Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, był las. Pod tym lasem stała chatka upleciona z chrustu, a w tej chatce mieszkali dziad i baba.
Starzy
już byli oboje i samotni, bo dzieci ich w świat poszły, a wnuków nie mieli.
Przykrzyło im się.
Poszła
raz baba na porębę po jagody. Drepcze, drepcze, schyla się, zbiera, a spieszy
się, bo słońce już wysoko, czas wracać i dziadowi strawę gotować.
Nazbierała cały dzbanek jagód i rozgląda się za
paprocią, aby jej liściem jagody przykryć. Widzi piękną paproć za białym
kamieniem, podchodzi i schyla się, żeby liść zerwać, a tu naraz coś piszczy!
Jakby kocię – nie kocię, a może dziecko?
Zdziwiona
odchyla paproć, a tu dziecko!
Leży malutkie w paproci i popłakuje z cicha….
- O rety!
Olaboga! Co za znaleźne! Aż się baba za głowę złapała.
Czym prędzej do fartucha mchu mięciutkiego
uzgarniała, na tym mchu dzieciątko ułożyła, do chałupki spieszy.
Kuśtyka baba z lasu, a dziad na chruścianej
przyzbie siedzi i wyglądając baby fajkę pyka.
Przykuśtykała baba do dziada i powiada:
- Zgadnij
dziadu, com znalazła, a nie szukała?
- Pewnie
grzyb – zgaduje dziad.
Ale baba kręci głową, że nie.
Patrzy dziad, a w fartuchu coś się rusza.
- Już wiem
– woła dziad – znalazłaś małego zajączka!
Baba się tylko uśmiechnęła i pyta:
- A co
zrobimy z tym zajączkiem?
Zamyślił się dziad krzynkę, pyknął z fajeczki trzy
razy i powiada:
- Będziemy
go chować!
Dopiero wtedy baba rozchyliła fartuch i pokazała
dzieciątko.
Ucieszył się dziad tak bardzo, że aż fajka mu z
ust wypadła.
Bo jak się tu nie cieszyć? Miło zajączka mieć w
chacie, ale jeszcze lepiej dzieciatko!
Dobrze było znajduszkowi w chruścianej chatce u
dziada i baby, że i u rodziców lepiej być nie może.
Dostał ci on na imię Michałek i rósł na pociechę, aż wyrósł na sporego chłopaka. Dziad i
baba kochali go bardzo i on też ich kochał. Dobrze im było trojgu ze sobą.
Kiedy Michałek miał już lat piętnaście, powiedział
dziad do baby:
- Ja stary i
ty stara, wiekować nie będziemy. Czas, aby Michałek sam nauczył się myśleć o
sobie. Niech idzie w świat i rozumu nabierze. Wróci, to powie nam, kim chce
zostać – stolarzem, szewcem czy może kowalem. Daj mu chleba na drogę, czystą
koszulę na zmianę i niech jutro z rana idzie.
O poranku ukroiła baba kromkę chleba, powidłami z
jagód ją posmarowała, czystą koszulę wyjęła ze skrzyni i powiada:
- Czas
Michałku, abyś sam o sobie pomyślał. Idź w świat i nabierz rozumu.
Pocałował Michałek
babę i dziada w rękę i poszedł.
Idzie
lasem, wyszedł na polanę, tam jagody, więc co i raz schyli się, jagodę zerwie i
idzie dalej.
Wtem boleśnie uderzył o coś nogą, aż mu świeczki w
oczach stanęły. Patrzy – kamień. Rozzłościł się i powiada:- a bodajeś się w ziemię zapadł, twardy kamieniu!
Kamień, kiedy to usłyszał, jeno jęknął głucho, ale ani drgnął, bo przecież nie mógł. A
chłopak poszedł dalej.
Idzie, idzie, aż wyszedł z lasu na pole. Po tym
polu szedł chłop za pługiem i orał. Kiedy zobaczył Michałka, przystanął i dawaj narzekać: - Źle orka idzie przez te kamienie, biedę mam z nimi. Więcej na mej roli
kamieni niż ziemi, a wiadomo, że na kamieniu chleb nie urośnie.
I
rozzłoszczony dalejże kamienie przeklinać!
Kamienie tylko jęczały z cicha, ale nie ruszały
się z miejsca, bo nie mogły.
Postał Michałek chwilę wysłuchując urągań
oracza, a że nic pomóc mu nie mógł, to poszedł dalej.
Szedł i szedł, aż zmęczywszy się chciał odpocząć,
ale naokół było pustkowie bez ludzkiej siedziby. Rad nie rad, wyciągnął się na
ugorze i zasnął.
Po dobrej godzinie obudził się rześki i wypoczęty.
Wstał i zobaczył, że pod głową, zamiast poduszki, miał płaski kamień porośnięty
miękkim mchem.
- Hmm! – mruknął – widać nie wszystkie kamienie są złe i niepotrzebne. Oto znalazł się
taki, co się na coś poczciwego przydał.
To mówiąc pochylił się i pogłaskał usłużny głaz.
O dziwo niby niemy głaz, a przemówił: - Michałku, Michałku! Mógłbyś ty chłopcze tak
zrobić, żeby i ludziom i kamieniom było dobrze!
- A jakim to
sposobem mam zrobić? – zapytał chłopak.
Ale głaz milczał, bo i tak już dużo powiedział.
Powędrował Michałek
dalej.
Naraz patrzy, a tu idzie po drodze ślimak. Szedł
on wolno, pewnie z powodu że niósł na sobie mocno zbudowany domek, przez który
deszcz nie przeciecze, ani wiatr nie przewieje.
Pomyślał Michałek:
- Ten ślimak jest mądry i szczęśliwy, bo
ma zaciszny domek. Gdyby tak ludzie …… i nie dokończył, bo potknął się o kamień leżący
na drodze. W pierwszej chwili chciał chwycić ten kamień, fyrgnąć nim gdzie w
pokrzywy, ale …. nie zrobił tego, a coś zupełnie przeciwnego: - zamiast złości,
przycisnął go do serca i rzekł: - To ja
cię przepraszam kamieniu, że niechcący potrąciłem ciebie nogą!
Ledwie
wyrzekł te słowa, a kamień, do serca przyciśnięty, zadźwięczał cichutko:
- Dobry
chłopcze, dam ci radę – zostań murarczykiem! My, kamienie służyć ci będziemy i
gdy tylko rozkażesz, będziemy wespół budować ludziom solidne i ciepłe domy.
Michałek, słysząc te słowa
uradował się wielce i z całego serca ucałował kamień w podzięce za radę.
Tym razem kamień całkiem głośno wydzwonił: - Ty, który kochasz nie tylko ludzi, ale i
kamienie, będziesz wielkim murarczykiem!
Prędko Michałek wracał do domu i podzielił się
nowiną z babą i dziadem.
- Jakże ty sobie poradzisz, skoro masz tylko
dziesięć palców? - Zapytał dziad.
- Ano
kamienie pomoc mi przyrzekły – objaśniał chłopak - jeszcze tylko glinę, piasek i wapno do pomocy wezmę.
I stało
się; - Czary to były czy nie czary, nikt się nigdy nie dowiedział, ale paliła
się robota w rękach murarczyka i śliczne murowane domy rosły jak grzyby po
deszczu.
Już
bezpańskie kamienie nie leżały po drogach, po rolach, nie gniotły się w ziemi.
Na skinienie Michałka
toczyły się wszystkie do kupy, jedne na drugich na zaprawie równiutko się
kładły i domami się stawały.
Błogosławili ludzie kamieniom, a one błogosławiły
murarczyka.
I stał Michałek na rusztowaniu kolejnego domu, a tak wysoko, że kielnią w rozmachu zawadzał o słońce!
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz