.
Wielu ludzi go przypomina.
       Przechodzą po prostu przez życie, wegetując z dnia na dzień. Nie dlatego, żeby nie mieli marzeń, czy wizji osiągnięcia jakiegoś wielkiego sukcesu. Ich marzeniom towarzyszy zawsze mnóstwo wymówek, opartych na żelaznych argumentach, które stają im na drodze dokładnie w chwili, kiedy tylko pomyślą, że może – ale tylko może – nadeszła pora, aby coś z tymi marzeniami zrobić.
       Zawsze coś staje im na przeszkodzie.
Albo pora roku jest nieodpowiednia, albo auto akurat jest w naprawie, albo są strasznie zmęczeni po ostatniej nocy.
Tak sobie tłumaczą.
       W gruncie rzeczy jedyną przeszkodą na drodze są oni sami.
Przypomina mi się zdanie, które wypowiedział parę lat temu jeden z moich uczniów. Był początkującym i miał problemy z koordynacją ruchową.
Kiedy poruszał rękami i nogami jednocześnie, ale w różnych kierunkach, zaplątywał się we własne kończyny i najczęściej lądował jak długi na macie.
Kiedyś, gdy właśnie coś takiego zrobił, spojrzał na mnie z dołu i powiedział zawiedziony: - Sam sobie wchodzę w drogę.

Jego problem można było rozwiązać względnie łatwo, głównie dzięki jego postawie. Wiedział, ze coś robi źle i zależało mu, żeby to poprawić. Był otwarty na wszystkie moje wskazówki. W sumie musiał po prostu nauczyć się każdego ruchu z osobna, a potem połączyć je w płynnie wykonywaną całość.
Jednak wielu ludzi staje sobie samym na przeszkodzie w dużo poważniejszym sensie.
Blokują własny sukces, sami wznosząc te blokady. Potykają się o własne nogi bez czyjejkolwiek ingerencji.

Jest taki słynny koan zen o tym, jak się powinno powitać nieznajomego spotkanego na życiowej drodze. Można się nad tym zastanawiać na wiele sposobów.
Według mnie, ten nieznajomy to my sami.
Jak byś powitał samego siebie?
Jak byś się ocenił, patrząc na przebytą drogę?
Można zwizualizować ten koan jako dwie postacie, ciebie i tego obcego, stojących twarzą w twarz na ścieżce. Kiedy tak na to spojrzymy, pojawia się pewien paradoks: - nieznajomemu przeszkadza w dalszym marszu tylko to, że stoisz na jego drodze.
I zupełnie tak samo ciebie nic nie zatrzymuje, nie ogranicza cię nic poza tobą samym, ponieważ to ty jesteś tym nieznajomym.

Trudno to zaakceptować, a jeszcze trudniej żyć z tym w zgodzie.
Zwykle potrafimy obejść jakoś przeszkody stawiane na naszej drodze przez innych, ale te, które tworzymy sami, które pochodzą z głębokich pokładów naszego umysłu, wydają się jakby wkopane w ziemię i szerokie na cały horyzont.
I takie faktycznie są, bo to my sami nimi jesteśmy.


Jedyną przeszkodą na twojej drodze jesteś ty sam.

Tę przeszkodę można obejść jedynie od wewnątrz. Z punktu widzenia zen, nasze wnętrze to jedyne miejsce gdzie ta przeszkoda istnieje.
Jeżeli coś idzie w twoim życiu nie tak, jakbyś chciał, nie szukaj wymówek i nie zastanawiaj się, kogo by o to obwinić.
Niewiele osiągniesz, jeżeli:
- Zwątpisz w swoje umiejętności
- Będziesz wciąż porównywał się do innych, uważając, że im nie dorównujesz,
- Będziesz głupio pewny siebie.

Pamiętaj także, że myślom wysłanym przez własną podświadomość wierzymy zawsze bardziej niż słowom innych. Starajmy się przekształcać nasze myśli, jedna po drugiej, w pozytywne, a potem niech one towarzyszą nam przez całe życie.
Kiedy nauczymy się myśleć pozytywnie, nasza podświadomość dostosuje się do tego, pracując na naszą korzyść nawet we śnie.
Ty będziesz spał, ona nie.
Po pewnym czasie wszelkie blokady znikną i oczyści się ścieżka przed tobą.

- Naucz się myśleć dobrze o sobie, okazując sobie nie mniejszy szacunek, jaki okazujesz innym.
- Naucz się witać siebie, jak kogoś nieznajomego – uprzejmie, i bądź otwarty na tę możliwość, że być może zaprzyjaźnisz się z tym nieznajomym na całe życie.
- Miej świadomość, że osoba stojąca przed tobą może zostać kim zechce, mogła przybyć skądkolwiek i może jest w przededniu wielkich osiągnięć. Ten nieznajomy być może wkrótce spełni niejedno twoje marzenie.
- Tak się jednak stanie wyłącznie wtedy, gdy na tę możliwość się otworzysz.

Morał jest taki: nigdy nie wiesz, czy spotkanie z nieznajomym nie zmieni całego twego życia, jeśli tylko sam sobie nie staniesz na drodze".


PS. Hanna Kotwicka napisała przewodnik do Kalendarza Majów, on ma tytuł: Ja innym Ty. Wydawnictwo Pulsar.
Zobacz kim jest ten nieznajomy.
Google. 
Wpisz: - Hanna Kotwicka, metryka. Wstukaj swoją datę urodzenia.

Błękitny krystaliczny wicher wita.

czwartek, 26 listopada 2015

Ponad Smerekiem

Schodzę z Fereczatej

Ptaki śpiewają, słońce świeci, zefirek przynosi fale pachnącego powietrza, jestem w objęciach wielkiej przestrzeni i wspaniałego samopoczucia.
Czy właśnie tak wygląda szczęście?
Nie wiem.
    A więc odwołuję się do uczuć: - Czuję się.... wolnym człowiekiem!
Takie uczucie z automatu daje zadowolenie.
Będzie pan zadowolony, panie Zbyszku... a więc jestem zadowolony.
Wszystko jest przecież tak proste: - możesz być zadowolona - ny albo niezadowolona. Co wybierasz?
    Do Smereka z Fereczatej tylko się schodzi. Najpierw schodzi się łagodnie, potem jest większy spadek.
      Zupełnie jak na giełdzie.
Uff! Odspawałem się od komputera, od śledzenia wykresów. I to na wiele miesięcy się odspawałem. Bardzo mi z tym dobrze! A więc tak trzymać, bo uczucia nie kłamią. Mam pieniądze, mogę odpoczywać.
     Wszystkiego na świecie jest pod dostatkiem, a nawet jest wszystkiego boski nadmiar, nie tylko pieniędzy, także czasu i miłości..... również nie trzeba gonić, tylko ludzie o tym nie wiedzą. A dokładniej: nie chcą o tym wiedzieć.
      Co by robili wtedy z nadmiarem wolnego czasu?
Przeciętny Kowalski spędza prawie jedną piątą swego życia przed telewizorem..... I taki ktoś ma być mądry?
Promieniuję tymi myślami, nie narzucając się nikomu oczywiście. Kto chce, to czyta.
A kto ma uszy, ten słucha.....
W końcu każdy żyje po swojemu, każdy idzie swoją drogą. Mnie nic do tego.
       Moja droga prowadzi do Smereka.
A więc schodzę w tę stronę.
Zaczynają się błotne odcinki, przecież niedawno padało. To był ten deszcz, który padał na biwaku nad Hyrlatą.
Trzeba stąpać ostrożnie, jest ślisko, miejscami chwytam się krzaków. Bieszczadzkie błoto nie ma sobie równych.
      Hen, wysoko krąży para orlików krzykliwych, krzyczą charakterystycznie. W tym krzyku jest zawarta ogromna pulsująca radość. Przypominają mi się orły przednie znad Chryszczatej....
     Lubię krzyk orłów.
Zamieniam się w słuch, lecz jednocześnie w tym sławnym tu i teraz pilnie uważam, żeby nie wywinąć orła na błocie.
     Schodzę niespiesznie.
Docieram do drogi biegnącej u podnóża Fereczatej ponad Smerekiem. Stąd jest niecała godzina w dół do szosy. Jednak mnie się nigdzie nie spieszy, a zwłaszcza do szosy. Tu jest tak ładnie, znajdę więc jakieś niezwykle urocze miejsce i postawię w nim swój dom. A potem pomieszkam.
Jak mówił Osho: - gdy masz namiot, każde miejsce może być twoim domem.
Ja bym jeszcze dodał: - jeśli oczywiście masz na to czas.

       Pragnienie.

Jeśli czegoś pragniesz dostatecznie mocno, gdy to dostaniesz, smakuje wtedy bardzo.
Pić się chce. Jeszcze na Okrągliku wypiłem wodę, którą niosłem z Hyrlatej. Już na Okrągliku chciało mi się pić. Potem było tak cudnie, że zapomniałem o pragnieniu. Jadłem, ale nie piłem od odejścia z Okrąglika, dlatego skręcam w stronę mostka-przepustu nad potokiem Niedźwiedzim.
Boziuniu! Co za woda płynie tym potokiem! Czy mam o niej napisać, że jest czysta?
      To jest woda Kryształowa! Do tego zimna jak.... z lodowca i niezwykle smaczna! To wrażenie pozostało, i towarzyszyło mi przez te kilka dni, gdy biwakowałem ponad Smerekiem.
Powtórzę: - w potoku Niedźwiedzim u stóp Fereczatej, płynie wyjątkowo smaczna woda, porównać ją mogę tylko z uzdrawiającą wodą ze źródła Synaguryczne ponad Młynem Kamieni w Huczwicach.
      Po ugaszeniu pragnienia, następuje Ceremonia Chlapu – Chlapu. Potem napełniam butelkę.
A wokół bieszczadzkie lato, czyli upał jak się należy w czerwcu w górach. Kto nie posmakował takiej chwili, niech żałuje.
Nad potokiem rosną poziomki. Bieszczadzkie poziomki..... 
Wszystkie metafory kulą się w tym miejscu do nogi i skomlą, jak zagubione psy.....
W każdym razie poziomki znad Niedźwiedziego łagodzą nieco wzbierający głód.
      Teraz mogę się udać (niespiesznie oczywiście) na poszukiwanie fajnego miejsca na dom.
Poszedłem tu, poszedłem tam i w końcu znalazłem miłe miejsce na samym dole wielkiego zrębu. Sądząc po śladach, ścinka była tu prowadzona jakieś dwa, no może trzy tygodnie temu. Teren jest bardzo odsłonięty, nic dziwnego więc, że znajduję pierwsze w tym roku, pojedyncze, dojrzałe jagody.




Stawiam dom na tym odludziu. Lubię odludzie bowiem, ono mnie odtłumia.
Odtłumienie jest bardzo ważne. Więcej: ono jest godne i sprawiedliwe i tego się trzymam.
     Człowiek jest zwierzęciem stadnym?
Czuję się człowiekiem, ale także zwierzęciem, lecz za stadem nie przepadam. A więc wyjątek?
Nie wiem.
Być może, być może. Tylko pamiętajmy o jednym: wyjątek nie potwierdza reguły, wyjątek regułę kompromituje.

Stoi Dom ponad Smerekiem.

Obiad ugotowany. Teraz sjesta, leżę na dowolnie wybranym boku. (Trzymając w ręku kamyk zielony)
Na miękkim leżę. Jest miękko, bo pod podłogą namiotu zalega chyba piętnastocentymetrowa warstwa igieł świerkowych, czy jodłowych. Luksusowe spanie się szykuje więc. Szykuje się więc.
     Leżę i myślę. (bo mam czas) Myślę tak: gdybym siedział, a jestem
przecież na zrębie, mógłbym zacytować wiersz:

Siedziałem na zrębie
Dłubałem se w zębie
A ludziska głupie
Myśleli że ….....

Patrzę na to, co widać z okna mego domu. 
Cudny dzień widać. 
Sjesta. W brzuchu dobrze. Niebo niebieskie, trawa zielona. Po niebie niebieskim płyną białe obłoki..... Robi się usypiająco.....

Chce ci się jeść? To jedz.
Chce ci się spać? To śpij.
Pospałem więc.  
Jest prześlicznie, a więc jedno zdjęcie i mogę popisać dalej o zen w życiu i sztukach walki.

Chuck Norris jest skromnym człowiekiem. Jednocześnie jest mistrzem. Każdy mistrz zawsze spotyka na swej drodze kilku lepszych od siebie.
Norris opisuje czas nagrywania w Brazylii filmu Wejście Smoka z Brucem Lee i Bobem Wallem.
Po wakacjach pojechali w trójkę, aby odwiedzić tamtejsze szkoły taekwondo i capoiery.
Capoiera to niszczycielski system samoobrony, kładący nacisk na uderzanie w głowę i nogi. Został on stworzony ponad trzysta lata temu przez niewolników z Afryki i przez większość tego okresu jego stosowanie było oficjalnie zakazane.

Chuck pisze: - Miałem pewne zaufanie do swych umiejętności walki w parterze......W chwili, kiedy zaczęliśmy się mocować z Ricksonem Gracie, całe moje wieloletnie doświadczenie nagle gdzieś uleciało. Rickson kontrował każdy mój ruch duszącym chwytem, który zmuszał do natychmiastowego poddania się. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem.....

Każdy, nawet najlepszy, trafi kiedyś na lepszego od siebie, ale tajemnica tkwi w czym innym.
O tym Norris pisze w rozdziale: - Jak stać się sobą.

Kto sam siebie pokona, jest największym wojownikiem.
Konfucjusz.

PS - Zamiast „pokonać”, zdecydowanie wolę słowa: poznać, zrozumieć, zaakceptować.
Na tym polega oświecenie.
Żeby je uzyskać trzeba tylko otworzyć serce ( i głowę, i głowę ) na zen, sufizm. Można także wejść w zen, zaufać, poprzez przyjęcie nauk Oświeconych: Chucka Norrisa, Buddy, Osho, Nicoli Tesli, Nassima Harameina.....

Przypomnę: - Kiedyś, każdemu z Trzech Wielkich Oświeconych (Budda, Jezus, Mahomet) zadano pytanie: - Jesteś Bogiem?
Odpowiedź każdego z nich była taka sama:
  • Nie jestem Bogiem. Jestem tylko oświeconym.

środa, 25 listopada 2015

Wykład o wolności

Lubię ludzi o podobnych wibracjach, jestem otwarty, za to dostaję zwykle taką samą otwartość.
Lubię pisać, także dzięki pisaniu poznaję coraz to nowych autentycznych ludzi.
      Kiedy zaczynam rozmawiać, lub słuchać kogoś takiego, natychmiast coś się zaczyna dziać z wibracjami w ciele, czuję, że są mocniejsze. To właśnie one przyciągają do siebie podobnie wibrujących. I tak było wczoraj, gdy kilka osób rozmawiało ze mną po skończonym wykładzie.

Był magiczny wieczór z księżycem w pełni, gdy przez prawie puste ulice szedłem na warszawską Politechnikę, opowiadać o pieniądzach, ale także o odpowiednim nastawieniu do życia, o wolności.
     Astronomia finansowa: - połączyć harmonijnie dwa żywioły: pieniądz i duchowość – oto jest wyzwanie.
To na tym połączeniu u większości ludzi bywają spięcia i zgrzyty.
Forsowałem myśl, żeby wziąć odpowiedzialność za siebie, a więc i za swoje pieniądze. Nie oczekiwać, że ktoś nas poprowadzi za rękę. Jeśli ktoś szuka guru, który będzie mu podpowiadał, robi z siebie głupca.

Opowiedziałem o mistrzu szermierki, tak, jak to przekazał Chuck Norris we wczorajszym wpisie.
Podałem konkretny przykład tej pokrywki, którą starzec z opowiadania zasłonił się przed uczniem: tą pokrywką jest na przykład cennik na blogu. To moja tarcza, brama.

Po pierwsze uczenie jest nieproste. Absorbuje, męczy. Długi czas nie uczyłem.
Po drugie: uczenie powinno być skuteczne, a z tym bywało różnie. Zwykle uczniowie sprzeniewierzali się regułom postępowania. Za szybko wchodzili na giełdę, za krótko uczyli się rutyny na demo, nie stosowali stopa itd.

Zmieniłem fundament uczenia: lekcja nie trwa kilka godzin, tylko rok. Testuję ten fundament i wyniki są obiecujące.
A dzięki cennikowi - tarczy mam spokój: uczniowie są bardzo nieliczni, mało kto odważa się w ogóle napisać. Gdy jednak napisze, czyli zapuka do bramy, bywa, że po pewnym czasie dostaje lekcje za zupełnie inne pieniądze.
A nawet za darmo, gdy jest tego wart.
I nie jest tak, że to uczeń wybiera nauczyciela. Jest odwrotnie.

Była także mowa o tym, że warto uczyć się reguł szermierki życiowej.
To był udany wykład, pomimo drobnych problemów z komputerem.

Kiedyś, gdy spontanicznie otwierałem się w ufności, następował pewien schemat: część rozmówców była zdumiona. Słuchali Zbyszka mówiącego o radości z fotografowania kropel deszczu, o mieszkaniu w namiocie na odludziu, o tym, że każdy dzień jest dla niego niedzielą.
Jak mają tego faceta zaszufladkować, ocenić? Bo trzeba wszystkich szufladkować, jak uczy tresura społeczna.
     Szczęśliwy facet, pełen pasji…. Znaczy coś z nim nie tak jest.
Trzeba go naprawić, czyli najpierw właśnie ocenić, przyczepić mu do czoła etykietę – świra najlepiej. Bo szczęśliwy znaczy chory.
    "Większość jest nieszczęśliwa, ja należę do większości, jestem nieszczęśliwy, nie mam tego wszystkiego, co bym chciał mieć, za mało miłości, za mało pieniędzy, za mało czasu, a rząd nas okrada.
I jak można nie oglądać telewizji i nie interesować się polityką?
Ten facet na blogu pisze? Ja nie piszę (nie chcę, nie potrafię ) ale teraz mam go na widelcu".
    I słyszałem: - „Dziś wszyscy na wyścigi piszą na blogach, nieraz o bardzo osobistych sprawach. To ekshibicjonizm czysty”.
 
Słuchacz zadowolony z siebie, ze swego nadętego ego, ze swej „mądrości”, już ocenił i osądził. Czyli zrozumiał. Bo on wszystko rozumie i potrafi naukowo wyjaśnić. Milknie więc, czekając na ripostę.
Jestem wolnym człowiekiem, czyli nieprzewidywalnym. Jednocześnie odpowiedzialnym w rozumieniu Osho.
     Generalnie opinia innych mi wisi. A z tymi, którzy przyklejają etykiety jest mi nie po drodze, wolę posłuchać miłej muzyki, lub pobyć ze sobą.         
Należy przerwać kontakt z negatywnymi ludźmi.
Nieraz tylko odchodzę w spokoju, nie przyjmując przesyłki. Wtedy ona wraca do nadawcy. Jak zgniłe jajo.
Nieraz powiem: - bądź błogosławiony.
    Nie działam konwencjonalnie, więc zdarzyło się również, że rozmówca usłyszał: - idę już, bo rozmowa z tobą jest mi potrzebna jak pryszcz.
Tu przypomina mi się jeden niepowtarzalny minister w ekipie rządu Rakowskiego, to było gdy komuna padała.
     Facet nazywał się Wilczek. Zrobił kasę we własnym biznesie. Praktyk.
Szło nowe w Polsce. W czasie posiedzenia Rady Ministrów, wypowiadali się partyjniacy, czyli ludzie od błędnych idei i teorii, nie mający pojęcia o prawach wolnego rynku. Wilczek słuchał i gdy przyszła jego kolej na mówienie powiedział krótko: - Zamiast waszych przemówień, wolę słuchać jak krowa pierdzi.

Powiedział niegrzecznie? Nie, on tylko mocno zaakcentował prawdę. I to jest zachowanie autentyczne. Na takie zachowanie nie każdego stać.

 A słuchaczom wczorajszego wykładu jeszcze raz dziękuję.




wtorek, 24 listopada 2015

Chuck Norris

Zen szermierki

Dotyczy każdej szermierki, życiowej także.

Jesteśmy tym, co myślimy.
W całości powstajemy z myśli.
Myślami stwarzamy świat.
                                                             Budda.

Dochodzę do Fereczatej.

Podoba mi się to miejsce. Są szersze widoki niż na Okrągliku, a także więcej miejsca na biwak.
Pobyłem trochę na bezludnej Fereczatej.... W tym czasie chmury prawie odpłynęły.
Kiedy znowu zakładałem plecak, pomyślałem: - teraz idę dalej, ale jak będę wracał z rajdu, dobrze by było, żebym w tym miejscu odprawił ceremonię pomieszkania....






Mistrz wschodnich sztuk walki. Tak napisałem wczoraj. Odzew czytelników był natychmiastowy: - to Chuck Norris.
A więc Chuck Norris pisze:

Z zen można się spotkać na całym Dalekim Wschodzie, szczególnie w Chinach i Japonii. Odbiciem jego ducha są poezja, kaligrafia i malarstwo, układanie kwiatów i urządzanie ogrodów, łucznictwo oraz wiele aspektów codziennego życia, łącznie z ceremonią parzenia i podawania herbaty......
      Zen to także integralna część wschodnich sztuk walki. Opiera się na dyscyplinie i ma specyficzny smak. Ten smak powinien budzić w człowieku poczucie większej przytomności, dzięki czemu dostrzega się piękno i prostotę rzeczy nawet najzwyklejszych.
      O tym smaku zen mówią aforyzmy i opowieści zen. Są one bardzo stare i są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Oto jedna z moich ulubionych opowieści:

Pewien młodzieniec chciał się nauczyć szermierki. Poszedł wysoko w góry do starego mistrza miecza, który ostatnie lata życia postanowił spędzić w górskiej samotni.
    Mistrz zgodził się przyjąć go za ucznia i młody człowiek zamieszkał z nim w chatce. Od samego początku mistrz wynajdywał dla niego rozmaite prace: zbieranie gałęzi, rąbanie drewna, noszenie wody, gotowanie ryżu, sprzątanie, pielenie ogródka i temu podobne.
     Mijały dni.
Mistrz wciąż nie mówił słowa na temat mieczy i fechtunku. Codziennie rano uczeń odkrywał, ze czeka na niego nowa seria obowiązków. Wreszcie zmęczyło go to, ze zamiast lekcji szermierki, pracuje u starego człowieka jako służący. Poszedł więc do mistrza i zapytał go o nauki, po które doń przybył.
     Rozpoczęły się lekcje.
Gdy następnego ranka uczeń zabrał się do gotowania ryżu, mistrz nagle pojawił się za nim, uderzył go boleśnie drewnianym mieczem i odszedł bez słowa.
Potem młodzieniec zaczął zamiatać pokój. Nagle mistrz pojawił się znowu, uderzył go i wyszedł.
     Odtąd było tak co dzień, od rana do wieczora. Uczeń nie miał chwili spoczynku, cokolwiek by bowiem nie robił, wiedział, że w każdej chwili może pojawić się mistrz i uderzyć go drewnianym mieczem.
Minął jakiś czas.....
    W końcu uczeń stał się czujny, nauczył się uchylać przed uderzeniami mistrza. Wówczas poczuł, że coś osiągnął, lecz mistrz nie był z niego zadowolony.
     Pewnego ranka mistrz zajęty był gotowaniem warzyw nad ogniskiem. Uczeń postanowił odwrócić role. Znalazł spory drąg i podkradł się do starca od tyłu. Kiedy ten pochylił się nad garnkiem, młody człowiek zamachnął się, chcąc go uderzyć.
Jednak mistrz momentalnie chwycił pokrywkę i odbił nią uderzenie.

W tym momencie uczeń doznał olśnienia, o którym wspomina zen: pojął jedną z tajemnic sztuki walki, ową przytomność zmysłów, którą powinno się wyostrzyć do tego stopnia, żeby móc uprzedzić z szybkością myśli ruch przeciwnika.
     Nauczył się także, że zawsze należy utrzymywać umysł w otwartości na naukę.
I po raz pierwszy zrozumiał i docenił, życzliwość swego mistrza.
Nauka każdej ze sztuk walki wymaga zapamiętywania i doskonalenia ruchów i technik.
      Jednak cała biegłość techniczna świata nie wystarczy do stworzenia mistrza i będzie nieprzydatna, jeśli się sprzeniewierzysz zasadom otwartości umysłu.
    Uczeń nauczył się, że aby zostać wielkim szermierzem, trzeba mieć odpowiednie nastawienie umysłu. Być całkiem zestrojonym z otoczeniem, w każdej chwili być gotowym zareagować.
To jest właśnie podstawa, to jest zen szermierki. I to należy sobie przyswoić na samym początku.