Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Astronomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Astronomia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2025

Ile waży dusza

 


                      Sny giełdowe.

Czytelnicy piszą o „snach giełdowych”, pomagających rozeznać kiedy szczyt, kiedy dołek, tudzież co dalej z wykresem (i pieniędzmi). Swego czasu, w istotnej długości statystycznej, bo dziesięciu lat, zapisywałem sny zaraz po przebudzeniu. Zapisywałem tylko te, które intuicyjne uznawałem za „prorocze” w temacie.

      Wyniki były ciekawe i jednoznaczne: - spadek miałem „murowany”, kiedy stałem w śnie nad przepaścią, albo zjeżdżałem z góry rowerem, lub na butach po śniegu, albo na sankach.

Wzrost natomiast wynikał ze snu, w którym stałem z zadartą głową u podnóża wielkiej góry, albo podziwiałem wysoki budynek. Ryby w czystej bieżącej wodzie oznaczały ogólnie zarobek (każdy ma inne osobiste archetypy).

Jak się okazało, rzecz zaliczała się do świadomego śnienia (dopiero w 2010 roku pojawiły się na rynku oferty warsztatów świadomego śnienia).

W czasie owym myślałem dużo o giełdzie i dbałem obowiązkowo o angażowanie osobistego Anioła do pomocy. Przed spaniem słałem prośbę; - Aniołku, pokaż mi co będzie….

Jednak problem był z długością fali - wzrostu, albo spadku. Czasami ewidentnie jednoznaczny sen kończył się na jednej sesji. Ta metoda jest niezwykła i daje moc radości, azaliż dziś wiem, że moja wiedza giełdowa w omawianym okresie dopiero się budowała. Owszem, sny jak najbardziej nadają się do prognozowania, ale trzeba do nich dodać AT, tudzież w moim przypadku Liczby Planetarne i dopiero wtedy gra muzyka. 

Jeżeli temat zainteresował kogoś z Czytelników, proszę napisać komentarz o swoich doświadczeniach w uzyskiwaniu wiadomości giełdowych tym sposobem i wynikach inwestowania.


Jako że dotykamy sfery ducha, opiszę badania naukowe zasygnalizowane tytułem posta.

W latach dwudziestych ubiegłego wieku doktor Duncan McDougal z Haverwill w stanie Massachusets przeprowadził kilka nietypowych eksperymentów. Postanowił atoli zważyć pacjentów, którzy wkrótce mieli umrzeć na gruźlicę. Dla wykonania tego zadania przenosił pacjentów wraz z łóżkiem na specjalnie przygotowaną czułą wagę – i czekał!

      W chwili śmierci u czterech spośród sześciu badanych nastąpiła utrata wagi 0d 56, 7 do 70,87 grama. Lekarz uznał, że w chwili śmierci Coś opuszcza ciało. To Coś jest wprawdzie niewidoczne i nieuchwytne, ale na tyle substancjonalne, że daje się zarejestrować.

    Ten zdumiewająco prosty eksperyment nie został powtórzony przez innych uczonych, najpewniej z powodu, że należało tkwić przy wadze nie wiadomo jak długo, aby chwycić właściwy moment.

Minęły lata, rozwinęła się elektronika i dopiero dwaj lekarze pracujący w Hadze – Malta i Zaalberg, potwierdzili wnioski Duncana, choć posłużyli się całkiem inną metodą.

     Wynaleźli mianowicie fantastyczne urządzenie, które nazwali dynamistografem, a służyło ono do bezpośredniego kontaktu ze światem Duchów. Aparat był odizolowany szybą od obserwatorów, a obsługiwały go „osobiście” Duchy. Porozumiewanie odbywało się za pomocą pisma widocznego na monitorze. To był rodzaj channelingu, z tym, że pisały bezpośredni0 Duchy.

      Jakie to były wiadomości? Kto się już zetknął z pismem automatycznym niosącym wieści z Zaświata, ten wie, natomiast ja skupię się na innej zalecie dynamistografu – mianowicie umożliwiał on obmierzenie Ducha z elektroniczną dokładnością.

Okazało się mianowicie, że:

- Pojawiające się „ciała eteryczne” mogły powiększać swoją objętość o jedną czterdziestomilionową i zmniejszać o jedną dwustupięćdziesięciotysięczną.

- Składały się ze skrajnie małych, oddalonych od siebie atomów i miały gęstość 176,5 raza mniejszą od gęstości powietrza.

- Ważyły przeciętnie 69,5 grama.

Dziesięć lat później profesor anatomii, Harold Burr z uniwersytetu Yale, przeprowadził serię eksperymentów dotyczących potencjału elektrycznego wszystkiego, co żyje. Badania te wykazały istnienie pola bioenergetycznego. Rzecz opisana została w książce Wzorzec Nieśmiertelności (Blueprint Immortality).

Stąd już prostą drogą docieramy do Ruperta Sheldrake’a, angielskiego biologa z Cambridge i jego pól morfogenetycznych. Tu koło się zamyka, ponieważ oto znaleźliśmy się w znajomych rejonach Kroniki Akashy, czyli polu opisywanemu od wieków przez mistyków.

Jest to pole podobne do internetowej chmury, w której unoszą się wszystkie myśli ludzi żyjących kiedyś, żyjących obecnie, oraz tych, którzy dopiero się narodzą.

Niesamowite.

Niektóre jednostki (Nicola Tesla, Einstein) potrafiły (inni dziś potrafią) podpiąć się do tego pola i z niego czerpać ponadczasowe pomysły – wynalazki.

czwartek, 9 stycznia 2025

Błękitna Kropka

Bieszczady. Samotny biwak na odludziu. Noc - tkwisz w czerni, która wydaje się wręcz materialna. Ale za to całe niebo wysypane srebrnym piaskiem gwiazd! Dociera do ciebie ogrom kosmosu i czujesz, że twoje problemy znikają.

Cisza dzwoni w uszach, także nikt nie zakłóca prawidłowości prądów powietrznych, które ciebie otaczają. Możesz patrzeć do woli na lampiony gwiazd, rozwieszone jakoś dziwnie nisko nad głową. Bez trudu lokalizujesz siedem gwiazd Wielkiego Wozu i Gwiazdę Polarną.

Powiedzieć, że są to klimaty magiczne, to jakby nic nie powiedzieć. Posłuchajmy Carla Sagana:


Nasz Układ Słoneczny. W nim Ziemia jest trzecią planetą od strony Słońca. W tej perspektywie Ziemia wygląda jak bladoniebieska kropka i obserwowana z tak daleka mogłaby wydawać się niezbyt interesująca dla hipotetycznego przybysza z gwiazd.

A przecież na tej niebieskawej kropce jest nasz dom, siedlisko radości i cierpień, tysięcy religii, ideologii i doktryn gospodarczych. Żyli tu, lub żyją i święci i grzesznicy, bohaterowie i tchórze, twórcy i niszczyciele cywilizacji, królowie i wieśniacy, moraliści i skorumpowani politycy.

    W skali kosmosu Ziemia nie stanowi nawet jednego piksela, a pomyślmy o rzekach krwi przelanej przez tych wszystkich generałów i tyranów, którzy w chwili triumfu stawali się panami jakiegoś fragmentu tej kropki. Pomyślmy o niekończącym się paśmie okrucieństw wywołanych nienawiścią.

     Nasza pyszałkowatość, podsycana przez wiarę iż jesteśmy „koroną stworzenia”, okazuje się złudzeniem z perspektywy kosmosu. Ziemia jest bowiem jedynie samotną plamką w bezmiarze kosmicznych ciemności.

Ta jej znikomość w obliczu bezkresnej przestrzeni nie pozostawia żadnej nadziei, że nadejdzie skądś pomoc, by obronić nas przed nami samymi.



(Prezentacja ma ponad dziesięć lat, stąd 6 miliardów).

Ziemia jest jedynym znanym dotąd światem, na którym narodziło się życie. Nie ma żadnego miejsca, do którego w najbliższej przyszłości nasz gatunek mógłby wyemigrować. Odwiedzić – owszem, zamieszkać – na razie nie.

Czy nam się podoba, czy nie, niszczona systematycznie Ziemia pozostanie nadal naszym siedliskiem.


Mówi się, że astronomia uczy pokory i kształtuje charakter. Chyba nie można dobitniej pokazać bezsensu ludzkiej zarozumiałości, niż poprzez widok naszej błękitnej drobinki z kosmicznej perspektywy.

W moim przekonaniu obraz ten może pobudzić nasze poczucie odpowiedzialności i sprawić, że będziemy się traktowali z większą życzliwością, oraz zadbamy o naszą błękitną kropkę – jedyny dom, jaki mamy.

                                                             Carl Sagan – Błękitna Kropka

sobota, 27 kwietnia 2024

Bagnet ze wzgórza 686

 Część trzecia.

Rano następuje obchód dobrze znanego terenu. Obfite wiosenne deszcze (i spychacz plantujący stare okopy) odkryły wiele pozostałości z Bitwy, nie potrzeba było wykrywacza, żeby coś znaleźć - wystarczyło się schylać i podnosić.

Szkoda tych okopów, bo zadomowiły się w nich gęste czarne jagody. W pobliżu krzyża znajduję ułamany bagnet.


Pogoda dopisuje, jest wręcz upalnie. Na kamiennym stole urządzam wystawę drobniejszych znalezisk. Drobniejszych, ponieważ żelaznych skorup szrapneli nie zbierałem.






Odzywa się cywilizacja: - dzwoni Mirek, mój przyjaciel z Gdańska, którego nazywam polskim Stephenem Hawkingiem, co wynika z dwóch powodów: - Mirek interesuje się astronomią, Wielkim Wybuchem, czyli momentem Stworzenia, oraz po drugie tak jak Hawking choruje na SM i od wielu lat jeździ na wózku. A kiedy potrzeba czołga się na leżąco, aby gdzieś w mieszkaniu dotrzeć.

On wie, że jestem na wakacjach, ale jako pasjonat chce się podzielić wiadomością, którą właśnie uzyskał. Rzecz jest zaliczona do niesamowitych osiągnięć astronomów. Otóż po odkryciu pulsara oznaczonego jako B1257+12, ustalono, że jest to szybko obracająca się gwiazda neutronowa. Do tego ma niewiarygodnie wysoką gęstość. Pulsar jest pozostałością po wybuchu supernowej.

      Gdzie tu niesamowite osiągnięcie?

Ano obliczono (zespół Carla Sagana) z niewyobrażalną precyzją szybkość wirowania tego pulsara wokół własnej osi. Jeden obrót trwa 0,0062185319388187 sekundy! Szesnaście miejsc po przecinku!

Z tego wynika, że pulsar osiąga 10 tysięcy obrotów na minutę!

I Mirek kończy: - „Opowiadałeś kiedyś dowcip na temat rekordu szybkości, że jest on wtedy, gdy biegniesz naokoło słupa, a z przodu jest dupa.

No to ten pulsar jest dużo szybszy!”

Zapisuję liczbę podaną przez Mirka i sprawdzam obliczenia – Faktycznie zgadza się! To rzeczywiście bomba!

Wzruszające jak Mirek powtarzał, że ja wędruję za siebie i za niego, oraz jestem jego oczami. Co jakiś czas posyłałem mu zdjęcia i raz na tydzień – dwa, opowiadałem o ciekawostkach z wędrówek, a co roku odwiedzałem go w Gdańsku.

Wszystko w czasie przeszłym - nie ma już przyjaciela wśród żyjących.

Wieczorem w tym samym dniu zadzwonił Henryk z zaproszeniem do Woli Michowej.

Miałem pobyć na biwaku dłużej, ale jak wiadomo planów (i zdania) nie zmienia tylko martwy, albo głupi, dlatego następnego ranka niespiesznie zwijam manele i po obeschnięciu traw ruszam przez Żebrak. Zapowiada się dzień jak marzenie.

 


Przywiązuję się do rzeczy praktycznych, które według mnie są obdarzone duszą, dlatego z wielkim sentymentem patrzę na zdjęcie druciaka czekającego na przywiązanie – w iluż to przygodach mi towarzyszył przez lata, aż do chwili, kiedy tak skutecznie ukryłem go u Henryka, że już się nie dał odszukać.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Ognisty trójkąt

Dziś trzeba bardzo ostrożnie poruszać się w natłoku informacyjnego śmiecia, pamiętając, że fakty - wiadomości może zweryfikować tylko czas. Dlatego opieram się wyłącznie na faktach po wielokroć sprawdzonych, a więc starych, sprzed wielu lat, kiedy nie było internetu i fejków.

Opisywałem już tę tajemniczą sprawę, atoli wracam do niej z powodu wpisu o spalonym człowieku z "Dziwnych opowieści Babci Szeptuchy".

 

                                             Ognisty trójkąt

 

W dniu 7 kwietnia 1938 roku statek „Ulrich” znajdował się na pełnym morzu, na południe od Irlandii. Sternik John Greely stał od pewnego czasu sam przy sterze. Naraz coś niepokojącego zaczęło się dziać ze statkiem: - nastąpił jeden potężny przechył na prawą burtę, a po chwili taki sam na lewo. Czyżby sternik miał kłopoty? Załoga pobiegła  do sterówki, a tam nikogo. Greely zniknął. Na podłodze przy kole sterowym, tam gdzie powinien stać, widniała tylko mała kupka popiołu. Sternik został całkowicie spalony, ale wokół niego nic nie uległo nawet najmniejszemu nadpaleniu, co wydawało się niemożliwe do wytłumaczenia.

 

Tego samego dnia i o tej samej godzinie George Turner jechał ciężarówką do Liverpoolu. W Upton-by-Chester nagle i nieoczekiwanie zgasł silnik, a ciężarówka stoczyła się do rowu. Na miejsce wypadku natychmiast przybyła policja. Po otwarciu drzwi okazało się, że ciało Turnera uległo całkowitemu spaleniu. Na nietkniętym fotelu kierowcy leżała mała kupka popiołu. Zarówno kierownica, jak i tablica przyrządów pozostały nietknięte. Nikomu nie udało się wyjaśnić zdarzenia.

 

Również tego samego dnia i o tej samej godzinie w Holandii miał miejsce podobny wypadek. Otóż osiemnastoletni chłopak, Wilhelm den Bruick jechał samochodem w pobliżu Nimegue. Nagle zgasł silnik i samochód stoczył się do rowu. Przyjechała policja i dalsze ustalenia były identyczne, jak te z Anglii – nastąpiło całkowite zwęglenie ciała, a po chłopaku została tylko kupka popiołu na nietkniętym siedzeniu. Wewnątrz pojazdu nie było jakichkolwiek innych śladów ognia.

 

Jako że jeden z tych wypadków zdarzył się na pełnym morzu, nie od razu spostrzeżono, że wydarzyły się w tym samym czasie tego samego dnia. Dopiero po drugiej wojnie jakiś dociekliwy Poszukiwacz Zależności Geometrycznych pofatygował się zmierzyć na mapie dokładne odległości pomiędzy miejscami opisanych zdarzeń. Pofatygował się i odkrył, że z połączenia punktów

- po pierwsze primo wynikł trójkąt równoramienny, w którym ramiona symetryczne mają  po 547, 700 km. Natomiast trzeci bok trójkąta liczy 948,700 km.

   - po drugie primo już same te odległości w liczbie bez miana niosą wiadomość osobie pasjonującej się astronomią. Mianowicie dłuższy bok – 948,7 km. jest to odległość w km. jaką światło przemierza w próżni w ciągu jednego roku. Minimalna różnica, dosłownie o ździebko dla odległości idealnej wynika prawdopodobnie z niedokładności pomiaru zasadniczego.

   - Po trzecie primo: - z pola powierzchni omawianego trójkąta otrzymujemy idealną połowę precesji Ziemi (w liczbie bez miana).

   - Po czwarte primo: : - w czasie liczenia pola powierzchni otrzymujemy wysokość trójkąta, która wynosi 273,8 km. Co kojarzy się od razu z temperaturą zera absolutnego.

       Oraz dziwnym zbiegiem okoliczności, a jak wiemy przypadków nie ma, tyle właśnie dni trwa ciąża. Kiedyś pisałem o tych liczbach minus 273 i plus 273, że jest to dualistyczna para: śmierć – życie. Nie ma bowiem niższej temperatury niż minus 273 stopnie Celsjusza. Ta temperatura zamraża wszystko, nie mówiąc już o istotach żywych. W takim mrozie nawet ruchy atomów niemal zamierają  i wibrują w jednym zgodnym rytmie. (Dualizm Einsteina - koncentrat Bosego - Einsteina)

        Na drugim biegunie mamy 273 dniową ciążę żeńskich homo sapiensów. Po ciąży następują narodziny - życie wita się ze światem.

       Dodatkowo z długości boku 547,7 podniesionego do kwadratu otrzymujemy jak widać szybkość światła w próżni.

 

P = ½ 948.7 x H

H kwadrat = 547,7 kwadrat minus 474,35 kwadrat = 299 975

H kwadrat = 74 968

H = pierwiastek z 74 968 = 273,8 (zero absolutne równa się minus 273,15 stopnia Celsjusza)

P =  129 877 km. kwadratowych (Precesja wynosi 25920 lat)


 Z wymiarów opisywanego trójkąta wynika między innymi:

 - Szybkość światła

 - Ilość km. którą przebywa światło w ciągu roku

- Precesja Ziemi

- Temperatura zera absolutnego, a także  ilość dni ciąży homo sapiensa

 

Ktoś skierował na Ziemię, w tym pamiętnym dniu 1938 roku i tym samym czasie trzy wiązki promieniowania. Każdy z tych promieni spowodował karbonizację ofiary, nie paląc niczego, co znajdowało się poza ciałem ofiary.

    Podobne zjawisko możemy uzyskać w kuchence mikrofalowej, gdzie pieczenie rozpoczyna się od środka i można na przykład zwęglić wnętrze pieczeni nie ogrzewając nawet jej warstwy zewnętrznej.

Wnioski z powyższego?

Z pomocą Ognistego Trójkąta dostaliśmy wiadomość od Kogoś, którą ja bym przeczytał następująco: - „Heloł ziemski ogrodzie zoologiczny! Tu Nadzorcy. Wiemy o was dostatecznie dużo”.

A trzy zgony były potrzebne, by w ogóle na tę wiadomość ktoś zwrócił uwagę i spróbował ją odczytać.

środa, 30 listopada 2022

Kodeks 1181

 

Tajne archiwa Watykanu – czyli kamyczek do ogródka pod tytułem: „Wielce chwalebna historia walki kościoła o krzewienie wiedzy wśród wiernych”.

Książka Jacoba Bronowskiego. Tu ponownie nasuwa się (na luziczku)  pytanie: - Czy książki są dla idiotów?

Galileusz był wynalazcą i twórcą nowożytnej metody naukowej. Kiedy w roku 1608 jacyś „poszukujący nowości” szlifierze szkła we Flandrii wynaleźli prymitywną lunetę (pierwszą w czasach nowożytnych), Galileuszem zawładnęła myśl, żeby tę lunetę udoskonalić. Sprawę przemyślał w ciągu jednej nocy i niezwłocznie sporządził dobry przyrząd o sile powiększającej 1:3, a więc nieco tylko większej niż lornetka teatralna. Nie dało mu to satysfakcji, więc niezwłocznie poprawił tę siłę do 1:10, a to był już prawdziwy teleskop. Dzięki niemu można było ze szczytu weneckiej wieży, skąd horyzont sięgał na 35 km. nie tylko dostrzec okręt, ale i rozpoznać go na dwie godziny wcześniej, niż pozwoli na to gołe oko. Dla weneckich maklerów w Rialto był to więc wynalazek wart grosza.

      Następnie Galileusz powiększył siłę teleskopu do 1:30, skierował go w niebo dla przeprowadzenia eksperymentu, po czym opublikował wyniki. Stało się to w 1610 roku, w Wenecji, w której opublikował swe wspaniałe dzieło „Zwiastun Gwiezdny”.

Facet zafascynowany swoim wynalazkiem odkrył cztery satelity Jowisza i rozpadliny, tudzież kratery na powierzchni Księżyca.

Ambasador brytyjski donosił z Włoch do Londynu:

„Profesor matematyki w Padwie wynalazł przyrząd, który znacznie przybliża widoki. Z jego pomocą odkrył cztery księżyce Jowisza, ponadto wiele innych nieznanych gwiazd. Odkrył również, że Księżyc nie jest kulisty i jego powierzchnia nie tylko nie jest gładka, ale ma mnóstwo wypukłości. Autor kusi fortunę. Albo zdobędzie majątek i ogromną sławę, albo  zostanie bez reszty ośmieszony. Następnym statkiem Wasza Lordowska Mość otrzyma  ode mnie jeden z przyrządów optycznych udoskonalonych przez tego człowieka”.

           Nowina była sensacyjna i obiegała świat. Przyniosła Galileuszowi wielkie uznanie. Atoli nie wszędzie przyjęto ją życzliwie. Na przykład Watykan poczuł zagrożenie dla wyznawanej doktryny, ustanawiającej raz na zawsze jak sprawy mają wyglądać. Dopiero co z wielkim trudem zamieciono pod dywan rewolucje Kopernika, a tu nie dość, że reformacja protestancka odnosi sukcesy, to teraz jakiś następny śmiałek twierdzi, że ta rewolucja była słuszna. W 1618 roku rozpoczęła się w Europie wojna trzydziestoletnia, jako reakcja czarnych przeciwko Lutrowi.

W 1622 roku Rzym powołał instytucję do spraw Propagandy Wiary. I odtąd towarzyszy nam propaganda demagogów rządzących najczęściej wspólnie z klerem, serwowana ciemnej części każdego narodu.

Katolicy walczyli z protestantami, a obie strony korzystały z nośnego do dziś hasła: - „Kto nie z nami, ten przeciwko nam”.

KK od zawsze zwalczał zdecydowanie nowe prądy podważające jego „nieomylność” i prowadził, jak byśmy to dziś ujęli, typową politykę tyranii państwa policyjnego – nie wahał się posłać na stos astronoma Giordana Bruna. A nawiasem mówiąc, co skwapliwie przypominam, czarni dziś, gdy chwieje się ich świat, z nostalgią wspominają czasy płonących stosów.

     Galileusz, jak wynika z dokumentów, był człowiekiem ogromnej naiwności, albo sukcesy zaćmiły mu umysł, ponieważ myślał, że wybroni argumentami swój punkt widzenia.

     W roku 1633 zaczął się proces sądowy Galileusza. Jak każdy proces polityczny, także i ten miał długą i ukrytą prehistorię.

Pierwsze haki zbierane przez Watykan noszą datę roku 1611. Wiemy to dziś z dokumentów, znajdujących się w tajnych archiwach Watykanu, do których wgląd uzyskał autor książki.

      Dokumenty leżą na końcu długich podziemnych korytarzy, w kasie pancernej, obok innych najbardziej doniosłych według Watykanu, dokumentów historycznych, ukrytych przed opinią publiczną. Jest to tylko fragment całości, bo możemy podejrzewać, że jakaś ich niemała cześć została zniszczona.

    Teczka ma tytuł: - Kodeks 1181 – postępowanie przeciwko Galileo Galilei.

Jak pisałem pierwsze donosy są z roku 1611. Wysyłane były z Florencji i Rzymu i adresowane do „świętego oficjum inkwizycji” i nosiły tytuły „tajna informacja”. A tak zupełnie na marginesie: - ciekawe ilu pedofilów zasiadało w owym szacownym gremium?

W 1615 roku do Galileusza dotarły sygnały o śledztwie przeciwko niemu, więc zaniepokojony udał się z własnej woli do Watykanu, gdzie jak mu się wydawało miał przyjaciół w gronie kardynałów. Dlatego próbował przedstawiać racjonalne argumenty i prosić aby nie zakazywano głoszenia systemu Kopernikańskiego.

      Było już jednak za późno, w lutym 1616 r, sformułowano oficjalne postanowienie włączone do projektu Kodeksu. Oto jego treść:

Ponieważ Ziemia jest pępkiem świata, a Słońce krąży wokół niej ogłasza się niniejszym:

         Twierdzenia mające być zakazane.

Nie wolno głosić, że Słońce przebywa nieruchomo w centrum świata.

Zakazuje się twierdzić, że Ziemia nie jest środkiem niebios i nie jest nieruchoma, lecz obraca się ruchem podwójnym.

 

Galileusz rozmawiał z kilkoma hierarchami watykańskimi, ale nic nie wskórał, a w końcu ostatni z nich wręczył mu pismo, że od tej chwili nie wolno mu bronić Kopernikańskiego porządku świata. I to miało rzekomo zakończyć sprawę.

Niestety nie była to prawda – Galileusz zastosował się do pouczenia, a pomimo tego następny dokument z tego samego roku zarządza śledztwo kościelne wobec niego, które musi zakończyć się procesem. Stało się to dopiero za siedemnaście lat, czarni byli konsekwentni.

W roku 1623 papieżem zostaje kardynał Barberini, przyjaciel Galileusza. Przybiera imię Urbana VIII. Facet był intelektualistą, pisywał poezje, wśród nich znalazł się nawet sonet wyrażający uznanie dla astronomicznych dzieł Galileusza. Ale to było zanim został papieżem. Po wyborze wyszło szydło z worka: stał się ekstrawaganckim rozrzutnym despotą, nie liczył się z opinią innych. Niepohamowany w swych pomysłach – kazał zabijać ptaki w watykańskich ogrodach, ponieważ ich śpiew papieżowi przeszkadzał.

Galileusz sądził, że papież mu sprzyja i wydał we Florencji książkę „Dialog o dwóch najważniejszych układach świata”. Urban VIII się wściekł.

W piśmie papieskim z tego samego miesiąca, w którym ukazała się książka, czytamy:

Zobowiązuję Inkwizytora we Florencji by w imieniu Świętego Oficjum poinformował Galileusza, iż ma się stawić jak najspieszniej przed komisarzem generalnym Świętego Oficjum w Rzymie.

       Czyli niedawny przyjaciel oddał Galileusza w ręce Inkwizycji, której wyroki były nieodwracalne.

Święta Rzymska i Powszechna Inkwizycja procedowała przeciwko podejrzanym o nieprawomyślność w klasztorze dominikanów Santa Maria Sopra Minerva. Reguły postępowania były jasne i ścisłe - to marzenie każdego tyrana: - więzień nie otrzymuje na piśmie ani zarzutów, ani dowodów oskarżenia, nie ma też prawa do obrońcy. I pozamiatane.

Jednocześnie wydano rozkaz: - wstrzymać druk książki, wykupić wszystkie dotychczas sprzedane egzemplarze.

       W procesie Galileusza uczestniczyło dziesięciu sędziów, sami dominikanie.

Sala, w której był sądzony Galileusz jest dziś częścią urzędu pocztowego w Rzymie. Tu obwiniony został doprowadzony 12 kwietnia 1633 roku i usadzony za stołem, aby odpowiadał na pytania Inkwizytora.

Te pytania – czy też rozmowa, to sprawa niezwykle ciekawa. Pytania zadawano po łacinie, w trzeciej osobie. (Przypadkowa zbieżność z bolszewickim Wy?). W Inkwizycji niektórym  sławnym podsądnym fundowano atmosferę „intelektualną”.

- Jak przybył do Rzymu?

- Czy to jego książka?

- Jak doszedł do jej napisania?

- Co zawiera?

Galileusz się bronił.

- Czy był w Rzymie w 1616 roku i w jakim celu?

- Galileusz: - Byłem, ponieważ słyszałem o wątpliwościach wypowiadanych  o poglądach Kopernika i chciałem się dowiedzieć jakie poglądy słusznym jest utrzymywać.

- Inkwizytor: - Niech powie, co wówczas postanowiono i o czym go powiadomiono.

- Galileusz: w lutym 1616 roku obecny papież powiedział mi, że utrzymywanie poglądów Kopernika jako sprawdzonych faktów jest sprzeczne z Pismem. Jednak mogą być traktowane jako hipotezy, na potwierdzenie tego mam dokument z podpisem obecnego papieża.

- Inkwizytor: - A jeśli stwierdzimy, że w obecności świadków dana mu była instrukcja, że nie wolno mu utrzymywać, czy bronić rzeczonych poglądów w jakikolwiek bądź sposób, to niech teraz powie czy sobie to przypomina?

- Galileusz: Instrukcja nie zabraniała mi rozpatrywania sprawy.

- Inkwizytor: Czy otrzymał zezwolenie na napisanie książki?

- Nie zabiegałem o pozwolenie, uważam bowiem, że pozostałem posłuszny zaleceniom

- Inkwizytor: a kiedy on zabiegał o pozwolenie druku książki, czy ujawnił cenzorom zalecenie Świętej Kongregacji o którym mówimy?

- Galileusz: Zabiegając o zezwolenie publikacji nie powiedziałem nic, ponieważ w tej książce nie broniłem rzeczonej opinii.

      Na koniec Galileusz podpisał dokument powiadający, że było mu zakazane bronienie teorii Kopernika, czego przestrzegał. A był to zakaz obowiązujący w tych czasach każdego katolika. Inkwizycja twierdziła natomiast, że istniał dokument zakazujący Galileuszowi zajmowania się tematem „w jakikolwiek bądź sposób”.

       Inkwizycja nie była obowiązana przedstawić tego dokumentu – leży on dalej w teczce dotyczącej procesu i jest niewątpliwie fałszerstwem. Nie jest podpisany przez nikogo, nie poświadczony przez notariusza, także nie ma tu podpisu Galileusza poświadczającego odbiór.

    Czy w obliczu dokumentów, których nie uznałby żaden sąd, Inkwizycja musiała uciekać się do stosowania kruczków prawnych? Tak, musiała. Do tego celu była stworzona i nie miała nic innego do roboty. Książka została wydana i teraz należało zastosować jakieś zdecydowane działanie wskazujące, że zasługuje ona na potępienie (pozostawała na indeksie przez dwieście lat) z „powodu jakichś oszukańczych praktyk Galileusza”.

       I właśnie dlatego unikano w procesie wszelkich kwestii merytorycznych dotyczących treści książki, czy poglądów Kopernika. Ograniczano się tylko do żonglowania formułami i dokumentami. Miało zostać okazane, że Galileusz świadomie wprowadził w błąd cenzorów i postępował nie tylko zuchwale, ale i nieuczciwie.

Sąd już się ponownie nie zbierał.

Jeszcze tylko dwukrotnie doprowadzono Galileusza przed Inkwizycję, pozwalając mu świadczyć na własną rzecz. Wyrok zapadł na posiedzeniu kongregacji świętego oficjum pod przewodnictwem papieża, które to ciało orzekło co ma być bezwarunkowo uczynione.

      Nieprawowierny uczony miał zostać upokorzony, a władza miała uchodzić za wielkoduszną zarówno w swych intencjach, jak i czynach.

Galileusz miał się wyrzec swoich poglądów. Miano mu pokazać narzędzia tortur, tak, jakby szykowano się do ich zastosowania.

Co znaczyła taka groźba dla człowieka, który był lekarzem?

Dla efektu przedstawiono Galileuszowi świadectwo kogoś, kto przeszedł niedawno łamanie kołem. To Anglik Wiliam Lithgow, torturowany w 1620 roku przez hiszpańską Inkwizycję:

        „ Przywleczono mnie do koła, następnie wciągnięto na nie. Nogi przewleczono między deskami i ściągnięto mocno w kostkach struną. Gdy uruchomiono dźwignię, siła nacisku moich kolan na deski rozerwała mięśnie moich ud, a stawy kolanowe uległy zmiażdżeniu. Oczy zaczęły wychodzić mi na wierzch, z ust pociekła piana, a zęby szczękały jak werbel. Wargi drżały, straszliwie jęczałem, a krew trysnęła z rozerwanych mięśni rąk i nóg. Gdy zaprzestano najstraszliwszych mąk, złożono mnie na podłodze i uporczywie zaklinano: „Wyznaj, wyznaj!”.

    Galileusza nie torturowano, nie było potrzeby. Dwukrotnie tylko mu zagrożono torturami, no i podsunięto wspomniany wyżej opis łamania, co w zupełności spełniło zadanie. Celem procesu było bowiem pokazanie ludziom obdarzonym wyobraźnią, że nie są wolni od uczucia prymitywnego, zwierzęcego strachu.

       W końcu Galileusz napisał poniższy elaborat:

Ja, Galileo Galilei, syn Vincezo Galilei, Florentyńczyk lat siedemdziesiąt, postawiony osobiście w stan oskarżenia przed trybunałem, klęcząc przed wami, dostojni, czcigodni i świątobliwi kardynałowie, inkwizytorzy powszechni przeciwko wszelakiej heretyckiej deprawacji w całej wspólnocie chrześcijańskiej, mając przed oczami Pismo Święte, przysięgam, że zawsze wierzyłem, obecnie wierzę i z Boską pomocą wierzyć będę we wszystko, co głosi Święty Apostolski Kościół Rzymski.

Przyznaję, że wbrew zakazowi napisałem książkę w której Słońce jest nieruchome i jest środkiem świata, a Ziemia nie jest środkiem i się obraca. Nie zważałem na to, iż rzeczona doktryna jest sprzeczna z Pismem Świętym. Napisałem i wydrukowałem książkę w której omawiam potępioną doktrynę, przytaczając wielce przekonywające argumenty na jej rzecz, nie przedstawiając żadnego rozstrzygnięcia. I z tej właśnie racji Święte Oficjum uznało mnie za wielce podejrzanego o herezję, to znaczy o to, że utrzymywałem, jakoby Słońce było środkiem świata i było nieruchome, a Ziemia nie była środkiem i się obracała.

     Toteż pragnąc wymazać z myśli waszych Eminencji oraz wszystkich wiernych chrześcijan to mocne podejrzenie, zasadnie przeciwko mnie podniesione, ze szczerego serca i z nieugiętą wiarą odrzekam się, potępiam i wyklinam wzmiankowane wyżej błędy i herezje, a także wszelkie inne, jakiekolwiek by były,  o ile przeciwne są rzeczonemu Świętemu Kościołowi i przysięgam nigdy w przyszłości nie mówić czy twierdzić, w mowie lub na piśmie, niczego, co mogłoby skierować na mnie podobne podejrzenia.

A jeśli poznam jakiegokolwiek heretyka, powiadomię o podejrzanym to Święte Oficjum. Dalej przysięgam i obiecuję spełniać i przestrzegać w całości wszystkie pokuty, jakie Święte Oficjum nałożyło, lub nałoży na mnie.

      W przypadku zaś gdybym złamał – czego Bóg nie dopuści – jakiekolwiek z tych przyrzeczeń, zaprzeczeń i przysiąg, poddam się sam wszystkim karom przewidzianym i narzuconym na takich odstępców przez święte kanony oraz inne konstytucje, tak powszechne, jak i szczegółowe. Tak mi dopomóż Bóg i to Pismo Święte, które trzymam w ręku.

      Ja, rzeczony Galileo Galilei, wyrzekłem się, przysiągłem i obiecałem zobowiązując się jak wyżej. A dla poświadczenia prawdy powyższego, podpisałem własnoręcznie niniejszy dokument mego wyrzeczenia się i powtórzyłem je słowo po słowie tu w Rzymie, w klasztorze Minerva, dwudziestego drugiego dnia 1633 roku.

 

                                       Ja , Galileusz wyrzekłem się jak wyżej

                                             I podpisałem własnoręcznie.

 

Profilaktyki nigdy nie za dużo, dlatego na resztę życia Galileusza zamknięto w ścisłym areszcie domowym. W rezultacie odpowiednio nagłośnionego procesu, katoliccy uczeni we wszystkich krajach zamilkli. Najwybitniejszy współczesny Galileusza – Kartezjusz, przestał drukować we Francji i wyjechał do Szwecji. Galileusz oślepł ze zgryzoty (to wersja oficjalna, bo jak wiemy kościołowi mocno zależało, aby Galileusz już nic więcej nie napisał) i zmarł w swym domu w 1642 roku.

25 grudnia tegoż roku, który to dzień aż do roku 328 był czczony jako narodziny boga Mitry, przyszedł na świat Izaak Newton.

 

PS. Ponad wpisem widnieje Swadziebnik - stylizowane logo religii Słowian, symbol wierzeń naszych Ojców i Dziadów. 

Jakieś inne zdjęcia dotyczące wpisu? Na przykład chrześcijańskie wynalazki wspomagające dzieło Świętej Inkwizycji? Będą takie, a jakże by nie. Zamieszczę je w kolejnym wpisie traktującym o miłościwie nam panującym kościółku, na tych fotkach pojawi się „Wystawa narzędzi tortur hiszpańskiej inkwizycji”, która to wystawa, swego czasu gościła w Warszawie, w domu towarowym Braci Jabłkowskich. 

Wszyscy mamy wyobraźnię, niech więc dziś, zamiast zdjęć, puśćmy wodze wyobraźni i przeczytajmy jeszcze raz zeznanie Anglika łamanego kołem.


środa, 9 listopada 2022

Giełda jako barometr gospodarki

Spojrzenie w skali makro na polską giełdę – wykres Wig 20 miesięczny.


 Na obrazku po pierwsze primo opisałem czas, przez który wykres indeksu wędrował od minimum w dniu 23 czerwca 1992 roku do szczytu w dniu 29 października 2007 - upłynęło 5606 dni, co stanowi 15 lat. Z haczykiem 15 lat.

Po drugie primo: - pobawiłem się oznaczeniem fal według Elliotta i uznałem, że wystarczy, ponieważ ma być prosto i przejrzyście.

Bo azaliż co jest ważne na przykład przed postawieniem diagnozy dla pacjenta? Metodologia - idea wyboru najprostszych, a skutecznych narzędzi potrzebnych do leczenia i wyleczenia. Może jednak nie jest to dobry przykład, ponieważ dziś rzecz jest o pieniądzach, które pacjent płaci za leczenie, a owe są tym większe, im dłuższej leczenie trwa, bowiem wyleczenie osobnika, wysusza nagle strumień pieniędzy płynący z wydaje się miłym dla lekarza szumem. 

Najważniejsza jest diagnoza - żeby nie leczyć płuc, gdy to serce chore. I tu znowu muszę wspomnieć o Temudżynie - niech będzie, że medycynie alternatywnej, ale dalej nie mogę pojąć, jak bez badań, bez tomografów komputerowych, a jedynie z pulsu w obu nadgarstkach, po minucie dosłownie słyszysz co ci dolega, chociaż nie odezwałeś się ani słowem, z jakim zdrowotnym problemem przychodzisz. (Był wpis o Temudżynie). I zaraz przypomina mi się moja babcia - Szeptucha, jak opowiadała mi o ziołach, religii naszych dziadów - słowiańskich wierzeniach. To jedno, bo mówić można co się chce, a drugie, ważniejsze: - jako dziecko widziałem jak babcia "cudownie odczynia uroki". Wielokrotnie to widziałem. Pacjentkę ledwo żywą przynoszono do pokoju, babcia czyniła kilkunastosekundową magię i pacjentka wychodziła o własnych siłach. Ale to nie temat na dziś. 

 Piszę o metodologii, ponieważ znany polski astrolog Piotr Gibaszewski przyznał ostatnio, że jego horoskopy dotyczące osobnika pod tytułem Kaczyński, któremu przepowiadał rozmaite nieszczęścia, nie sprawdzają się dlatego, że przyjął błędną metodologię. Rzecz sprowadza się bowiem do ustalenia prawdziwej daty narodzin z dokładnością do kilkunastu minut, a tego, jak i wielu innych zagadek z życiorysu wspomnianego pacjenta ustalić nie sposób.

Jeśli chodzi o polską giełdę, to wyjaśniałem Piotrowi, wykazując rzecz na wykresach, że od daty "umownych narodzin" giełdy (bo co brać pod uwagę: pomysł reaktywacji po pięćdziesięciu latach przerwy, czy datę otwarcia po powojennej przerwie, czy datę ustawy powołującej GPW, czy te same daty, ale z czasów pierwszego otwarcia sprzed prawie dwustu lat? Ot problem) - więc zamiast zbyt wielu niewiadomych, lepiej zająć się żywym rynkiem, który sam pokaże co potrafi i zasygnalizuje, czego można się dalej po nim spodziewać. Po półgodzinnej prezentacji we Wrocławiu, dla uczniów Piotra - przyszłych astrologów, usłyszałem: - "kużwa, tyle lat w tym siedzę, a na to nie wpadłem!" Przyznał, że jest zaskoczony prostotą sprawy opierającej się wyłącznie na astronomii i matematyce, zamiast na jego specjalizacji - astrologii, a ja przyznam, że poczułem się dowartościowany.

 Wszystko co dobre, jest proste i wracamy do wykresu.

Wig 20 od 29 października 2007 do ostatniego szczytu 12 października 2021 to odległość 5096 dni, czyli niemal lat czternaście! Maximum na Wig 20 było w 2007 na wysokości 3943 pkt, natomiast dziś, pomimo ostatnich wzrostów gdzie jesteśmy? A przecież jeszcze dochodzi inflacja! Co jeszcze w tym wykresie widać? Niby jak się ma gospodarka, bo giełda jest barometrem gospodarki, więc od czternastu lat powiedzmy łagodnie: - wykres idzie w bok. I za chwilę tyle samo będzie w bok - ile było do góry.

Co w wykresie istotne? Okresy minimum-maksimum, szczyt-szczyt, dołek-dołek, szczyt-dołek itd.

Jaki rajd od 2007 roku wykonał na przykład Tatuś DowJones, albo Mamusia S&P? I już jako dla wzrokowców (70 % społeczeństwa to wzrokowcy, a już inwestorzy giełdowi to na pewno 100 %) jest wszystko jasne, bo jak wiemy, chociażby z fizyki kwantowej – przypadków nie ma. Czerwona strzałka pokazuje październik 2007 , gdy był max - szczyt na Wig 20.


Omawiamy sprawę dalej: - ostatni lokalny szczyt na Wig 20 był 12 października 2021. Od dołka paniki covidowej mamy 575 dni, co widać na obrazku poniżej. Ta liczba także nie jest przypadkowa, ponieważ każdy astronom wymieni natychmiast liczbę 584 dni – okres synodyczny Wenus. Kanał na wykresie wyrysowany roboczo.


Co 584 dni Wenus znajduje się w tym samym punkcie ponad horyzontem.

I co z tego? Pstro! Harmoniczność głupku! Kto tak powiedział? Były prezydent USA Clinton.

Teraz możemy wrócić do wykresu pierwszego i pomnożyć 5606 przez 0,62, aby sprawdzić działanie złotego podziału w skali makro. Nie zorientowanemu w złotym podziale Czytelnikowi wyjaśniam, że odległość od Twojego pępka do podłogi wynosi 0,62 % całej wysokości Twojej osoby i jak widać na załączonym obrazku, ta proporcja działa także w pieniądzach, tudzież .... uwaga! W życiu każdego człowieka! Ja akurat policzyłem liczbę miesięcy od urodzenia do daty pierwszego małżeństwa i pomnożyłem ją przez 0,382, potem 0,5, potem 0,62, dalej jeden do jednego itd. I u mnie bingo! Pokazały się same kamienie milowe! Ale być może to tylko przypadek?

Ocieramy się o Liczby Planetarne, które są jedną z moich pasji, ale zbyt długie ciągnięcie tematu może Czytelników przynudzić. To dwa pytania: 

- Kto sprawił, że w ciele człowieka i otaczającej nas rzeczywistości jest tyle harmonicznych proporcji? To proste: - winien Naczelny Programista.

- Jak sprawy potoczą się dalej?

Podałem przed wakacjami ostatnią, ósmą gwiazdkę – datę zwrotu dla Wig 20 na 24 października – stąd nastąpiło wybicie, zatrzymanie pokazała już data z gwiazdki siódmej. Daty zwrotu, które podałem przed wakacjami, okazały się trafione. Dostaję pytania Czytelników – inwestorów, dotyczące dat zwrotu na Daxa.

Nie lubię niedomówień - owszem, daty zwrotu dla Daxa mam policzone, ale sorry, całość rok temu sprzedałem, zawierając umowę z pewnym podmiotem, że nie będę tych dat ani podawał na blogu, ani oferował indywidualnie. Popatrzmy za to na niezwykle czytelne fale w Mamusi S&P.


- O harmoniczności wynoszącej jeden do jednego: - nie muszę dodawać, że zarówno 0,62 %, 1 – 1, jak i 1,62 % działa. Mniej lub bardziej, ale działa, jak widzimy na przykładzie obecnego układu 0,62 % w Polsce. Proporcja 5606 do 5606 przed nami. Razem trzydzieści lat, a ta liczba z kolei dziwnie przypomina rok Saturna.

 - O szkoleniu  giełdowym: - tak, przewiduję takowe w swoim warszawskim mieszkaniu i zapraszam na nauki jeszcze w tym roku listopad do 15 grudnia, oraz w przyszłym roku - styczeń do końca kwietnia (od maja mam wakacje).

- Owszem, lubię podróże i mogę pojechać gdzieś w Polskę na poprowadzenie szkolenia wieloosobowego, tylko że stałem się wygodny i nie chce mi się już sprawy organizować. Gdyby ktoś był chętny do zorganizowania takiego szkolenia, proszę pisać, ustalimy wszelkie detale.

Kontakt z autorem przez adres poczty na blogu.