Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzkie wędrówki 2015. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Do Wilczej Jamy

Rozwija się cudny letni dzień w Bieszczadach, upał jak się patrzy.
Idę naprzód skrajem szosy, niosąc ze sobą największy dar – umiejętność cieszenia się życiem.
     Słyszę, a potem widzę traktor, który kosi pobocze i rów, jadąc tym razem od Dwernika. Wyprzedzam traktor. Na nieskoszonym jeszcze poboczu rosną dorodne kwiaty, całe łany dorodnych kwiatów. Są tak piękne, a za parę chwil zamienią się w siano.
Zanim to się stanie zrobię oczywiście bukiet.



Ostatni bukiet wtykam w kopiec kreta, bo komu mam go dać, jeśli okolica bezludna?
Upał.
Powietrze aż drży. Jest dobrze ponad 30 stopni. Ponad 30 stopni Celsjusza.

Życie jest piękne do pewnego stopnia.
                                     Celsjusz.

Staram się być precyzyjny, ponieważ bloga czyta także Ameryka w translate i potem pytają, czy temperaturę podaję według Farenheita, czy lorda Kelvina.
Polska, to dla przeciętnego Amerykanina dalej zupełne peryferie świata, prawie Rosja, w każdym razie egzotyka i niedźwiedzie chodzące w zimie po ulicach miast.

      Czerwcowy upał w Bieszczadach.
Można byłoby się czegoś napić, na przykład piwa. Zimnego piwa....
Przyjmuję kierunek na karczmę i ośrodek Wilcza Jama.



środa, 4 marca 2015

Zimowa połonina

Albo inny tytuł: Droga do Lutka. (Lutka nie było)
Albo jeszcze inny: Idziemy do Chatki Puchatka.
Albo: trochę prawdziwej zimy.
W każdym razie idziemy.
   




Z dołu, gdzie wysiedliśmy jest na górę 2 km, a więc rzut beretem. Zachmurzenie całkowite i lekka mgła.
Bo prawdziwa mgła powitała nas dopiero tuż przed gołoborzem. Jednoczę się ze Staszkiem w smutku: wyczerpała mu się bateria do aparatu, a zapasowej nie wziął.
    




Woww! I znowu bajkowy świat! Jest podobnie jak na Żebraku? Bo białocicho i białośnieżnie...
    




  

wtorek, 3 marca 2015

Lecą żurawie nad Kołybą

25 lutego 2015. 
Wracamy z Nowego Łupkowa. Pochmurno, mgliście, ale nie pada. W plecakach poczynione zakupy. Najkrótsza droga (8 km) prowadzi przedwojennym nasypem kolejki bieszczadzkiej. Minęliśmy już skrzyżowanie na Żebraka, gdy usłyszeliśmy znajomy radosny dźwięk.
       Lecą żurawie!
Kto raz usłyszał krzyk lecących żurawi, już go z niczym nie pomyli: - Lecimy! Żyje się! Błogosławiony dzień, jaki by on nie był! Tu leci Radość!
      Można się także zakochać w krzyku żurawi. To są cudne chwile.
Poczułem ciepło w sercu, jakby zaświeciło w nim maleńkie słoneczko. Dobry nastrój zmienił się w jeszcze lepszy, a przecież uczucia nie kłamią.
Żurawie lecą od zachodu i przelatują akurat nad Kołybą! Ten krzyk lecących żurawi jest niepowtarzalny. Są! Pierwszy klucz wyłonił się z mgły!
Zdjęcie z szosy, kierunek na Maniów .(klik aby powiększyć)
    


Na początku lecą dwa klucze: - jeden liczy pięćdziesiąt, drugi siedemdziesiąt ptaków. Henryk Bieszczadnik policzył potem ze zdjęcia, żeby nie było kichy.
     Żurawie odleciały poza budynek w którym w lecie jest sklep i jakby ….. usiadły? Takie wrażenie było, bo dźwięk przestał się przemieszczać. A one po prostu krążyły, bo nie mogły sobie pozwolić na przedwczesne wylądowanie (utrata energii)
Wchodzimy na górę, a tu Stachu wypada z domu w kapciach z aparatem, ze znajomą gorączką w oczach, bo żurawie nadlatują ponownie nad dach Kołyby.
    Stachu to pasjonat fotografowania, podobnie jak Henryk Bieszczadnik i autor. Jak to miło być wśród swoich....
     


Okazuje się, że na górze wieje nieźle od strony Kruhłycy, góry mają czapy z mgły. Silny wiatr spycha ptaki z powrotem, one nie mogą sforsować pasma Wysokiego Działu!
     Zdjęcie z góry prosto na zamgloną Kruhłycę.
     


Leci następny klucz! Niebo ożyło!
    


 Ptaki ponownie odepchnięte wiatrem od Kruhłycy, krążąc, odleciały chwilowo nad Maniów.
       Obserwujemy z góry wysiłki ptaków, więcej: -
ja jednoczę się z nimi i ich przejściową niemocą.
„Żurawie: - trzymam kciuki za was! Wysyłam wam dobre myśli!”
Następna wiadomość idzie do ducha wiatru: - „kolego, tu nadaje błękitny krystaliczny wicher z Kalendarza Majów, przepuść ptaki!”

Próby forsowania górskiego grzbietu trwały jeszcze długie minuty. Potem ucichło – towarzystwo przefrunęło ponad przeszkodą.

Zdjęcie nr 3 - Stachu.

poniedziałek, 2 marca 2015

Magiczne bieszczadzkie zimowe noce.



Raz jest smutno, a potem wesoło. Wdech i wydech, noc i dzień. Żyje się! 
Jest białocicho. Powoli zapada zmierzch. Na dole przy szosie zapalają się latarnie i od razu robi się magicznie.
   
   


Kościółek w Woli Michowej.

Wieś jest otulona nocą i zanurzona w ciszy (zewnętrznej), mieszka tu (bowiem) może trzydzieści niehałasujących osób. Psy przeważnie milczą, no chyba że poczują wilka....
Hałas jest odpowiednikiem wewnętrznego zgiełku myślenia. Zewnętrzna cisza natomiast ma odpowiednik w wewnętrznym cichym bezruchu.

Ludzkość zagubiła się w myśleniu.
    


Kierunek na Cisną. Godz. 22:30. Światła latarni na dole wyłączone od pół godziny (jesteśmy przecież w Parku Gwiezdnego Nieba) poza tym te latarnie są po lewej stronie pod kątem 90 stopni. Jest więc ciemna zimowa noc, bo chmury tłumią światło przybierającego księżyca, który jest za mną. Widać te chmury i jedną gwiazdę, tuż ponad największą sosną.
Na zdjęciu ( czas 15 sekund ) pokazała się także malownicza łuna. Pytanie tylko: czy to łuna od świateł Cisnej, czy z Żubraczego? Aparat stoi na stole obok miejsca na ognisko.
     


Gwiezdna noc ze wzbierającym księżycem. Czas 17 sekund. W świetle księżyca widać doskonale zielony spód jednej z nart z ogrodzenia Kołyby.
    


Tu w oknie Kołyby widoczny solarek, a więc było koło północy, bo po północy ten solarek gasł samoczynnie. Nad dachem wzbierający księżyc.
    


Wielominutowe otwarcie migawki w nocy rejestruje ruch gwiazd. Ruch jest płynny, gdy aparat jest umocowany na statywie, natomiast trzymanie aparatu „na kolanie”, rejestruje bicie serca, oraz oddechy fotografa. Widać jak fotograf przeżywa. W efekcie na zdjęciu wynikł ruch gwiazd w postaci „plemników”.
Życie powinno być zabawą?
     Jeśli uważasz, że to tylko teoria, to tak się stanie. Wszystko z myśli się bierze (bowiem).

Niech się dzieje według wiary twojej....
   


  
Na tym zdjęciu "z ręki" miały być także gwiazdy, lecz pod koniec naświetlania nadszedł któryś z kolegów z włączoną „czołówką”. I niechcący wyszły ciekawe barwy.

sobota, 14 lutego 2015

Każdy wraca do domu?

    

Już przed samym Młynem Kamieni Reksio wyrwał do przodu! 
        Nastawiam uszy i słyszę głos Darka:
Reksio!!?
Ty powsinogo! Gdzie byłeś? Tak się martwiłem o ciebie!!!

W tym momencie wszedłem na podwórze i widzę, że Darek przytula Reksia i ma łzy w oczach. Bo gdzie ma mieć te łzy?
Dziecko wróciło do ojca.
Ależ rozczulające powitanie! Reksio zlizuje łzy Darka, jakby przepraszał. I mnie się robi mokro w oczach.
Wrażliwi mężczyźni potrafią płakać i nie wstydzą się tego. Tylko niewrażliwi mają oczy bez łez.
Oraz „każdy potrzebuje odrobiny miłości”.......(Jak mówi Darek)

Reksio teraz autentycznie pada. Jego krótkie kundelkowe nóżki przebiegły co najmniej 60 kilometrów w ciągu 24 godzin.
Wygląda jak gruba kluska na krótkich nóżkach.
  


I dlatego właśnie jest piękny!
Piesek jest padnięty, bo biegał przecież w przód i na boki, jeszcze więcej biegał niż Giga w ubiegłym roku.
Darek Karaluch rozpromieniony, szczęśliwy z powrotu Reksia, mówi: - Nie zdarzyło się, aby Reksio nie wrócił na noc. Nie mogłem spać ze zmartwienia. Zakładałem na 99 procent że już jest po nim, że wilki go dopadły, rozszarpały!
        A tu taka radość! Wrócił cały! A to powsinoga!
        Przyprowadziłeś zgubę!
       To aż do Woli Michowej z tobą poszedł?
       A to urwis! Gdy mówili w lecie, że widzieli Reksia, jak biegał po Baligrodzie, nie chciałem wierzyć....
Opowiedziałem Darkowi jak próbowałem Reksia zawrócić do Młyna, ale Reksio nie chciał wracać. Albo chciał się przejść, albo mnie pokochał?.
Kupiłem psią miłość za kaszankę?
Jeśli masz wątpliwości jak jest, popatrz psu w oczy, tam masz odpowiedź.

      I tu na hasło "kupić miłość" przypominają mi się słowa Stachury:
Do restauracji w Lozannie wchodzi para: starszy pan w ciemnych okularach i młoda, ładna blondynka. Trzymają się za ręce. Są zakochani. On w jej ciele, ona w jego pieniądzach.
I on to wie.

Jakie to smutne i schematyczne, nieprawdaż?
A przecież życie jest wesołe, można wejść w relację damsko-męską na zasadzie fascynacji drugą osobą, relację całkiem bezgotówkową, opartą jedynie na szczerości, gdzie różnica wieku się nie liczy. Bez szczerości ani rusz.
        Pogadaliśmy z Darkiem, już jest jedzenie dla psów. Stoją ugotowane rosołowe kości z kurczaka. Darek opowiada o szczurze, który grasuje w szatni. Ustalamy jak mamy teraz obaj wyjść z pomieszczenia, żeby Reksio nie wybiegł, bo on niby padnięty, ale jednocześnie kontroluje sytuację, jest czujny nad wyraz .                                                                                                                                                             Udało się!                                                                                                                                               Reksio został zamknięty w szatni, wskoczył na stół i patrzy przez okno jak odchodzę.                   Z wyrzutem patrzy.                                                                                                                                     A moje oczy znowu robią się mokre..... Proszę Darka, aby dał mi trzy godziny, żeby wcześniej nie wypuszczał Reksia. Wtedy będę już daleko za Żebrakiem. Wilczy odcinek na przełęczy powinien być dla Reksia dostateczną zaporą.
                                                                                     I tym sposobem każdy wraca do swego domu i kończy się ta wieloodcinkowa, odrobinę łzawa psia opowieść.                                             - Reksio właśnie wrócił do domu
- Zbyszek odchodzi do Kołyby
- Żubry ze zdjęcia wracają do lasu. 


    Zdjęcie z grudnia 2014.                                                                                                                       Idę przez chwilę w smutku, ale zaraz mi przechodzi. Przecież przyprowadziłem do domu jakby zagubione dziecko. Po raz czwarty zbliżam się do przełęczy.    

                 Pokazuje się nieco błękitów i wpadam w odpowiedni nastrój na wzruszający wiersz ............                                                                                                                                                    Tu pasuje Adam Ziemianin.                                                                                                                                Niebieski cyrkiel

                                                                                                                                                            

Na chwilę mi dałeś
Miejsce na Twej Ziemi
Cienkie linie dróg
Cyrklem wyznaczyłeś

I wodzisz mnie wciąż
Po ścieżkach krętych
Gdzie nawet trawy
Szepczą Twoje imię

Czasem hymn śpiewam
Na Twoją chwałę
Czasem coś w złości
Syczę przez zęby

Bo tyle skrajnych
Dawno już przekroczonych
I tyle decyzji
Tak do końca błędnych

Wciąż uczę się żyć
Na własnej skórze
I płacę jak umiem
Ten dziwny rachunek

czwartek, 12 lutego 2015

Z Reksiem do Kołyby

Wzrasta zachmurzenie, znikły błękity, lecz przełęcz nawet w szarości ma wielki urok.
   
    

Zaraz za Żebrakiem potwierdziło się, że jest to wilczy teren. Reksio zaprzestał wybiegania w przód. Mało tego, nie tylko szedł przy nodze, ale szedł przy samym bucie, wręcz ocierał się o but. Zrobił się czujny, spięty, uważnie rozglądał się na boki. Próbowałem zmienić koleinę, bowiem przejechał tędy jakiś samochód. Reksio zmienił koleinę razem ze mną i ponownie był przy bucie. Dałem więc spokój i tak szliśmy razem spokojnie i czujnie te półtora kilometra. Dwóch obserwatorów.
      


Potem Reksio nadrobił psim szaleństwem. Gdy uznał, że niebezpieczeństwo minęło, wyrywał do przodu i na boki na sto - dwieście metrów w las na lewo, a potem na prawo. Podziwiałem jego energię.

Dzień gaśnie. Jesteśmy jeszcze przed Pomnikiem Żubra, a już jest mroczno.
   


Tu zamieszczam zimowo - wieczorno - nocne zdjęcie puszczyka, przysłane przez Rafała.
    


I już Kołyba. Na stole pojawiła się zupa grochowa. Henryk sprawdził łyżką jej gęstość.
     


Tadeusz koncertował ( tu kliknij aby usłyszeć…. ufajmy, że z pomocą Bożą kiedyś tu otworzy się śpiewanie Tadeusza)
    


Języki ognia falowały w kominku.
    

    

Zapalone świece tworzyły klimat pełen uroku. Da się z powodzeniem mieszkać w Bieszczadach w domu bez elektryczności. W domyśle: - bez telewizora, głównego dostarczyciela sieczki informacyjnej.
     


W Kołybie było tak ciepło, znaczy atmosfera była tak ciepła, że rozpuszczał się śnieg na dachu, a ponieważ na zewnątrz był mróz sople rosły. Ich długość można było ocenić o poranku..
   


Reksio dostał kiełbasy i myślicie że padł ze zmęczenia?
            Ani ani!
Nie mógł usiedzieć na miejscu, pchał się na łóżko obok mnie, lizał po twarzy dziękując, ja to rozumiem i potrafię znieść, lecz średnio lubię. Spychany na podłogę pchał się znowu. Nie było wyjścia, na zewnątrz koło zera, więc pies bieszczadzki pod tytułem Reksio został wyproszony za drzwi.
       Po chwili słychać było jego ujadanie. To od strony lasu, to z drugiej strony domu. Wyczuwał zwierzynę, która podchodzi przecież pod sam dom Henryka, bo tu nie ma psa na stałe.
Po godzinie, gdy ucichło szczekanie, Henryk ulitował się nad nim i wpuścił do chałupy. Tym razem Reksio miał dość, napił się wody i pogłaskany grzecznie zległ przy łóżku.

PS. Zdjęcia zrobione przez Henryka Bieszczadnika: - kominek, zupa, sople, Zbyszek.
(Napisałem i od razu ogarnia mnie wesołość, bo mam skojarzenie: - ząb, zupa, dąb)
     Ha ha ha!

poniedziałek, 9 lutego 2015

Rozjechany krzyż

Schodzę z przełęczy i przypominają mi się słowa Osho:
     - Ciesz się, szukaj w życiu humoru. Twórz nowe spontaniczne wzorce. Łącz uważność z dyscypliną. (było to we wpisach dziesięć byków zen)
Gdy narzucasz sobie sztywną, bezwzględną dyscyplinę, może nikomu nie wyrządzisz krzywdy, może będziesz znany jako dobry człowiek, albo nawet święty, ale nie zdołasz żyć swoim prawdziwym życiem, nie będziesz mógł go świętować. Nie będzie w nim rozkoszy. Staniesz się zbyt poważny, gotowość do zabawy odejdzie na zawsze.
                             Powaga jest chorobą.

Już widać Pod Wierchem 686. Łąki ponad Rabe. Ziemia przesiąknięta krwią Obrońców i napastników. Wejdę aż do krzyża, pozdrowię Ducha tej góry.
   


Sosny w lodowej polewie, no jest ….... bajkowo!
   




Wicher duje i przewiewa na wylot. Robię zdjęcia a palce szybko sztywnieją z zimna. Temperatura odczuwalna z powodu wiatru minus dziesięć co najmniej. Pomimo zimna jest tu tak fantastycznie, że nie chce się odchodzić jeszcze.
     


 Mogę zobaczyć, jaki miałbym widok z namiotu, gdybym mieszkał w nim w styczniu.
         Ha ha ha!
Ale co to? Nie widzę krzyża, idę nieco dalej. Zraniona sosna, bohaterka wpisu z lata pod tytułem „dotknij wiatru”.
     


Rozglądam się i naraz robi się smutno. A przecież uczucia nie kłamią. Zmienił się teren na szczycie. Jest teraz płasko, przejechała równiarka. Znikła reliktowa droga łemkowska wyżłobiona w mini wąwozie zagłębionym miejscami do piersi.
         Teraz na szczycie brak jedynie Mc Donalda.
Mam cichą nadzieję, że zrobiono tak nie dlatego, żeby mogli tu wygodnie przyjeżdżać Panowie, lecz dla zwózki drewna.
A najbardziej przykro, że maszyna przejechała po rabiańskim krzyżu.
          
            Rozjechany krzyż.
   



W każdym razie spojrzałem na leżący krzyż i zabrzmiały mi w głowie zdania piosenki:
        Idźcie do domu, skończona walka.
       Za chleb i wolność i nową Polskę,
      Janek Wiśniewski padł.

Świat się dowiedział, nic nie powiedział!

A potem jeszcze odebrałem niezwykle wyraźnie: - Hic transit gloria mundi. (Tak przemija chwała świata).

W Kołybie czytałem przed wymarszem książkę wydaną przez nadleśnictwo Komańcza. (Edward Orłowski: - „Z dziejów lasów nad górną Osławą i Wisłokiem”). Jest w tej książce taki akapit:
Do pracy w lesie zatrudniali się kiedyś poszukiwacze przygód, kryminaliści, opozycjoniści, cwaniacy, pospolici oberwańcy, życiowi rozbitkowie, urodzeni nieudacznicy, spokojni dziwacy, ludzie z artystyczną duszą szukający na łonie natury komfortu psychicznego, wyróżniający się zachowaniem, sposobem bycia i pogodą ducha.

I dwie uwagi: Ktoś prywatny kupił łąki ponad Rabe. Za koszenie idą teraz do niego pieniądze z Unii. Tak jest chyba ze wszystkimi łąkami w Bieszczadach. Nie mam nic do prywatnej własności, tylko do ludzi, którzy tu pracowali „wyrównując” teren. Być może byli to „urodzeni nieudacznicy”. W końcu nie wszyscy nieudacznicy mogą się załapać do polityki.

I druga uwaga: Od przełęczy Żebrak jesteśmy na terenie nadleśnictwa Baligród.

Zbyszku! Zostaw smutki. Dawaj do Młyna Kamieni! Psy czekają!

Zostawiam 686 za sobą, schodzę. 
Jestem coraz bliżej Młyna, niebo się rozjaśnia.