Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Zupa pomidorowa

Historia bagnetu z Bitwy Karpackiej, część czwarta.

Z góry 686 jest do Woli Michowej tylko kilkanaście kilometrów i do tego po minięciu każdej przełęczy jak wiadomo idzie się z góry (super ekstra siedmiokilometrowa zjazdowa trasa rowerowa). Pogoda wymarzona, zanurzam się w wielkiej przyjemności, tym razem o tytule „idzie się w samotności środkiem drogi”. Pomimo że wędruję niespiesznie sycąc się tym co wokół, do Kołyby docieram grubo przed południem.



Następna chwila wzruszenia - widzę zdjęcie sprzed dziewięciu lat, a na nim Canona, który krótko potem wyzionął ducha, po uderzeniu dwustulitrową beczką z wodą spadającą z dachu Kołyby (wpis „beczka” - 2018). Na zdjęciu widać również poręczny harcerski chlebak z lat sześćdziesiątych, który przeleżał w szafie kilkadziesiąt lat, po czym wytrzymał tylko dwa sezony bieszczadzkich trudów, prując się po tym czasie w sposób ewidentny.


Na miejscu spotykam się z serdecznym powitaniem, które ma dwie podstawowe zalety:

Po pierwsze primo: - dodatkowo koloruje rzeczywistość.

Po drugie primo: - opóźnia objawy menopauzy.



Omawiamy z Henrykiem znalezione wczoraj artefakty. Były wśród nich nożyczki chirurgiczne, no i ten historyczny, nadłamany bagnet, który być może brał udział w krwawym boju.


Podczas marszu do Woli Michowej znalazłem jeszcze austriacki granat oczywiście z czasów Bitwy Karpackiej i pomyślałem, że zaniosę rzecz Henrykowi, atoli okazało się, że akurat ten prezent ucieszył go nie za bardzo.  

Pora tymczasem zmieniła się na obiadową, proponuję więc swoją osobę na stanowisko kucharza i zupę pomidorową jako danie główne (i jedyne). Henryk ofertę przyjął, uprzedzając jednak, abym tym razem "nie ugotował tej swojej gęściochy".

Azaliż bowiem, uważałem zawsze, że po przejściu wielu kilometrów po bieszczadzkich pagórkach, posiłek powinien być konkretny, a więc gęsty. Jako próbnik gęstości służyła łyżka – jeśli owa nie stała, znaczyło to, że zupa jest za rzadka.

Oto zdjęcia prezentacyjne z taką próbną zupą o właściwej gęstości – zarówno w garczku, jak i w talerzu (garczek – zamiast garnek, mówiła moja babcia).



Szanując życzenie gospodarza, pracowałem nad zupą o właściwej proporcji rzadkiego do klusek.



A dzień dalej był przepiękny, przy chałupie właśnie na całego kwitł bez. Bez szlachetny, podwójny, gruby, może nawet poczwórny, z wyglądu i koloru niezrównany, jednak niestety mało pachnący. Ale nic to – tymczasem zupa była gotowa – kucharzu podawaj!

Najpierw przyniosłem garczek.


Potem talerze.

Następnie zacząłem nalewać Henrykowi, jednakże nie wziąłem pod uwagę, że stolik nie stoi równo, z powodu czego talerz znalazł się w przechyle i zupa mogła wziąć i się rozlać.

Trzeba było działać natychmiast. Rozejrzałem się za jakąś podkładką, a że pod ręką był akurat dobrze znany Czytelnikom bagnet, użyłem ci ja jego.


I tym prostym sposobem, przedmiot w założeniu śmiercionośny, po stu latach bezczynności, pomógł głodnemu człowiekowi bezpiecznie zjeść zupę, bez rozlewania owej po stole. 

sobota, 27 kwietnia 2024

Bagnet ze wzgórza 686

 Część trzecia.

Rano następuje obchód dobrze znanego terenu. Obfite wiosenne deszcze (i spychacz plantujący stare okopy) odkryły wiele pozostałości z Bitwy, nie potrzeba było wykrywacza, żeby coś znaleźć - wystarczyło się schylać i podnosić.

Szkoda tych okopów, bo zadomowiły się w nich gęste czarne jagody. W pobliżu krzyża znajduję ułamany bagnet.


Pogoda dopisuje, jest wręcz upalnie. Na kamiennym stole urządzam wystawę drobniejszych znalezisk. Drobniejszych, ponieważ żelaznych skorup szrapneli nie zbierałem.






Odzywa się cywilizacja: - dzwoni Mirek, mój przyjaciel z Gdańska, którego nazywam polskim Stephenem Hawkingiem, co wynika z dwóch powodów: - Mirek interesuje się astronomią, Wielkim Wybuchem, czyli momentem Stworzenia, oraz po drugie tak jak Hawking choruje na SM i od wielu lat jeździ na wózku. A kiedy potrzeba czołga się na leżąco, aby gdzieś w mieszkaniu dotrzeć.

On wie, że jestem na wakacjach, ale jako pasjonat chce się podzielić wiadomością, którą właśnie uzyskał. Rzecz jest zaliczona do niesamowitych osiągnięć astronomów. Otóż po odkryciu pulsara oznaczonego jako B1257+12, ustalono, że jest to szybko obracająca się gwiazda neutronowa. Do tego ma niewiarygodnie wysoką gęstość. Pulsar jest pozostałością po wybuchu supernowej.

      Gdzie tu niesamowite osiągnięcie?

Ano obliczono (zespół Carla Sagana) z niewyobrażalną precyzją szybkość wirowania tego pulsara wokół własnej osi. Jeden obrót trwa 0,0062185319388187 sekundy! Szesnaście miejsc po przecinku!

Z tego wynika, że pulsar osiąga 10 tysięcy obrotów na minutę!

I Mirek kończy: - „Opowiadałeś kiedyś dowcip na temat rekordu szybkości, że jest on wtedy, gdy biegniesz naokoło słupa, a z przodu jest dupa.

No to ten pulsar jest dużo szybszy!”

Zapisuję liczbę podaną przez Mirka i sprawdzam obliczenia – Faktycznie zgadza się! To rzeczywiście bomba!

Wzruszające jak Mirek powtarzał, że ja wędruję za siebie i za niego, oraz jestem jego oczami. Co jakiś czas posyłałem mu zdjęcia i raz na tydzień – dwa, opowiadałem o ciekawostkach z wędrówek, a co roku odwiedzałem go w Gdańsku.

Wszystko w czasie przeszłym - nie ma już przyjaciela wśród żyjących.

Wieczorem w tym samym dniu zadzwonił Henryk z zaproszeniem do Woli Michowej.

Miałem pobyć na biwaku dłużej, ale jak wiadomo planów (i zdania) nie zmienia tylko martwy, albo głupi, dlatego następnego ranka niespiesznie zwijam manele i po obeschnięciu traw ruszam przez Żebrak. Zapowiada się dzień jak marzenie.

 


Przywiązuję się do rzeczy praktycznych, które według mnie są obdarzone duszą, dlatego z wielkim sentymentem patrzę na zdjęcie druciaka czekającego na przywiązanie – w iluż to przygodach mi towarzyszył przez lata, aż do chwili, kiedy tak skutecznie ukryłem go u Henryka, że już się nie dał odszukać.

środa, 17 kwietnia 2024

Cienie przeszłości

W rok po wpadce grzybowej, dla odmiany stałem się poszukiwaczem militariów.


 Akurat penetrowałem okolice mostu kolejowego przed Łupkowem, gdzie dzień wcześniej znalazłem niemiecką, brązową odznakę za rany z II wojny.


Na zdjęciu efekt poszukiwań: łuski z pierwszej wojny od dużych z działka, poprzez karabinowe, z broni krótkiej, dwie kulki ze szrapnela, skorupa szrapnela. W środku jeden niewystrzelony nabój niemiecki z 1944 roku.


Przy tunelu czuwali niemieccy saperzy, natomiast mostu kolejowego broniły w roku 1944 niemieckie oddziały zaporowe, w tym karne. Wynikła tu gwałtowna bitwa. (Relacja syna dowódcy strażnicy WOP w Łupkowie: „Stado dzików – Łupków 1953 rok”, wpis z 28 X 2013).

Badam więc ci ja niespiesznie wąwóz pod mostem kolejowym, a tu telefon - dzwoni Maria (od koni kabardyńskich) z prośbą, abym przypilnował jej gospodarstwa, bowiem właśnie nagle musi wyjechać i wróci dopiero wieczorem.

No to na rower, wio z góry na złamanie karku - po drodze kupuję chleb i masło w Nowym Lupkowie i fruu do Woli Michowej. Tu skręcam do Marii i na moście nad Osławą spotykam Staszka Firsta. Kiedy Staszek dowiedział się, że Maria wyjechała, ochoczo zaoferował mi swoje towarzystwo.

Z tego co wiedziałem, Maria i Staszek nie utrzymują ze sobą kontaktu, a mówiąc krótko to się mocno nie lubią. Nie mnie dochodzić przyczyny, w każdym razie Staszek wkroczył ochoczo na ziemię Marii. Ostrzegłem go tylko, aby ominął z daleka Pumę – kabardyńską sukę Marii, która mogła się nie zachować obliczalnie. Znaczy suka mogła się nie zachować.

Puma leżała sobie w cieniu obok nowego (wtedy jeszcze w budowie) domu Marii, a Staszek z Reksiem wielkim łukiem ominął niebezpieczeństwo i poszedł w kierunku kirkutu. 


Niespecjalnie ze zdjęcia daje się odczytać gabaryty Pumy, pewnie z powodu kota, który jako pierwszy łowczy specjalista od myszy, do małych też nie należał.

Staszek poszedł w kierunku kirkutu, ponieważ, jak Czytelnicy wiedzą, na ziemi Marii znajdował się żydowski cmentarz. Jak to możliwe, żeby na prywatnym terenie znajdował się cmentarz? Nie wiem tego, ale tak było i pewnie jest nadal, ponieważ dla urzędników to łamigłówka nie do rozwiązania. Maria nie cieszyła się z gości (mocno nielicznych) odwiedzających kirkut - "łażą tylko i konie niepokoją". 


Staszek z Reksiem na tle Kruhłycy. Jest tu dostatecznie wysoko dla arniki. W niektórych miejscach można napotkać jakąś maleńką arnikę. Maleńką z powodu bezustannej pracy koni – naturalnych kosiarek, które chodzą cały dzień po terenie i skubią co się da. 


Korzystając z okazji zaczynam penetrację nowego terenu. Znajduję jak zwykle łuski z pierwszej wojny – toczyły się tu sto lat temu ciężkie walki Bitwy Karpackiej.


Przy chodzeniu z wykrywaczem czas biegnie szybko, tymczasem zrobiło się upalnie i odezwał się głód. Wróciłem do plecaka pilnowanego przez Pumę. Suka leżała w tym samym miejscu i gdy podszedłem nawet nie uchyliła oka. Owszem, znała mnie dobrze, bo byłem w tym czasie częstym gościem u Marii, ale żeby w ogóle nie reagować? Podejrzane zachowanie. W tym momencie widzę, że plecak jest otwarty. I wszystko staje się jasne: - Puma wyciągnęła i zjadła całe masło razem z opakowaniem, plus bochenek chleba.

Staszek został na straży, a ja siupnąłem tymczasem do Smolnika po nowe masło i chleb.


 Wrak z jednym okiem. Powypadkowy, nieczynny od lat, poprzedni samochód Marii.



Stary dom
Marii, na dachu tarasu malownicza łąka jak widać.


Na piętrze tej stodoły pracowaliśmy z Henrykiem (wpisy: „Jedzie siano do Marii”, „96 balotów siana”).

Przed wieczorem wróciła Maria razem z dziewczynami – wolontariuszkami. One oporządzały konie (15 dorosłych i trzy źrebaki), a za to mogły pojeździć.