Dziś tylko zdjęcia.
Astronomia Finansowa wykorzystywana do skutecznej gry na FOREX, kontraktach terminowych i ETF. Daty zwrotne wielokrotnie udowodniły swoją moc. Można dzięki nim osiągnąć wolność finansową.
Część trzecia.
Rano następuje obchód dobrze znanego
terenu. Obfite wiosenne deszcze (i spychacz plantujący stare okopy) odkryły
wiele pozostałości z Bitwy, nie potrzeba było wykrywacza, żeby coś
znaleźć - wystarczyło się schylać i podnosić.
Szkoda tych okopów, bo zadomowiły się w nich gęste czarne jagody. W pobliżu krzyża znajduję ułamany bagnet.
Pogoda dopisuje, jest wręcz upalnie. Na kamiennym stole urządzam wystawę drobniejszych znalezisk. Drobniejszych, ponieważ żelaznych skorup szrapneli nie zbierałem.
Odzywa się cywilizacja: - dzwoni Mirek, mój przyjaciel z Gdańska, którego nazywam polskim Stephenem Hawkingiem, co wynika z dwóch powodów: - Mirek interesuje się astronomią, Wielkim Wybuchem, czyli momentem Stworzenia, oraz po drugie tak jak Hawking choruje na SM i od wielu lat jeździ na wózku. A kiedy potrzeba czołga się na leżąco, aby gdzieś w mieszkaniu dotrzeć.
On wie, że jestem na wakacjach, ale jako pasjonat
chce się podzielić wiadomością, którą właśnie uzyskał. Rzecz jest zaliczona do
niesamowitych osiągnięć astronomów. Otóż po odkryciu pulsara oznaczonego jako B1257+12, ustalono, że jest to szybko
obracająca się gwiazda neutronowa. Do
tego ma niewiarygodnie wysoką gęstość. Pulsar jest pozostałością po wybuchu supernowej.
Gdzie
tu niesamowite osiągnięcie?
Ano obliczono (zespół Carla Sagana) z niewyobrażalną precyzją szybkość wirowania tego pulsara wokół własnej osi. Jeden obrót
trwa 0,0062185319388187 sekundy! Szesnaście miejsc po przecinku!
Z tego wynika, że pulsar osiąga 10 tysięcy obrotów na minutę!
I Mirek
kończy: - „Opowiadałeś kiedyś dowcip na
temat rekordu szybkości, że jest on wtedy, gdy biegniesz naokoło słupa, a z
przodu jest dupa.
No to ten
pulsar jest dużo szybszy!”
Zapisuję liczbę podaną przez Mirka i sprawdzam obliczenia – Faktycznie zgadza się! To
rzeczywiście bomba!
Wzruszające jak
Mirek powtarzał, że ja wędruję za siebie i za niego, oraz jestem jego
oczami. Co jakiś czas posyłałem mu zdjęcia i raz na tydzień – dwa, opowiadałem
o ciekawostkach z wędrówek, a co roku odwiedzałem go w Gdańsku.
Wszystko w czasie przeszłym - nie ma już przyjaciela wśród żyjących.
Wieczorem w tym samym dniu zadzwonił Henryk z zaproszeniem do Woli Michowej.
Miałem pobyć na biwaku dłużej, ale jak wiadomo planów (i zdania) nie zmienia tylko martwy, albo głupi, dlatego następnego ranka niespiesznie zwijam manele i po obeschnięciu traw ruszam przez Żebrak. Zapowiada się dzień jak marzenie.
Przywiązuję się do rzeczy praktycznych, które według mnie są obdarzone duszą, dlatego z wielkim sentymentem patrzę na zdjęcie druciaka czekającego na przywiązanie – w iluż to przygodach mi towarzyszył przez lata, aż do chwili, kiedy tak skutecznie ukryłem go u Henryka, że już się nie dał odszukać.
Zimy mamy ostatnio nietypowe - coraz rzadziej bowiem
trafia się zima śnieżna jak należy. Bo sprawa jest prosta: - w zimie powinno
być zimno, a śniegu powinno spaść może nie po pas, ale metr na przykład. Lato
natomiast ma nieść dni ciepłe, a słoneczne, atoli nie za gorące, plus żeby deszczu
spadło co nieco.
Oczywiście o wszystkim decyduje wola nieba i z nią się zawsze zgadzać
trzeba.
Bieszczady zimowe.
Początkowo pogoda nie rozpieszczała – zima była mało zimowa.
Po kilku dniach jednak posypało zdrowo i zrobiło się białośnieżnie i okiściowo, lecz jednocześnie szarawo.
Ale nic to. Szedłem ci ja samotnie tudzież niespiesznie, pokonując miłą memu sercu trasę Wola Michowa - przełęcz Żebrak. Sypało drobnym śniegiem.
Pomimo braku słońca czułem się zadowolony, a to z powodu, że nikt nie zakłócał prawidłowości prądów powietrznych, które mnie otaczały i mogłem iść w ciszy.
Zadowolony byłem także z paru innych rzeczy, dzięki którym czułem się życiowo spełniony. A kiedy tak idziesz w tym osobistym zadowoleniu – spełnieniu i emanujesz dziękczynieniem w kierunku Egzystencji, wtedy i Egzystencja staje się zadowolona z ciebie i potrafi dać ci jeszcze więcej radości. I tak się stało tym razem: - Egzystencja, Anioł Opiekuńczy, Siła Wyższa, czy nazywaj to jak chcesz, podsunęła mi taką Liczbę Planetarną, której do tej pory nie znałem. Zatrzymałem się na moment, kalkulatorem sprawdziłem działanie tej Liczby i opadła mi szczęka z zachwytu nad jej precyzją.
Od wielu lat (bowiem) pokochałem matematykę
ogólnie, a w niej szczególnym sentymentem darzę dziedzinę, którą nazywam
umownie Matematyką Pieniężną. To przemiła
dziedzina, tudzież pasja, która mocno człowieka wciąga, a jej pielęgnowanie
jest godne i sprawiedliwe i dlatego się tej pasji trzymam.
Popatrzyłem więc raz jeszcze na czytnik
kalkulatora, po czym jakby uskrzydlony ruszyłem ochoczo dalej, ponieważ dokonał
się we mnie zastrzyk adrenaliny, a jako że miałem czas, myślałem o tym i owym, bo
dla higieny psychicznej musi być przecież odmiana według teorii „trochi tego i trochi tego”. Zacząłem
więc myśleć o czytanej ostatnio książce Marcina
Gutowskiego „Bielmo”.
Z niej szczególnie utkwiły mi w pamięci
przykazania watykańskiego urzędnika (według amerykańskiego jezuity Thomasa Reese):
- Nie myśl
- Jeśli już
myślisz, to nie mów.
- Jeśli już
mówisz, to nie pisz.
- Jeśli już
piszesz, nie podpisuj.
- Jak
podpiszesz, nie dziw się konsekwencjom.
Dla kontrastu przypomnę słowa Zaratustry:
- Pomyśl
dobrze
- Powiedz co
pomyślałeś
- Wykonaj co
powiedziałeś.
Inwestorzy giełdowi dobrze znają liczbę fibo 62 %. Otóż 62 % Polaków nie przeczytało w ostatnim roku żadnej książki.
Jak rzekł był klasyk – książki nie są dla idiotów, a każdy żyje po swojemu.
2013 rok. Biwak blisko Chryszczatej. Mija pierwszy tydzień pomieszkiwania w całkowitej
inności prawdziwego odludzia. Rzecz dzieje się stopniowo, bo na początku nie
byłem na odludzie gotowy, dlatego miesiąc biwakowałem na terenie Krysi Rados w Łupkowie. Biwakowałem, a odludzie wabiło.
Więc jestem ci ja na tym odludziu wreszcie i o poranku schodzę po wodę do potoku. Dzień zapowiada się piękny, mgły już się podniosły, ale trawy jak zwykle ociekają - spływają rosą.
Zdobywałem dopiero doświadczenia biwakowe, dlatego już w połowie zejścia miałem przemoczone buty. Zaniedługo atoli zmieniłem system – po wodę schodziłem nieco później, kiedy słońce już rosę wysuszyło. A potem to ta rosa przestała mnie obchodzić, bo przy namiocie chodziłem tylko na bosaka i skóra na stopach szybko stwardniała - mogłem schodzić boso.
Więc schodzę ci ja zadowolony wielce, od nieba uderzył właśnie pierwszy ostry krzyk orlika, z dołu słychać już śpiew ptaków, oddycham pełną piersią, nie myślę o niczym specjalnym. Akurat doszedłem do miejsca na zboczu, z którego już widać w dole drogę leśną Bystre – Żebrak. Nagle oko rejestruje na drodze ruch – idzie pojedynczy człowiek. A ja jednocześnie czuję niepokój i natychmiast kucam skrywając się w zielsku. Skryłem się i myślę o tym, co zrobiłem. Oto odkryłem, że jestem zwierzęciem! Jestem zwierzęciem, ponieważ widząc człowieka poczułem się jak zwierzę, dla którego człowiek jest zagrożeniem i właśnie wykonałem klasyczny odruch zwierzęcy – kryj się! Przeczekałem kilka minut aż piechur z plecakiem przejdzie i zszedłem tam, gdzie miałem zejść. Nie miałem bowiem ochoty na rozmowę, a sam widok piechura oceniłem jako dyskomfort. Z jednej strony dyskomfort, a z drugiej satysfakcja, bo ja go widziałem, a on mnie nie zobaczył. Czyli wykonałem prawidłowy ruch czujnego zwierzęcia.
A to ci dopiero! Odezwało się we mnie zwierzę! No tak: - kto z kim przestaje takim się staje. Co dzień widzę tu orły, sarny, kozły, jelenie, lisy, wieczorem słyszę puchacza i tak mi w tej samotności dobrze, że nie wiadomo kiedy zapomniałem o istnieniu ludzi. Do świata ludzi, do Baligrodu schodziłem raz w tygodniu po jedzenie. Kupowałem i zaraz wracałem. A idąc powtarzałem sobie: - idę i czuję, że jestem. Albo inaczej: - idę, więc jestem!
Uczucia nie kłamią, a ten pierwszy osobisty odruch
zwierzęcy który zarejestrujesz, jest niepowtarzalny, odświeżający, resetujący, uzdrawiający, daje
dreszczyk Nieznanego. Co ciekawe każdy może tak
mieć, trzeba tylko się odczłowieczyć - pospać tydzień pod dachem nieba,
posłuchać nocnego wycia watahy i masz to uczucie jak w banku.
I takiego cennego uczucia życzę Czytelnikom,
zwłaszcza dziś, gdy władze usiłują nas zamknąć w indywidualnych klatkach
mieszkalnych.