Zwykle wraz z wiekiem odzywa się potrzeba odwiedzenia miejsc rodzinnych i pewnie dlatego czuję się Bieszczadach u siebie. Nie zapomnę wzruszenia (uczucia nie kłamią), kiedy po wielu życiowych
zakrętach przyjechałem po raz pierwszy na tę Skrzywdzoną Ziemię i poczułem się znowu dzieckiem. Czy też dotarło do mnie, że noszę w
sobie to sławne „wewnętrzne dziecko”, całkiem dotąd zaniedbywane, a teraz chciałbym mu to wynagrodzić.
Wtapiam się w bieszczadzką przyrodę, a wiatr w
szerokiej przestrzeni odbieram jako powiew wolności. Cała przeszłość zostaje za
górami - urodziłem się po raz drugi?
Nie tęsknię za obłudą tak zwanej cywilizacji, w
zupełności wystarcza mi możliwość zaspokojenia najprostszych, podstawowych
potrzeb. I nie nudzę się ze sobą, bo siebie akceptuję. Poza tym nie jestem sam - pamiętajmy, że nad każdym z nas czuwa Duch Opiekuńczy.
Wolność. Odkryłem, że znów mogę beztrosko biegać
za motylem.
Bo kiedy jest wyjątkowo miło, tudzież bardzo
przyjemnie? Ano wtedy, gdy wybierasz luzik.
Wtedy otóż, kiedy robisz cokolwiek, ale bez jakiegoś planu, programu. No i bez
przymusu i pośpiechu, czyli niespiesznie. Możesz coś robić, choć nie musisz, a
jednak to robisz z powodu przyjacielskiego nastawienia do świata. Albo nie robisz
nic, jesteś przecież w Krainie
Nicnierobienia i dlatego łatwo wpadasz w objęcia Błogosławionej Lubości. Po kokardkę przepełnia cię niewypowiedziane zadowolenie i błoga
przychylność dla egzystencji. Znaczy luzik
ciebie dopadł i to jest właśnie stan najcenniejszy.
Albowiem gdy osiągnąłeś już ten stan, a wypada
akurat potrzeba wykonania czegoś, co niekoniecznie lubisz, to jednocześnie
możesz przecież żeglować myślami po wielokrotnie przywoływanych Zielonych Łąkach. I dzięki temu mykowi utrzymujesz stan najcenniejszy.
Oczywiście możesz starać się robić tylko to, co
lubisz, atoli jest to już jakiś wysiłek, przymus, czyli azaliż gubisz luzik, zapominając, że powinna być
odmiana: góra – dół, słodkie – gorzkie. Niemożliwe jest bowiem wędrowanie tylko na lewej nodze, albo trwanie we wdechu. Wydech musi być.
Nie doceni
ciepła ten, kto choć raz porządnie nie przemarzł.
Co ciekawe, ten Twój radosny nastrój mocno irytuje
otaczających ciebie ludzi. Przeciętni Kowalscy nie trawią Twego zadowolenia.
Uważają, że jeśli nie narzekasz, nie jojczysz, to jest z Tobą coś nie tak,
bowiem normą w świecie ludzi są trzy rzeczy: - tkwienie w nieszczęśliwości, zachowania stadne, oraz podobieństwo do maszyn.
Zabawnie jest nieraz zakpić sobie z przeciętnego
Kowalskiego, tylko dla własnej satysfakcji, lub w nadziei, że ów aluzję
zrozumie. Każdy przecież na swój sposób poszukuje prawdy. Przypomnę, że w Bieszczadach
przylgnęła do mnie także ksywka jajcarz.
Każdy poszukuje swojej prawdy, więc zadaje pytania. Sobie, innym i wszystko jest okej dopóki nie daj boże niewinne pytania nie przejdą we wścibstwo. Wtedy należy przycisnąć hamulec. Tu przypomnę rozmowę z gościem, który przyczepił się, kiedy akurat przechodziłem przez Roztoki w drodze na Fereczatą. To maleńka osada jak widać, zero ludzi. Ten gościu niósł
reklamówkę, więc nie był turystą. Dogonił mnie, idziemy razem.
- Dzień
dobry – dzień dobry. Standardowa ciekawość rozpiera gościa:
- A pan
dokąd? – wyjaśniam dokąd.
- Pan na krótko
w Bieszczady przyjechał? – Na długo. Ogólnie w podróżach jestem przez wiele
miesięcy w roku.
- To pan
chyba nie pracuje? – Pracować przestałem już wiele lat temu.
- To pan
musi mieć dużo pieniędzy, podróże kosztują!
- Zgadza
się. Podróże kosztują, ale mam dość pieniędzy.
Facet przygląda mi się z ukosa, chwila milczenia,
wreszcie odważa się zadać to nurtujące go pytanie:
- A skąd ma
pan te pieniądze, jeśli oczywiście można wiedzieć?
- Można.
Pieniądze biorę z szafy.
- Jak to z
szafy?
- No z
szafy. Kiedy potrzebuję kasy, podchodzę do szafy, otwieram ją i wyjmuję tyle,
ile mi potrzeba.
Gościu przetrawia informację. Ma wątpliwości, więc
pada kolejne pytanie:
- A skąd
biorą się pieniądze u pana w szafie?
- Moja żona
tam je wkłada.
Teraz czekam na ostatnie klasyczne pytanie, jako
że tę anegdotę stosowałem już multum razy i ona zawsze działa. Rozmówca już nie
odpuszcza, ponieważ wydaje mu się, że za chwilę zagadka się wyjaśni.
- A pana
żona to skąd bierze te pieniądze?
- Ja jej
daję!
I to nie był jeszcze koniec rozmowy, dalszy ciąg
już kiedyś opisałem.
Fereczata.
Krystaliczne powietrze o poranku, niosące nieco
później zapach łąki, ziemi lub lasu. Samotność i cisza. Idę. Lub tylko jestem. Być
może tak wygląda droga do nieba, oczywiście jeśli ktoś w nie wierzy.