Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 kwietnia 2026

Świetliki

 


Dolina Orsigna. Stąd odejdę, to moje Himalaje. Gdy przyjechałem tu jako dziecko, poczułem magię natury. A kiedy nadchodzi nowoczesność, magia ustępuje  i pozostaje w drzewach, lasach, zachodach słońca. Wiem, że moje wnuki żyją tu w świecie, który ich zaskakuje, w którym można dojrzeć coś cudownego.

Wczoraj zobaczyłem pierwszego świetlika i przystanąłem, żeby popatrzeć, jak w ciemnościach nocy migocze nikłe światełko… Na taki widok człowieka ogarnia radość!





Pamiętam z dzieciństwa zasłyszane w domu różne opowieści o świetlikach. Na przykład ta, że jeżeli złapanego wieczorem świetlika nakryjesz szklanką, rano w tym miejscu znajdziesz monetę.

    Dzięki tym opowieściom świat stawał się bogatszy, toteż moim wnukom chciałbym pokazać świetliki, żeby zachwyciły się światem. W Himalajach żyją gąsienice, które nocą świecą na zielono, zupełnie jak lampiony. Niezwykły widok. Czy nie pięknie byłoby opowiedzieć dziecku bajkę o takich gąsienicach? Wtedy świat się ożywia, wzbogaca, a  nie tylko telewizja i idziemy na pizzę. To stąd pochodzi cała przemoc, sami ją codziennie tworzymy. A wystarczyłoby powiedzieć dość i zabrać dziecko na spacer nocą, żeby zobaczyło świetliki.

    Żyjemy w biegu, za dużo stymulacji, jesteśmy rozrywani między pracą, telefonem, telewizją i ludźmi, którzy nas odwiedzają. Nie zatrzymujemy się nawet na chwilę, żyjemy w ciągłym biegu. Konsumizm to coś w rodzaju spisku, to maszyna która nas pożera.

                Terziano Tiziani – wspomnienia





PS. I mnie przydarzyły się niezapomniane noce świetlikowe (Noc w masywie Chryszczatej, Noc ponad Hańczową). Te wpisy były bez zdjęć tych cudnych, delikatnych stworzeń, co nadrabiam dziś.

piątek, 20 lutego 2026

Bajka o murarczyku

 


Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, był las. Pod tym lasem stała chatka upleciona z chrustu, a w tej chatce mieszkali dziad i baba.

   Starzy już byli oboje i samotni, bo dzieci ich w świat poszły, a wnuków nie mieli. Przykrzyło im się.

   Poszła raz baba na porębę po jagody. Drepcze, drepcze, schyla się, zbiera, a spieszy się, bo słońce już wysoko, czas wracać i dziadowi strawę gotować.

Nazbierała cały dzbanek jagód i rozgląda się za paprocią, aby jej liściem jagody przykryć. Widzi piękną paproć za białym kamieniem, podchodzi i schyla się, żeby liść zerwać, a tu naraz coś piszczy! Jakby kocię – nie kocię, a może dziecko?

   Zdziwiona odchyla paproć, a tu dziecko!

Leży malutkie w paproci i popłakuje z cicha….

- O rety! Olaboga! Co za znaleźne! Aż się baba za głowę złapała.

Czym prędzej do fartucha mchu mięciutkiego uzgarniała, na tym mchu dzieciątko ułożyła, do chałupki spieszy.

Kuśtyka baba z lasu, a dziad na chruścianej przyzbie siedzi i wyglądając baby fajkę pyka.

Przykuśtykała baba do dziada i powiada:

- Zgadnij dziadu, com znalazła, a nie szukała?

- Pewnie grzyb – zgaduje dziad.

Ale baba kręci głową, że nie.

Patrzy dziad, a w fartuchu coś się rusza.

- Już wiem – woła dziad – znalazłaś małego zajączka!

Baba się tylko uśmiechnęła i pyta:

- A co zrobimy z tym zajączkiem?

Zamyślił się dziad krzynkę, pyknął z fajeczki trzy razy i powiada:

- Będziemy go chować!

Dopiero wtedy baba rozchyliła fartuch i pokazała dzieciątko.

Ucieszył się dziad tak bardzo, że aż fajka mu z ust wypadła.

Bo jak się tu nie cieszyć? Miło zajączka mieć w chacie, ale jeszcze lepiej dzieciatko!

Dobrze było znajduszkowi w chruścianej chatce u dziada i baby, że i u rodziców lepiej być nie może.

Dostał ci on na imię Michałek i rósł na pociechę, aż wyrósł na sporego chłopaka. Dziad i baba kochali go bardzo i on też ich kochał. Dobrze im było trojgu ze sobą.

Kiedy Michałek miał już lat piętnaście, powiedział dziad do baby:

- Ja stary i ty stara, wiekować nie będziemy. Czas, aby Michałek sam nauczył się myśleć o sobie. Niech idzie w świat i rozumu nabierze. Wróci, to powie nam, kim chce zostać – stolarzem, szewcem czy może kowalem. Daj mu chleba na drogę, czystą koszulę na zmianę i niech jutro z rana idzie.

O poranku ukroiła baba kromkę chleba, powidłami z jagód ją posmarowała, czystą koszulę wyjęła ze skrzyni i powiada:

- Czas Michałku, abyś sam o sobie pomyślał. Idź w świat i nabierz rozumu.

Pocałował Michałek babę i dziada w rękę i poszedł.

      Idzie lasem, wyszedł na polanę, tam jagody, więc co i raz schyli się, jagodę zerwie i idzie dalej.

Wtem boleśnie uderzył o coś nogą, aż mu świeczki w oczach stanęły. Patrzy – kamień. Rozzłościł się i powiada:- a bodajeś się w ziemię zapadł, twardy kamieniu!

   Kamień, kiedy to usłyszał, jeno jęknął głucho, ale ani drgnął, bo przecież nie mógł. A chłopak poszedł dalej.

Idzie, idzie, aż wyszedł z lasu na pole. Po tym polu szedł chłop za pługiem i orał. Kiedy zobaczył Michałka, przystanął i dawaj narzekać: - Źle orka idzie przez te kamienie, biedę mam z nimi. Więcej na mej roli kamieni niż ziemi, a wiadomo, że na kamieniu chleb nie urośnie.

    I rozzłoszczony dalejże kamienie przeklinać!

Kamienie tylko jęczały z cicha, ale nie ruszały się z miejsca, bo nie mogły.

   Postał Michałek chwilę wysłuchując urągań oracza, a że nic pomóc mu nie mógł, to poszedł dalej.  

Szedł i szedł, aż zmęczywszy się chciał odpocząć, ale naokół było pustkowie bez ludzkiej siedziby. Rad nie rad, wyciągnął się na ugorze i zasnął.

Po dobrej godzinie obudził się rześki i wypoczęty. Wstał i zobaczył, że pod głową, zamiast poduszki, miał płaski kamień porośnięty miękkim mchem.

   - Hmm! – mruknął – widać nie wszystkie kamienie są złe i niepotrzebne. Oto znalazł się taki, co się na coś poczciwego przydał.

To mówiąc pochylił się i pogłaskał usłużny głaz.

O dziwo niby niemy głaz, a przemówił: - Michałku, Michałku! Mógłbyś ty chłopcze tak zrobić, żeby i ludziom i kamieniom było dobrze!

- A jakim to sposobem mam zrobić? – zapytał chłopak.

Ale głaz milczał, bo i tak już dużo powiedział.

Powędrował Michałek dalej.

Naraz patrzy, a tu idzie po drodze ślimak. Szedł on wolno, pewnie z powodu że niósł na sobie mocno zbudowany domek, przez który deszcz nie przeciecze, ani wiatr nie przewieje.

Pomyślał Michałek: - Ten ślimak jest mądry i szczęśliwy, bo ma zaciszny domek. Gdyby tak ludzie …… i nie dokończył, bo potknął się o kamień leżący na drodze. W pierwszej chwili chciał chwycić ten kamień, fyrgnąć nim gdzie w pokrzywy, ale …. nie zrobił tego, a coś zupełnie przeciwnego: - zamiast złości, przycisnął go do serca i rzekł: - To ja cię przepraszam kamieniu, że niechcący potrąciłem ciebie nogą!

   Ledwie wyrzekł te słowa, a kamień, do serca przyciśnięty, zadźwięczał cichutko:

- Dobry chłopcze, dam ci radę – zostań murarczykiem! My, kamienie służyć ci będziemy i gdy tylko rozkażesz, będziemy wespół budować ludziom solidne i ciepłe domy.

Michałek, słysząc te słowa uradował się wielce i z całego serca ucałował kamień w podzięce za radę.

Tym razem kamień całkiem głośno wydzwonił: - Ty, który kochasz nie tylko ludzi, ale i kamienie, będziesz wielkim murarczykiem!

   Prędko Michałek wracał do domu i podzielił się nowiną z babą i dziadem.

- Jakże ty sobie poradzisz, skoro masz tylko dziesięć palców? - Zapytał dziad.

- Ano kamienie pomoc mi przyrzekły – objaśniał chłopak - jeszcze tylko glinę, piasek i wapno do pomocy wezmę.

  I stało się; - Czary to były czy nie czary, nikt się nigdy nie dowiedział, ale paliła się robota w rękach murarczyka i śliczne murowane domy rosły jak grzyby po deszczu.

  Już bezpańskie kamienie nie leżały po drogach, po rolach, nie gniotły się w ziemi.

Na skinienie Michałka toczyły się wszystkie do kupy, jedne na drugich na zaprawie równiutko się kładły i domami się stawały.

Błogosławili ludzie kamieniom, a one błogosławiły murarczyka.

I stał Michałek na rusztowaniu kolejnego domu, a tak wysoko, że kielnią w rozmachu zawadzał o słońce!


 

 

 

 

 

 

 

 

  

piątek, 17 października 2025

Manipulacja

 


 Łatwość, z jaką można manipulować umysłem ludzkim, wynika z samej natury człowieka. Jest on bardziej odbiorcą niż poszukiwaczem, chętnie (z powodu lenistwa, bierności i braku wyobraźni) zadowoli się informacją pierwszą z brzegu, albo opinią, a ta im bardziej będzie uproszczona, ubarwiona i bzdurna – tym lepiej. Bzdura ma coś z konwencji bajki (i często kiczu) przemawia więc łatwo do wyobraźni potocznej.

     Prawda może być tak oczywista, że nie wzbudzi żadnego zainteresowania,  może też być zwyczajnie nudna. Tymczasem w bzdurze (dobrze podanej) jest często jakaś fantastyczność, jakaś intrygująca deformacja, zaklęcie, baśń.

Propaganda stała się głównym narzędziem działania każdej władzy współczesnej. Ktoś użył na jej określenie terminu agresja. Jest to o tyle trafne, że istotą propagandy jest po pierwsze primo nieustanny atak i podbój (świadomości człowieka).

Jednak uwaga: - jeżeli spośród wielu prawd wybierzesz tylko jedną i za nią będziesz ślepo podążać, zmieni się ona w fałsz, a ty staniesz się fanatykiem.


Fanatyzm wyzwala w człowieku więcej energii niż łagodność i dobroć. Dlatego fanatyk może łatwiej narzucić swoją wolę, łatwiej ustanowić swoje rządy.

  Po drugie primo: - aby rządzić bez większych problemów, nie trzeba wsadzać do więzień. Wystarczy stworzyć społeczeństwo przeciętnych. Człowiek przeciętny zrobi bowiem wszystko, co zechce władza, ponieważ ma tylko jeden ideał – żeby dać mu spokój.



piątek, 28 marca 2025

Sekret króla Midasa



Król Midas był władcą absolutnym, co jak wiemy uzależnia i deprawuje. Był to czas, gdy jeszcze nie rozbudziła się u króla chorobliwa namiętność do złota, na razie dręczył go inny problem. Midasowi urosły ośle uszy, a wiedział o tym oczywiście on sam, tudzież jego fryzjer.

    Fryzjer nie mógł się z nikim podzielić swoją wiedzą, ponieważ tyran pod groźbą śmierci, surowo mu tego zabronił. Sługa nosił więc w sobie tę trochę zabawną tajemnicę przez całe lata, a ciążyło mu to coraz bardziej i bardziej. W końcu myślał tylko o jednym: jakimś bezpiecznym sposobem zrzucić z siebie zatajany sekret.

    Pewnego dnia szedł nad rzeką, było pusto, jak okiem sięgnąć żywej duszy. Fryzjer pojął, że jest sam, wpadł na genialny, jak mu się wydawało, pomysł, ukląkł, wygrzebał dziurę w ziemi, pochylił się i dopiero wtedy do dziury wykrzyczał na całe gardło, że król Midas ma ośle uszy! W taki oto sposób ulżył sobie raz na zawsze! Zrobiło mu się na duszy błogo i lekko. Jak się okazało, fryzjer był jednak w błędzie, że wykrzyczana na odludziu tajemnica nie dotrze do poddanych. Oto z dołka wyrosła trzcina. Rosła i rosła, aż urosła i zaczęła szumieć na wietrze, snując swoją opowieść. Odtąd każdy poddany już wiedział, dlaczego król nawet w największy upał nosi na głowie wielką mitrę, zamiast złotej korony – on po prostu zakrywał swoje uszy.

 

PS. Bajka nie wspomina, jak potoczyły się losy fryzjera, bo Midas rozumował logicznie, oraz był okrutny, atoli zostawmy to niedomówienie.

Ten żartobliwy psychologiczny myk wszedł do innych baśni: - Kiedy zła siostra zabije dobrą siostrę, na mogile wyrasta wierzba. Idzie pasterz, zetnie gałązkę, jest fujarka, a ona sama gra, póki winowajczyni nie ukarzą. Grób woła pełnym głosem. Z ziemi wyrasta roślina, która wyraża sedno rzeczy – nie podlega zastraszeniu, mówi ludzkim głosem, a jej komunikat to sama prawda: - jest zbrodnia – powinna być kara.

 

czwartek, 28 listopada 2024

Kogut śpiewa na królewskim dworze

 


Opowiadamy dzieciom bajki, ciesząc się, że są takie istoty, które wierzą w niemożliwość.

I w ten sposób potęgujemy możliwości dorosłych.

 

Pewnego razu traktem wiodącym na królewski dwór szedł kogut.

Szedł, żeby przed królewskim zamkiem oznajmić, że król umrze, a wieśniak dostanie młyn.

 

Wyszedł mu naprzeciw wilk i zapytał;

- A dokąd to idziesz, kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – odparł kogut.

- Weź mnie ze sobą, może przydam ci się, gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie – zaproponował wilk.

- Dobrze, wezmę cię. Zamień się tylko w pchłę i schowaj w moim ogonie.

Wilk tak zrobił.

     Kogut ruszył dalej i po chwili spotkał niedźwiedzia, który spytał:

- Dokąd idziesz, kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – powiedział kogut.

- To weź mnie ze sobą, pomogę ci, gdy będziesz w potrzebie – rzekł niedźwiedź.

- Wezmę cię – kogut na to – tylko zamień się w pchłę i schowaj w moim ogonie.

    Niedźwiedź zamienił się w pchłę i schował w ogonie koguta.

I poszli dalej. A tu naraz zastąpił im drogę Mróz i pyta:

- A dokąd to, panie kogucie?

- Idę śpiewać pod bramą królewskiego zamku – znowu objaśnił kogut.

- Pójdę z tobą, może ci się na coś przydam – zaoferował Mróz.

- No dobrze, tylko zamień się w pchłę i schowaj w moim ogonie.

Mróz zrobił tak, jak kazał kogut i ruszyli dalej.

Wreszcie ukazał się zamek.

Kogut skoczył na most zwodzony przed bramą i odważnie zaśpiewał: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

   Król usłyszał, co wyśpiewuje kogut i się strasznie zezłościł. Kazał koguta wrzucić między barany, żeby go zadeptały na śmierć.

Wrzucili słudzy królewscy koguta miedzy barany i poszli. Kogut wtedy wypuścił z ogona wilka, który rzucił się na stado, rozdarł barany na strzępy, żadnemu nie przepuścił.

    Następnego dnia kogut znowu zaśpiewał na moście: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

    Tym razem król kazał wrzucić koguta między rozjuszone byki, żeby go rozerwały rogami. Natychmiast wykonano królewskie polecenie. Kiedy kogut znalazł się wśród byków, zaraz wypuścił z ogona niedźwiedzia, który migiem rozprawił się z bykami, ratując koguta.

     Następnego dnia kogut znowu pojawił się na zwodzonym moście przed bramą zamku i zaśpiewał: „Król umrze, a wieśniak młyn dostanie”.

    Król rzekł wtedy do swoich służących: - trzeba tego bezczelnego koguta upiec. Napalcie w piecu i wrzućcie go do ognia!

Wkrótce piec był gorący i wrzucono do niego koguta. Wypuścił wtedy kogut Mróz z ogona. I piec się natychmiast zagasił, ostygł, a nawet zamroził, a kogutowi nie nadpaliło się nawet jedno piórko.

    Rano kogut cały i zdrowy znowu zaśpiewał przed bramą:

„Król umrze, a wieśniak dostanie młyn”.

     Tego już król nie mógł ścierpieć i rozkazał: - przynieście mi tego wstrętnego koguta, ja go połknę, bo inaczej on nie przestanie śpiewać tej swojej złośliwej piosenki.

   Zgodnie z rozkazem przyniesiono koguta, a król go połknął.

Jednak przedtem, na wszelki wypadek, kazał jednemu ze swoich żołnierzy stać obok siebie z mieczem w ręce, bo kogut mógł próbować ucieczki z ust króla. Żołnierz miał przykazane: - jak tylko kogut wychyli się z ust króla i wystawi głowę, masz jednym ciachnięciem obciąć mu ją raz na zawsze.

Stał żołnierz posłuszny i patrzył na usta króla. Denerwował się przy tym okrutnie i ręce mu drżały.

Nagle … król wychylił język, chcąc oblizać wargi. Żołnierzowi się wydało, że to kogut wychylił głowę, zamachnął się tedy chwacko mieczem i niechcący urąbał głowę króla.

 

P.S. Na tym bajka się kończy. Czytałem tę bajkę znajomemu dziecku, które ma rozwiniętą kreatywność. Po skończonym czytaniu dziecko pomyślało chwilę, po czym poruszyło cztery wątki: uważności, podejrzliwości, konieczności sprawdzania, umiejętności wyciągania wniosków.

- To już cała bajka? Zapytało (wątek uważności).

- Tak – odpowiedziałem.

- To pokaż książkę – zażądało (nieufność). Sześć lat ma, a już czyta swobodnie.

- Pokazałem - sprawdził (wątek trzeci).

- Bajka w porządku, ale zgubili w tej bajce wieśniaka i młyn – orzekło dziecko (wyciągnął wniosek).

wtorek, 5 marca 2024

Gorzki jest brak pana

Kiedyś kościół katolicki zbierał wiadomości (czytaj haki) na człowieka, a czynił to w sposób prosty i dwojaki: - na spowiedzi pacjent sam donosił na siebie, po czym było to weryfikowane z pomocą sieci donosicieli nie tylko z kółek różańcowych. Tak czy siak, zaiste w obu przypadkach donosicielem był ten sam tak zwany baranek boży.


Dziś to źródełko kościelnego dostępu do informacji wysycha w sposób naturalny, a jego miejsce już zajęła SI.

Czasy się zmieniają, mamy postęp: - instrument spowiedzi zastąpiły algorytmy śledzące zainteresowania, co ciebie najbardziej porusza, jakie strony przepatrujesz i jak długo się zatrzymujesz. Zbierane informacje są jednocześnie wykorzystywane do kierunkowania. Człowiek internetowy jest osaczany, oplątywany pajęczyną powiadomień.


Mnie to przykładowo uderzyło w 2013 roku, kiedy zamieszkałem tuż przy granicy ze Słowacją. Wystarczyło ruszyć się kilkaset metrów z chałupy w stronę niedawnej granicy państwowej, aby zaraz odebrać wiadomość proponującą korzystny roaming. To samo działo się w pobliżu połonin, czyli granicy z Ukrainą. Pomyślałem wtedy: - Oto mają człowieka na widelcu, namierzają z dokładnością do paru metrów.

Korzystam z internetu, on stał się już częścią naszego życia, trzeba tylko pamiętać, że każdy medal ma dwie strony i pilnować się, aby nie utonąć w informacyjnej sieczce głupot.


Profilaktycznie trzymam się z dala od fejsbuka, nie uczestniczę w forach społecznościowych – wystarcza mi kontakt z Czytelnikami poprzez bloga, atoli nikomu nie staram się podpowiadać jak ma żyć.


Czytałem ciekawy artykuł o sygnalistce, która pracowała przy kampanii wyborczej amerykańskiego Jasia Fasoli czyli Trumpa. Szefowie sygnalistki twierdzili, że jest dość łatwo wpłynąć na określoną grupę ludzi. Wpłynąć i skierować ich tam, gdzie się chce. Potrzeba na to sześć miesięcy.

Natomiast na wygranie każdych wyborów we współczesnym społeczeństwie karmionym internetem, dla dowolnej partii, potrzeba dwóch lat. I wcale nie trzeba mieć na to kupę kasy - podpisuje się po prostu umowę (cyrograf chyba, bo sprawa wydaje się diabelska) dotyczącą podziału przyszłych fruktów.

Czy rzeczywiście sprawa wydaje się diabelska?

Być może ludzie są łatwowierni. Albo nie potrzebują, czy też nie chcą wolności, bo nie bardzo wiedzą co z takową zrobić. Jak twierdził był klasyk Adolf, ludzie lubią, gdy Ktoś za nich myśli - potrzebują pana.

Czy aby kroczek po kroczku tym Ktosiem nie staje się SI w rękach złych ludzi?

W jednej z bajek Oskara Wild’ea trafiam na słowa: - Gorzko jest pracować dla pana, lecz bardziej gorzki jest brak pana, który daje pracę.


sobota, 2 grudnia 2023

Prawdziwy przyjaciel

Pewnego dnia stary szczur wodny wystawił głowę ze swej dziury. Po stawie właśnie pływały młode kaczęta, wyglądające jak stado żółtych kanarków, a ich matka, całkiem biała, o czerwonych nogach, uczyła je stawać na głowie.

- Nigdy się nie dostaniecie do dobrego towarzystwa, dopóki nie nauczycie się stawać na głowie – powtarzała to pisklakom wielokrotnie. A pisklęta nie zwracały na nią uwagi, bo nie rozumiały, co to za korzyść należeć do dobrego towarzystwa.

- Jakież to nieposłuszne dzieci – krzyknął szczur. Zasługują doprawdy, by je potopić.

- Wcale nie – odparła kaczka – każdy początek jest trudny, a rodzice nie mogą być okrutni.

- Ach! Nie znam się zupełnie na tych uczuciach rodzicielskich – rzekł stary szczur – bo nie mam rodziny. Nie miałem żony i nie mam zamiaru się żenić. Miłość jest dobrą rzeczą, ale przyjaźń jest znacznie wznioślejsza.

- A jakież są twoje wyobrażenia o obowiązkach prawdziwej przyjaźni? - zapytała kaczka.

- Co za głupie pytanie! – krzyknął szczur – oczywiście, że od przyjaciela wymagałbym, aby się dla mnie poświęcał.

- A ty jaki byłbyś dla niego? – spytała kaczka.

- Nie rozumiem twego pytania – odparł szczur.

- Więc pozwól, że opowiem ci historię na ten temat – rzekła kaczka.

- Czy ta historia mnie dotyczy? – spytał szczur. Bo jeśli tak, to chętnie posłucham, gdyż nadzwyczajnie lubię opowiadania.

- Da się do ciebie zastosować – podsumowała kaczka i zaczęła opowieść.

Razu pewnego żył sobie poczciwy chłopiec, Janek. Nie miał jakiś specjalnych talentów, za to odznaczał się dobrym sercem i wesołą, zawsze pogodną twarzą. Mieszkał w mizernej chałupce, sam jeden i po całych dniach pracował w swym ogrodzie. Nie było w okolicy równie uroczego i zadbanego ogrodu. Rosło tam mnóstwo gatunków kwiatów, o różnych porach kwitnienia, które kwitły kolejno po sobie, roztaczając miłe wonie po okolicy.

Janek miał wielu przyjaciół, ale najserdeczniejszym był Hugo, bogaty młynarz. Istotnie, ów był tak serdeczny, że zawsze przechodząc koło ogrodu Janka, pochylał się przez parkan i zrywał dużą wiązankę kwiatów, albo pęk jarzyn. Zależnie od pory roku, napełniał sobie także kieszenie śliwkami lub wiśniami.

- Prawdziwi przyjaciele powinni mieć wszystko wspólne – zwykł powtarzać młynarz, a Janek potakiwał i uśmiechał się dumny, że ma  przyjaciela o tak szlachetnych przekonaniach. Czasami co prawda, sąsiedzi się dziwili, że bogaty młynarz tylko bierze, niczym się Jankowi nie odwzajemnia, chociaż ma setki worów pełnych mąki, sześć dojnych krów i stado wełnistych owiec.

     Janek jednak nigdy nie zadawał sobie podobnych pytań. Za to z wielką przyjemnością wsłuchiwał się w cudowne uwagi, jakie młynarz wygłaszał o bezinteresowności prawdziwej przyjaźni.

Poza tym ciągle pracował w ogrodzie i wiosną, latem i jesienią czuł się szczęśliwy, ale gdy nadchodziła zima nie miał co wynosić na targ i cierpiał wtedy od głodu i chłodu. Czuł się także bardzo osamotniony, gdyż młynarz nigdy go wtedy nie odwiedzał.

- Nie powinienem odwiedzać Janka, dopóki śnieg leży – mawiał młynarz do swej żony – albowiem ludzi strapionych należy pozostawić samych, a nie naprzykrzać się wizytami. Tak pojmuję przyjaźń i jestem pewien, że mam rację. Wole przeto zaczekać do wiosny, wtedy go odwiedzę i przyjmę od niego duży koszyk pierwiosnków, czym mu wielką sprawię przyjemność.

 - Doprawdy, jak ty zawsze myślisz i troszczysz się o innych – odparła żona siedząc w fotelu przy ogniu trzaskającym na kominku – to rozkosz prawdziwa słyszeć cię mówiącego o przyjaźni. Jestem pewna, że sam pastor nie powiedziałby tak pięknych rzeczy, pomimo że mieszka w trzypiętrowym domu i nosi złoty pierścień na małym palcu.

- Czy nie moglibyśmy zaprosić Janka do nas? – zagadnął najmłodszy synek młynarza – skoro Janek jest teraz w biedzie, to ja odstąpię mu połowę mej zupy i pokażę białe króliki.

- Jakiż z ciebie głuptas! – krzyknął młynarz – nie wiem istotnie, po co cię posyłałem do szkoły. Zdaje się, że niczego się nie uczysz. Przecież gdyby Janek tu przyszedł i zobaczył ogień na kominku, smaczną kolację i dużą beczkę czerwonego wina, musiałby poczuć zazdrość, a zazdrość jest uczuciem strasznym, mogącym wypaczyć najlepszą nawet naturę. A ja absolutnie nie dopuszczę, by natura Janka została wypaczona. Jestem najlepszym jego przyjacielem i zawsze będę czuwał, by nie był narażony na zgubne pokusy. Poza tym, gdyby Janek tu przyszedł, mógłby tez zażądać, bym mu dał trochę maki na kredyt, a tego uczynić bym nie mógł. Mąka co innego, a przyjaźń także co innego i nigdy nie należy brać jedno za drugie. Każdy to rozumie.

- Och! Jakże ty mądrze mówisz! – ozwała się żona nalewając sobie szklankę gorącego piwa – doprawdy, czuję, że ogarnia mnie senność. Zupełnie jakbym była w kościele.

- No właśnie – odparł młynarz - bardzo wielu ludzi postępuje dobrze, ale bardzo niewielu ludzi umie dobrze mówić, z czego wynika, że mówienie jest rzeczą trudniejszą i bardziej wytworną.

Co powiedziawszy rzucił surowe spojrzenie na najmłodszego synka, który uczuł się tak zawstydzony, że zwiesił głowę i oblał się purpurowym rumieńcem, wreszcie rozszlochał się nad swą herbatą.

- Czy to już koniec historii? – spytał szczur.

- Skądże! – oburzyła się kaczka – to dopiero początek.

- W takim razie jest to historia bardzo zacofana – ocenił szczur – każdy dobry nowelista zaczyna teraz swoje opowiadanie od końca, doprowadza je do początku, a kończy w środku. Ale proszę opowiadaj dalej, bo niezmiernie mi się spodobał ten młynarz, ja sam posiadam mnóstwo pięknych przymiotów i dlatego odczuwam dla niego tak wielką sympatię.

  Otóż – kontynuowała kaczka – skoro tylko zima minęła i pierwiosnki zaczęły otwierać swe gwiazdki, młynarz oznajmił swej żonie, że pójdzie odwiedzić Janka.

- Jakie ty masz dobre serce! – wykrzyknęła żona –ustawicznie myślisz tylko o drugich. A nie zapomnij zabrać ze sobą dużego kosza na kwiaty.

I młynarz poszedł w odwiedziny.

- Dzień dobry Janku! – przywitał się z przyjacielem.

- Dzień dobry – odpowiedział Janek wsparty na łopacie.

- I jakże ci się wiodło przez zimę? – spytał Hugo.

- Ach! Istotnie! – wykrzyknął Janek – ależ jesteście dobrzy, że o to pytacie. Niestety, dosyć źle mi się wiodło. Ale na szczęście mamy już wiosnę, znów jestem wesół, a wszystkie moje kwiaty dobrze się rozwijają.

- Często o tobie mówiliśmy tej zimy – odparł Hugo.

- To bardzo ładnie z waszej strony – radośnie powiedział Janek – obawiałem się bowiem, żeście o mnie zapomnieli.

- Janku, jestem zdumiony! – ozwał się młynarz - przyjaźń bowiem nie zna zapomnienia. To właśnie stanowi największy jej urok. Ale boję się, czy ty w ogóle rozumiesz poezję życia. Śliczne atoli, widzę, masz pierwiosnki!

- To szczęście dla mnie, że tyle ich zakwitło – wyjaśniał Janek - właśnie zamierzam je zerwać i sprzedać w mieście, a za te pieniądze odkupić taczkę.

- Odkupić taczkę? Wszak nie chcesz przez to powiedzieć, że ją sprzedałeś? Byłoby to wielkim głupstwem z twojej strony!

- Tak – przyznał Janek – byłem jednak zmuszony to uczynić. Ta zima była dla mnie bardzo ciężka i nie miałem za co kupić kęsa chleba. Najpierw sprzedałem srebrne guziki od mojej jedynej kapoty, potem srebrny łańcuszek od matuli i swoją fajkę, a na końcu taczkę. Ale teraz  wszystko odkupię z powrotem.

- Janku – rzekł młynarz – ja ci odstąpię swoją taczkę. Jest wprawdzie w niezbyt dobrym stanie, jedna strona całkiem odpadła i kółka także połamane, ale mimo to ofiaruję ci ją. Wiem, że to z mej strony bardzo wspaniałomyślne i niejeden z tego powodu będzie mnie uważał za głupca, ale ja nie jestem jak inni ludzie. Moim zdaniem wspaniałomyślność jest istotą przyjaźni, zresztą dla siebie kupiłem już nową taczkę. Tak że możesz być całkiem spokojny – dostaniesz moją taczkę.

- To bardzo wspaniałomyślne z waszej strony! – ucieszył się Janek – ja z łatwością naprawię taczkę, bo właśnie mam w domu nową deskę!

- Nową deskę? – zdziwił się młynarz – właśnie tego mi potrzeba do naprawy dachu na stodole. Ogromna w nim zrobiła się dziura i zboże może mi zamoknąć. Jak to dobrze ze mi o tym przypomniałeś! Dziwne zaiste, jak jeden dobry czyn wywołuje drugi. Ja ci dałem taczkę, a ty zaraz obdarzasz mnie deską. Wprawdzie taczka ma znacznie większą wartość niż deska, lecz prawdziwa przyjaźń nie zważa na takie drobnostki.

- Zgoda! – powiedział Janek – już biegnę po deskę.

- Niezbyt duża ta twoja deska – rzekł Hugo po obejrzeniu deski – zdaje się, że po naprawieniu dachu nic chyba nie zostanie do naprawy taczki, ale przyznasz, że to już nie moja wina. A teraz skoro dostajesz ode mnie taczkę, sądzę, że w zamian ty mi dasz trochę kwiatów. Oto kosz i sądzę, że go napełnisz.

- Mam go napełnić? - Spytał zakłopotany Janek, bowiem kosz był bardzo duży i biedny chłopak wiedział, że nie będzie już miał nic do sprzedania, a tak bardzo pragnął odzyskać swe srebrne guziki.

- Oczywiście – wyjaśnił Hugo – moim zdaniem przyjaźń powinna być wolna od wszelkiego egoizmu.

- Mój drogi przyjacielu! – wzruszył się Janek – z chęcią oddaję wam wszystkie kwiaty, bo więcej zależy mi na waszym dobrym mniemaniu o mnie niż na odzyskaniu kiedykolwiek srebrnych guzików.

I co prędzej napełnił pierwiosnkami kosz młynarza.

- Do widzenia – żegnał się Hugo, odchodząc z deską i koszem kwiatów.

- Do widzenia – odparł Janek, zabierając się żwawo do roboty, tak uradowała go taczka.

Nazajutrz zajęty był akurat podwiązywaniem pędów bluszczu, kiedy zobaczył młynarza dźwigającego ogromny wór maki.

- Mój drogi Janku, czy nie zechciałbyś odnieść do miasta tego worka maki? – zapytał Hugo.

- Bardzo mi przykro – odpowiedział Janek - ale jestem dziś ogromnie zajęty w ogrodzie. Mam skosić trawę i podlewać.

- No tak – odezwał się młynarz – ale ja ci dałem taczkę, więc nieuprzejmie z twojej strony odmawiać mi drobnej przysługi.

- Ach! Nie mówcie tak! Nie chcę być nieuprzejmy dla nikogo – zawołał Janek i chwyciwszy wór, powlókł się z nim do miasta.

Droga do miasta, gdzie sprzedał mąkę po dobrej cenie i powrót do domu zajęły Jankowi cały dzień. Wczesnym rankiem przybiegł Hugo, aby odebrać pieniądze, a Janek jeszcze leżał, tak był zmęczony wczorajszą wyprawą.

- Dalibóg! – zawołał Hugo – widzę, że jesteś bardzo leniwy. Mając zamiar obdarzyć cię taczką, sadziłem istotnie, że umiesz pracować energiczniej. Lenistwo jest wielkim grzechem i nie znoszę, aby którykolwiek z moich przyjaciół był opieszały. Mówię to do ciebie jako przyjaciela, bo jakaż byłaby korzyść z przyjaźni, gdyby nie można było mówić otwarcie, co się myśli? Prawdziwy przyjaciel zawsze mówi nieprzyjemne prawdy i nie waha się sprawić przykrości.

- Bardzo mi przykro – usprawiedliwiał się Janek przecierając oczy i zrywając z głowy szlafmycę – ale byłem ogromnie zmęczony i chciałem poleżeć trochę dłużej i posłuchać śpiewu ptaków. Czy wiecie, że ilekroć słucham śpiewu ptaków, lepiej następnie pracuję?

- Bardzo mnie to cieszy – podchwycił wiadomość Hugo klepiąc Janka po ramieniu – bo właśnie chcę cię zabrać ze sobą, abyś mi naprawił dziurę w dachu.

Biednemu Jankowi bardzo było spieszno do pracy w ogrodzie, gdyż kwiaty już drugi dzień nie były podlewane, nie śmiał jednak odmówić młynarzowi – swemu dobremu przyjacielowi.

Jeszcze badał nieśmiało: - Czy uważalibyście za nieuprzejmość, gdybym odpowiedział, że jestem dziś ogromnie zajęty?

- Oczywiście – wyjaśniał Hugo – sądzę, że niewiele żądam od ciebie, gdyż darowałem ci taczkę, ale skoro odmawiasz, to zaraz stąd odejdę i sam naprawię dziurę w dachu.

- Ach! Przenigdy! – krzyknął Janek i śpiesznie poszedł z młynarzem do jego stodoły.

Pracował cały dzień, aż do zachodu słońca, a wtedy przyszedł Hugo, by zobaczyć, jak Janek sobie radzi.

- I cóż Janku, czy dach już naprawiony? - Spytał przyjaźnie.

- Tak, właśnie skończyłem – odparł Janek schodząc po drabinie.

- Ach! – podsumował młynarz – żadna praca nie daje tyle zadowolenia, jak ta, którą spełniamy dla innych.

- To prawdziwa rozkosz słuchać, gdy tak ładnie mówicie – odparł Janek ocierając pot, spływający mu strugami z czoła – ja nawet nie umiem tak pięknie pomyśleć.

- Ach! Nauczysz się tego z czasem – uspokajał młynarz - teraz uczysz się dopiero praktycznej strony przyjaźni, kiedyś przyswoisz sobie także teorię. A teraz idź do domu i wypocznij, bowiem jutro wczesnym rankiem pognasz moje owce na pastwisko.

Janek nie miał odwagi cokolwiek odpowiedzieć i rankiem ruszył w góry z dużym stadem owiec.

Po powrocie, wieczorem, był tak zmęczony, że usiadł na krześle w swojej izdebce i zasnął, budząc się dopiero nad ranem.

 - Ależ śliczny mamy dziś dzień! – pomyślał i szybko zabrał się do pracy w ogrodzie.

Atoli nigdy już nie miał czasu zająć się ogrodem, gdyż młynarz co dnia wysyłał go za swoimi sprawami do miasta, lub posługiwał się nim przy młynie. Biedny Janek był bardzo strapiony, pocieszał się tylko tym, że dostanie od młynarza taczkę, co jest czystą wspaniałomyślnością.

Tak więc Janek dalej pracował u młynarza, a ten mówił rozmaite piękne rzeczy o przyjaźni, które Janek skrzętnie notował, by wieczorem je odczytywać dla pokrzepienia serca.

Pewnego jesiennego wieczora, kiedy siedział zmordowany przy kominku, rozległo się głośne pukanie. Noc była bardzo burzliwa, a wiatr tak świszczał i wył, że aż ciarki brały.

Za drzwiami stał młynarz z latarnią w rękach.

- Mój drogi Janku! – wołał – jestem w wielkim kłopocie. Mój najmłodszy syn spadł z drabiny i potłukł się tak mocno, że muszę wezwać lekarza, ale on mieszka daleko, a pogoda okropna i przyszło mi do głowy, że ty pójdziesz po lekarza zamiast mnie. Wiesz przecież, że oddam ci taczkę, więc słusznie będzie, abyś się odwdzięczył.

- Naturalnie – żywo potwierdził Janek – uważam to za zaszczyt i natychmiast ruszam w drogę. Tylko pożyczcie mi latarnię, bo noc tak ciemna, że mógłbym wpaść do rowu.

- Bardzo mi przykro, ale to jest nowa latarnia i mógłbyś ją popsuć, a to byłaby wielka szkoda – grzecznie odmówił Hugo.

 - W takim razie obejdę się bez niej – zdecydował Janek. Włożył kożuch i ciepłą czapkę, po czym ruszył w drogę.

Burza szalała, zacinał zimny rzęsisty deszcz. Przemoknięty Janek po trzech godzinach stanął u drzwi doktora.

- Czego chcesz Janku?– spytał doktor.

- Synek młynarza spadł z drabiny i mocno się potłukł, więc młynarz prosi, by pan doktor zraz przybył.

- Dobrze – odparł doktor polecając osiodłać konia. Po chwili z latarnią w ręku zszedł ze schodów i pojechał w kierunku młyna, Janek zaś pobiegł za nim, ale wśród ciemności kilkakrotnie wpadł do wody, zgubił czapkę i w końcu zabłądził wśród trzęsawiska bardzo zdradliwego, gdzie w końcu utonął.

Nazajutrz kilku pastuchów natknęło się na Janka i martwe jego ciało zanieśli do chałupki w ogrodzie.

Janek był ogólnie lubiany, toteż tłumy ludzi odprowadzały go na cmentarz, a na czele orszaku żałobnego kroczył młynarz.

- Byłem najlepszym jego przyjacielem – mówił – słusznym więc jest, że mam najprzedniejsze miejsce w pochodzie.

- Szkoda bardzo tego biednego Janka – mówił kowal wiejski, gdy po pogrzebie cała gromada wygodnie rozsiadła się w karczmie, gorącym winem zapijając słodkie pierniki.

- Dla mnie jest to istotnie szkoda poważna – wyjaśniał młynarz – miałem bowiem zamiar odstąpić mu starą taczkę, a teraz  nie wiem doprawdy, co z nią począć. W domu mi tylko zawadza, a tak jest zepsuta, że nikomu nie mógłbym jej sprzedać. W przyszłości już nigdy nie będę nikomu robił podarków. Człowiek tylko cierpi z powodu swej wspaniałomyślności.

 

- I co dalej? Spytał szczur wodny po długiej chwili milczenia.

- Nic. To już koniec – odparła kaczka.

- Ale co z tym młynarzem? – spytał szczur.

- Tego doprawdy nie wiem – rzekła kaczka – a nawet zupełnie mnie to nie obchodzi.

- Widzę, że jesteś pozbawiona wszelkich życzliwych uczuć – zauważył szczur.

- A mnie się zdaje, że wcale nie podchwyciłeś morału tej historii – odcięła się kaczka.

- Czego? – zapiszczał szczur.

- Morału.

- Czy chcesz powiedzieć, że w tej historii tkwi jakiś morał?

- Naturalnie – potwierdziła kaczka.

- W takim razie – wybuchnął szczur – powinnaś mnie uprzedzić o tym, zanim zaczęłaś opowiadać. Nie lubię bowiem morałów i w ogóle bym ciebie nie słuchał. Znudziła mnie ta historia.

                                                                        Oskar Wilde