Przypominam sobie mój nieraz śmiech, zaśmiania moje niektóre, i przypominam sobie, że słyszałem w nich wcale nie dzwonki. Śmieję się nieraz całym magazynem jak katapulta i zaśmieję się nieraz inaczej. Przypominam sobie. Więc zaśmiałem się nieraz inaczej i słyszałem w śmiechu tym, jak dalekie echo, łkanie. Czy miałem zwątpić w dobry mój słuch? Zdarzyło się nieraz, że zwątpiłem. Ile razy, kładąc się spać, bezprzykładnie wymęczony tym wszystkim, co jest, czego nie ma, co by się chciało, a czego by nie, wymęczony więc śmiertelnie wieczną interwencją, jak powiedział jeden, ile razy, próbując zasnąć, niechętnie zresztą zawsze, coś mi nagle strzelało w uszy, krzyk jakiś, buchnięcie, hałas, trzask, jakby pękały belki czy więźby podtrzymujące strop, i aż od tego szarpało mnie na podłożu, na którym leżałem, ale przecież to były jawne słuchowe majaki i nie mogłem wierzyć w to, co słyszę.
Tymczasem co do śmiechu, co do łkania tego
przebijającego w niektórych krótkich zaśmianiach, tu nie mogłem zwątpić w dobry
mój słuch. Słyszałem to wyraźnie i często. Przypominam sobie. Sam śmiech
zresztą słyszałem, że nie jest perlisty, ale czymś zmącony jak poruszona kijem
woda. Przypominam sobie. I przypominam sobie teraz dokładnie, że słyszałem to
samo u innych, tak jest. Tak jest na przykład: ktoś wchodzi do publicznej
pijalni, a nic, nic nie wiadomo, skąd przychodzi, czy z weselnego domu, czy z
domu boleści, nic nie wiadomo, jak się czuje, czy dobrze, czy źle, czy gra u
niego, czy nie gra, czy tak na dwa razy, nic nie wiadomo, czy mu się
poszczęściło ostatnio w życiu praktycznym, podwyższyli mu wypłatę, urodził mu
się syn długo wyczekiwany, odnalazł przyjaciela, czy odwrotnie: od dłuższego
już czasu pech podstawia mu nogi pazur i mącą mu się w głowie pewne pojęcia, i
rozum zaczyna nie rozumieć, i budzą się potwory, i strach zasadza się w jego
duszy jak kleiste ziarno pasożytnej jemioły.
Więc nie wiadomo. Nie wiadomo nic, czy
wstąpił tu otwarty: pogadać czy pośmiać się; czy wstąpił tu zamknięty;
pomilczeć, zagubić się w tłumie samotnictwa. To jest zrozumiałe. Na dworze,
powiedzmy, zima jest, mróz, wiatr rwie kaszel na kawałki jak gazetę, zimno, że
psy zrywają się z łańcuchów; gdzie tu iść? Do pijalni.
Edward Stachura
Natomiast albowiem, gdy na dworze nie tylko ciepło, ale i pogoda jak marzenie, a my jesteśmy akurat na Wyspie Sobieszewskiej i przychodzi do nas potrzeba zagubienia się gdzieś w przestrzeni rozległej bez tłumu samotnictwa, wtedy ruszamy w plener.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz