Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wódka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wódka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2026

Piłem

Od czasu do czasu ktoś szedł. Przeszedł jeden bez głowy, pół miał w kapeluszu, pół w kołnierzu wysoko postawionym. Samo­chód przejeżdżający ochlapał mu poły. Wysunął głowę i stanął. I podniósł pięść straszliwie. Jakieś słowa wypowiedział. Jakieś słowa padały. O, gałązko jabłoni, czy ja wiem, czy ja mogę wiedzieć, kto mnie i za co przeklina? Czy mogę wiedzieć? Kto mnie i za co? Prze­klina?

Wstałem poprosić w bufecie trochę pieprzu. Wróciłem, wsypa­łem pieprz do wódki na rozgrzanie piersi i wypiłem. Zapaliłem też drugiego papierosa. Tak, tak, gałązko jabłoni. Tak. Tak albo nie. Czy tylko? Właśnie. Czy aby tylko? Długo myślałem, że jest albo „tak", albo „nie". Że jest odpowiedź „tak" albo odpowiedź „nie". Koniec. Na tym koniec. W dwudziestym trzecim roku życia, może późno, może trochę późno, myśli mi się, że tak prosto zdaje się nie jest. Że wszystko nie da się tak łatwo doprowadzić za rękę do „tak" albo „nie".

Ale za oknem padało jednomyślnie. Jakiś pies z błyszczącą od deszczu sierścią, z ogonem smutno pod siebie, kroczył pod mura­mi po drugiej stronie zalanej ulicy. Kroczył wolno. Jakby nigdy nic. Bardzo obojętnie. Może wracał z nocki od suki jakiejś bardzo da­leko za miastem. I był zmęczony. Wyglądało, że jest zmęczony. Chód miał ciężki. Nie szedł miękko jak anioł.

Salon się rozgrzewał. Salon się napełniał. Znowu czterech wy­rosło na progu. Otrzepali czapki i berety, zatupali nogami i pode­szli do bufetu. Zaraz za nimi weszła postać pojedyncza. Na głowie miał chusteczkę z czterema węzełkami zawiązanymi na rogach. Zdjął ją, wyżął, wytarł czoło i kark i podszedł za tamtymi, gdzie dawali pić za nietanie pieniądze. Pierwszy szmer już dawno marnie zginął w podniesionych głosach. Gwar się teraz unosił coraz zapalczywszy. Serca biły mocniej i słychać już było tu i tam znane mowy.

O kobietach już się zaczynały żałosne przechwałki prawdziwych mężczyzn.

— Powiedz sam, Feluś, ile to się w życiu przewaliło, co?

— Chryste.

— Jeszcze teraz bym znalazł szesnastkę.

— Człowiek przebierał jak w ulęgałkach.

— To jest fakt.

— Aż musiał trafić na swoją pelargonię.

— I jeszcze ci powie, że zmarnowała z tobą życie, a to człowiek był głupi. Jedna za mną latała, dziewczyna jak cukierek, jej ojciec miał przed wojną sklepik kolonialny.

 

Patrzyłem przez okno. Nie odwracałem się. Słyszałem za pleca­mi te gówniarskie mowy starszyzny, te ślinowate mowy prawdzi­wych mężczyzn. Żałość, żałość mnie wielka zawsze na to ogarnia, litość i niedobrze, wolę nie patrzeć przynajmniej, żeby nie pod­szedł mi do gardła nieprzyjemny, kwaśny smak na widok tych słów. Nie odwracałem się. Splunąłem tylko na podłogę. Dwa razy.

                                                     Edward Stachura

czwartek, 27 listopada 2025

Kartoflane pola

 


Polskie pola ciągnące się po horyzont, wszędzie takie same, nawet jeśli urozmaicone jakimiś wstydliwymi pagórkami, to jednak niezmienne, kartofliska oraz pola buraków i kapusty, czasami, gdy pokonuję ten kraj pociągami, wydaje mi się, że w mojej ojczyźnie uprawia się jedynie ziemniaki, buraki i kapustę, oczywiście z wyjątkiem zboża na chleb i wódkę, ale po żniwach, kiedy brązowieją ścierniska, pozostają już tylko pola ziemniaków, buraków i kapusty, święta trójca polskiej kuchni narodowej.


Pokonuję Polskę od lat, lecz wciąż jej nie pokonałem, ta Polska ciągle się broni, ciągle przede mną zmartwychwstaje, niezmienna, odradza się wciąż taka sama, z tymi samymi polami, zagajnikami, brzydkimi domostwami brzydkich, złych ludzi, w których ci ludzie wiodą swój podły żywot pozbawiony wszelkiej refleksji, nawet gdy w niedzielę do kościoła zakładają czyste koszule i wyjściowe sukienki i idą odmawiać modlitwy, śpiewać tradycyjne pieśni i słuchać kazań głupich proboszczów, to w ich kartoflanych, buraczanych i kapuścianych głowach nie pojawia się choćby cień refleksji, choćby błysk wolnej myśli, gdy biorą na język opłatek, nie pobudza to ich do niczego, co najwyżej pobudza nieco ich ślinianki, za to czujnie rozglądają się po wnętrzu świątyni, zazwyczaj przypominającej wielki betonowy bunkier, doprawdy architektura sakralna w tym bogobojnym kraju zasługuje na osobną opowieść, niestety rzadko bywam w kościele, moimi kościołami są dworce kolejowe, moimi kaplicami – poczekalnie, moimi konfesjonałami – okienka z informacją, w których spowiadam się, dokąd chciałbym pojechać i zazwyczaj dowiaduję się, że pociąg się spóźni, lub został odwołany.

Oto pokuta, którą mi się zadaje.

   Potem ci ludzie wracają do domów, jedzą niedzielny rosół i rozsiadają się przed telewizorami i tak dzień święty święcą, mężczyźni wyjmują z tabernakulum lodówek wódkę święconą i ze szwagrami kropią nią swe gardła, najpierw rojąc plany udoskonalenia swego żywota, a potem uwzniośleni planują krucjaty, które poniosą klęskę, nim się na dobre rozpoczną, poniedziałkowy świt zastanie ich często nawet nierozebranych z niedzielnych zbroi, chrapiących głośno na kanapie pod obrazkiem z Janem Pawłem II lub pod plakatem z Robertem Kubicą, znad pól będzie się podnosić lepka mgła, wstanie dzień powszedni, kolejny zbędny dzień ich życia, a oni wyjdą nieogoleni na te wielkie pola bitwy z codziennością.

       Krzysztof Varga  



poniedziałek, 27 listopada 2023

Kubek nadmorski

 



Czyli kubek z duszą. A nadmorski, ponieważ żona dała mi go w prezencie nad morzem. Od razu polubiliśmy się z kubkiem, a jak się z biegiem czasu okazało, polubienie zmieniło się w przyjaźń i kubek podróżował ze mną w tym roku permanentnie.









 Za kubkiem stoją butelki z kwiatami sosny, które nazywam fiutkami. Plastusia Czytelnicy znają.


 Zerwane do butelki fiutki zasypać niewielką ilością cukru i trzymać kilka dni na słońcu, aż puszczą sok. Wtedy zalać spirytusem, albo wódką i jesienią nalewka zdrowotnicza jak znalazł. Na przeziębienie na przykład, na poprawę humoru na pewno, w każdym razie mocno rozgrzewa piersi. Gdyby udało się komuś przetrzymać nalewkę 12 miesięcy i nie wypić, wtedy zyskuje ona szlachetność smaku, tudzież zasługuje na miano nastojki.

Nie każdego roku udaje mi się dotrwać do nastojki.


Kwiatostany zbieramy tuż przed pyleniem, bo kiedy zaczynają pylić, tracą żywicę i stają się suche. Na zdjęciu poniżej, wokół kubka widać czas pylenia sosny – wyschnięty na słońcu pyłek, który zebrał się na blacie stołu strącony przelotnym deszczem.


sobota, 4 listopada 2023

Niezapomniana biesiada

 

Urywek z książki o katastrofie w Czarnobylu.

"Ojciec był jeszcze wtedy młody i silny, zaczynał jako windziarz w wieżowcu, cały dzień woził szefów oraz pracowników w górę i na dół. Właściwie nie było to żadne zajęcie dla młodego i silnego mężczyzny.     

     Ojciec potrzebował czegoś godniejszego, trochę samoakceptacji, to nie była praca dla niego.   Dlatego chodził zły jak burza gradowa, pił i rozładowywał się na matce, którą bił. Mnie kochał i rozpieszczał, dlatego wykorzystywałam to stając w obronie matki. Matka pracowała w kołchozie, do którego w końcu także ojca ściągnęła. „Żeby mieć go na oku „ - jak mówiła. Jednak były to czasy, kiedy w kołchozie nie było co robić, to co się dało, to ludzie rozkradli. Panowała ogólna niechęć i pijaństwo, gospodarka ogólnie padała.

      Było to chyba 26 kwietnia 1986 roku. Ojciec zdziwiony ciszą poszedł na teren, gdzie kwaterowali żołnierze, z którymi popijał, ale żołnierzy tam nie było. Nikogo nie było. 

- Dziwne – pomyślał - przecież oni mieli w Prypeci zapewniać bezpieczeństwo elektrowni i pracującym tam ludziom, którzy mieszkali  w mieście.

   Ojciec nie wiedział, że w nocy był wybuch w elektrowni, wywaliło reaktor, a żołnierze zostali użyci do akcji ratowniczej.

Nie wiedział również, że na otwartej przestrzeni jest niebezpiecznie z powodu promieniowania. Tarczyca, krew – te rzeczy – można było zachorować na wszelkie możliwe paskudztwa!

Był dzień targowy, a pogoda jak w lecie. Odświętnie ubrani ludzie czekali na młodą parę, która brała ślub w USC. Nakręcili potem o tym ślubie film. Władze milczały.

    A ojca jak zwykle suszyło, potrzebował się napić, a że był targ, rozglądał się za czymś, co można byłoby ukraść i spieniężyć.

    I wtedy wpadła mu w oko ta beczka. Taka sama jak te na ropę. Stała przy zamkniętych drzwiach magazynu z zaopatrzeniem dla wojska. Ojciec przechylił beczkę – zagulgotało. Beczka była mniej więcej do połowy pełna. Odkręcił więc korek, powąchał i zrobiło mu się z wrażenia gorąco – do nosa dotarł miły, znajomy zapach, czyżby wódka? Natychmiast spróbował dla pewności.

     Tak! To wódka! Był szczęśliwy. Już nic nie musiał kraść i spieniężać, miał bowiem skarb prawdziwy. Jako pijak z zasadami, rozejrzał się teraz za kompanami – towaru było bowiem ze sto litrów! O spragnionych w takiej sytuacji nie było trudno – szybciutko na miejscu zjawiła się ekipa, która wspólnymi siłami wytoczyła beczkę za ogrodzenie.  

     Ustalili, że ponieważ pogoda dopisuje, potoczą swój skarb na brzeg Prypeci, pod znajome drzewo, gdzie będzie odpowiedni widok do kontemplacji przy spożywaniu. Radość w towarzystwie była ogromna, a członkowie ekipy rączo rozbiegli się do domów po szkło i coś na ząb i zaraz pojawiła się zakąska; - jajka, kiełbasa, chleb. Zanosiło się na piękny piknik, miejsce bowiem było urokliwe, jednak najbardziej urokliwa była beczka.

    Rozłożyli obrus na trawie, kładli na nim co kto przyniósł, ale wzrok przyszłych biesiadników spoczywał przeważnie na beczce, tarli oczy co i raz - one od patrzenia na skarb zasnuwały się wilgocią miłosnego wzruszenia.

I zaczęła się biesiada, radowały się ciała, ale i dusze spożywających, bo rzeczywiście wokół pięknie było - wiosna, ciepło, zielono, całe miasteczko zbudowano przecież w lesie. Jednym słowem sielanka.

   Ja znam Prypeć tylko z fotografii. Pomimo tego, że upłynęło tyle lat i promieniowanie zmalało podobno do znośnego poziomu dla organizmu i przyjeżdżają tam turyści, mnie tam nie ciągnie.

      Ale wróćmy do pikniku. Na brzegu Prypeci ojciec i jego kompani w błogim spokoju rozpoczęli opróżnianie beczki i pomimo tego, że było ich kilkunastu, trwało to dobrych kilka dni. Za każdym razem pili do upadłego, potem trochę spali, budzili się, trochę zjedli i dalej pili. Tyle wódki bowiem niebo im zesłało! Przecież to nie mogło się zmarnować. No po prostu nie można było do tego dopuścić.

   Biesiada trwała, a kompania nie zwracała uwagi na to, że miasto opustoszało, bowiem komunistyczna władza w końcu zarządziła ewakuację. Owszem, coś tam trąbiło w mieście – to mężczyźni z megafonami jeździli po ulicach i wzywali mieszkańców Prypeci, aby zebrali się na rynku, gdzie będą podstawione autobusy. Miasto wyludniło się w parę godzin. Widziałam to potem na YouTube.

    Ale to wszystko działo się na marginesie pięknej rzeczywistości, w jakiej znajdowała się piknikująca nad rzeką grupa. To było tylko dalekie, nieważne tło. Ważne było tylko jedno - ile trunku jeszcze zostało w beczce.

   Miasto opustoszało i w  końcu tylko mój ojciec i jego kompani zostali w mieście. Jednak nawet w tym pijanym widzie nadrzecznym, do kolegów ojca docierało, że coś jest nie tak i towarzystwa powoli zaczynało ubywać. Kiedy w beczce pokazało się dno, ojciec zobaczył, że jest przy niej już sam.

Taki samotny bohater, który najdłużej wytrzymał. Wstał więc i udał się do domu, jednak na ulicach nie było już ani samochodu, ani człowieka i także mieszkanie stało puste.

 Ojciec najpierw pomyślał, że ma halucynacje po kilkudniowym piciu, ale stopniowo dotarło do niego, że stało się coś wielkiego. Postanowił pojechać do dalszej rodziny, która mieszkała kilkadziesiąt kilometrów od Prypeci, wsiadł więc na swój motocykl z przyczepą, który stał sobie jakby nigdy nic pod drzewem na podwórku i ruszył w drogę.

Było już ciemno, kiedy zajechał przed dom rodziny. Gospodarze słysząc głos silnika wybiegli na zewnątrz, bo wszyscy wiedzieli już, co się stało, byli mocno przestraszeni, bali się rozkazu ewakuacji.

   - A skąd tyś się wziął człowieku? – zadawali pytania. A ojcu nie było do rozmowy, tylko pytał czy mają co do picia, bo ma strasznego kaca.

Przy stole opowiedział krótko o swojej biesiadzie nadrzecznej. Potem jadł i pił, a gospodarze zdawali mu relację z tego, co się stało.

    W pewnej chwili ktoś wrócił z podwórka, na które wychodziło się, aby w drewnianej sławojce dać upust fizjologii i mówi do ojca: - a co ten twój motocykl tak świeci?

      - Jak to świeci? Zdziwił się ojciec i wyszedł na dwór, bo pomyślał, że to reflektor jest włączony. Wyszedł i się zadziwił, ponieważ z całego motocykla emanowała dziwna zielonkawa mgiełka – poświata, jakby pojazd pochodził z całkiem innego świata.

      Potem był szpital i lekarze zakazali zbliżać się do ojca. Był tak napromieniowany, że groziło to osobie odwiedzającej. W szpitalu ojciec leżał krótko. Potem był pogrzeb.

  

wtorek, 7 marca 2023

Jednonogi

 


W maju roku 1971 po raz pierwszy byłem w Jaśliskach, kiedyś najbardziej na południowy wschód wysuniętym miasteczku Beskidu Niskiego. Po dawnej świetności, został rynek wybrukowany pięściakami, kilka przyrynkowych drewnianych mieszczańskich zaniedbanych chałup i niby-ratusz, w którego kamiennych murach pomieszczono sklep wielobranżowy i geesowską knajpę.

    W niej to właśnie spożywaliśmy nieco spóźnione drugie śniadanie składające się z pół litra wódki czystej zwykłej i kilku śledzi marynowanych w occie. To była jedyna możliwa do zaaprobowania oferta kulinarna w porze przedobiadowej. Knajpa bardzo podłej kategorii przypominała raczej piwniczną spelunę niż lokal konsumpcyjny.

Śmierdziało nikotyną, przepalonym tłuszczem i ludzkim moczem, a podeszwy butów lepiły się do brudnej betonowej posadzki.

     Nagle od Beskidu nadeszła burza z piorunami. Taka niespodziewana. Kilka razy walnęło gdzieś w pobliżu, a raz nawet jakby tuż obok. Nie zrobiło to na nas żadnego wrażenia, bo nie miało bezpośredniego związku ze spożywanym posiłkiem. Po chwili zauważyliśmy przez otwarte drzwi knajpy biegnących przez rynek ludzi, nerwowo jakby do pożaru. Zawyła przeciągle raz po raz strażacka syrena, zakotłowało się jak na jarmarku, po czym wszystko ucichło. Znaczy gdzieś pali się poza rynkiem.

      Wtedy dobiegł nas ten charakterystyczny, metaliczny stukot, w miarowym rytmie jakby co drugiego kroku. Zaciekawieni wyszliśmy zobaczyć, co, a raczej kto i z jakiego powodu wydaje ten dziwny stukot.

    Obok ratusza szedł licho ubrany mężczyzna, zapewne co najmniej siedemdziesięcioletni. Kikut lewej nogi poniżej kolana miał wetknięty w mosiężną gilzę armaty przeciwpancernej kalibru 100 milimetrów. Na drugiej nodze widniał zwyczajny podniszczony but. Szedł i stukał tą gilzą o koci bruk. Dopiero wtedy dojrzeliśmy palące się dwa domy.

      Poszedłem z owym starcem do pożaru. Bardziej jednak intrygował mnie on niż objęte płomieniami drewniane domy, których jedną strażacką sikawką nie można było uratować. Ludzie, jak to ludzie, stali i gapili się na ogień, o czymś rozmawiali, a ja ukradkiem spoglądałem na jednonogiego. Całkiem sprawnie poruszał się na nogach, z których jedna była kikutem okutym w mosiądz.

       Dół gilzy był nierówno schodzony, co świadczyło, że korzystał z niej już sporo lat. Kikut miał owinięty poszarzałą z brudu szmatą, która wypełniała przestrzeń między nim a mosiężną blachą gilzy i jednocześnie ochraniała kolano. Owa proteza musiała być dobrze dopasowana, skoro nie używał laski ani też nie przywiązywał jej do kikuta nogi rzemieniem.

      To musiał być bardzo zaradny człowiek, skoro ze zużytego narzędzia śmierci uczynił podporę swojego życia. Z pożaru pamiętam niewiele, ale ten człowiek wciąż stoi mi, a raczej idzie przed oczami. I chociaż wiem, że już dawno nie żyje, ilekroć jestem w Jaśliskach wypatruję go, czy aby nie pojawi się znów na rynku i nie usłyszę tego miarowego stukotu.

     Ciekaw jestem, czy pochowano go z tą gilzą, czy też bez niej? Za taką gilzę w skupie złomu metali kolorowych można dostać co najmniej kilkanaście złotych i za to kupić flaszkę na stypę.   

                      Andrzej Potocki - Przystanek Bieszczady: bez litości.



piątek, 25 lutego 2022

Niech Moc będzie z Ukrainą

 



Im więcej przedmiotów posiadają ludzie, tym bardziej o nie się boją, a strach rządzący ich myślami podpowiada im, że najlepiej będzie zdobyć jeszcze więcej wszystkiego, ponieważ część można stracić. Dla podkarmienia ego może to być kupienie większego domu, zbudowanie wyższego muru, zdobycie skuteczniejszej broni.

Jeśli będę bardzo bogaty, innym biedniejszym ludziom będzie się wydawało, że jestem potężny i mądry.


Kilka lat temu, przy szykowaniu ogniska przyszło mi do głowy takie porównanie: - brak umiaru w gromadzeniu dóbr, czy ogólnie w zarabianiu pieniędzy jest chorobą. Jeśli w pogoni za kasą ktoś się zatraca (ze mną tak było) to jakby zaraził się dziwną chorobą, która rozprzestrzenia się wokół jako przyjemnie pachnący dym: - z jakiegoś powodu większość ludzi zdrowych, wąchając ten dym zachwyca się zapachem, a przez to także zaczyna chorować. I tak to się kręci. 

Dziś można rozwinąć te siekierkowe myśli. Wartość rzeczy jest względna. Samochód na przykład. To bardzo pomocne urządzenie. Ale bez paliwa klops - staje się bezużyteczny. Teraz za pieniądze mogę wszystko kupić. Ale jutro może już nie - one mogą z jakiegoś powodu stracić wartość i nie chodzi tu o stopniową utratę wartości z powodu inflacji.

Rozmawiam ze znajomymi podpierając się zimną logiką. Czy robić zapasy żywności? No dobrze, ale na jak długi czas można się zabezpieczyć i co kupić? Makaron? A na czym go ugotujesz żyjąc w mieście, gdy nie będzie gazu ani prądu? Ognisko? Więc zapałki jak najbardziej mogą się przydać. Wódka, spirytus jako pieniądz? Bowiem w czasach kryzysowych wracamy do transakcji wymiennych. Ok. tylko ile tego ma być i gdzie to trzymać? W szafie? Zakopać? Kiedy masz takie problemy, oznacza to, że już dałeś się skołować.

Bo patrząc z dystansem: - sprawy dzieją się ponad naszymi głowami. Są częścią większej rozgrywki, jak najbardziej zgodnej ze znanym nam Cyklem 52 lat. Trwa walka o prymat nad światem. Ameryka zagrożona, Chiny weszły w taktyczny na razie alians z Rosją. Na razie, bo wygląda na to, że docelowo ją także połkną razem z tą całą naszą Cywilizacją Zachodnią. A wtedy sprawdzi się proroctwo Pinokia: ; - każdy posłuszny dostanie swoją miskę ryżu.

To co? Mamy wybrać bierność? Absolutnie nie! Z bandytą rozmawia się językiem bandyty, on innego języka nie zrozumie. Tylko że nie zrobię tego ani ja, ani ty Czytelniku. Jednak możemy dokładać swoje ziarenka niezgody, gdzie tylko się da. A dla Ukrainy serce! Niech Moc będzie z Ukrainą!










poniedziałek, 15 lutego 2021

Zdrowe jedzenie

 


Wpadliśmy w czas zawirowań emocjonalnych. Ludzie szukają informacji o tym co będzie, zwiększyło się zainteresowanie wszelkimi prognozami i wróżbami. Strony popularnych astrologów, jasnowidzów, czy tarocistów, mają więcej odsłon niż zwykle. Zainteresowanie dotyczy także porad związanych z naturalną odpornością organizmu i zdrowym trybem życia. Doradców zawsze był ci u nas dostatek, dlatego nie będę doradzał, a napiszę o sobie. Urodziłem się w 1947 roku, na nic nie choruję – czuję się dobrze, albo jeszcze lepiej. Jednocześnie nie jest mi obca pokora, żeby nie było, jak w wierszyku Waligórskiego:

Raz udzielał kotek wywiadu, że jest zdrowy. Nagle uszki mu opadły, oczki wyszły z głowy, pękł mu brzuch, ogon i głosowa struna, potem zdębiał, ocipiał, zesrał się i umarł. Amen.



Trzymam się kilku zasad: - po pierwsze primo psychika: - humor, optymizm, jakaś pasja. Przypomnę wianuszek ulubionych sentencji: Nie ma takiej rury, której nie można odetkać. Należy się martwić po fakcie, bo bardzo niezdrowo jest w trakcie. Gdy zdrowy duch, to i ciało zdrowe. Na luziczku. Jak dowodzi nauka, zdrowa psychika może nawet zamienić słabe geny na mocne.



- Po drugie primo ciało: - ruch to zdrowie. Nie kibicowanie przed telewizorem z puszką piwa w ręku, lecz osobisty ruch (praca, sport) na powietrzu. Krew wtedy krąży, nie ma kłopotu ze stawami. Efekt 2020? Jesienią zbierałem grzyby, przemierzając w obie strony, przez 8 godzin, codziennie, 15 – 20 kilometrów. Potem godzinna jazda autobusem podmiejskim i przesiadka. Kilku moich znajomych nawet o dziesięć lat młodszych, już w drodze powrotnej narzekało na nogi – stawy. Przy wysiadaniu z podmiejskiego autobusu okazywało się, że ledwo chodzą. Pierwsze kroki stawiali na tak drętwych nogach, jakby to były szczudła. A mnie nic. Zastanawiałem się, z czego wynika ta ich niesprawność i wymyśliłem, że przyczyna tkwi w alkoholu. Cysterna alkoholu wypita w ciągu życia robi swoje. Większość moich znajomych mocno pijących (Darek Karaluch) odjechała do Parku Sztywnych już w okolicach pięćdziesiątki. (Patrz średnia życia mężczyzn w Rosji). Ci pijący, którzy przeskoczyli lat sześćdziesiąt, zwykle mają problem z nogami.


Tak się złożyło, że moje dzieciństwo to między innymi permanentne awantury domowe spowodowane wódką. Dlatego postanowiłem nie pić i nie wypiłem kropli alkoholu aż do 27 roku życia. Potem nastąpiło picie okazjonalne, aby nie być dziwakiem, a także wytrzymać z pijakami przy stole, bo na trzeźwo się nie da. Oczywiście na coś trzeba umrzeć, lecz jeśli możesz utrzymać sprawność do końca swych dni, niezależnie od tego, kiedy to nastąpi, czy nie warto się szanować? Podsumowując: - wszystko dla ludzi, atoli nadmiar w każdej dziedzinie wychodzi bokiem.


Tu intrygująca myśl liczbowa dotycząca długowieczności: - być może człowiek został urządzony czasowo-matematycznie, na dwie granice, których rdzeniem jest kalendarz starożytnych 260 dni, czyli 26 i zero.

Granica pierwsza: - szanując się, osobnik w pełnej sprawności powinien dotrwać do 72 lat. Czemu tak sądzę? Przeskoczyłem już ten pułap, a jestem w pełnej sprawności fizycznej. Poza tym 72 lata to 26 000 dni. Czyli 26 i trzy zera.

Natomiast w sprawności fizycznej obniżonej (na przykład o 62 % ?) powinien dociągnąć do ponad 82 lat. Czemu tak sądzę? 62 to piękna liczba fibo, a 82 lata z haczykiem to 260 000 000 sekund. Czyli 26 i siedem zer.



 - Po trzecie primo: - proste zdrowe jedzenie pomaga utrzymać odporność organizmu, tudzież ma decydujący wpływ na psychikę. I koło się zamyka. Nie trzeba wtedy używek, lekarstw, suplementów. Ciału nie wolno (bowiem) dostarczać tego, co mogę, lecz to, co powinienem. Jem do syta, na brak apetytu nie narzekam.


czwartek, 30 kwietnia 2020

Proste życie


Żeby dowiedzieć się, co lubisz, wystarczy odzyskać wolność. 
I wcale nie chodzi o to, żeby rozwiódł się ten, kto jest w małżeństwie. Chodzi o własne terytorium, o swój osobisty czas, o to, żeby stanowić o sobie suwerennie.

Zdarza się, że w małżeństwie jest to możliwe, jednak tylko kiedy masz Przyjaciela za partnera - partnerkę. A to już jest nieczęste. Bardzo nieczęste.
Nie mam wielkiej skali porównawczej, bo byłem tylko w dwóch małżeństwach. Długoletnich, każde dwadzieścia lat.

Tu pytanie: - w ilu małżeństwach trzeba być, żeby mieć skalę porównawczą? Być może tylko w jednym, ale za to wystarczająco długim (Wpis „rozmowa u lekarza”).
Hasłem do szczęścia nie tylko w związkach małżeńskich jest słowo Przyjaciel. Znaczy Przyjaciółka, żeby nie było w moim przypadku niedomówień.

Po tych dwóch małżeństwach, wypróbowałem, co znaczy słowo singiel.
Ono znaczy tyle, że wielu szuka i potrzebuje odrobiny miłości. Jeśli taki "wielu" nie zrozumiał, że trzeba szukać wewnątrz siebie tego szczęścia, miłości, zadowolenia, czy nazywaj to jak chcesz, lecz szuka żmudnie na zewnątrz, może się rozczarować. 
Może się rozczarować, nawet jeśli pamięta, że taki seks na przykład, który często błędnie utożsamiamy z miłością, jest tylko połową sukcesu. 
A czegoś takiego jak połowa sukcesu nie ma. 
Albo jest cały sukces, albo nie ma nic. 
Jednak również połowa sukcesu bywa całkiem miła, tudzież wręcz mistyczna. Zdarza się przecież, że w chwili orgazmu ocieramy się o Chwilę Wieczności. A gdy jeszcze uda się tę Chwilę wzbogacić zasadami tantry.....

Był raz sobie pewien mistyk
lubił baby
i z nimi styk. 

Miłość można znaleźć w sobie, w psie, w graniu na Wall Street, chwilowo bardzo dzięki wódce (Darek Karaluch) lub dzięki Kobiecie Przyjacielu, ale żeby na taką trafić, to jak pisałem nieczęste jest.


Idę, idę, mam czas, to myślę i gdzieś docieram w końcu, po wielu godzinach w tym bieszczadzkim zadupiu kochanym, niepowtarzalnym i cudnie bezludnym.
Najpierw jest widokowo, potem wchodzę do lasu.







Nabrałem wody ze źródełka i rozglądam się za miejscem na nocleg. 
Jestem w lesie. Nie jest widokowo - jak to w lesie. Azaliż czy zawsze musi być widokowo? Jeszcze świeci słońce, ale niedługo wieczór, jest maleńka polanka, ociupinkę ponad drogą leśną tylko. I skrawek płaskiego miejsca pod samą sosną, dlatego ognia nie będzie.


Namiot, siadam, stolik niepotrzebny, serwetka, układam na kolanach co mam i niespiesznie (cudne słowo) szykuję nabożeństwo wieczerzy. 
Kiedy się najem i napiję, położę się i będę spał do rana. 
Aby tak było, wystarczy iść dostatecznie długo. 
Takie proste życie.
Ach!

wtorek, 21 kwietnia 2020

Wyprawa po złote runo


Złote runo w przenośni, ale też w pewnym sensie naprawdę.

Maj 2019 godz. 6.00, Warszawa Młociny -  ruszam Flixbusem do Gdańska, a konkretnie na Wyspę Sobieszewską po młode pędy specjalnego gatunku sosny. Te młode przyrosty, lepkie od żywicy, o złocistej barwie, powinno się zbierać w czasie kwitnienia.
Po co zbierać? – Na nalewkę. Owa działa na drogi oddechowe, płuca, samopoczucie poprawia, tudzież jest od głowy bolenia i kuśki stojenia.

Narwać jedną trzecią butelki, zalać wódką, dodać odrobinę cukru i odstawić do jesieni. Rzecz niezwykle aromatyczna i rozgrzewająca w słotne dni jesienne i zimowe. 
Tu półprodukt z roku 2018, sporządzany nieco inaczej: - narwane pędy zasypać małą ilością cukru i wystawiać codziennie przez tydzień na słońce. Wypływa sok z pędów, zalewamy wódką.


Na wyspie jestem o jedenastej. Ciepło, parno.





Po piętnastu minutach narwałem dość – wychodzę nad zatokę. Grzmi. Pierwsza burza idzie bokiem na Świbno.


Flauta, a znajduję ładny kawałek złota Bałtyku.


Idzie prosto na mnie druga burza od Helu. Nie ma się gdzie schronić, spada rzęsisty króciutki deszcz. Delikatny szum fal, zapach morza, krzyczą mewy. Jest bardzo, bardzo przyjemnie.



Gdańsk, odjazd, usypiam. Godz. 21.00 wsiadam do metra w Młocinach. Wyprawa po złote runo zakończona. Z przywiezionego towaru wyszły cztery butelki.