Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zazdrość. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2025

Wielki Pies Seksu

 


Od momentu wielkiego wydarzenia, jakim jest rozpoczęcie podróży do samego siebie, człowiek dysponuje nadwyżką miłości i rozumie, że zwracanie się do innych w oczekiwaniu na miłość było błędem, bo inni byli także żebrakami.

    Od chwili, kiedy zaczniesz być sobą, co jest równoznaczne z medytacją, w klimacie ciszy, bez myśli, w zachwycie nad światem, nagle zobaczysz, że otwiera się przed tobą tysiąc kwiatów, a ich aromat jest miłością.

    Wszedłeś w bajeczny, kolorowy świat. Pierwszą osobą, którą spotkasz w tym świecie jesteś naturalnie ty sam.

Przelewająca się miłość spowoduje, że najpierw pokochasz samego siebie. I to jest całkiem naturalne. Najpierw uświadomisz sobie błogostan w którym jesteś i światło, które ciebie przepełnia.

     Bycie sobą to pokochanie siebie.

Aby taki stan osiągnąć, przede wszystkim należy przestać słuchać duchownych. Oni są wrogami wolności, wpajają wartości negujące życie.

Duchowni mówią: - zapałaj nienawiścią do przyjemności i cierp, aby wejść do raju!

     Tylko, że z tego raju jakoś nikt do tej pory nie wrócił, nie ma więc dowodów na to, że on w ogóle istnieje.

 

Pewnego razu stary ksiądz przestrzegał parafian przed grzechem:

      Grzech - powiada – jest jak Wielki Pies!

Jest Wielki Pies dumy i zazdrości, chciwości i seksu. Musicie zabić te wszystkie psy, zanim was rozszarpią i uniemożliwią wejście do nieba. To jest możliwe, bo ja tego dokonałem po wielu latach. Na końcu zabiłem, uwierzcie mi moje dzieci, na końcu zabiłem także Wielkiego Psa Seksu.

    Ojcze! - Odezwał się głos z tylnej ławki – czy nie uważasz że ten ostatni Wielki Pies zmarł śmiercią naturalną?

  Kiedy żyjesz naturalnie i niczego nie tłumisz, wszystko staje się samo i bez wysiłku. To są cykle biologiczne zupełnie takie same jak zmieniające się pory roku.

   Nie trzeba walczyć z naturą, taka walka daje przeciwny skutek od zamierzonego.             

                                                                           Osho



piątek, 1 marca 2024

Dwa drzewa

Pośrodku rozległej równiny rosły dwa drzewa. Jedno miało koronę w kształcie stożka, drugie idealnej kuli. Od dziesiątków lat nikt nie odpoczywał w ich cieniu, a w gałęziach od dawna ptaki nie wiły gniazd.

Drzewa stały samotnie naprzeciwko siebie, podziwiając się wzajemnie.

- Ach, jak bardzo pragnę być taką piękną zieloną sferą; to musi być cudownie posiadać kształt słońca i pełni księżyca, być uwielbianym przez chmury i plejady gwiazd! - szeptało tysiącami liści stożkowate drzewo. 


Drzewo o kulistej koronie marzyło o byciu stożkiem skierowanym w bezkres kosmosu, ku labiryntom galaktyk i złotym deszczom komet.                                                                    

Błagalne modlitwy liści obydwu drzew nie uszły uwagi potężnego Boga, który oryginalnie je stworzył. Zlitował się nad nimi i pewnej nocy zamienił ich zielone korony, zabierając im również pamięć przeszłości. 


 Następnego dnia, jak przez niezliczone różańce poprzednich dni, drzewa patrzyły na siebie z zazdrością, kontemplując kształt sąsiada. Pierwotną formę zachowały tylko korzenie, ale te, należąc do świata ciemności, nie były dla nikogo widoczne.


sobota, 2 grudnia 2023

Prawdziwy przyjaciel

Pewnego dnia stary szczur wodny wystawił głowę ze swej dziury. Po stawie właśnie pływały młode kaczęta, wyglądające jak stado żółtych kanarków, a ich matka, całkiem biała, o czerwonych nogach, uczyła je stawać na głowie.

- Nigdy się nie dostaniecie do dobrego towarzystwa, dopóki nie nauczycie się stawać na głowie – powtarzała to pisklakom wielokrotnie. A pisklęta nie zwracały na nią uwagi, bo nie rozumiały, co to za korzyść należeć do dobrego towarzystwa.

- Jakież to nieposłuszne dzieci – krzyknął szczur. Zasługują doprawdy, by je potopić.

- Wcale nie – odparła kaczka – każdy początek jest trudny, a rodzice nie mogą być okrutni.

- Ach! Nie znam się zupełnie na tych uczuciach rodzicielskich – rzekł stary szczur – bo nie mam rodziny. Nie miałem żony i nie mam zamiaru się żenić. Miłość jest dobrą rzeczą, ale przyjaźń jest znacznie wznioślejsza.

- A jakież są twoje wyobrażenia o obowiązkach prawdziwej przyjaźni? - zapytała kaczka.

- Co za głupie pytanie! – krzyknął szczur – oczywiście, że od przyjaciela wymagałbym, aby się dla mnie poświęcał.

- A ty jaki byłbyś dla niego? – spytała kaczka.

- Nie rozumiem twego pytania – odparł szczur.

- Więc pozwól, że opowiem ci historię na ten temat – rzekła kaczka.

- Czy ta historia mnie dotyczy? – spytał szczur. Bo jeśli tak, to chętnie posłucham, gdyż nadzwyczajnie lubię opowiadania.

- Da się do ciebie zastosować – podsumowała kaczka i zaczęła opowieść.

Razu pewnego żył sobie poczciwy chłopiec, Janek. Nie miał jakiś specjalnych talentów, za to odznaczał się dobrym sercem i wesołą, zawsze pogodną twarzą. Mieszkał w mizernej chałupce, sam jeden i po całych dniach pracował w swym ogrodzie. Nie było w okolicy równie uroczego i zadbanego ogrodu. Rosło tam mnóstwo gatunków kwiatów, o różnych porach kwitnienia, które kwitły kolejno po sobie, roztaczając miłe wonie po okolicy.

Janek miał wielu przyjaciół, ale najserdeczniejszym był Hugo, bogaty młynarz. Istotnie, ów był tak serdeczny, że zawsze przechodząc koło ogrodu Janka, pochylał się przez parkan i zrywał dużą wiązankę kwiatów, albo pęk jarzyn. Zależnie od pory roku, napełniał sobie także kieszenie śliwkami lub wiśniami.

- Prawdziwi przyjaciele powinni mieć wszystko wspólne – zwykł powtarzać młynarz, a Janek potakiwał i uśmiechał się dumny, że ma  przyjaciela o tak szlachetnych przekonaniach. Czasami co prawda, sąsiedzi się dziwili, że bogaty młynarz tylko bierze, niczym się Jankowi nie odwzajemnia, chociaż ma setki worów pełnych mąki, sześć dojnych krów i stado wełnistych owiec.

     Janek jednak nigdy nie zadawał sobie podobnych pytań. Za to z wielką przyjemnością wsłuchiwał się w cudowne uwagi, jakie młynarz wygłaszał o bezinteresowności prawdziwej przyjaźni.

Poza tym ciągle pracował w ogrodzie i wiosną, latem i jesienią czuł się szczęśliwy, ale gdy nadchodziła zima nie miał co wynosić na targ i cierpiał wtedy od głodu i chłodu. Czuł się także bardzo osamotniony, gdyż młynarz nigdy go wtedy nie odwiedzał.

- Nie powinienem odwiedzać Janka, dopóki śnieg leży – mawiał młynarz do swej żony – albowiem ludzi strapionych należy pozostawić samych, a nie naprzykrzać się wizytami. Tak pojmuję przyjaźń i jestem pewien, że mam rację. Wole przeto zaczekać do wiosny, wtedy go odwiedzę i przyjmę od niego duży koszyk pierwiosnków, czym mu wielką sprawię przyjemność.

 - Doprawdy, jak ty zawsze myślisz i troszczysz się o innych – odparła żona siedząc w fotelu przy ogniu trzaskającym na kominku – to rozkosz prawdziwa słyszeć cię mówiącego o przyjaźni. Jestem pewna, że sam pastor nie powiedziałby tak pięknych rzeczy, pomimo że mieszka w trzypiętrowym domu i nosi złoty pierścień na małym palcu.

- Czy nie moglibyśmy zaprosić Janka do nas? – zagadnął najmłodszy synek młynarza – skoro Janek jest teraz w biedzie, to ja odstąpię mu połowę mej zupy i pokażę białe króliki.

- Jakiż z ciebie głuptas! – krzyknął młynarz – nie wiem istotnie, po co cię posyłałem do szkoły. Zdaje się, że niczego się nie uczysz. Przecież gdyby Janek tu przyszedł i zobaczył ogień na kominku, smaczną kolację i dużą beczkę czerwonego wina, musiałby poczuć zazdrość, a zazdrość jest uczuciem strasznym, mogącym wypaczyć najlepszą nawet naturę. A ja absolutnie nie dopuszczę, by natura Janka została wypaczona. Jestem najlepszym jego przyjacielem i zawsze będę czuwał, by nie był narażony na zgubne pokusy. Poza tym, gdyby Janek tu przyszedł, mógłby tez zażądać, bym mu dał trochę maki na kredyt, a tego uczynić bym nie mógł. Mąka co innego, a przyjaźń także co innego i nigdy nie należy brać jedno za drugie. Każdy to rozumie.

- Och! Jakże ty mądrze mówisz! – ozwała się żona nalewając sobie szklankę gorącego piwa – doprawdy, czuję, że ogarnia mnie senność. Zupełnie jakbym była w kościele.

- No właśnie – odparł młynarz - bardzo wielu ludzi postępuje dobrze, ale bardzo niewielu ludzi umie dobrze mówić, z czego wynika, że mówienie jest rzeczą trudniejszą i bardziej wytworną.

Co powiedziawszy rzucił surowe spojrzenie na najmłodszego synka, który uczuł się tak zawstydzony, że zwiesił głowę i oblał się purpurowym rumieńcem, wreszcie rozszlochał się nad swą herbatą.

- Czy to już koniec historii? – spytał szczur.

- Skądże! – oburzyła się kaczka – to dopiero początek.

- W takim razie jest to historia bardzo zacofana – ocenił szczur – każdy dobry nowelista zaczyna teraz swoje opowiadanie od końca, doprowadza je do początku, a kończy w środku. Ale proszę opowiadaj dalej, bo niezmiernie mi się spodobał ten młynarz, ja sam posiadam mnóstwo pięknych przymiotów i dlatego odczuwam dla niego tak wielką sympatię.

  Otóż – kontynuowała kaczka – skoro tylko zima minęła i pierwiosnki zaczęły otwierać swe gwiazdki, młynarz oznajmił swej żonie, że pójdzie odwiedzić Janka.

- Jakie ty masz dobre serce! – wykrzyknęła żona –ustawicznie myślisz tylko o drugich. A nie zapomnij zabrać ze sobą dużego kosza na kwiaty.

I młynarz poszedł w odwiedziny.

- Dzień dobry Janku! – przywitał się z przyjacielem.

- Dzień dobry – odpowiedział Janek wsparty na łopacie.

- I jakże ci się wiodło przez zimę? – spytał Hugo.

- Ach! Istotnie! – wykrzyknął Janek – ależ jesteście dobrzy, że o to pytacie. Niestety, dosyć źle mi się wiodło. Ale na szczęście mamy już wiosnę, znów jestem wesół, a wszystkie moje kwiaty dobrze się rozwijają.

- Często o tobie mówiliśmy tej zimy – odparł Hugo.

- To bardzo ładnie z waszej strony – radośnie powiedział Janek – obawiałem się bowiem, żeście o mnie zapomnieli.

- Janku, jestem zdumiony! – ozwał się młynarz - przyjaźń bowiem nie zna zapomnienia. To właśnie stanowi największy jej urok. Ale boję się, czy ty w ogóle rozumiesz poezję życia. Śliczne atoli, widzę, masz pierwiosnki!

- To szczęście dla mnie, że tyle ich zakwitło – wyjaśniał Janek - właśnie zamierzam je zerwać i sprzedać w mieście, a za te pieniądze odkupić taczkę.

- Odkupić taczkę? Wszak nie chcesz przez to powiedzieć, że ją sprzedałeś? Byłoby to wielkim głupstwem z twojej strony!

- Tak – przyznał Janek – byłem jednak zmuszony to uczynić. Ta zima była dla mnie bardzo ciężka i nie miałem za co kupić kęsa chleba. Najpierw sprzedałem srebrne guziki od mojej jedynej kapoty, potem srebrny łańcuszek od matuli i swoją fajkę, a na końcu taczkę. Ale teraz  wszystko odkupię z powrotem.

- Janku – rzekł młynarz – ja ci odstąpię swoją taczkę. Jest wprawdzie w niezbyt dobrym stanie, jedna strona całkiem odpadła i kółka także połamane, ale mimo to ofiaruję ci ją. Wiem, że to z mej strony bardzo wspaniałomyślne i niejeden z tego powodu będzie mnie uważał za głupca, ale ja nie jestem jak inni ludzie. Moim zdaniem wspaniałomyślność jest istotą przyjaźni, zresztą dla siebie kupiłem już nową taczkę. Tak że możesz być całkiem spokojny – dostaniesz moją taczkę.

- To bardzo wspaniałomyślne z waszej strony! – ucieszył się Janek – ja z łatwością naprawię taczkę, bo właśnie mam w domu nową deskę!

- Nową deskę? – zdziwił się młynarz – właśnie tego mi potrzeba do naprawy dachu na stodole. Ogromna w nim zrobiła się dziura i zboże może mi zamoknąć. Jak to dobrze ze mi o tym przypomniałeś! Dziwne zaiste, jak jeden dobry czyn wywołuje drugi. Ja ci dałem taczkę, a ty zaraz obdarzasz mnie deską. Wprawdzie taczka ma znacznie większą wartość niż deska, lecz prawdziwa przyjaźń nie zważa na takie drobnostki.

- Zgoda! – powiedział Janek – już biegnę po deskę.

- Niezbyt duża ta twoja deska – rzekł Hugo po obejrzeniu deski – zdaje się, że po naprawieniu dachu nic chyba nie zostanie do naprawy taczki, ale przyznasz, że to już nie moja wina. A teraz skoro dostajesz ode mnie taczkę, sądzę, że w zamian ty mi dasz trochę kwiatów. Oto kosz i sądzę, że go napełnisz.

- Mam go napełnić? - Spytał zakłopotany Janek, bowiem kosz był bardzo duży i biedny chłopak wiedział, że nie będzie już miał nic do sprzedania, a tak bardzo pragnął odzyskać swe srebrne guziki.

- Oczywiście – wyjaśnił Hugo – moim zdaniem przyjaźń powinna być wolna od wszelkiego egoizmu.

- Mój drogi przyjacielu! – wzruszył się Janek – z chęcią oddaję wam wszystkie kwiaty, bo więcej zależy mi na waszym dobrym mniemaniu o mnie niż na odzyskaniu kiedykolwiek srebrnych guzików.

I co prędzej napełnił pierwiosnkami kosz młynarza.

- Do widzenia – żegnał się Hugo, odchodząc z deską i koszem kwiatów.

- Do widzenia – odparł Janek, zabierając się żwawo do roboty, tak uradowała go taczka.

Nazajutrz zajęty był akurat podwiązywaniem pędów bluszczu, kiedy zobaczył młynarza dźwigającego ogromny wór maki.

- Mój drogi Janku, czy nie zechciałbyś odnieść do miasta tego worka maki? – zapytał Hugo.

- Bardzo mi przykro – odpowiedział Janek - ale jestem dziś ogromnie zajęty w ogrodzie. Mam skosić trawę i podlewać.

- No tak – odezwał się młynarz – ale ja ci dałem taczkę, więc nieuprzejmie z twojej strony odmawiać mi drobnej przysługi.

- Ach! Nie mówcie tak! Nie chcę być nieuprzejmy dla nikogo – zawołał Janek i chwyciwszy wór, powlókł się z nim do miasta.

Droga do miasta, gdzie sprzedał mąkę po dobrej cenie i powrót do domu zajęły Jankowi cały dzień. Wczesnym rankiem przybiegł Hugo, aby odebrać pieniądze, a Janek jeszcze leżał, tak był zmęczony wczorajszą wyprawą.

- Dalibóg! – zawołał Hugo – widzę, że jesteś bardzo leniwy. Mając zamiar obdarzyć cię taczką, sadziłem istotnie, że umiesz pracować energiczniej. Lenistwo jest wielkim grzechem i nie znoszę, aby którykolwiek z moich przyjaciół był opieszały. Mówię to do ciebie jako przyjaciela, bo jakaż byłaby korzyść z przyjaźni, gdyby nie można było mówić otwarcie, co się myśli? Prawdziwy przyjaciel zawsze mówi nieprzyjemne prawdy i nie waha się sprawić przykrości.

- Bardzo mi przykro – usprawiedliwiał się Janek przecierając oczy i zrywając z głowy szlafmycę – ale byłem ogromnie zmęczony i chciałem poleżeć trochę dłużej i posłuchać śpiewu ptaków. Czy wiecie, że ilekroć słucham śpiewu ptaków, lepiej następnie pracuję?

- Bardzo mnie to cieszy – podchwycił wiadomość Hugo klepiąc Janka po ramieniu – bo właśnie chcę cię zabrać ze sobą, abyś mi naprawił dziurę w dachu.

Biednemu Jankowi bardzo było spieszno do pracy w ogrodzie, gdyż kwiaty już drugi dzień nie były podlewane, nie śmiał jednak odmówić młynarzowi – swemu dobremu przyjacielowi.

Jeszcze badał nieśmiało: - Czy uważalibyście za nieuprzejmość, gdybym odpowiedział, że jestem dziś ogromnie zajęty?

- Oczywiście – wyjaśniał Hugo – sądzę, że niewiele żądam od ciebie, gdyż darowałem ci taczkę, ale skoro odmawiasz, to zaraz stąd odejdę i sam naprawię dziurę w dachu.

- Ach! Przenigdy! – krzyknął Janek i śpiesznie poszedł z młynarzem do jego stodoły.

Pracował cały dzień, aż do zachodu słońca, a wtedy przyszedł Hugo, by zobaczyć, jak Janek sobie radzi.

- I cóż Janku, czy dach już naprawiony? - Spytał przyjaźnie.

- Tak, właśnie skończyłem – odparł Janek schodząc po drabinie.

- Ach! – podsumował młynarz – żadna praca nie daje tyle zadowolenia, jak ta, którą spełniamy dla innych.

- To prawdziwa rozkosz słuchać, gdy tak ładnie mówicie – odparł Janek ocierając pot, spływający mu strugami z czoła – ja nawet nie umiem tak pięknie pomyśleć.

- Ach! Nauczysz się tego z czasem – uspokajał młynarz - teraz uczysz się dopiero praktycznej strony przyjaźni, kiedyś przyswoisz sobie także teorię. A teraz idź do domu i wypocznij, bowiem jutro wczesnym rankiem pognasz moje owce na pastwisko.

Janek nie miał odwagi cokolwiek odpowiedzieć i rankiem ruszył w góry z dużym stadem owiec.

Po powrocie, wieczorem, był tak zmęczony, że usiadł na krześle w swojej izdebce i zasnął, budząc się dopiero nad ranem.

 - Ależ śliczny mamy dziś dzień! – pomyślał i szybko zabrał się do pracy w ogrodzie.

Atoli nigdy już nie miał czasu zająć się ogrodem, gdyż młynarz co dnia wysyłał go za swoimi sprawami do miasta, lub posługiwał się nim przy młynie. Biedny Janek był bardzo strapiony, pocieszał się tylko tym, że dostanie od młynarza taczkę, co jest czystą wspaniałomyślnością.

Tak więc Janek dalej pracował u młynarza, a ten mówił rozmaite piękne rzeczy o przyjaźni, które Janek skrzętnie notował, by wieczorem je odczytywać dla pokrzepienia serca.

Pewnego jesiennego wieczora, kiedy siedział zmordowany przy kominku, rozległo się głośne pukanie. Noc była bardzo burzliwa, a wiatr tak świszczał i wył, że aż ciarki brały.

Za drzwiami stał młynarz z latarnią w rękach.

- Mój drogi Janku! – wołał – jestem w wielkim kłopocie. Mój najmłodszy syn spadł z drabiny i potłukł się tak mocno, że muszę wezwać lekarza, ale on mieszka daleko, a pogoda okropna i przyszło mi do głowy, że ty pójdziesz po lekarza zamiast mnie. Wiesz przecież, że oddam ci taczkę, więc słusznie będzie, abyś się odwdzięczył.

- Naturalnie – żywo potwierdził Janek – uważam to za zaszczyt i natychmiast ruszam w drogę. Tylko pożyczcie mi latarnię, bo noc tak ciemna, że mógłbym wpaść do rowu.

- Bardzo mi przykro, ale to jest nowa latarnia i mógłbyś ją popsuć, a to byłaby wielka szkoda – grzecznie odmówił Hugo.

 - W takim razie obejdę się bez niej – zdecydował Janek. Włożył kożuch i ciepłą czapkę, po czym ruszył w drogę.

Burza szalała, zacinał zimny rzęsisty deszcz. Przemoknięty Janek po trzech godzinach stanął u drzwi doktora.

- Czego chcesz Janku?– spytał doktor.

- Synek młynarza spadł z drabiny i mocno się potłukł, więc młynarz prosi, by pan doktor zraz przybył.

- Dobrze – odparł doktor polecając osiodłać konia. Po chwili z latarnią w ręku zszedł ze schodów i pojechał w kierunku młyna, Janek zaś pobiegł za nim, ale wśród ciemności kilkakrotnie wpadł do wody, zgubił czapkę i w końcu zabłądził wśród trzęsawiska bardzo zdradliwego, gdzie w końcu utonął.

Nazajutrz kilku pastuchów natknęło się na Janka i martwe jego ciało zanieśli do chałupki w ogrodzie.

Janek był ogólnie lubiany, toteż tłumy ludzi odprowadzały go na cmentarz, a na czele orszaku żałobnego kroczył młynarz.

- Byłem najlepszym jego przyjacielem – mówił – słusznym więc jest, że mam najprzedniejsze miejsce w pochodzie.

- Szkoda bardzo tego biednego Janka – mówił kowal wiejski, gdy po pogrzebie cała gromada wygodnie rozsiadła się w karczmie, gorącym winem zapijając słodkie pierniki.

- Dla mnie jest to istotnie szkoda poważna – wyjaśniał młynarz – miałem bowiem zamiar odstąpić mu starą taczkę, a teraz  nie wiem doprawdy, co z nią począć. W domu mi tylko zawadza, a tak jest zepsuta, że nikomu nie mógłbym jej sprzedać. W przyszłości już nigdy nie będę nikomu robił podarków. Człowiek tylko cierpi z powodu swej wspaniałomyślności.

 

- I co dalej? Spytał szczur wodny po długiej chwili milczenia.

- Nic. To już koniec – odparła kaczka.

- Ale co z tym młynarzem? – spytał szczur.

- Tego doprawdy nie wiem – rzekła kaczka – a nawet zupełnie mnie to nie obchodzi.

- Widzę, że jesteś pozbawiona wszelkich życzliwych uczuć – zauważył szczur.

- A mnie się zdaje, że wcale nie podchwyciłeś morału tej historii – odcięła się kaczka.

- Czego? – zapiszczał szczur.

- Morału.

- Czy chcesz powiedzieć, że w tej historii tkwi jakiś morał?

- Naturalnie – potwierdziła kaczka.

- W takim razie – wybuchnął szczur – powinnaś mnie uprzedzić o tym, zanim zaczęłaś opowiadać. Nie lubię bowiem morałów i w ogóle bym ciebie nie słuchał. Znudziła mnie ta historia.

                                                                        Oskar Wilde

środa, 25 października 2023

Jego Osobistość Zezio

 




Żona otworzyła przede mną Świat Pluszaków, tudzież innych bibelotów. Jako że zawsze uważałem, iż przedmioty także mają dusze, polubiłem natychmiast ten niby nowy świat. A w nim, w tym świecie zróżnicowanych Osobistości, niektóre z nich wydały mi się szczególnie sympatyczne. Ta sympatyczność zmieniła się nawet w miłość.

Landrynkowego Zająca pokazałem, pora na Zezia.

Czemu Zezio? Z powodu że zezowaty on. Mój nieżyjący już piesek Dyzio, nieco sfatygował Zezia, prawdopodobnie z zazdrości, połykając jego lewe ucho. Po tej awanturze Dyzio został zrugany, bardzo się zawstydził, atoli Zezia do zabawy już więcej nie dostał, a lewe ucho obraziło się i postanowiło nie odrosnąć.

Zabrałem Zezia do lasu i wyszła sesja przeważnie grzybowa. Znaleźliśmy z Zeziem stary (zielony już) rożek kozła i kolejną czaszkę, a na ostatnim zdjęciu widać Jego Osobistość Zezia na tle innego przedmiotu z duszą – plecaka (z nitką Ariadny), który ma obecnie 56 lat.











W mazowieckim lesie było tego dnia wyjątkowo przecudnie!

Nie trzeba w lesie kląć, lepiej kapelusz zdjąć ....                                                                                                    

czwartek, 2 kwietnia 2020

Nie ma takiej rury

Oczywiście że wszystko wydarza się w odpowiednim czasie i miejscu. Oraz nie przyspieszysz ani nie opóźnisz.
Nieznane - to jest właśnie ta umowna mgła, która nas otacza. 
Jestem w komfortowej sytuacji: - robię to co lubię, nie mam rodziny na utrzymaniu ani kredytu we frankach. 
Do tego czuję się dobrze, albo nawet jeszcze lepiej, no i jestem zadowolony. 

Czytelniczka - Czytelnik bloga jako osoba światła pewnie przyjmie powyższe wynurzenia przychylnie i pomyśli: - oby więcej takich! 
Ewentualnie dopuści do głosu zazdrość, bowiem zazdrość jest pozytywna - ona dopinguje: - ja też tak bym chciała - chciał! Zazdrość wzmaga dążenie do wyznaczonego celu.
Zawiść natomiast (to wariat jakiś, a niech go cholera) jest negatywna, jest płonącym węglem, który trzymasz w gołej dłoni. 
Odrzuć ten płomień, bo się nim poparzysz.
Przyjmij za to myśl: - Nie ma takiej rury, której nie można odetkać!

Bywa gęsta mgła nad morzem, nieczęsto się to zdarza, udało mi się ją sfotografować jeden raz w maju na Wyspie Sobieszewskiej. 
Ta mgła miała odcień mleczny. Kiedy wszedłem na plażę mgła była gęsta. Szedłem fotografując kolejne kosze. Mgła szybko zanikała. Po dwustu metrach dotarłem do trzeciego kosza, który stał już w pełnym słońcu.





Natomiast mgła bieszczadzka z łąki na górze 686, w pierwszych dniach czerwca była zielonkawa, pewnie barwę pożyczyła od zieleni kipiącej wokół. 
Czerwcowe mgły poranne podnosiły się tu prawie codziennie, a od czasu do czasu mgła utrzymywała się do południa. Nic dziwnego – świat po nocy dosłownie spływał rosą.

Jeszcze inaczej wyglądały jesienne mgły poranne w Woli Michowej. Od wypalonych słońcem ściernisk po skoszonych łąkach nabierały odcienia złocistego. 


Ej, od dolin mgła się wspina
Bies ją wiatrem w supły wiąże,
Pięści z nosem nie rozróżnisz,
Ani księcia od prosięcia.
Taka mgła.... taka mgła,

Gdzie jest jeszcze w świecie taka mgła?

Powiadają ludzie starzy -
Im rozumu nie brakuje -
Że to niedźwiedź strawę warzy,
A to tylko mgła się snuje.
Taka mgła....taka mgła...

Gdzie jest jeszcze w świecie taka mgła?
                   
                                                 Jerzy Baryła Nowakowski

Jeszcze inaczej wyglądają bieszczadzkie mgły z góry.



A gdy mgły znikną, jesienne długie cienie i gra światła dają inne okazje do zdjęć.

środa, 26 lutego 2020

Przywrócić sobie dzieciństwo


                Niektóre problemy, takie jak zazdrość, chęć posiadania, zachłanność, są wynikiem braku zakorzenienia we własnym ciele. Dlatego ciągle się boisz. 
Strach ten powoduje w tobie narastanie chęci posia­dania. 
Z jego powodu nie możesz nikomu zaufać, dlatego pojawia się zazdrość. 
Więcej: -  nie możesz zaufać samemu sobie, bo jak masz zaufać, jeśli brakuje ci połączenia ze swoim ciałem?
Prawda przychodzi dopiero wtedy, kiedy najpierw umocnisz się w swoim ciele. 
                                                                            


                   A kiedy tak się stanie, wtedy cokolwiek się wydarzy, wiesz, że po tym wstaniesz i będziesz umiał się z tym zmierzyć. Nie będziesz już przywie­rał na siłę do innych; staniesz się samowystarczalny.

          Dlatego podstawową sprawą jest to, byś zaczął coraz moc­niej zakorzeniać się w swoim ciele. Zwracaj na nie uwagę, ciesz się jego aktywnością, biegaj o poranku, ciesząc się ciałem, i czuj przepływającą energię. 
Idziesz popływać - ciesz się ciałem, rze­ką i dotykiem wody. Biegaj, tańcz i podskakuj w 
słońcu, pozwól, aby ciało znów promieniowało radością.

           
            To musi być zrobione najpierw, wraz z tak dużą ilością głę­bokich oddechów jak tylko możliwe. Gdy już dostaniesz się do swojego ciała, gdy znów odżyjesz wraz z nim, dziewięć proble­mów z dziesięciu zniknie samo.
             
Jeden z trików społeczeństwa polega właśnie na tym, żeby oddzielić ludzi od siebie 
samych. Społeczeństwo odcięło twój kontakt z ciałem po to, abyś poczuł się jak jakiś upiór w puszce. W takim stanie łatwiej tobą sterować.
Je­steś w ciele, ale przecież tak naprawdę to w nim nie jesteś - po prostu błąkasz się. Bierzesz przyjaciela za rękę, ale nie masz ża­dnych odczuć, żadnej poezji, żadnej radości. 
Zupełnie jakby spotkały się dwie dło­nie manekinów. 
Jesz, ale tak właściwie napychasz się; straciłeś smak. 
Patrzysz, ale nie widzisz prawdziwego natężenia barw ży­cia; kolory są przytłumione, 
szarawe, zakurzone. 
Słuchasz mu­zyki, ale właściwie słyszysz tylko kolejne dźwięki, a muzykę prze­gapiasz.

         
Spróbuj przez kilka miesięcy zachwycać się wszystkim, co ma związek z ciałem: bieganiem, uprawianiem joggingu, zabawą, skakaniem, tańcem, śpiewem, krzyczeniem w górach. 

Przywróć sobie dzieciństwo!
Poczujesz się jak nowonarodzony.
Poznasz, co czuje gąsienica, kiedy stanie się motylem.
                                                                                                                                                                 Osho 

                                                                                                                                  


                                                                                                         

poniedziałek, 11 maja 2015

Dwa drzewa

Pośrodku rozległej równiny rosły dwa drzewa. Jedno miało koronę w kształcie stożka, drugie idealnej kuli. Od dziesiątków lat nikt nie odpoczywał w ich cieniu, a w gałęziach od dawna ptaki nie wiły gniazd.
Drzewa stały samotnie naprzeciwko siebie, podziwiając się wzajemnie.
        - Ach, jak bardzo pragnę być taką piękną zieloną sferą; to musi być cudownie posiadać kształt słońca i pełni księżyca, być uwielbianym przez chmury i plejady gwiazd! - szeptało tysiącami liści stożkowate drzewo.
       Drzewo o kulistej koronie marzyło o byciu stożkiem skierowanym w bezkres kosmosu, ku labiryntom galaktyk i złotym deszczom komet. Błagalne modlitwy liści obydwu drzew nie uszły uwagi potężnego Boga, który oryginalnie je stworzył. Zlitował się nad nimi i pewnej nocy zamienił ich zielone korony, zabierając im również pamięć przeszłości.
       
Następnego dnia, jak przez niezliczone różańce poprzednich dni, drzewa patrzyły na siebie z zazdrością, kontemplując kształt sąsiada. Pierwotną formę zachowały tylko korzenie, ale te, należąc do świata ciemności, nie były dla nikogo widoczne.