Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2026

18 października 1944

Podczas codziennych włóczęg 2015 po okolicach Woli Michowej, prawie zawsze znajdowałem jakąś ciekawostkę.



Pocisk granatnika z łąki Staszka Firsta.

Któregoś pięknego dnia, na Szczycisku na zachód od Maniowa natknąłem się (organoleptycznie, bez pomocy wykrywacza) na stertę łusek z działka 25 mm. Było ich prawie trzysta. Przy spłonce miały wybity rocznik: 1942 i 1943. Był wpis.

Od Staszka dowiedziałem się o drugim stanowisku takiego działka przeciwlotniczego, ustawionego na zachodnim zboczu góry ponad Maniowem, w miejscu, gdzie Staszek wypasał byki w czasach powojennych. Tam w lasku znalazł on podobną stertę łusek. Czyli także tu strzelanie było.

Przydźwigałem swoje znalezisko do Kołyby i przypomniało mi się dzieciństwo, a z niego zabawy ołowianymi żołnierzykami, których ustawiałem w ordynku różnym.












W kolejnych latach odwiedzałem nowe miejsca i ludzi i wreszcie zawitałem do Średniej Wsi, gdzie poznałem rodzinę miejscowych bojków, których ominęła deportacja. Stareńka, azaliż żwawa pani Olga opowiadała:

- W 1944 roku, wiosną, Niemcy wynajęli mego ojca z koniem, aby wciągnął takie małe działko na górę ponad wieś, na sam szczyt pod lasem, tam gdzie nasza łąka. Pamiętam, jak ojciec się cieszył, bo Niemcy dobrze zapłacili. Przychodzili do naszej chyży parokrotnie, pili z ojcem i opowiadali o nadchodzącej czerwonej zarazie. Z tego działka to tylko jeden raz potem strzelali i zaraz, 18 października przyszli Ruskie. Dobrze pamiętam dzień, bo to akurat w moje 18. urodziny było.

  Zastanawiałem się, do jakich to samolotów Wehrmacht strzelał, bo te kilka stanowisk, które odwiedziłem, wszystkie były skierowane na zachód, czy też południowy zachód. Więc nie do radzieckich.

Alianci lecieli na zrzut pomocy dla Powstania Warszawskiego?

Niby daty się zgadzają – 18 października 1944 roku, po heroicznej walce przy moście kolejowym w Łupkowie, Niemcy wysadzili Tunel i wycofali się. 


poniedziałek, 25 listopada 2024

Czas wypoczynku

 


Życie w stanie pełnego luzu było zawsze wyklinane przez two­je pracoholiczne społeczeństwo i traktowane jak lenistwo. Po­czucie rozluźnienia oznacza jednak, że masz do wszystkiego zdrowe podejście. Nie gonisz jak wściekły za pieniędzmi, nie przepracowujesz się, a jedynie zaspokajasz swoje potrzeby ma­terialne. Praca jest właśnie po to. Są jednak także potrzeby du­chowe. Te zaspokajasz, jeśli umiesz „odpuścić". Niestety więk­sza część ludzkości całkowicie bojkotuje jakikolwiek rozwój duchowy.

Stan rozluźnienia to wspaniałe odczucie samej egzystencji, „nicnierobienia", siedzenia w ciszy; przecież trawa i tak rośnie sama z siebie. Ciesz się, że słyszysz ptaki, że drzewa są zielone, że wszystko ma wiele wymiarów i feerię barw. Poczucie, że ży­jesz, nie wymaga od ciebie żadnego wysiłku; odwrotnie - musisz zaprzestać wysiłków. Zatęsknij za stanem braku jakiegokolwiek zajęcia, bez napięć, bez trosk.

Takie wyciszenie pozwoli ci zestroić się z muzyką, która ciebie otacza, ale ty jej nie słyszysz. Nagle dotrze do ciebie, jak cudowne są wschody słońca. Mi­liony ludzi nie zwracają uwagi na piękno wschodów i zachodów słońca. Nie mogą sobie na to pozwolić. Są zajęci ciągłą pracą i wytwarzaniem; nie dla siebie, lecz dla sprytnie narzuconych cu­dzych interesów, dla tych, którzy mają władzę, którzy umieją ma­nipulować jednostkami ludzkimi.

Rządzący w swoim własnym interesie przekonują wszy­stkich, że praca jest czymś wspaniałym. A większość ludzi wie­rzy w to tak mocno, że nie jest już nawet w stanie się zrelakso­wać. Nawet w dni wolne od pracy chcieliby coś robić. Nie umieją usiąść na brzegu morza i rozkoszować się świeżym powietrzem, przesyconym jodem. Z braku lepszych zajęć są w stanie rozło­żyć na części lodówkę, chociaż działała bez zarzutu, albo roze­brać zegar pradziadka, który chodził od stuleci. Chcą coś po­prawić, polepszyć. Muszą coś robić, dokądś pójść, coś zorganizować. Nie usiedzą spokojnie w milczeniu - oto cały problem.

W święta ludzie wyjeżdżają do kurortów, na plaże. Nie po to jednak, by się zrelaksować - nie będzie na to czasu ze wzglę­du na tłok panujący tam w tym okresie. A święta to najlepsze dni na pozostanie w domu, bo całe miasto wyjeżdża nad morze. Zderzak przy zderzaku, jadą wszyscy... a kiedy dojadą, jest tam tak ciasno, że trudno znaleźć miejsce na plaży. Widziałem to na zdjęciach……

 Nawet morze śmieje się z ich głupoty. Poleżą tak sobie chwilkę i zaraz muszą kupić lody i coca-colę. Włączają przenośny telewizor albo radio tranzystorowe, tak żeby wszyscy na plaży mogli słyszeć. Wreszcie czas mija, paku­ją się i biorą udział w powolnym maratonie do domu.

W dni świąteczne zdarza się najwięcej wypadków; więcej lu­dzi zabitych, więcej rozbitych aut. To dziwne. Przez pięć dni w ty­godniu wszyscy marzą o weekendzie, mają plany, nadzieje. A przez te dwa wolne od pracy dni - nie mogą się doczekać, kie­dy znów otworzą się ich biura, fabryki.

Ludzie zostali zmuszeni do tego, by zapomnieć, na czym po­lega relaks. Każde dziecko rodzi się z tą zdolnością, nie musisz uczyć go jak odpoczywać. Po prostu patrz: jest ono w stanie cał­kowitego rozluźnienia, jest wypoczęte. Ale oczywiście nie mo­żesz mu na ten stan zadowolenia pozwolić - zaraz zaczniesz je cywilizować.

Dziecko rodzi się prymitywne, nieucywilizowane. Rodzice, nauczyciele i wszyscy inni otaczający je dorośli dokładają wszel­kich starań, aby je przystosować do społeczeństwa. Nieważne, że społeczeństwo jest chore. A byłoby lepiej nie wciskać dzieci w sztywne ramy społeczne, nie narzucać cywilizacji na siłę.

Ponieważ rodzice mają jak najlepsze intencje, nie zostawią dziecka w spokoju. Wpajają mu zasady pracy, produktywności, konkurencyjności. Tłumaczą mu, że jeśli nie jest jednym z naj­lepszych, to sprawia im zawód. Każdy więc chce być najlepszy.

Jak się rozluźnić? Jak można sobie odpuścić?

Słyszałem piękną historyjkę, która rozgrywa się w czasach, kiedy w Indiach kładziono pierwsze tory kolejowe. Brytyjski in­żynier, który nadzorował prace, nie mógł się nadziwić, że pewien młody wieśniak przychodził codziennie, kładł się w cieniu drze­wa i przyglądał, jak robotnicy pracują, a inżynierowie pokazują im, co i jak robić. Przynosił kanapki, po południu ucinał sobie drzemkę. Inżynier nie wytrzymał w końcu i zagadnął wieśniaka:

- Dlaczego sam nie zaczniesz pracować? Przychodzisz tu codziennie i marnujesz czas na gapienie się.

Wieśniak zapytał:

- Ale po co miałbym pracować?

- Po to, żeby zarobić pieniądze! - odparł inżynier.

- A co miałbym zrobić z tymi pieniędzmi?

- Nie wiesz, głupcze, co można zrobić z pieniędzmi? Jeżeli masz pieniądze, możesz wypoczywać i cieszyć się!

- Ależ ja właśnie to robię - odpowiedział wieśniak. - Po co mam sobie utrudniać życie: ciężko pracować, zarabiać pienią­dze, a potem cieszyć się i wypoczywać? Stać mnie na kanapki i to mi wystarcza. Moja droga jest prostsza.

Dzieci przychodzą na świat z wrodzoną, instynktowną umie­jętnością odpoczywania. Dlatego są piękne, są swobodne. Czy kiedyś to zauważyliście? Wszystkie dzieci, bez wyjątku, są ży­wotne, piękne i pełne wdzięku. Ale gdy dorosną; piękno i wdzięk znikną. Bardzo trudno jest znaleźć dorosłego, który miałby taką ży­wotność, wdzięk. Jeśli znasz kogoś o dziecięcej niewinności i niefrasobliwości - jest on mędrcem. Po wszystkich życiowych wzlotach i upadkach zdecydował na podstawie swojego do­świadczenia (a właściwie decyzja zrodziła się sama), że zanim przyjdzie pora umierać, chce być taki, jak był w dzieciństwie.

Uczę was, jak się rozluźnić, bo jest to jedyny stan, który uczy­ni z was mędrców. Nie pomoże wam w tym kościół, teologia, re­ligia - one nie uczą, jak się odprężyć. One usilnie namawiają do pracy, mówią, że dodaje wam ona godności. Używają pięknych słówek, aby was zniewolić, wykorzystać. Są w zmowie z innymi pasożytami, żyjącymi dzięki społeczeństwu.

Nie jestem przeciwnikiem pracy. Ma ona do spełnienia swo­ją pożyteczną rolę. Ale nie może zastąpić twojego życia! Jest oczy­wiste, że potrzebujesz pożywienia, ubrania, schronienia. Pracuj, aby to mieć, ale nie daj się uzależnić. Po zakończeniu pracy po­winien nastąpić czas wypoczynku.

Nie musisz zdobywać wiedzy na ten temat, jest to sztuka, którą posiadałeś już w dzieciństwie. Umiesz to robić, masz to nadal w sobie, ale uśpione.

                                                                                                                                                                                                    

                                                                                           OSHO

 

 

P.S. W moim przypadku musiało minąć kilkadziesiąt lat, zanim zamieszczone powyżej słowa Osho mogły zakiełkować. Po drodze przydarzyły się dwa długoletnie małżeństwa, trzykrotne znalazienie się na skraju bankructwa w biznesie, kilka innych zdarzeń życiowych dużego kalibru, aż w końcu osiągnąłem niezależność finansową.  I dopiero wtedy pozwoliłem sobie na kontemplowanie  wypoczynku. 

   Nie doceni bowiem sytości ten, kto nie był nigdy głodny.

Żeby docenić ciepło, trzeba choć raz porządnie przemarznąć.                                                                                                                                                                                            

środa, 21 lutego 2024

Przesunięcie w czasie

Moje dzieciństwo niewątpliwie związane jest z babcią. Bez dwóch zdań babcia w czasie owym, miała niekwestionowany autorytet i rządziła całą rodziną.

A ja byłem niejadkiem, tudzież dzieckiem niespokojnego ducha, atoli babcia stosowała swoistą pedagogikę i kłopotów ze mną nie miała. Ta pedagogika babci polegała na umiejętnym przypominaniu o istnieniu diabła:

- Jeśli dziecko jest bardzo niegrzeczne, to może przyjść diabeł i urwie mu głowę.

- Babciu a ja to jaki jestem?  - pytałem, patrząc z niepokojem na babci minę.

- Ty? – babcia przeciągała odpowiedź   …… Truchlałem!

- Ty jesteś w miarę grzeczny – padała dość niejednoznaczna ocena, jednak diabeł wydawał się jakby mniej groźny, napięcie malało. Wtedy prosiłem: - babciu opowiedz coś! I babcia opowiadała.

                          Opowiadanie babci Szeptuchy.

Kiedyś, w jednej wiosce żyło dwóch chłopców. Bawili się razem, dorastali razem, byli przyjaciółmi. Czas był niespokojny, jak to zwykle bywa, kiedy jeden władca pokłóci się z drugim, a na wojnę, aby ginąć, zostają wysłani prości ludzie.

    Ludzie zaczęli mówić o brance do wojska, więc dwaj przyjaciele umówili się, że jeśli pójdą na wojnę, a jeden z nich zginie, to ma obiecać, że pojawi się na ślubie drugiego jako duch.

     Nadeszła wojna i stało się: jeden z przyjaciół poległ.

Kiedy wojna się skończyła, drugi młodzieniec wrócił do wioski, a jako że wielu młodych zginęło, dziewcząt był nadmiar. Nie miał kłopotu z żeniaczką.

Nadszedł dzień ślubu. Po pięknej uroczystości ślubnej w cerkwi, rozpoczęło się huczne wesele. Wszyscy bawili się, tańczyli, tylko nie pan młody, który był markotny.

- A co ty taki smutny? Zapytała męża jednodniowa żona.

- Ano trapię się z powodu przyjaciela, który nie może się z nami bawić. I opowiedział żonie o przysiędze, którą kiedyś sobie złożyli.

- To ty może idź na cmentarz i zaproś duszę przyjaciela na wesele, bo może on zapomniał o przyrzeczeniu – powiedziała żona.

I tak się stało – poszedł pan młody na cmentarz, odwiedzić grób zabitego.

Robiło się już ciemno, kiedy zbliżał się do cmentarza. Naraz usłyszał skoczną muzykę. Kiedy już stanął przy grobie, zorientował się, że muzyka dobiega spod ziemi.

Zdziwiony zaczął wzywać duszę przyjaciela, która zaraz wyskoczyła z grobu.

- Obiecałeś być na moim weselu, nawet jako dusza i chyba zapomniałeś!

- Nie zapomniałem – odpowiedziała dusza – wybieram się do ciebie, ale u nas także dziś wesele i tańce, zobacz sam – i otworzył przyjacielowi widok na podziemie.

A tam zabawa na cztery fajerki, pary wirują, aż w oczach miga. Spodobała się ta zabawa podziemna panu młodemu i mówi: - to i ja potańcuję trochę z duszami umarlaków, a potem pójdziemy na moje wesele.

- Dobrze – mówi dusza poległego – tylko pamiętaj, żebyś broń boże w tanach nie obracał się w lewo! W prawo, zgodnie z biegiem wskazówek zegara możesz się kręcić, atoli w lewo się nie waż!

Ale co tam przestroga! Wszystkie pary wirowały, to i żywy w świecie zmarłych zapomniał się i zanim się zatrzymał, były już trzy obroty w lewo.

Zatrzymał się, odechciało mu się zabawy i mówi nieco zaniepokojony: - to chodźmy teraz do mnie do żywych.

- Coś ty narobił! – rzekła na to dusza przyjaciela – mówiłem ci, żebyś się nie ważył obracać w lewo, a ty obróciłeś się i to trzy razy! A każdy taki obrót oznacza przesunięcie w czasie o sto lat! Tam na ziemi minęło już trzysta lat i nie żyje nikt, kto ciebie znał, ani kogo ty znałeś.

- To co teraz będzie? – zapytał żywy.

- Teraz musisz żyć w tym nie swoim czasie. Jedno tylko ci poradzę: - idź do popa i opowiedz mu co się stało. To ci jakoś powinno pomóc – wyjaśniła dusza.

    Poszedł nieszczęśnik do popa. Ten wysłuchał cierpliwie, zapytał o nazwisko, a potem zaczął przeglądać stare księgi wiernych.

Wreszcie znalazł zapis sprzed trzystu lat: - Na marginesie obok daty ślubu i nazwisk zaślubionych dawny kapłan umieścił uwagę: - Pan młody zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach w dniu ślubu, a ciała nigdy nie odnaleziono.

 

wtorek, 14 grudnia 2021

Kluczyk w plecach

 


Pamiętam swoją pierwszą zabawkę. To był misio z kluczykiem w plecach. Kluczykiem należało misia nakręcić, a on wtedy tak śmiesznie machał łapkami i wydawał z siebie dźwięk podobny do słów ble-ble. Tego misiowego występu nie można było zatrzymać, chyba że się zatrzymało kluczyk, który przy tym występie się obracał. Czyli misia trzeba było nakręcić i dopóki nakręcenie działało, on machał i bleblował.


Budziła się moja potrzeba odkrywania prawdy, skupiłem się na misiu. Świat chwilowo przestał istnieć. Zabawa była totalna: - nakręcenie – przewidywalna reakcja misia - nakręcenie ponowne. I jeszcze raz. Pojawiła się monotonia, dlatego rozpocząłem eksperymenty: - a to próba nakręcenia w drugą stronę – nie dało się. To próba nakręcenia poza opór – nie dało się. Urwać kluczyk? Nie dało się. Może czymś walnąć w misia oczekując nieznanego? Rozejrzałem się, ale pod ręką nie było niczego nadającego się do owego walnięcia. Miałem takie ulubione narzędzie badawcze noszące nazwę młotek, atoli mi go zabrano od chwili, gdy coś nim za dokładnie zbadałem. Wzbierała przewrotna myśl, żeby misia otworzyć i zobaczyć co ma takiego w środku, co go ożywia. Babcia mówiła, że w człowieku jest dusza, a co jest w misiu? Operacji odkrywczej dokonałem podobno z pomocą nożyczek i widelca.

Z misia wydłubałem proste ustrojstwo, którego integralną częścią była sprężyna. Tu obudziły się zainteresowania mechaniką – bawiłem się teraz samym ustrojstwem, obserwując co w nim się rusza, a misio leżał sobie z pustym brzuszkiem. Nagle nastąpiła kulminacja - coś trzasnęło i mechanizm przestał działać. Nastąpił koniec zabawy. Próbowałem jeszcze misia uzdrowić, upychając wszystko elegancko, ale nic to nie dało.

Odłożyłem więc maskotkę, ale żeby babcia nie widziała rozdarcia, położyłem go na brzuchu.

Kiedy następnego dnia babcia zapytała, czemu się nie bawię misiem, usłyszała odpowiedź: - miso jest umarty, dusza mu się popsuła.

 Jaka puenta? Rzecz przypomina mi się, kiedy patrzę na niektórych polityków w telewizorze, zwłaszcza tych z jedynie słusznej partii. Oni zachowują się zupełnie jak ten mój misio z dzieciństwa. Mówią i mówią, przeważnie głupio, czyli wydobywa się z nich znajome ble-ble. Przy tym nie mogą skończyć, a mnie korci, żeby sięgnąć do telewizora, wyjąć zza ekranu takiego misia i zobaczyć, czy on ma kluczyk do nakręcania tkwiący w plecach.








Miły epizod: - znajomy mały chłopiec szalenie lubi popisywać się przed dorosłymi swym ulubionym wierszykiem. Mama stawia go do tego występu na krześle, a on odrobinę sepleniąc, po dziecinnemu wypowiada tych kilka rozczulających zwrotek:

Prosę państwa

Oto miś.

Miś jest bardzo grzeczny dziś.

Chętnie państwu łapkę poda.

Nie chce podać?

A to śkoda!

 

I tu pora na nagrodę dla aktora – klaszczemy i mały jest wniebowzięty. A moje aktualne misie dzielą się wrażeniami z bieszczadzkich wędrówek.







piątek, 26 listopada 2021

Jaś był bardzo nieśmiały


 

Jaś był dzieckiem bardzo nieśmiałym i zamkniętym w sobie. Za to wszystko bacznie obserwował. Do domu rodziców przychodzili różni ludzie, wszyscy najpierw nagabywali Jasia, zadawali pytania, a on tego bardzo nie lubił. Czuł instynktownie, że on tych ludzi nie interesuje, a pytają dlatego, bo tak wypada. Jaś był jeszcze za mały, żeby takie postępowanie nazwać fałszem świata dorosłych.

Poznawał ludzi przychodzących do domu jego rodziców i z czasem polubił kilku z nich, bo oni byli inni. Nie zadawali głupich pytań, interesowali się zabawkami Jasia. Pasjami lubił słuchać o różnych ciekawych sprawach o których ci ludzie rozmawiali z rodzicami. Równie przyjemne chwile były, gdy bawił się w samotności, albo słuchał bajek, które czytała mu babcia.

Babcia czytała i opowiadała o wielogłowych smokach, dalekich krainach, krawędzi świata gdzie zionie ogniem, czerwonym kapturku i sierotce Marysi, rycerzach ratujących księżniczkę.

Kiedyś pojawił się gość, który opowiadał niezwykłe rzeczy. Niezwykłe i straszne. O ludziach, którzy brzuchami pożerają innych, o świecie gdzie panuje wieczna ciemność, a ci którzy tam mieszkają nie mają twarzy, o wojownikach, którzy wędrują po świecie z mieczem i zabijają wszystkich, którzy staną im na drodze.

Powoli świat na zewnątrz robił się coraz bardziej groźny, a dom stawał się oazą bezpieczeństwa.

Jaś poszedł do szkoły, kilkoro dzieciaków z klasy dokuczało mu, ponieważ z powodu decyzji rodziców nie chodził na religię. Owszem, zanim poszedł do szkoły był kilka razy w kościele, gdzie w tajemnicy przed rodzicami zaprowadziła go babcia. Wrażenia miał niemiłe po wizycie w tym ogromnym budynku, bo na ścianie wisiał trup. Kościół był prawie pusty, słychać było stukot kroków, któremu odpowiadało echo. Nieliczni ludzie mówili szeptem. Być może dlatego, żeby się nieboszczyk ze ściany nie obraził.                                         

Babcia pokazywała Jasiowi jak trzeba się żegnać.

Z kim mam się żegnać? – pytał naiwnie Jasio.                                         

Babcia wyjaśniła, że to taki zwyczaj. Tak wszyscy robią – dodała.                                                               

Nie wszyscy – zauważył Jasio - mamusia i tatuś tak nie robią.

Przy tym zerkał z bojaźnią na figurę wiszącego nieboszczyka i ciągnął babcię za rękę do wyjścia. Powtarzał: - Chodźmy stąd, tu mi się nie podoba.      

Świat zaczął się Jasiowi dzielić na babcię i na tych wszystkich, którzy tak robią, oraz na mamusię, tatusia i ich znajomych, którzy tak nie robią.

Świat Jasia zaczął się dzielić na świat, w którym znajdowały się rzeczy niemiłe, oraz świat miły i przyjazny - bezpieczeństwo domu, urok ogrodu przed domem, gdzie zawsze było inaczej, bo zmieniały się pory roku i mógł godzinami obserwować mrówki, spokój i tajemniczość lasu, do którego zabierał go ojciec i uczył nazw drzew, kwiatów i szacunku do przyrody.

Oto po raz pierwszy Jaś pomyślał: - mam dom, a w nim swój pokój z zabawkami. Odtąd słowo ”mam” oznaczało dla niego przyjemność zaspokojenia ważnej potrzeby – tu poczucia bezpieczeństwa. 

Mijały lata, Jan był już mężczyzną w sile wieku, kiedy zrozumiał, że treść kryjąca się w słowie „mam” – jakiś kolejny często zbyteczny przedmiot (bo inni to już mają) bywa traktowana przez ludzi jako ochrona przed strachem.                                                                                                           

Albowiem ludzki umysł zanurzony od pokoleń w chaosie chwyta się panicznie jedynego znanego rozwiązania i domaga następnego spełnienia krótkoterminowego w postaci „mam”.

Jan zaczął podróżować. Najpierw poczuł się Europejczykiem, potem obywatelem świata, na którym jest kilka tysięcy różnych religii do wyboru, jednak nie ma obowiązku należenia do którejkolwiek z nich. Aby żyć w zgodzie z innymi, wystarczy być przyzwoitym.

Była mroźna zima, za oknem rozpościerała się białośnieżna bajka, płonął ogień w kominku. Jan sięgnął po książkę, którą jeszcze w młodości dostał w prezencie. Książka opowiadała o jego ulubionym świecie mrówek. Przeglądając ilustracje natrafił na tę jedną szczególną, wyjątkową, dzięki której został zainspirowany do ostatecznego wyrwania się z ignorancji kulturowej, siostry dualizmu.


Jeden obrazek jest wart więcej niż tysiąc słów – pomyślał Jan i uśmiechnął się do swych wspomnień. Zrozumiał jednocześnie, że właściwie wraca do pierwotnego punktu, kiedy to świat zaczynał mu się dzielić. Wraca do dzieciństwa i teraz już wie, że świat jest niepodzielny, a on jako maleńka cząstka także należy do tej całości.

piątek, 8 października 2021

Medycyna tybetańska

 



Mędrcy tradycyjnej medycyny chińskiej, tybetańskiej, czy ajurwedyjskiej, od zawsze byli zgodni, że leczyć trzeba całość – zarówno ciało jak i duszę. Leczona musi być przyczyna, która często znajduje się poza ciałem. Choroba ciała zwykle jest zewnętrzną manifestacją stanu emocji – emocji wypartych ze świadomości. Człowiek zabronił sobie doświadczać niektórych emocji i uczuć, uznając je za zbyt przykre.


To nienawiść, złość, odtrącenie, zaszczepienie niewiary w siebie, których to uczuć doświadczał w dzieciństwie. Kiedy te uczucia pojawiają się w dorosłym życiu, człowiek ze zranioną psychiką nie potrafi się od nich uwolnić. Zamknął się w sobie i trzyma je w ukryciu. A one go trawią od środka i wywołują choroby.   



               


Dlatego starożytne systemy medycyny wschodniej zawsze opierają się na holistycznym podejściu do człowieka jako jedności dusza - ciało.

Mędrcy tybetańscy mówią: - Martwisz się? Uważasz, że masz dużo problemów? To dlatego jesteś chory. Nie martw się, staraj się dostrzegać dobre strony spraw, bo w każdym problemie jest promień światła. Bądź zadowolony, a nawet szczęśliwy – to jest najlepsze lekarstwo.





Albo higiena psychiczna słowami autora bloga:                                                                              

- Koń ma większą głowę od mojej, niech więc on się martwi.                                       

- Należy się martwić po fakcie, bo bardzo niezdrowo jest w trakcie.                         

- Na luziczku gościu!                                                                                                              

- Nie ma takiej rury, której nie można odetkać.  Nie ma!                                                                                         

I to wcale nie jest podejście lekkoducha, ono opiera się na statystyce życiowej - z początkowych dziesięciu niby problemów, czas czyści dziewięć, a nam pozostaje zmierzyć się tylko z jednym. Mamy piątek, proszę nie zapominać o wypoczynku, który jest obowiązkiem. Jaki plan na poniedziałek? 


Tudzież pamiętajmy, że maki nie zawsze są czerwone. Mak himalajski.


poniedziałek, 15 marca 2021

Pożyć jak w bańce mydlanej

W takiej bańce wypuszczonej w słoneczny dzień, igrają kolorowe rozbłyski.

 





Przerabiałem swoją lekcję życiową, mając już nieco doświadczenia po dwudziestu latach pierwszego małżeństwa i ciężkim rozwodzie (dwanaście rozpraw): przydarzały się niby leniwe i radosne weekendowe śniadania w ogrodzie, lecz z każdą godziną wzmagała się nuta niepokoju, zbliżał się bowiem czas powrotu do domu. W poniedziałek trzeba znowu do pracy, a ja tak lubiłem ogród, kwiaty i rozumiałem ziemię. Kurcze – obowiązek powrotu do cywilizacji i pracy wywoływał skurcz w żołądku.

W duszy coraz silniej odzywała się tęsknota za Edenem utraconym, wolnością z dzieciństwa.


Pożyć sobie w rajskim ogrodzie, może nawet tak do syta? Utopia? Jednak marzyłem pamiętając, żeby marzeń nie odpuszczać. Bo azaliż porzekadło mówi: - wiary nie tracić i ducha nie gasić.

Pociągał mnie hedonizm? Tak! I to bardzo pociągał! Przecież ta filozofia jest słuszna i zbawienna, jej się trzymać trzeba, oraz to podstawowy objaw zdrowia psychicznego jednostki.

Jako że sprawy wydarzają się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu, musiało upłynąć następne dwadzieścia lat drugiego małżeństwa, żeby marzenia o Edenie przyoblekły się w ciało.

I co?

I pstro!


Wszystko mija, ale jest jedna rzecz, która się zatrzymuje i trwa – to wspomnienia. Wspomnienia są jak fotografia. 

A ja jestem w nastroju przedwakacyjnym, przychylnie nastawiony do świata, do ludzi mniej przychylnie. Planuję pojechać, lub zawędrować tu i tam, przeglądam zdjęcia i szykuję wpis do bloga.

Czuję się zadowolony, a człowiek zadowolony ma jeszcze więcej tego, co już ma. Zadowolenie bowiem jest jak modlitwa dziękczynna, a stąd już całkiem niedaleko, może tylko rzut beretem do Olśnienia, Satori, Stanu Łaski, czy nazywaj to jak chcesz.

I takiego właśnie miłego nastroju życzę Czytelnikom z całego serca.



  

wtorek, 27 października 2020

Bieszczadzki biwak

Znowu zawitałem w ulubione miejsce. Pada – krople tak usypiająco uderzają o tropik, a ja jestem po posiłku i robi mi się niezwykle miło, jakby mi matka śpiewała kołysankę.

Oderwanie od codziennego rytmu jest godne i sprawiedliwe oraz chwalebne. Nawet gdybym chciał, to nie mam co robić – przecież pada i w tej bieszczadzkiej krainie to pogoda ustala porządek dnia. Wszystkie plany zależą tu od pogody.


   Garnek i miskę wystawiłem na łapanie deszczu, pełną butlę przyniosłem rano, zawsze trzeba być gotowym na trzydniówkę. Bo może tylko siąpić i niewiele nazbiera się w wystawionych na zewnątrz naczyniach, a woda w potoku po trzydniowym deszczu jest jeden dzień mętna – trzeba gotować, żeby opadł osad, a jeszcze suchego zapasu szyszek nie przygotowałem.

     Atoli pada ostro, czyli będzie dobrze - po godzinie takiego deszczu będę miał dwa litry deszczówki – i z tą myślą usypiam...

I tak dobrze i tak dobrze, nie trzeba narzekać, raczej dziękować, zawsze dziękować za ten monotonny werbelek usypianki deszczowej.

 W nocy kolorowe sny – chodzę po bajecznie ukwieconych łąkach.




Budzę się 4.30 i wita mnie pogodny, kolorowy świt! 

Coraz więcej światła. Leżę i kontempluję. Słychać głos zaniepokojonego kozła, od strony krzyża schodzą w dół dwie sarny. Na zakręcie ścieżki podskakuje lis polując na myszy, z dołu od potoku odzywa się derkacz, w suchą sosnę obok namiotu stuka dzięcioł. Cudnie! Cudnie! Przyroda się budzi ociekając obfitą rosą.




      Wyciągam kolejnego kleszcza, tym razem maleńkiego, to już trzeci taki – jasny, mniejszy od ziarnka maku, na szczęście w wygodnym do operacji wyjmowania miejscu – z boku uda. Pyk spirytusem salicylowym po usunięciu owego i nawet nie swędzi. Dwa kroki od namiotu zbieram garść jagód na śniadaniowy deser, po czym następuje ceremonia przygotowania jedzonka.


 Nadzwyczaj szybko się chmurzy i wnet jest po słońcu, a nawet wygląda jakby miało padać. Ustawiam więc znowu miskę i garnek na łapanie deszczu i fruu do namiotu bo właśnie lecą pierwsze krople.

Jak dobrze, jak dobrze! Leżę w śpiworze i chociaż tyle godzin spałem, ponownie nadpływa senność - to te krople niosące milusińskie wspomnienia z dzieciństwa tak kołyszą do snu....