Od czasu do czasu ktoś szedł. Przeszedł jeden bez głowy, pół miał w kapeluszu, pół w kołnierzu wysoko postawionym. Samochód przejeżdżający ochlapał mu poły. Wysunął głowę i stanął. I podniósł pięść straszliwie. Jakieś słowa wypowiedział. Jakieś słowa padały. O, gałązko jabłoni, czy ja wiem, czy ja mogę wiedzieć, kto mnie i za co przeklina? Czy mogę wiedzieć? Kto mnie i za co? Przeklina?
Wstałem poprosić w bufecie
trochę pieprzu. Wróciłem, wsypałem pieprz do wódki na rozgrzanie piersi i
wypiłem. Zapaliłem też drugiego papierosa. Tak, tak, gałązko jabłoni. Tak. Tak
albo nie. Czy tylko? Właśnie. Czy aby tylko? Długo myślałem, że jest albo
„tak", albo „nie". Że jest odpowiedź „tak" albo odpowiedź
„nie". Koniec. Na tym koniec. W dwudziestym trzecim roku życia, może
późno, może trochę późno, myśli mi się, że tak prosto zdaje się nie jest. Że
wszystko nie da się tak łatwo doprowadzić za rękę do „tak" albo
„nie".
Ale za oknem padało
jednomyślnie. Jakiś pies z błyszczącą od deszczu sierścią, z ogonem smutno pod
siebie, kroczył pod murami po drugiej stronie zalanej ulicy. Kroczył wolno.
Jakby nigdy nic. Bardzo obojętnie. Może wracał z nocki od suki jakiejś bardzo
daleko za miastem. I był zmęczony. Wyglądało, że jest zmęczony. Chód miał
ciężki. Nie szedł miękko jak anioł.
Salon się rozgrzewał.
Salon się napełniał. Znowu czterech wyrosło na progu. Otrzepali czapki i
berety, zatupali nogami i podeszli do bufetu. Zaraz za nimi weszła postać
pojedyncza. Na głowie miał chusteczkę z czterema węzełkami zawiązanymi na
rogach. Zdjął ją, wyżął, wytarł czoło i kark i podszedł za tamtymi, gdzie
dawali pić za nietanie pieniądze. Pierwszy szmer już dawno marnie zginął w
podniesionych głosach. Gwar się teraz unosił coraz zapalczywszy. Serca biły
mocniej i słychać już było tu i tam znane mowy.
O kobietach już się
zaczynały żałosne przechwałki prawdziwych mężczyzn.
— Powiedz sam, Feluś, ile
to się w życiu przewaliło, co?
— Chryste.
— Jeszcze teraz bym
znalazł szesnastkę.
— Człowiek przebierał jak
w ulęgałkach.
— To jest fakt.
— Aż musiał trafić na
swoją pelargonię.
— I jeszcze ci powie, że
zmarnowała z tobą życie, a to człowiek był głupi. Jedna za mną latała,
dziewczyna jak cukierek, jej ojciec miał przed wojną sklepik kolonialny.
Patrzyłem przez okno. Nie
odwracałem się. Słyszałem za plecami te gówniarskie mowy starszyzny, te ślinowate
mowy prawdziwych mężczyzn. Żałość, żałość mnie wielka zawsze na to ogarnia,
litość i niedobrze, wolę nie patrzeć przynajmniej, żeby nie podszedł mi do
gardła nieprzyjemny, kwaśny smak na widok tych słów. Nie odwracałem się.
Splunąłem tylko na podłogę. Dwa razy.
Edward Stachura
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz