Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stado. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2025

Jelenie

 


Zwierzęta korzystają z życia w stadzie, gdzie każdy każdego zna, odgrywa swoją rolę i zajmuje odpowiednie miejsce w hierarchii. Dzieje się tak, ponieważ zwierzęta przeczuwają, a może nawet rozumieją, że można zaufać mądrzejszemu, bardziej doświadczonemu.

Idealnym przykładem zdania się na mądrzejszego są jelenie. W zwyczaju samic jeleni – łań, jest wspólne prowadzenie się za licówką – dojrzałą łanią, prowadzącą zwykle za sobą cielaka, co dodatkowo wzmaga jej czujność. Licówka idzie na czele łań i ich dzieci, wybiera kierunek i drogę. Również decyduje kiedy pójść do wodopoju, kiedy spać, albo uciekać. Dlatego obowiązuje całkowity zakaz strzelania do licówek, ponieważ zabicie tej mądrej łani wprowadza w grupie zamęt i naraża ją na niebezpieczeństwo.

      Simona Kossak











Refleksja: - Życie w stadzie ludzkim wygląda nieco inaczej – tu co jakiś czas pojawia się psychol, oszust, czy nawet kryminalista i porywa pospólstwo krzycząc – za mną idźcie, ja was poprowadzę!

     Powinien także obowiązywać wspomniany przez Simonę zakaz zabijania licówek, ale Czytelnicy znają moją opinię o myśliwych: - to patologiczne jednostki, czerpiące satysfakcję z zabijania i jednocześnie usankcjonowani, pospolici mordercy.

Jako student SGGW, wydziału Leśnictwa, w 1966 roku, podczas praktyki (Olsztynek, Mierki, Tymawa) byłem widzem niejednej masakry urządzonej przez myśliwych.

Minęły lata i z moich bieżących doświadczeń bieszczadzkich wynika, że patologia myśliwska ma się całkiem dobrze, a może nawet jeszcze lepiej.

poniedziałek, 21 listopada 2022

Kraina Nicnierobienia

Zwykle wraz z wiekiem odzywa się potrzeba odwiedzenia miejsc rodzinnych i pewnie dlatego czuję się Bieszczadach u siebie. Nie zapomnę wzruszenia (uczucia nie kłamią), kiedy po wielu życiowych zakrętach przyjechałem po raz pierwszy na tę Skrzywdzoną Ziemię i poczułem się znowu dzieckiem. Czy też dotarło do mnie, że noszę w sobie to sławne „wewnętrzne dziecko”, całkiem dotąd zaniedbywane, a teraz chciałbym mu to wynagrodzić.

Wtapiam się w bieszczadzką przyrodę, a wiatr w szerokiej przestrzeni odbieram jako powiew wolności. Cała przeszłość zostaje za górami - urodziłem się po raz drugi?


Nie tęsknię za obłudą tak zwanej cywilizacji, w zupełności wystarcza mi możliwość zaspokojenia najprostszych, podstawowych potrzeb. I nie nudzę się ze sobą, bo siebie akceptuję. Poza tym nie jestem sam - pamiętajmy, że nad każdym z nas czuwa Duch Opiekuńczy.

Wolność. Odkryłem, że znów mogę beztrosko biegać za motylem.


Bo kiedy jest wyjątkowo miło, tudzież bardzo przyjemnie? Ano wtedy, gdy wybierasz luzik. Wtedy otóż, kiedy robisz cokolwiek, ale bez jakiegoś planu, programu. No i bez przymusu i pośpiechu, czyli niespiesznie. Możesz coś robić, choć nie musisz, a jednak to robisz z powodu przyjacielskiego nastawienia do świata. Albo nie robisz nic, jesteś przecież w Krainie Nicnierobienia i dlatego łatwo wpadasz w objęcia Błogosławionej Lubości. Po kokardkę przepełnia cię niewypowiedziane zadowolenie i błoga przychylność dla egzystencji. Znaczy luzik ciebie dopadł i to jest właśnie stan najcenniejszy.

Albowiem gdy osiągnąłeś już ten stan, a wypada akurat potrzeba wykonania czegoś, co niekoniecznie lubisz, to jednocześnie możesz przecież żeglować myślami po wielokrotnie przywoływanych Zielonych Łąkach. I dzięki temu mykowi utrzymujesz stan najcenniejszy.


Oczywiście możesz starać się robić tylko to, co lubisz, atoli jest to już jakiś wysiłek, przymus, czyli azaliż gubisz luzik, zapominając, że powinna być odmiana: góra – dół, słodkie – gorzkie. Niemożliwe jest bowiem wędrowanie tylko na lewej nodze, albo trwanie we wdechu. Wydech musi być.

Nie doceni ciepła ten, kto choć raz porządnie nie przemarzł.

Co ciekawe, ten Twój radosny nastrój mocno irytuje otaczających ciebie ludzi. Przeciętni Kowalscy nie trawią Twego zadowolenia. Uważają, że jeśli nie narzekasz, nie jojczysz, to jest z Tobą coś nie tak, bowiem normą w świecie ludzi są trzy rzeczy: - tkwienie w nieszczęśliwości, zachowania stadne, oraz podobieństwo do maszyn. 


Zabawnie jest nieraz zakpić sobie z przeciętnego Kowalskiego, tylko dla własnej satysfakcji, lub w nadziei, że ów aluzję zrozumie. Każdy przecież na swój sposób poszukuje prawdy. Przypomnę, że w Bieszczadach przylgnęła do mnie także ksywka jajcarz. 

Każdy poszukuje swojej prawdy, więc zadaje pytania. Sobie, innym i wszystko jest okej dopóki nie daj boże niewinne pytania nie przejdą we wścibstwo. Wtedy należy przycisnąć hamulec. Tu przypomnę rozmowę z gościem, który przyczepił się, kiedy akurat przechodziłem przez Roztoki w drodze na Fereczatą. To maleńka osada jak widać, zero ludzi. Ten gościu niósł reklamówkę, więc nie był turystą. Dogonił mnie, idziemy razem.  


  - Dzień dobry – dzień dobry. Standardowa ciekawość rozpiera gościa:

- A pan dokąd? – wyjaśniam dokąd.                                                                                     

- Pan na krótko w Bieszczady przyjechał? – Na długo. Ogólnie w podróżach jestem przez wiele miesięcy w roku.

- To pan chyba nie pracuje? – Pracować przestałem już wiele lat temu.

- To pan musi mieć dużo pieniędzy, podróże kosztują!

- Zgadza się. Podróże kosztują, ale mam dość pieniędzy.

Facet przygląda mi się z ukosa, chwila milczenia, wreszcie odważa się zadać to nurtujące go pytanie:

- A skąd ma pan te pieniądze, jeśli oczywiście można wiedzieć?

- Można. Pieniądze biorę z szafy.                                                                              

- Jak to z szafy?

- No z szafy. Kiedy potrzebuję kasy, podchodzę do szafy, otwieram ją i wyjmuję tyle, ile mi potrzeba.

Gościu przetrawia informację. Ma wątpliwości, więc pada kolejne pytanie:

- A skąd biorą się pieniądze u pana w szafie?

- Moja żona tam je wkłada.

Teraz czekam na ostatnie klasyczne pytanie, jako że tę anegdotę stosowałem już multum razy i ona zawsze działa. Rozmówca już nie odpuszcza, ponieważ wydaje mu się, że za chwilę zagadka się wyjaśni.

- A pana żona to skąd bierze te pieniądze?

- Ja jej daję!

I to nie był jeszcze koniec rozmowy, dalszy ciąg już kiedyś opisałem. 

Fereczata.


Krystaliczne powietrze o poranku, niosące nieco później zapach łąki, ziemi lub lasu. Samotność i cisza. Idę. Lub tylko jestem. Być może tak wygląda droga do nieba, oczywiście jeśli ktoś w nie wierzy. 


środa, 31 marca 2021

Przypowieść o Wolnych Owcach



Napatrzyłem się, oj napatrzyłem w Bieszczadach na pasterzy owiec, tych sławnych juhasów. Pierwsze zetknięcie ze stadem pędzonym przez łąkę za Łupkowem w roku 2013 było dla mnie szokiem. Potem już się nie dziwiłem - widocznie oni, ci pasterze, tak mają. O co chodzi? O język złożony właściwie z samych klątw. Krzyczeli, ryczeli, klęli tak, aż im się głos załamywał. Szły wyzwiska z najgłębszego rynsztoka, kopali owce na oślep jak popadło, a kije tylko świszczały. Agresja kipiała. Miałem czas, więc myślałem. I wyłoniła się refleksja: - przecież rządziciele także traktują społeczeństwo jak stado. Pewien rodzaj tych rządzicieli nawet sam określa się słowem pasterz, a na człowieka mówi owieczka.





"Na ogrodzonym kawałku łąki pasły się owce. Pasły się wiosną, latem i wczesną jesienią, a potem dwaj pasterze golili je z wełny, kalecząc przy tym niemiłosiernie. Rzadko byli trzeźwi, jeden straszył owce wilkiem, a gdy miał kaca klął na nie okropnie. Drugi walił kijem i nie żałował kopniaków. 
 
Gdy przychodziły chłody, owce pozbawione naturalnego okrycia trzęsły się z zimna. 
Kiedyś w pełni lata, jedna z owiec odkryła w płocie dziurę i przedostała się na zewnątrz. Uradowana wolnością pognała przed siebie i zauważyła, że poza ogrodzeniem trawa jest o wiele bardziej bujna i soczysta. Nic dziwnego - tu stado trawy nie skubało. Wolna owca pasła się więc w spokoju i radości. Nikt jej nie wyzywał, nie bił kijem i nie kopał.
      Nagle pojawił się wilk. Owca o dziwo nie przeraziła się wcale. 
Dzięki paru chwilom spędzonym na wolności poczuła w sobie wielką siłę i krzyknęła: - Uciekaj bo cię zjem! 
                                                                             
Wilk stał zaskoczony, ponieważ pierwszy raz zdarzyło mu się coś takiego usłyszeć od owcy.
- To chyba jakaś wariatka jest? - pomyślał - a z wariatkami nigdy nic nie wiadomo, lepiej się wycofam – zdecydował i tak zrobił.

Zdarzyło się to dawno temu. Dziury w płocie do tej pory nikt nie naprawił.
Owce żyjące w niewoli słyszały już co nieco o soczystej trawie na wolności, wiedziały także, że w każdym ogrodzeniu jest gdzieś dziura, lecz były leniwe i lękliwe, tudzież przywykły do swych oprawców. 
Na szczęście nie wszystkie przywykły, czas mija i kolejne buntowniczki dołączają do coraz większego stadka Wolnych Owiec. Jak tak dalej pójdzie, dręczyciele będą musieli sami się strzyc i tłuc własną pięścią". 



Drodzy Czytelnicy! Wiary nie traćmy, ducha nie gaśmy. I nie chorujmy. A jeśli już ktoś musi, to proszę wyłącznie bezobjawowo. Także nie przejmujmy się rolą i nie usiłujmy robić rzeczy wzniosłych. 

Człowiek się pali do rzeczy wzniosłych,
na czyn chwalebny idzie mu ślina,
a tu paznokcie, patrzy, urosły
i znów je trzeba obcinać.  

Wesołych Świąt !