wtorek, 10 lutego 2026

Piłem

Od czasu do czasu ktoś szedł. Przeszedł jeden bez głowy, pół miał w kapeluszu, pół w kołnierzu wysoko postawionym. Samo­chód przejeżdżający ochlapał mu poły. Wysunął głowę i stanął. I podniósł pięść straszliwie. Jakieś słowa wypowiedział. Jakieś słowa padały. O, gałązko jabłoni, czy ja wiem, czy ja mogę wiedzieć, kto mnie i za co przeklina? Czy mogę wiedzieć? Kto mnie i za co? Prze­klina?

Wstałem poprosić w bufecie trochę pieprzu. Wróciłem, wsypa­łem pieprz do wódki na rozgrzanie piersi i wypiłem. Zapaliłem też drugiego papierosa. Tak, tak, gałązko jabłoni. Tak. Tak albo nie. Czy tylko? Właśnie. Czy aby tylko? Długo myślałem, że jest albo „tak", albo „nie". Że jest odpowiedź „tak" albo odpowiedź „nie". Koniec. Na tym koniec. W dwudziestym trzecim roku życia, może późno, może trochę późno, myśli mi się, że tak prosto zdaje się nie jest. Że wszystko nie da się tak łatwo doprowadzić za rękę do „tak" albo „nie".

Ale za oknem padało jednomyślnie. Jakiś pies z błyszczącą od deszczu sierścią, z ogonem smutno pod siebie, kroczył pod mura­mi po drugiej stronie zalanej ulicy. Kroczył wolno. Jakby nigdy nic. Bardzo obojętnie. Może wracał z nocki od suki jakiejś bardzo da­leko za miastem. I był zmęczony. Wyglądało, że jest zmęczony. Chód miał ciężki. Nie szedł miękko jak anioł.

Salon się rozgrzewał. Salon się napełniał. Znowu czterech wy­rosło na progu. Otrzepali czapki i berety, zatupali nogami i pode­szli do bufetu. Zaraz za nimi weszła postać pojedyncza. Na głowie miał chusteczkę z czterema węzełkami zawiązanymi na rogach. Zdjął ją, wyżął, wytarł czoło i kark i podszedł za tamtymi, gdzie dawali pić za nietanie pieniądze. Pierwszy szmer już dawno marnie zginął w podniesionych głosach. Gwar się teraz unosił coraz zapalczywszy. Serca biły mocniej i słychać już było tu i tam znane mowy.

O kobietach już się zaczynały żałosne przechwałki prawdziwych mężczyzn.

Powiedz sam, Feluś, ile to się w życiu przewaliło, co?

— Chryste.

— Jeszcze teraz bym znalazł szesnastkę.

— Człowiek przebierał jak w ulęgałkach.

— To jest fakt.

— Aż musiał trafić na swoją pelargonię.

— I jeszcze ci powie, że zmarnowała z tobą życie, a to człowiek był głupi. Jedna za mną latała, dziewczyna jak cukierek, jej ojciec miał przed wojną sklepik kolonialny.

 

Patrzyłem przez okno. Nie odwracałem się. Słyszałem za pleca­mi te gówniarskie mowy starszyzny, te ślinowate mowy prawdzi­wych mężczyzn. Żałość, żałość mnie wielka zawsze na to ogarnia, litość i niedobrze, wolę nie patrzeć przynajmniej, żeby nie pod­szedł mi do gardła nieprzyjemny, kwaśny smak na widok tych słów. Nie odwracałem się. Splunąłem tylko na podłogę. Dwa razy.

                                                     Edward Stachura

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz