Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwód. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

Iść przez życie we dwójkę




Człowiek nie powinien iść przez życie sam, potrzebuje bowiem drugiego człowieka.

Jest taka obiegowa opinia i to zwykle wygłaszana przez tych, którzy na związku z drugim korzystają, wysysają go i depczą, dowartościowując się dzięki niemu.

Tu widzę dwie możliwości:

- po pierwsze primo oboje są zbudowani z tej samej debilskiej gliny pod nazwą tradycja.

- po drugie primo tym chorym związkiem rządzi masochizm.

   Ci doświadczeni, którzy dostali w związku, czy w związkach w dupę, przeważnie nie udzielają pouczeń małżeńskich i siedzą cicho.

   Azaliż zdarzają się wyjątki, spotykam bowiem mocno nieliczne stare małżeństwa, które autentycznie po 50 latach związku kochają się. Jeśli jedno mówi – drugie słucha i ma przy tym „perły w oczach”, jak to ładnie ujął Stachura.

Temat wyjątków Stachura wyjaśnił krótko: Wyjątek nie potwierdza reguły, on ją kompromituje.

      Teza: - We dwójkę łatwiej iść przez życie.

Iść? I czytamy Krzysztofa Vargę:

- Chyba się czołgać i to przez pustynię swojej ukrywanej samotności. Czołgać się stękając z wysiłku i bylejakości, z nudów i beznadziei. Wokół nie ma już żadnej oazy, a ty czołgaj się człowieku w zawziętym milczeniu, albo wśród wzajemnych pretensji, gniewów i oskarżeń. W takim związku walczysz, dopóki ci się nie znudzi, wtedy zapada decyzja rozwodu, albo zostałeś uzależniony, zniewolony i poddając się dominacji, czy zgadzając się na kompromisy, tracisz stopniowo chęć do życia.

 PS. Fakt - jak Czytelnicy wiedzą, wspomniane wyżej czołgania przerobiłem wystarczająco dokładnie. Kiedy postanowiłem "skoczyć nie mając skrzydeł" - one wyrosły mi już w locie, a życie po nowemu okazało się zaskakująco przyjazne.












poniedziałek, 15 marca 2021

Pożyć jak w bańce mydlanej

W takiej bańce wypuszczonej w słoneczny dzień, igrają kolorowe rozbłyski.

 





Przerabiałem swoją lekcję życiową, mając już nieco doświadczenia po dwudziestu latach pierwszego małżeństwa i ciężkim rozwodzie (dwanaście rozpraw): przydarzały się niby leniwe i radosne weekendowe śniadania w ogrodzie, lecz z każdą godziną wzmagała się nuta niepokoju, zbliżał się bowiem czas powrotu do domu. W poniedziałek trzeba znowu do pracy, a ja tak lubiłem ogród, kwiaty i rozumiałem ziemię. Kurcze – obowiązek powrotu do cywilizacji i pracy wywoływał skurcz w żołądku.

W duszy coraz silniej odzywała się tęsknota za Edenem utraconym, wolnością z dzieciństwa.


Pożyć sobie w rajskim ogrodzie, może nawet tak do syta? Utopia? Jednak marzyłem pamiętając, żeby marzeń nie odpuszczać. Bo azaliż porzekadło mówi: - wiary nie tracić i ducha nie gasić.

Pociągał mnie hedonizm? Tak! I to bardzo pociągał! Przecież ta filozofia jest słuszna i zbawienna, jej się trzymać trzeba, oraz to podstawowy objaw zdrowia psychicznego jednostki.

Jako że sprawy wydarzają się w odpowiednim czasie i odpowiednim miejscu, musiało upłynąć następne dwadzieścia lat drugiego małżeństwa, żeby marzenia o Edenie przyoblekły się w ciało.

I co?

I pstro!


Wszystko mija, ale jest jedna rzecz, która się zatrzymuje i trwa – to wspomnienia. Wspomnienia są jak fotografia. 

A ja jestem w nastroju przedwakacyjnym, przychylnie nastawiony do świata, do ludzi mniej przychylnie. Planuję pojechać, lub zawędrować tu i tam, przeglądam zdjęcia i szykuję wpis do bloga.

Czuję się zadowolony, a człowiek zadowolony ma jeszcze więcej tego, co już ma. Zadowolenie bowiem jest jak modlitwa dziękczynna, a stąd już całkiem niedaleko, może tylko rzut beretem do Olśnienia, Satori, Stanu Łaski, czy nazywaj to jak chcesz.

I takiego właśnie miłego nastroju życzę Czytelnikom z całego serca.



  

poniedziałek, 19 października 2020

Spirytyzm w lesie

Wrzesień, a więc do lasu miły bracie! Zaczyna się grzybobranie na Mazowszu.  Świt. 


Wchodzę do lasu i zmierzam pilnie do „swoich” miejsc. Idę i myślę, a myślę bo mam czas (gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł). przypomina mi się akapit z książki o spirytyzmie, wydanej sto lat temu (!), którą czytałem wieczorem poprzedniego dnia. Rozdział dotyczył małżeństwa.

Otóż duch wyższy, który się zgłosił do rozmowy, ciągle wraca do terminów: sobkowstwo, egoizm, oraz powtarza, że jeśli cierpimy, widocznie Bóg tak chciał. Cierpienie należy znosić pokornie, z rezygnacją, bo to właściwie piękne jest.

I mnie się wydało, że tu już duch wyższy się zagalopował nieco, ponieważ:                                                                                                                                                    - Po pierwsze primo: - Dla kogo cierpienie jest piękne? I od razu otrzymuję odpowiedź od mego ducha osobistego: - dla masochisty!                                                                                                                     Dalej ten duch wyższy przypomniał banał, że cierpienie uszlachetnia. Padają słowa „chrześcijaństwo”, tudzież „lekcja”.                                                       

- Więc po drugie primo: - jaką lekcję odbiera oprawca w toksycznym związku dwojga? Lekcję jeżdżenia na łysej kobyle? Oprawca się krzywdą karmi, nasyca, a ofiara powinna zamienić się w pokorne cielę?                                                                                                                                                                    

- Po trzecie primo: - Czy istnieje zgodna z prawem przyrodzonym jakaś dawka cierpienia wystarczająca do przepełnienia kielicha goryczy?                         

I w tym momencie mój duch wygłosił monolog do ducha wyższego z zaświatów: - A ty duchu to w jakim ciele ostatnio byłeś? Bo bez urazy, ale wygląda na to, że jesteś starym duchem mocno kościółkowym, a tu na słowiańskiej ziemi rewolucja światopoglądowa poczyniła już niejakie zmiany w młodym pokoleniu. Powstają nawet opinie o konieczności wprowadzenia terapii psychicznej dla biskupów.                                                                                                                   Odebrano Słowianom wiarę ojców. Obca religia, narzucona przemocą, się jakby chwieje. Czarni niereformowalni urzędnicy pracowicie plugawią całość, przez co zwykli ludzie, którzy potrzebują w coś wierzyć, zaczynają wątpić.

Czytałem dalej i ze zdziwieniem natykam się na niespójność. Duch wyższy stwierdza: - Azaliż nigdzie nie jest powiedziane, że Bóg wiąże ludzi ze sobą na amen, czyż nie wprowadziliście instytucji rozwodów?

I zaprawdę powiadam wam - pozostałem z pytaniem: - To cierpieć w związku, czy nie cierpieć?

Atoli rzeczywistość leśna sprowadza mnie do tu i teraz – odpuszczam duchowi wyższemu, bo właśnie znalazłem się u celu godzinnego szybkiego marszu i oto widzę pierwszą brązową zamszową piłkę, która wystaje sponad jagodzin. Oczyszczam niespiesznie korzeń, rozglądam się i z miłością opieram wzrok na drugiej zamszowej piłce. Pierwszy nizinny wysyp borowików, a więc prawie wszystkie grzyby zdrowe. 













P.S – Zdrowy na umyśle człowiek pilnuje swojej osobistej kryształowej bańki. Kiedy tylko może, wariatkowo zostawia za sobą.


piątek, 13 września 2019

Rozmowa u doktora

Coraz częściej słyszę od moich równolatków o zaćmie, postanawiam więc sprawdzić swoje oczy – przecież ostatni raz byłem u okulisty dziesięć lat temu.

Najpierw trzeba do lekarza pierwszego kontaktu. Więc udaję się. Grudzień 2018, Warszawa ul. Mariańska. To na tym budynku mamy mural o rewolucji.


Dostaję numerek z datą poranną na następny dzień.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – lekarz patrzy w kartę pacjenta – To pan jeszcze u mnie nie był?
- No nie byłem.
- A co panu dolega?
- Nic. Ja po skierowanie do okulisty, w celu sprawdzenia stanu bo co pewien czas trzeba przecież...
- Tak, tak... co pewien czas trzeba..... To mówi pan, że pan nie choruje?
- Nie choruję – bo odkąd się rozwiodłem i odzyskałem wolność, to rewolucja nastąpiła panie doktorze!
Pomyślałem sobie: - co ja będę chorował, a ponieważ wszystko bierze się z głowy, więc to powinno działać. I działa. 
Mam wiele pasji, lubię chodzić i co roku wędruję tygodniami po bezdrożach Bieszczadów.                                                                                                         Bo w Bieszczadach się zakochałem, panie doktorze. 
       A kiedy jestem w Warszawie to po Kampinosie chodzę, albo lesie Kabackim. Gdy przychodzi jesień to codziennie jestem na grzybach, bo one także są moją pasją – opowiadam z wigorem. I jeszcze parę innych pasji także......
- No no no.... kręci głową niemłody już lekarz pierwszego kontaktu – to tylko pozazdrościć, pozazdrościć.....
Wypisuje skierowanie i pyta: - to mówi pan, że jest pan po rozwodzie?
- Po dwóch rozwodach panie doktorze jestem. Z pierwszą żoną byłem 20 lat i z drugą 20 lat.

- No tak, no tak.......
- A wie pan, widzę w tym pewną prawidłowość.
Otóż miałem ci ja pacjenta mniej więcej w pana wieku. Takie chucherko.  I chorowity bardzo był. Przychodził do mnie przez wiele lat, opowiadał o sobie. Mówiąc krótko żona go gnębiła. Naraz przychodzi do mnie – patrzę w kartę, a on nie był przez rok!                                                                                                                    Przyglądam mu się, bo jakiś zmieniony był, nie ten sam, nawet zacząłem się zastanawiać, czy to on – rumiany, nabrał wagi, wyprostowany, ogólnie jakiś taki, no... zadowolony, kwitnący wręcz, a przecież nigdy taki nie był.
Mówię – widzę zmianę na lepsze, o wiele lepiej pan wygląda!

- Bo ja teraz dużo chodzę, tak jak pan doktor zalecał. Najpierw zamiast jechać tramwajem przechodziłem jeden przystanek, potem dwa, trzy, pięć, a w końcu kupiłem sobie rower i na zmianę chodzę i jeżdżę dużo.
- A co pana żona na to? Pytam
- No właśnie! Panie doktorze moja żona uciekła! Wzięła i uciekła!
A ona bardzo lubiła smażone, więc i ja musiałem jeść smażone, a przecież pan mówił, że gotowane zdrowsze.
Więc jak ona wzięła i uciekła, to ja zacząłem sobie gotować gotowane i od razu poczułem się lepiej. Gotowane mi służy, no i bez gderania żony czuję się o niebo lepiej!
                                                                                                                  Wypisywałem mu proszki o które prosił – mówi lekarz - i tak sobie myślałem: - ciekawe jak ja bym się poczuł, gdyby moja żona uciekła? Być może z pewnością lepiej, bo grubo ponad trzydzieści lat pożycia za nami. Ale najpierw musiałbym jej powiedzieć, żeby wzięła i uciekła, a na to bym się broń boże nie odważył, bo mogłaby się obrazić albo cóś.
Więc zaraz się zganiłem za te myśli i ciągnę dalej swój życiowy wózek.
Oto pana skierowanie do okulisty.
- Do widzenia panie doktorze, a opowieść o pańskim pacjencie była bardzo pouczająca.
                                                                                                                                 Ze skierowaniem poszedłem zapisać się do specjalisty, gdzie zostałem zapisany na wizytę już za pół roku, bo w maju 2019.
Po zapisie wyszedłem zadowolony – co mi tam, jestem zdrowy w końcu, mogę czekać miesiącami, gorzej z tymi, którzy chorują. A po tygodniu odwołałem wizytę, wiedząc, że w maju mnie nie będzie w kraju.
        Za komuny kursowało w Polsce pewne hasło, które nic nie straciło na aktualności:
Emeryci i renciści, popierajcie partię czynem, umierajcie przed terminem.

piątek, 15 marca 2019

Hamulce w człowieku


Takie hamulce są efektem strachu przed Nieznanym. 
Trzymasz się przeszłości i boisz się iść w Nieznane. 
Trzymasz się znanego, tego, co oswojone. 
Może być to bolesne, ale przynajmniej to znasz. Łączy was specyficzny rodzaj symbiozy.
         Będziesz zaskoczony, ale widziałem to u tysięcy ludzi: trzymają się kurczowo swojego smutku z bardzo prostego powodu.
Ze smutkiem łączy ich pewien rodzaj braterstwa. Żyli w takim związku dostatecznie długo, aby wpaść w objęcia przyzwyczajenia.
     Oni boją się zmiany.
Przerwanie symbiozy ze smutkiem byłoby prawie jak rozwód.
Taka sama sytuacja jest bowiem z małżeństwem i rozwodem. Mężczyzna często myśli o rozwodzie, kobieta również - ale obydwoje dają sobie jakoś radę, żyją ze sobą z tej prostej przyczyny, że oboje boją się Nieznanego.
       Ten mężczyzna jest zły, to prawda, ale jak byłoby z innym? 
Może się okazać jeszcze gorszy. 
Już się przyzwyczaiłaś do niegodziwości tego mężczyzny, być może do braku miłości, i jesteś w stanie to tolerować. Robisz tak od dawna, uodporniłaś się. 
Nie wiesz, jak byłoby z nowym facetem. 
Musiałabyś zaczynać od samego początku.
Więc ludzie trzymają się tego, co znają.

                                                                                      Osho 

W poszukiwaniach objawów wiosny dotarliśmy dziś do podmokłych łąk Kampinoskiego Parku Narodowego, gdzie rośnie kosaciec żółty.