Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Dwie szkoły

 


Dualizm, a więc dwie strony tego samego zagadnienia.

Pierwsza szkoła (według Osho): - Szczęścia nie znajdziesz w świecie zewnętrznym – szukaj go wewnątrz siebie. Kiedy to zrozumiesz i w to uwierzysz, znajdziesz się na zielonych, rajskich pastwiskach. Odtąd zadowolenie, czy nawet chwilowy błogostan będą twoimi przyjaciółmi i będziesz potrafił cieszyć się z byle czego, aby wywołać rozfalowanie oceanu twoich wzruszeń. Żeby to się stało, należy jednak zaangażować osobiste myślenie.

 

Drugą szkołę opisał Stanisław Lem w książce: Maska – rozdział Wyprawa profesora Tarantogi.

„Dyrektor: - Głównym problemem naszej cywilizacji są Propsy. Te urządzenia wymyśliliśmy, aby zwiększały inteligencję jednostki, bo cywilizacja wymaga rozumu, atoli okazało się, że owe zaczęły się często psuć. Zbadanie sprawy wykazało jednak, że to sami właściciele je psują. Dlaczego to robią? Ano myślenie bywa uciążliwe, dlatego ludzie nie lubią za dużo myśleć. I psuli te osobiste Propsy. Potem otwarło się pole do licznych nadużyć i na czarnym rynku ukazały się specjalne wkładki do Propsów, tak zwane ujemne. Są zakazane, ale popyt jest olbrzymi!

Profesor Tarantoga: - Jakie jest ich działanie?

Dyrektor: - Są ujemne, to znaczy zmniejszają inteligencję! Po włączeniu w jednej chwili staje się pan kompletnym idiotą! Boskie uczucie!

Tarantoga: - Pan żartuje chyba?

Dyrektor: - Skąd? To powszechne marzenie – żeby choć na godzinkę, wieczorem, po kolacji ….

Tarantoga: - Żeby zidiocieć?! Niemożliwe! Kto chce być idiotą?!

Dyrektor: - Jak to – kto? Każdy! Czy pan nie pojmuje, jaki wspaniały jest świat idioty?

Tarantoga: - Co pan mówi! Ależ to ubóstwo ducha ….

Dyrektor: - Też coś! Jakie ubóstwo? Idiota jest, według pana, ubogi duchem? Proszę pana, jego dusza to rajski ogród i wstęp do tego ogrodu nie kosztuje ani złamanego szeląga! Wiele musi się namęczyć człowiek inteligentny, zanim znajdzie książkę, która go zaspokoi, sztukę, która wypełni jego olbrzymie wymagania, kobietę, której duch i ciało staną na pożądanej przezeń wysokości!

    Idiota natomiast nie jest wybredny, idiocie wystarczy byle co żeby rozfalował się ocean jego wzruszeń! Dlatego, proszę pana, idiota ma wszystkiego w bród! Człowiek inteligentny to by tylko grymasił, ulepszał, poprawiał, a to nie tak, a tamto niedobre, a idiota jest zawsze zadowolony, łaskawy panie!

Tarantoga: - Ależ to rozum stworzył cywilizację!

Dyrektor: - A to skąd pan wziął? Pan wybaczy, ale cywilizację zaczął tworzyć jaskiniowiec. I myśli pan, że on był inteligentny? Skąd, idiotą był właśnie, proszę pana, nie zdawał sobie sprawy z tego, co robi! Cywilizację zaczynają właśnie idioci, a potem ludzie inteligentni ponoszą konsekwencje, kombinują, mordują się, jak ja za tym biurkiem! Ale, panie … wieczorem, kiedy skończę urzędowanie, zakładam sobie taką małą, ujemną wkładkę … tu ją mam, w szufladzie …. I nucę sobie kretyńskie piosenki o ruczaju w gaju, o tym, że serce w poniewierce …. i łkam i szlocham i tak mi wtedy dobrze …. I nic się nie wstydzę”.

        

 

sobota, 27 kwietnia 2024

Bagnet ze wzgórza 686

 Część trzecia.

Rano następuje obchód dobrze znanego terenu. Obfite wiosenne deszcze (i spychacz plantujący stare okopy) odkryły wiele pozostałości z Bitwy, nie potrzeba było wykrywacza, żeby coś znaleźć - wystarczyło się schylać i podnosić.

Szkoda tych okopów, bo zadomowiły się w nich gęste czarne jagody. W pobliżu krzyża znajduję ułamany bagnet.


Pogoda dopisuje, jest wręcz upalnie. Na kamiennym stole urządzam wystawę drobniejszych znalezisk. Drobniejszych, ponieważ żelaznych skorup szrapneli nie zbierałem.






Odzywa się cywilizacja: - dzwoni Mirek, mój przyjaciel z Gdańska, którego nazywam polskim Stephenem Hawkingiem, co wynika z dwóch powodów: - Mirek interesuje się astronomią, Wielkim Wybuchem, czyli momentem Stworzenia, oraz po drugie tak jak Hawking choruje na SM i od wielu lat jeździ na wózku. A kiedy potrzeba czołga się na leżąco, aby gdzieś w mieszkaniu dotrzeć.

On wie, że jestem na wakacjach, ale jako pasjonat chce się podzielić wiadomością, którą właśnie uzyskał. Rzecz jest zaliczona do niesamowitych osiągnięć astronomów. Otóż po odkryciu pulsara oznaczonego jako B1257+12, ustalono, że jest to szybko obracająca się gwiazda neutronowa. Do tego ma niewiarygodnie wysoką gęstość. Pulsar jest pozostałością po wybuchu supernowej.

      Gdzie tu niesamowite osiągnięcie?

Ano obliczono (zespół Carla Sagana) z niewyobrażalną precyzją szybkość wirowania tego pulsara wokół własnej osi. Jeden obrót trwa 0,0062185319388187 sekundy! Szesnaście miejsc po przecinku!

Z tego wynika, że pulsar osiąga 10 tysięcy obrotów na minutę!

I Mirek kończy: - „Opowiadałeś kiedyś dowcip na temat rekordu szybkości, że jest on wtedy, gdy biegniesz naokoło słupa, a z przodu jest dupa.

No to ten pulsar jest dużo szybszy!”

Zapisuję liczbę podaną przez Mirka i sprawdzam obliczenia – Faktycznie zgadza się! To rzeczywiście bomba!

Wzruszające jak Mirek powtarzał, że ja wędruję za siebie i za niego, oraz jestem jego oczami. Co jakiś czas posyłałem mu zdjęcia i raz na tydzień – dwa, opowiadałem o ciekawostkach z wędrówek, a co roku odwiedzałem go w Gdańsku.

Wszystko w czasie przeszłym - nie ma już przyjaciela wśród żyjących.

Wieczorem w tym samym dniu zadzwonił Henryk z zaproszeniem do Woli Michowej.

Miałem pobyć na biwaku dłużej, ale jak wiadomo planów (i zdania) nie zmienia tylko martwy, albo głupi, dlatego następnego ranka niespiesznie zwijam manele i po obeschnięciu traw ruszam przez Żebrak. Zapowiada się dzień jak marzenie.

 


Przywiązuję się do rzeczy praktycznych, które według mnie są obdarzone duszą, dlatego z wielkim sentymentem patrzę na zdjęcie druciaka czekającego na przywiązanie – w iluż to przygodach mi towarzyszył przez lata, aż do chwili, kiedy tak skutecznie ukryłem go u Henryka, że już się nie dał odszukać.

środa, 22 listopada 2023

Hierarchia spraw doczesnych


 

Zaglądam do notatek z wakacji:

„Odludzie raz, deszcz dwa – i już jesteś odcięty na amen od tak zwanej cywilizacji, w której ksiądz gwałci dziecko, choć naucza o miłości bliźniego, a do rządzenia pchają się szuje.

      Jesteś sam ze sobą i ze swymi myślami. Jeśli siebie akceptujesz, wtedy jest ci dobrze. Jeśli siebie nie akceptujesz, z pewnością od samotności uciekasz. Szukasz przynależności do jakieś grupy, stowarzyszenia. Włączasz telewizor, bierzesz się za robienie czegoś, aby tylko nie być sam na sam ze swymi myślami. A przecież nie ma lepszego przyjaciela niż ty sam dla siebie.


 Tak wiele niegłupich w końcu osób jest skołowanych przez społeczeństwo, przez indoktrynację. Stali się kukiełkami uzależnionymi od innych, od ich opinii, od tego „co ludzie powiedzą”.

Słuchają wiadomości medialnych, znaczy sieczki informacyjnej, aby natychmiast po przebudzeniu dowiedzieć się, kto komu głowę urżnął, albo co powiedział jakiś głąb.

       Pada. Padało przez noc. Cieszę się więc. A to z powodu? Miska i garnek, wystawione z wieczora, są do połowy pełne.

Anioły dostarczyły transport wody na górę. Wdzięczność więc dla Aniołów Deszczowych, także pozdrowienia dla Ducha Góry 686!


Co zapisawszy po krótkim wyskoku na „się wysikawszy”, powróciwszy do namiotu, mogę się ponownie położyć.

Pogoda wymusza przerwę w wędrówkach.

Ach! Jak dobrze człowiekowi z pustym pęcherzem! Ćwiczenie o tytule „trzymaj mocz tak długo, jak się da” jest sprawą cenną. To mianowicie świetny przepis na pozbycie się głupich myśli. Napastują ciebie głupie myśli. Nie bronisz się przed nimi, tylko wstrzymujesz potrzebę sikania. Myśli cichną, a w końcu nic nie jest już dla ciebie ważniejsze od chęci wysikania się. Ulga po tej czynności powinna uzmysłowić, jak ma wyglądać zdrowa hierarchia spraw doczesnych. Głupie myśli odlatują.  

     Być może zainspiruję kogoś do poszukiwań w tym kierunku.

 Ze straszliwego, a jednocześnie cudownego odludzia nadawał Zbyszek 55”.


czwartek, 12 stycznia 2023

Kompleks Piotrusia Pana

 


Wybiegając w daleką przyszłość możemy z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że w trakcie podróży po Galaktyce natkniemy się na wiele cywilizacji znajdujących się na różnych poziomach rozwoju. Niektóre będą nas wyprzedzać o miliony lat.

Nie można wykluczyć, że cywilizację stojącą od nas niżej uznamy za niegodną uwagi, tak samo jak cywilizacja wyprzedzająca nas o eony lat zrobi to w stosunku do nas.

Natkniemy się także na niejedno miejsce, gdzie po upadłej cywilizacji pozostały już tylko smętne ruiny, co powinno dać do myślenia, czy nas także nie czeka konieczność stawienia czoła katastrofom naturalnym, bądź sztucznym, na przykład samounicestwienie na skutek jakiegoś nieudanego eksperymentu naukowego. Zakładam bowiem, że barierę uranu będziemy już mieli daleko za sobą.

    I teraz wyłania się pytanie filozoficzne: - Jaki los czeka rozwijającą się cywilizację? Czy może ona trwać dostatecznie długo, aby opanować fizykę dziesiątego wymiaru?

    Powstanie cywilizacji nie zawsze wiąże się ze stałym wzrostem wiedzy i technologii. Historia pokazała, że cywilizacje pojawiają się, dojrzewają i nagle znikają, czasami bez śladu. W przyszłości czeka nas pojawienie się kilku niezłych dżinów (technologicznych zagrożeń) wypuszczonych z puszki Pandory.

Futurolodzy zakładają, że aktualnie wiszą nad nami dwa główne zagrożenia – bariera uranu i zapaść ekologiczna. W związku z czym kreślą przerażający obraz przyszłych pokoleń zredukowanych do patetycznego Scrooge’a z Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa, leżącego na własnym grobie i błagającego o jeszcze jedną szansę. Większości ludzi niespecjalnie interesuje zbyt odległa przyszłość, a to w myśl wpojonej przez władców zasady, że jako jednostki mamy zerowy wpływ na bieg zdarzeń, więc po co się martwić?


Dlatego niektórzy uczeni uważają, że ludzkość rozważana jako pojedyncza istota, może być porównana do nastolatka, który wydostał się spod kontroli.

Psychologowie twierdzą na przykład, że nastolatki działają tak, jakby byli niezniszczalni, jakby mieli, zupełnie jak w grach, nie jedno, ale wiele „żyć”. Ich sposób prowadzenia samochodu, picie i zażywanie narkotyków to niezbite dowody lekkomyślności i beztroski, które składają się na styl życia i wpływają na wygląd. Oto główną przyczyną śmierci wśród nastolatków w USA nie są już choroby, ale wypadki spowodowane przekonaniem, że będą żyć wiecznie.

      Jeśli taka ma być prawda, to wydaje się, że jako społeczeństwo nabyliśmy kompleksu „Piotrusia Pana” – nie chcemy dorosnąć i stawić czoła konsekwencjom własnej nieodpowiedzialności.

piątek, 22 kwietnia 2022

Prawie u źródła

Wchodzę pod górę ścieżką zwierzęcą. Jak wygląda taka ścieżka zwierzęca? Ona jest bardzo wąska, prawie niewidoczna, bo ile łąki mogą podeptać stawiane ostrożnie kopytka sarny czy koziołka?


Wchodzę więc, już mam telefoniczny zasięg - patrzę kto mi przysłał smsa. Oto operator informuje o promocji. Co za bzdury! Toż to śmietnik informacyjny spoza siódmej góry! Po 18.00 wyłączam telefon – w ten prosty sposób ograniczam do minimum kontakt z cywilizacją. Wczoraj niestety z powodu czyhania na długie cienie popołudniowe zapomniałem wyłączyć. Na godz. 18.00 ustaliłem przed wyjazdem ewentualny kontakt z najbliższymi. Nie mam zasięgu przy namiocie, on stoi jakieś sto metrów niżej. (No może 99 metrów niżej). W takim miejscu bateria niepotrzebnie zużywa się na czuwanie. Poza tym..... mam wakacje, czyli nie ma mnie. O 18.00 wchodzę na lokalny szczyt, gdzie mam zasięg, włączam telefon, patrzę, czy ktoś dzwonił. Pojawiają się tylko całkiem nieliczne smsy od znajomych. Ci moi znajomi wiedzą w czym rzecz i szanują wakacje Zbyszka. W odpowiedzi zawsze ślę jakąś fotkę plus dwa słowa i jeśli nie mam zamiaru robić zdjęć mogę telefon wyłączyć.   


 
Ten krótki moment łączności ze światem przynosi poczucie ulgi. Co za rozkosz i szczęście, że jestem tu sam i z nikim nie muszę rozmawiać, ani nikogo słuchać! Zupełnie mi wystarcza, gdy zejdę raz w tygodniu do ludzi. Wtedy rozmowę z kimkolwiek odbieram uroczyście i niezwykle uważnie – wszak każda jednostka napotkana na naszej drodze może okazać się nauczycielem. 

Słowa mają wielką wagę i moc, lecz tylko wtedy, gdy są przemyślane i zwięzłe.





 Trwa gorący, upalny dzień. Wieje Notos - wiatr z południowych stron. Zejdę do strumienia na chlapu-chlapu. Droga na przełaj prowadzi przez zwartą zieloność, na dole przebijam się przez gąszcz mięty wysokiej po pas.

Kiedy znajdę się już u podnóża góry, w miejscu obfitym w wodę, gdzie zbiegają się dwa potoki i wykonam kąpiel, lubię stamtąd ruszyć w górę korytem potoku wypływającego spod Chryszczatej. Idę po kamieniach, po łupkach. Woda tu niska, łupki odsłonięte, idzie się po nich wygodnie, prawie jak po schodach. Idę w ten sposób nawet kilometr. Po jakich pięknych łupkach stąpam! Czterysta milionów lat temu Bieszczady leżały na dnie Oceanu Tetydy. Stawiam więc kroki na milionleciach! 




 Na płynącą wodę to mogę patrzeć godzinami. 

- Po pierwsze primo patrzę z powodu, że mam czas, bo gdybym go nie miał, tobym nie patrzył. 

- Po drugie primo woda tu jest krystaliczna, wypływa ze źródła oddalonego jak już wspomniałem o kilometr. Ona skrzy się w słońcu, żyje, podobnie jak języki ognia żyją. 

- No i po trzecie primo: - ta woda przemawia, szepcze swoim ciurczeniem.   

       

Jest w tym patrzeniu jakiś atawistyczny odruch, wydaje się, że właśnie na tym odruchu polega u ludzi gapienie się godzinami w telewizor.

Kiedyś bowiem ludzie siadywali wieczorami przy ognisku, rozmawiali przy tym niespiesznie albo milczeli. A dziś mają cywilizację, gapią się więc w telewizor, bo nie za bardzo lubią myśleć. Z telewizora zawsze jakiś "autorytet" wytłumaczy jak zwykły baran powinien żyć. Jednak niektóre zbuntowane jednostki zauważają, że cywilizacja indoktrynuje, a więc narzuca jarzmo, co ma się nijak do kontemplacji i jej zastąpić nie może, bo potok i ogień wycisza, powoduje powstawanie tych sławnych mózgowych fal alfa. W takich momentach człowiek staje się niebezpieczny - zaczyna być sobą. Natomiast telewizyjne propagandowe gadki mają zadanie robić wodę z mózgu - podle sterować tłumem, stadem baranów. 



To spadnięte gniazdo, pieczołowicie oblepione bieszczadzką gliną miało słusznej wagi około kilograma.






Kąpiel łączę z praniem bez mydła. Woda jest tym potoku tak miękka jak deszczówka. To zupełna odwrotność twardej wody spod Kowalowej Kapliczki na drodze do Balnicy. Ubranie pachnie świeżością po takim praniu-płukaniu w miękkiej wodzie. Na koniec jako golas unoszę ponad siebie pięciolitrową bańkę i następuje zimny prysznic po głowie i plecach !..... Woda ma może 10 stopni Celsjusza, dlatego przy tym prysznicu pojawia się samorzutne tudzież naturalne prychanie brrrr.

I następuje ożywcze uderzenie energii. Nigdy nie uderzono mnie kijem w rytuale kyosaku (zen), tylko o tym czytałem, lecz opisany zimny prysznic działa chyba podobnie. Leci zimność po głowie, po całym człowieku! Czuję mrowienie w dole kręgosłupa, przy kości ogonowej, za moment bańka pusta - teraz energia uderza w górę i wydaje się, że wystrzela uszami..... Samopoczucie jest po takim prysznicu …... no boskie! Trudno to opisać, jakby człowiek od środka stawał się uprany, czysty i nowy, jakby od żołądka podnosiły się bąbelki wesolutkiej wibracji.

Nieraz po wspomnianej ablucji wydawało mi się, że rosnę i pierwsze kroki robię nie dotykając ziemi. 

Ech, gdyby tak jeszcze zjawiła się tuż obok mnie (w sławnym Tu i Teraz) jakaś miła kobitka, nie tylko przychylnie nastawiona do życia, ale i spragniona miłości - rozmarzyłem się.....

Nie ma atoli kobitki, siadam więc ci ja na kamieniu i obserwuję płynącą wodę. A ona, ta woda buzuje między wystającymi łupkami, natlenia się, bombelkuje, tańczy w słońcu, śpiewa swoją pieśń. Strome brzegi porasta bujna zieloność.

Leci motyl cytrynek. Brzęczą owady, grają świerszcze.

Upał.

Ważka usiadła na kolanie. 

Łaskocze. 

Potok chlupocze. Leciutką falą nadciąga ten znany-nieznany zapach z jakiegoś zioła. Zapach subtelny a upojny, ekscytujący, nieokreślony. Rozszerzają się nozdrza. Gorąco rozleniwia. Ciało samo się rozluźnia, robi się odlotowo w całym człowieku! Aż się kiwnąłem. Jest przefantastycznie! Tu pasuje wierszyk znajomej Jana Gabriela, bliskiej mi Ewy Szczawińskiej:

"Każdy aniołek ma dwa skrzydełka i leci na nich prosto do raju.

Inaczej było w życiu Pawełka - on miał odloty tylko na haju".


To ciekawe, że słowo "alhaju" w języku arabskim oznacza "być w pielgrzymce" (wyprawa do Mekki?). 

Być może tak wygląda wejście w ten sławny nie-umysł opisywany przez Osho, w umysł pionowy, albo to po prostu zwykłe, osobiste wpadnięcie w błogostan. Nie posuwamy się poziomo z A do B, ale następuje zatrzymanie w A. Potem z tego zatrzymania w A wzlatujesz myślą w górę do A jeden! Albo nigdzie nie wzlatujesz, bo na co ci to? Osiągasz, czy też z powodu rozpierającej cię dobroci dla świata wpadasz w kompletny luzik i znikasz, roztapiasz się. Nie ma przeszłości, ani przyszłości, jest totalny reset, tudzież rozciągnięte na maksa bezczasowe Tu i Teraz.

I jestem pewien, że dla takich właśnie magicznych "Chwilo Trwaj" nie tylko warto żyć, ale i o nich pisać.

środa, 16 lutego 2022

Zimowy list do Waćpaństwa

Idę ci ja sobie w tej cudnej zimowej scenerii i myślę. 

A myślę, ponieważ po pierwsze primo: - myślenie wyłoniło się u mnie z nawyku czytania, któremu to nałogowi uległem już dawno. Poza tym (po drugie primo) myślę, bo mam czas. Otóż czytałem wieczorem książkę o zwyczajach w dawnej Francji. Nie o zwyczajach prostego ludu, który żył logicznie i poza biciem pokłonów jaśnie państwu, nie ulegał „cywilizacyjnej” obłudzie, nazywanej „dobrym wychowaniem”, ale o zwyczajach tak zwanej „klasy wyższej”. 

Otóż w królewskiej Francji, kiedy małżeństwa były tylko transakcjami miedzy dwoma rodami, nie było mowy o miłości, która powinna łączyć małżonków, atoli potrafiono się „zachować". Dlatego młode damy pisały takie listy: - „ Piszę do Waćpana ten list, ponieważ tak wypada i kończę go, jako że nie mam Waćpanowi nic do powiedzenia”.

I te słowa mi się szalenie spodobały, ponieważ azaliż łączą w sobie zarówno szczerość jak dobre wychowanie. 

A jako że i ja nie mam dzisiaj już nic więcej Waćpaństwu do powiedzenia, więc także kończę ten list. 






piątek, 4 lutego 2022

Selekcja naturalna

 


Kiedy dawniej rodziło się dziecko, jedną z pierwszych czynności osoby odbierającej poród w zimie, było hartowanie. Moja babcia Szeptucha, zarówno na wsi, jak i już po przyjeździe do Warszawy, robiła także za akuszerkę – zaraz po wojnie wiele porodów odbywało się w domu. Kiedyś babcia zabrała mnie ze sobą, abym zobaczył jednodniowego noworodka - babcia miała go przewinąć. Wpuszczono mnie do pokoju, w którym babcia urzędowała. Było bardzo zimno, okno otwarte na oścież, padał śnieg, takie duże płaty leciały powolutku, a na stole pod samym oknem, na pieluszce leżała golutka mała istotka i machała tak śmiesznie łapkami i nóżkami. Babcia przemywała noworodkowi pępek. Kilkakrotnie podnosiła tamponik do nosa wąchając go, a ja bałem się, że dziecko zamarznie, ciągnąłem babcię za spódnicę powtarzając: - babciu, babciu zamknij okno bo zimno!          

Na myśl przychodzi zagadnienie naturalnej selekcji w przyrodzie. To, że należymy do przyrody, jest nam przypominane boleśnie co pewien czas. Wiemy również, że selekcja jest prawem naturalnym: - słabe, chorowite jednostki nie mają szans na powielanie swej matrycy genetycznej. Tak jest w świecie zwierząt. A człowiek to do jakiej grupy należy?. Także do zwierząt, tylko podobno do Naczelnych. Podobno, ponieważ sam wymyślił takie zaszufladkowanie. Jednak obserwując dokonania Ziemian można mieć spore wątpliwości, co do tej Naczelności.

Mamy cykle cywilizacyjne - wszystko już było, rzekł Ben Akiba, tudzież nic odkrywczego - każda cywilizacja dochodząc do pewnego etapu rozwoju, sama się unicestwia z pomocą swych Nadzwyczajnych Wynalazków.


                                       

                                          Mongolski noworodek 

„Niebo było przesycone blaskiem księżyca, płynęły po nim srebrzyste obłoczki, a na horyzoncie rysowały się ostre zęby górskiego szczytu. W jurcie Mongoła zaobserwowałem scenę narodzin dziecka i pierwsze chwile jego istnienia na tym padole łez i smutków.

Natychmiast po urodzeniu wymyto je po raz pierwszy i … ostatni w życiu kwaśnym mlekiem jaka, po czym oddano matce, która, trzymając dziecko przy piersi, wyniosła je z namiotu w step zupełnie nagie mimo dość silnego i mroźnego wiatru. Po godzinie dopiero powróciła do jurty, na której progu kobiety ofiarowały jej kołyskę – małe korytko modrzewiowe, do połowy napełnione suchym, owczym nawozem.

Matka, nakrywszy nawóz cienką koźlą skórką, położyła w nim sine z zimna niemowlę, owinęła je wraz z kołyską w dwie baranie skóry i obwiązała mocnymi rzemieniami. Ojciec zaś zawiesił kołyskę u pułapu jurty na długim rzemieniu i silnie pchnął. Krążąc po jurcie, niemowlę pływało w powietrzu pełnym dymu, skazane na taki tryb życia przez dwa lata.

Zwykle matki Mongołki przy karmieniu nie wyjmują dziecka, lecz razem z kołyską przytulają do piersi i tylko raz na dwa tygodnie zmieniają w kołysce nawóz owczy, który doskonale wchłania wszystkie wydzieliny i nawet częściowo dezynfekuje. Matka karmi dziecko do pięciu lat, o ile może, piersią lub mlekiem białego jaka, po czym ojciec uczy je jeździć konno i wkrótce staje się ono pełnoprawnym członkiem rodziny, co znaczy, że je z apetytem baranie mięso, pije herbatę z solą, pasie owce, strzeże tabunów koni i pali fajkę bez względu na płeć. 



Taki obywatel do pięciu lat jednego tylko przywileju nie posiada, a mianowicie noszenia ubrania i obuwia, przeto wokół mongolskich koczowisk można zawsze widzieć gromady dzieciaków latem i zimą baraszkujących w strojach adamowych".


                                                           Ferdynand Ossendowski


czwartek, 25 listopada 2021

Pęd donikąd

 


Jeden człowiek uzależniony od gromadzenia rzeczy nie stanowi zagrożenia dla ludzkości. Jednak ten pojedynczy człowiek się rozmnaża i to, co mu błędnego wpoili przodkowie, przekazuje zwykle swoim potomkom. Umysł z chorym programem zaszczepia ten program w umysłach swych dzieci i tak z pokolenia na pokolenie podeszliśmy jako ta „cywilizowana” część ludzkości pod ścianę, ponieważ bagaż fałszywych przekonań kumuluje się. Z powodu zanieczyszczenia przyrody i chemicznego jedzenia, rodzące się dzieci zaczynają mieć kłopoty zdrowotne i coraz częściej przychodzą na świat z wadami.

Dopóki ludzie wytwarzali swoje przedmioty ręcznie, wpisywali się w naturę świata. Jednak pewnego dnia wymyślono sposób na masowe wytwarzanie przedmiotów i zaczęła się epoka przemysłowa. Oto w uzależnionych umysłach powstała idea ostatecznego zaspokojenia trwającej od pokoleń choroby duszy. 

Jak było do przewidzenia stało się dokładnie odwrotnie: - ludzie w tak zwanym cywilizowanym świecie zachodu narzucili sobie wyścig szczurów. Kołowrót życia zaczął obracać się szybciej. Zachodnia cywilizacja stworzyła świat iluzji i pędu donikąd. Bo zmanipulowane, uzależnione, chore umysły mogą tworzyć tylko chory świat. Ten błędny kierunek zauważali nieliczni.  

Ludzkość nie była w stanie zrozumieć, że zło, jakie sama sobie wyrządza, kiedyś obróci się przeciwko niej. Cywilizacja zawsze szukała argumentów na potwierdzenie słuszności swoich działań i broniła się na wszelkie sposoby przed wyzdrowieniem. Czemu się tak długo broniła? Z prostego powodu, bo jak wiemy wszystko co dobre jest proste: - utrata iluzji dla uzależnionego umysłu, jest utratą wszystkiego co on ma i równa się utracie tożsamości.                                               

Dlatego uzależniony człowiek, zdając sobie sprawę, że zdrowy nie jest, zaczyna się leczyć dopiero wtedy, kiedy nie ma już absolutnie żadnego innego wyjścia.

Nie ma wyjścia – trzeba się leczyć, albo przydarza się czynnik zewnętrzny. Czy takim zewnętrznym czynnikiem jest pojawienie się Covida?

Wcześniej także zdarzały się epidemie, nie było zastrzyków, kto miał umrzeć ten umarł. Człowieka broniła odporność osobista, której żadna sztuczna odporność nie zastąpi. Czy możemy wykluczyć, że to jest właśnie jeden z celów, które chcą osiągnąć decydenci? Zabranie człowiekowi jego naturalnej tarczy? Krańcowe uzależnienie poddanego od Pana?                                               

Być może się mylę, lecz wiem także, że chora władza jest zdolna do każdego draństwa. 

Minęło wiele miesięcy „walki” z Covidem, a wiemy o nim tyle samo, co na początku. I nie miejmy złudzeń, decydenci już o to zadbają: - nigdy nie dowiemy się kto wyprodukował i kto komu wirusa podrzucił. Zauważamy nasilony medialny posiew strachu - ulubione narzędzie rządzących. Inne ciekawe dylematy: - co się stało z dobrze nam znaną grypą? Co roku była fala zachorowań (i zgonów) a teraz o grypie jakoś cicho. Tudzież: - czy Gaja jako żywa istota zna pojęcie „zemsta”?


Odkrywane są nowe odmiany, dziś jest to już Mu, za moment zabraknie liter w alfabecie greckim. Na horyzoncie obowiązek szczepień, a wygląda na to, że one niespecjalnie działają. O co może chodzić w tym całym zamieszaniu?

Ogólny kierunek znamy: - docelowo jeden rząd światowy, a zmniejszoną populację wziąć radykalnie za twarz. To wydaje się jednak jakąś odległą perspektywą, więc skupmy się na tym, co mamy dziś. Dziś dzwoni kolejny dzwonek, którego dźwięk powinien otrzeźwić ludzkość goniącą w ślepej uliczce za Szybciej-Więcej.                                                                                                        

Przekonamy się niebawem, czy, ewentualnie jakie zmiany nastąpią w sposobie dotychczasowej egzystencji. A zmiany nastąpią, bo tak jak dotychczas już  dalej żyć się nie da: - masowa produkcja rzeczy przynoszących chwilowe ukojenie nie sprawdziła się.                                                                               

Ludzie o uzależnionych umysłach zaczęli przejmować władzę, a pod ich rządami olbrzymiała spirala coraz większego zatracania się. Doszliśmy dzięki temu do zagubienia umiejętności rozróżniania miedzy dobrem a złem. 

Dziś jesteśmy w stanie każde dobro oczernić, a każde zło usprawiedliwić.

środa, 21 października 2020

Poszukiwanie metody na życie

 

Wiele lat temu zasmakowałem w chwilach poza tak zwaną cywilizacją. Pociągała mnie wędrówka i pomieszkiwanie na odludziu. W samotności poczułem komfort, którego nigdy nie zaznałem w styczności z ludźmi – maszynami, oraz tymi, którym ciągle mało. Homo Mechanicus. Nie Hetero, tylko Homo.



Jak dziś widzimy, wirus wymusza zmianę nawyków i wielu ludziom przysporzył cierpień z powodu przymusowej izolacji. Z tej przyczyny zaczynają wpadać w depresję, bo nie rozumieją, że wszystko  bierze się z połkniętej indoktrynacji - z uzależnionego myślenia.

Stało się bowiem tak, że stopniowo ludzie zaczynali gromadzić coraz więcej przedmiotów użytkowych, choć mieli ich już nadmiar. Być może jest to efekt stadny, w każdym razie nie mogłem tego zrozumieć. Jednak pewien rodzaj przygarniania jestem w stanie zrozumieć: - mianowicie przygarnianie przedmiotów nieużytkowych tylko z powodu ich piękna.

W końcu przyszedł czas, gdy to gromadzenie stało się modne, a nawet stan posiadania zaczął określać status posiadacza. Ten kto miał więcej stawał się bardziej wartościowy, lepszy, bardziej godny szacunku i uwagi.                                 

Zaczęła się rywalizacja w Wyścigu Szczurów.                                                    

Jednocześnie w posiadaczach zwiększał się jeszcze bardziej strach przed utratą tego całego niepotrzebnego szajsu. 


Patrzę na swój biwakowy dobytek – jak niewiele człowiekowi potrzeba do beztroskiego życia. Owszem, rzecz dotyczy letnich wędrówek, atoli w ten sposób nabywamy chwalebnego nawyku – miarkowania się. Przecież niesiemy wszystko na własnych plecach, a im mniej – tym lżej. Szybko uczymy się zabierać tylko rzeczy niezbędne, plus minimum żywności. Od czerwca do jesieni bieszczadzka przyroda bardzo wspomaga wędrowca swymi darami.






To dzisiejsze pisanie, ma jedynie na celu inspirować do poszukiwania jakiejś metody pod tytułem „Co robić, aby głowa nie bolała”. Przecież każdy żyje po swojemu. 


Mijały lata i coraz mniej ludzi potrafiło usiąść na kamieniu wśród pól, czy w lesie i poczuć całym sobą jak dobrze być częścią świata, cieszyć się z życia, słuchać rechotania żab na wiosnę, z przyjemnością chłonąć widoki, zachwycać się dorodnym borowikiem w jesieni, moczyć stopy w zimnym strumieniu. Kochać siebie i czuć się kochanym. Kochanym przez żaby, borowika, strumień, kwiaty i chmury. Przez wiatr, słońce i deszcz. Kochać i być kochanym bez przyczyny, tylko po prostu. Poczuć jedność ze wszystkim, także z Siłą Nadrzędną. Nie z żadnym określonym bogiem i przypisaną do niego religią, tylko z Mocą, która utrzymuje świat w równowadze i powoduje, że planety na siebie nie wpadają.




Wszystkie instytucje stworzone na Ziemi przez ludzi zasłaniających się religią, zaprzeczają bowiem tej pierwotnej czystej boskości w jedynej prawdziwej świątyni – Świątyni Natury, która zawsze tu była, jest i mam nadzieję, że będzie.