Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowiki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowiki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 stycznia 2022

Grzybobranie na Mazowszu

Wczorajszy wpis o tybetańskich grzybkach zasugerował mi zakończenie blogowego tygodnia grzybobraniem polskim. Zabieram więc Czytelników do mazowieckiego lasu. Pojawiły się grzyby, głównie borowiki, a że była połowa sierpnia, słońce dobrze grzało, można było podsuszać zbiory za oknem.
















środa, 14 kwietnia 2021

Przecież i stąd widać


Kiedy pojawiły się pierwsze grzyby, tylko się oblizałem i nastąpiła radykalna zmiana jadłospisu na grzybowy. Wyraźnie miałem za mało grzybów w organizmie. Ciało dosłownie wołało: - grzybów, grzybów! A przecież ciało, to nasz przyjaciel i należy respektować sygnały, które nam wysyła.







W owym pamiętnym roku jadłem grzyby w ilości obfitej, bo jak pisałem, nie muszę schuść. A więc były borowiki w śmietanie z cebulką, maślaki duszone z masłem i w śmietanie, w sosie piwnym, z dodatkiem kartofli, z chlebem, kaszą, skwarkami, tudzież z makaronem. Jedyną drobną odmianą bywały zupy grzybowe. Równo po dwóch tygodniach ten wilczy apetyt grzybowy w jednej chwili się ulotnił - osiągnąłem boski nadmiar grzybów w swoim człowieku. 

Od tej pory niemal codzienne zbiory przeznaczałem do suszenia. Po chałupie zaczęły się rozpływać zapachowe fale grzybowego suszu.




Poniżej jakby dwa pomniki: - jeden postawiony przez człowieka, drugi przez zwierzę. Kamień widoczny w tle to sławny pomnik żubra, stojący przy drodze do przełęczy Żebrak.


 Kocham las i lubię zbierać grzyby, a ten grzybowy czas w Puszczy Karpackiej to przeżycie wyjątkowe. Jednak od czasu do czasu musi być jakiś przerywnik i któregoś dnia zatęskniłem za szybkością i moimi ulubionymi miejscami po drugiej stronie przełęczy. A więc wsiadam na rower i siup w dół! Po wdrapaniu się na przełęcz Żebrak chwila oddechu przed oczekującą adrenaliną i wio w dół! Zaliczam po raz kolejny ten wspaniale szalony i długi zjazd drogą leśną, przez Rabe aż do Młyna Kamieni. Wiatr w uszach, wizg opon - co tam będę się rozpisywał - szybkość upaja. No i niebezpieczeństwo: - jest taki jeden zakręt w pętelkę, bez hamulców dupa blada. Poza tym można pruć śmiało - to droga leśna. Za Młynem zakręt, teraz 20 minut łagodnego podjazdu do Huczwic, rower w krzaki i wchodzę pod górę.  


Ze szczytu łąki mamy ładny widok sprzyjający kontemplacji. Na horyzoncie widać charakterystyczne siodło Tarnicy. Siedzę i patrzę na to siodło z wyraźną satysfakcją, ponieważ dobrze wiem jak tam teraz jest: - o tej porze tłum się kłębi, a to zupełnie nie moja bajka. Byłem tam jeden raz w ciągu dnia i wystarczy. Teraz siedzę tu sobie w ciszy i patrzę, bo i stąd widać. Oczywiście otwiera się szufladka w głowie i pojawia się moja ulubiona anegdota na temat: 

W czasie nocnej burzy zatonął okręt na morzach południowych. Pogodny poranek zastaje rozbitków na dwóch małych wysepkach oddalonych od siebie o kilkaset metrów. Na jednej wyspie wylądowały trzy młode kobitki, na drugą los rzucił trzech facetów: jeden z nich ma 20 lat, drugi 40, trzeci 60. Kobitki zobaczyły panów i machają.                                                              

Dwudziestolatek odmachuje i krzyczy: - Panowie! Płyniemy natychmiast!                              

Czterdziestolatek na to: - zaraz, zaraz, a rekiny jak są? Zbudujmy lepiej tratwę. 

Sześćdziesięciolatek: -  ależ panowie, po co płynąć? Przecież i stąd widać. 



środa, 24 lutego 2021

Rowerowe refleksje

 Koniec września. Rowerem do lasu, ale najpierw metro.


O świcie w lesie mgły.


Drugi wysyp borowików dobiega końca, teraz trzeba poczekać na pojawienie się młodych podgrzybków, takich akurat do marynaty. Jest jesiennie, oraz dość sucho, dlatego nieliczne stare podgrzybki mają spękane kapelusze.










Rowerem po lesie ze zdjęć jeździłem tylko raz, ponieważ w tym lesie jest nierówno - za dużo korzeni na ścieżkach. Zdecydowanie wygodniej jest jechać po równym. I dlatego następnego dnia grzyby się suszą, a ja wychodzę pojeździć po równym. Rzut oka na stojący przed domem rower japoński marki
SamaRama i już pruję przez Ogród Saski.


Mijam fontannę, żołnierzy stojących na warcie przy Grobie Nieznanego Żołnierza i wpadam na ten sławny równy plac. Sławny, bo tyle razy zmieniał nazwę. Piłsudskiego, Hitler Platz, Zwycięstwa i znowu Piłsudskiego. Jeśli płyty na placu układało wojsko, to trzeba z czystym sumieniem stwierdzić, że polskie wojsko do układania płyt się nadaje, bo kładą równo.




Teraz kółka. Od lewa do prawa. Plac zajęty częściowo przez jakąś pisiorską wystawę plakatów. Można ją okrążyć robiąc koło. Potem aż do smoleńskiego grzdyla i powrót. Jeszcze kółko i jeszcze. Następnie ósemki po pustym placu.

Jaki mam rower? Niebieski. A dokładniej to niebieską damkę. Czemu damkę? To było podwójne Wu-wei – dostałem ją w prezencie, a gdy dają – bierz, bo inaczej obrazisz darczyńcę. Po drugie primo rower ma napis Turing.



Jak czytelnicy wiedzą, przypadków nie ma, Alana Turinga bardzo cenię i kiedy zobaczyłem ten napis, wiedziałem, że powinienem się ucieszyć, co też niezwłocznie zrobiłem.                    

Jakie cechy niezbędne powinien mieć pojazd? Być tani w eksploatacji i jeździć.                                                                      

Znowu przejeżdżam obok żołnierzy, którzy jak zwykle zerkają na tego, który jeździ, bo oni muszą stać. Fontanna i wio do końca alejki do tej tablicy, która głosi, że wygraliśmy, tylko sześć milionów zginęło. 



                                                                              

Jeszcze raz powrót na plac – kółka, ósemki i dziękujemy panu – wracam.             Miło jeździć rowerem po równym.

poniedziałek, 19 października 2020

Spirytyzm w lesie

Wrzesień, a więc do lasu miły bracie! Zaczyna się grzybobranie na Mazowszu.  Świt. 


Wchodzę do lasu i zmierzam pilnie do „swoich” miejsc. Idę i myślę, a myślę bo mam czas (gdybym czasu nie miał, to bym tylko szedł). przypomina mi się akapit z książki o spirytyzmie, wydanej sto lat temu (!), którą czytałem wieczorem poprzedniego dnia. Rozdział dotyczył małżeństwa.

Otóż duch wyższy, który się zgłosił do rozmowy, ciągle wraca do terminów: sobkowstwo, egoizm, oraz powtarza, że jeśli cierpimy, widocznie Bóg tak chciał. Cierpienie należy znosić pokornie, z rezygnacją, bo to właściwie piękne jest.

I mnie się wydało, że tu już duch wyższy się zagalopował nieco, ponieważ:                                                                                                                                                    - Po pierwsze primo: - Dla kogo cierpienie jest piękne? I od razu otrzymuję odpowiedź od mego ducha osobistego: - dla masochisty!                                                                                                                     Dalej ten duch wyższy przypomniał banał, że cierpienie uszlachetnia. Padają słowa „chrześcijaństwo”, tudzież „lekcja”.                                                       

- Więc po drugie primo: - jaką lekcję odbiera oprawca w toksycznym związku dwojga? Lekcję jeżdżenia na łysej kobyle? Oprawca się krzywdą karmi, nasyca, a ofiara powinna zamienić się w pokorne cielę?                                                                                                                                                                    

- Po trzecie primo: - Czy istnieje zgodna z prawem przyrodzonym jakaś dawka cierpienia wystarczająca do przepełnienia kielicha goryczy?                         

I w tym momencie mój duch wygłosił monolog do ducha wyższego z zaświatów: - A ty duchu to w jakim ciele ostatnio byłeś? Bo bez urazy, ale wygląda na to, że jesteś starym duchem mocno kościółkowym, a tu na słowiańskiej ziemi rewolucja światopoglądowa poczyniła już niejakie zmiany w młodym pokoleniu. Powstają nawet opinie o konieczności wprowadzenia terapii psychicznej dla biskupów.                                                                                                                   Odebrano Słowianom wiarę ojców. Obca religia, narzucona przemocą, się jakby chwieje. Czarni niereformowalni urzędnicy pracowicie plugawią całość, przez co zwykli ludzie, którzy potrzebują w coś wierzyć, zaczynają wątpić.

Czytałem dalej i ze zdziwieniem natykam się na niespójność. Duch wyższy stwierdza: - Azaliż nigdzie nie jest powiedziane, że Bóg wiąże ludzi ze sobą na amen, czyż nie wprowadziliście instytucji rozwodów?

I zaprawdę powiadam wam - pozostałem z pytaniem: - To cierpieć w związku, czy nie cierpieć?

Atoli rzeczywistość leśna sprowadza mnie do tu i teraz – odpuszczam duchowi wyższemu, bo właśnie znalazłem się u celu godzinnego szybkiego marszu i oto widzę pierwszą brązową zamszową piłkę, która wystaje sponad jagodzin. Oczyszczam niespiesznie korzeń, rozglądam się i z miłością opieram wzrok na drugiej zamszowej piłce. Pierwszy nizinny wysyp borowików, a więc prawie wszystkie grzyby zdrowe. 













P.S – Zdrowy na umyśle człowiek pilnuje swojej osobistej kryształowej bańki. Kiedy tylko może, wariatkowo zostawia za sobą.