Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góra 686. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góra 686. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2025

Stara papierówka

I znowu idę skrajem drogi w tej straszliwej i cudnej samotności. Idę tym razem zgodnie ze wskazówkami Kwarcowego z Bajek Robotów; - Tylko nie myśleć, wtedy dobra nasza. Taki marsz nie wymaga bowiem wielkiego wysiłku umysłowego – wystarczy iść bezmyślnie. Więc nie myśleć jak tylko długo się da, a jak dłużej się nie da, to wtedy myśleć.

Początek lipca. Dochodzę właśnie w ulubione miejsce biwakowe i z ciekawością oczekuję widoku łąki na szczycie. Jako że w ubiegłym roku pory kwitnienia jakby przyspieszyły, miałem nadzieję, że już przywitam się z arniką - dla mnie księżniczką lokalnych kwiatów. Kilkaset metrów łagodnego podejścia i z daleka dostrzegam zdecydowaną żółtość na szczycie! 

W końcu sierpnia nie trafiłem na zimowity, natomiast na kwitnienie arniki przybyłem w sam raz! Więc dobra nasza, tudzież radość! Atoli najpierw, jako że jest pochmurno i mgliście, stawiam dom pod sławnym jaworem.


 Dom stoi, a przy zbieraniu patyków na ognisko, pod drzewem rosnącym w pobliżu odkryłem stare kupy żubrów, sprzed tygodnia może. Jako że drzewo to jabłoń, spojrzałem w górę i zobaczyłem ostatnie nieliczne drobne papierówki na tej stareńkiej (sto lat co najmniej) łemkowskiej - bojkowskiej jabłonce, nic dziwnego że już nieco podeschniętej. Jabłuszka wisiały wysoko, więc żubry tam nie sięgnęły. To miłe przywitanie, dziękuję ci jabłonko!


Pojadłem ci ja niespiesznie, po czym nadeszła pora pozachwycania się kwitnącą łąką.













poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Zupa pomidorowa

Historia bagnetu z Bitwy Karpackiej, część czwarta.

Z góry 686 jest do Woli Michowej tylko kilkanaście kilometrów i do tego po minięciu każdej przełęczy jak wiadomo idzie się z góry (super ekstra siedmiokilometrowa zjazdowa trasa rowerowa). Pogoda wymarzona, zanurzam się w wielkiej przyjemności, tym razem o tytule „idzie się w samotności środkiem drogi”. Pomimo że wędruję niespiesznie sycąc się tym co wokół, do Kołyby docieram grubo przed południem.



Następna chwila wzruszenia - widzę zdjęcie sprzed dziewięciu lat, a na nim Canona, który krótko potem wyzionął ducha, po uderzeniu dwustulitrową beczką z wodą spadającą z dachu Kołyby (wpis „beczka” - 2018). Na zdjęciu widać również poręczny harcerski chlebak z lat sześćdziesiątych, który przeleżał w szafie kilkadziesiąt lat, po czym wytrzymał tylko dwa sezony bieszczadzkich trudów, prując się po tym czasie w sposób ewidentny.


Na miejscu spotykam się z serdecznym powitaniem, które ma dwie podstawowe zalety:

Po pierwsze primo: - dodatkowo koloruje rzeczywistość.

Po drugie primo: - opóźnia objawy menopauzy.



Omawiamy z Henrykiem znalezione wczoraj artefakty. Były wśród nich nożyczki chirurgiczne, no i ten historyczny, nadłamany bagnet, który być może brał udział w krwawym boju.


Podczas marszu do Woli Michowej znalazłem jeszcze austriacki granat oczywiście z czasów Bitwy Karpackiej i pomyślałem, że zaniosę rzecz Henrykowi, atoli okazało się, że akurat ten prezent ucieszył go nie za bardzo.  

Pora tymczasem zmieniła się na obiadową, proponuję więc swoją osobę na stanowisko kucharza i zupę pomidorową jako danie główne (i jedyne). Henryk ofertę przyjął, uprzedzając jednak, abym tym razem "nie ugotował tej swojej gęściochy".

Azaliż bowiem, uważałem zawsze, że po przejściu wielu kilometrów po bieszczadzkich pagórkach, posiłek powinien być konkretny, a więc gęsty. Jako próbnik gęstości służyła łyżka – jeśli owa nie stała, znaczyło to, że zupa jest za rzadka.

Oto zdjęcia prezentacyjne z taką próbną zupą o właściwej gęstości – zarówno w garczku, jak i w talerzu (garczek – zamiast garnek, mówiła moja babcia).



Szanując życzenie gospodarza, pracowałem nad zupą o właściwej proporcji rzadkiego do klusek.



A dzień dalej był przepiękny, przy chałupie właśnie na całego kwitł bez. Bez szlachetny, podwójny, gruby, może nawet poczwórny, z wyglądu i koloru niezrównany, jednak niestety mało pachnący. Ale nic to – tymczasem zupa była gotowa – kucharzu podawaj!

Najpierw przyniosłem garczek.


Potem talerze.

Następnie zacząłem nalewać Henrykowi, jednakże nie wziąłem pod uwagę, że stolik nie stoi równo, z powodu czego talerz znalazł się w przechyle i zupa mogła wziąć i się rozlać.

Trzeba było działać natychmiast. Rozejrzałem się za jakąś podkładką, a że pod ręką był akurat dobrze znany Czytelnikom bagnet, użyłem ci ja jego.


I tym prostym sposobem, przedmiot w założeniu śmiercionośny, po stu latach bezczynności, pomógł głodnemu człowiekowi bezpiecznie zjeść zupę, bez rozlewania owej po stole. 

piątek, 11 grudnia 2015

Chwila wspomnień

Czyli jak było kiedyś na górze Pod Wierchem 686. Bieszczady, Rabe, dwa i pół kilometra w locie ptaka do Chryszczatej.

W lipcu 2013 roku po Łemkowskiej Watrze, wylądowałem w Ciężkowicach, w Domu na Górze, u Bożenki i Jana. Po kilku dniach Jan pojechał ze mną w Bieszczady i dowiózł mnie do punktu zero, do mego ówczesnego miejsca na ziemi – na wzgórze ponad Rabem u podnóża Chryszczatej.
  

Od tej pory minęły tylko dwa lata, a wydaje mi się, że upłynęła cała epoka.
Jak na tej górze wygląda obecnie, pokazywałem na zdjęciach.
Osoba prywatna zmieniła ukształtowanie terenu w Parku Krajobrazowym, mówiąc bardzo ogólnie.
A mówiąc nieogólnie, na usta ciśnie się jedno słowo: - masakra!

Jan przywiózł mnie i odjechał. Utonąłem w ciszy.
Był koniec lipca, panowały wielkie upały.

Znowu całymi dniami wędrowałem po łąkach i leśnych bezdrożach. Odwiedzałem Darka Karalucha i Reksia w Młynie Kamieni. Wieczorami siedziałem przy ognisku, a kiedy gasło, w zachwycie patrzyłem na srebrny piasek gwiazd.

Minęło kilka dni, kiedy już przed wieczorem usłyszałem odgłos wjeżdżającego na górę samochodu. Pomyślałem, że to pewnie Jan robi niespodziankę.....
I tak poznałem innych podróżujących sympatycznych ludzi, zakochanych w dzikiej, czyli naturalnej bieszczadzkiej przyrodzie: Dominikę i Mariusza Antkowskich.
Oni także wjeżdżali terenówką na ten wtedy dziki szczyt Pod Wierchem 686, aby podglądać i fotografować zwierzęta.
Spotykaliśmy się na tej malowniczej górze także w 2014 roku.
Oto zdjęcia autorstwa państwa Antkowskich.

piątek, 13 lutego 2015

Kolorowy sen

Po wycieczce do Huczwic spałem snem kamiennym.
Przyśniło mi się morze....... Kocham morze.
   




A potem śniłem o ukwieconych łąkach na 686. Kocham tę Górę 686.
     


Wstawał szary poranek, gdy zostałem obudzony miłosnym pies ci mordę lizał. Reksio stoi przy mnie i intensywnie wywija ogonkiem. Widać, że jest wręcz w ekstazie radości.
Uczmy się od psów życia w radości.
       Pierwsza myśl: - powtórka z rozrywki, czyli ośmiogodzinny spacerek pana czeka, panie Zbyszku, trzeba odprowadzić pieska!
„Trzeba” - to obowiązek, niewiele to słowo różni się od „muszę”. Lecz można obowiązek zamienić na przyjemność – na „chcę”.
      Zamieniam więc obowiązek na przyjemność i już jest dobrze, już jestem zadowolony. Mało tego! Jest bosko!!! I to na dzień dobry jest bosko!
Czego i czytelnikom życzę, żeby też tak mieli....

Lubię chodzić, a Reksia wręcz pokochałem. Ten piesek jest niebywałą indywidualnością.
Więc słuszny kawałek kiełbasy dla pieska, wypijam kilka łyków gorącej wody, czekolada i herbatniki do kieszeni i wio do Huczwic! Żyje się!
Wcale nie trzeba wyszukanego jedzenia, aby być zadowolonym. Wręcz przeciwnie: - proste może być.
Jedliśmy na przykład w Kołybie na kolację „bandurki”, czyli kartofle w mundurkach ze smalcem i skwarkami. Do tego kto miał ochotę: - cebula, czosnek,pieprz, sól.
Pyszne było. Stwierdzam to jako wegetarianin, który w zimie odczuwa naturalny ciąg do tłuszczu.
       Bo o co chodzi? Chodzi o to, żeby nie odgrywać żadnej roli, nie swojej roli, nie nosić maski cierpiętnika, ortodoksy, nie katować się, i nie wymądrzać. Ciało jest dostatecznie mądre, warto być z nim w zgodzie i szanować jego potrzeby. Ciało to przecież pojazd dla duszy. Ciało odpłaca za ten szacunek i dbałość optymalną sprawnością.
Także warto dbać o umysł, o jego wyciszenie, odpoczynek i w końcu o te sławne chwile bez-umysłu. Umysł (bowiem) to wspaniałe narzędzie.

Ale, ale! Nie chcę wpadać w pouczanie. Każdy idzie swoją drogą i nic mi do tego.
Zamieszczane treści, to są listy do samego siebie. Tak, jak Reksio, znalazłem swoje miejsce na ziemi, jest mi dobrze, bo po wielu zakrętach życiowych odgrywam wreszcie właściwą rolę – gram samego siebie.
        Fotografia była moim hobby w młodości, teraz dane mi jest być ponownie „z uszami” w tym hobby.
        Muzyka była kiedyś moim drugim światem.
Teraz mam możliwość słuchania, tych melodii, które lubię, i w takiej ilości jaka mi pasuje.
        Piszę, bo lubię pisać, itd. Czyli Wolność!
Wiem, że podnoszę ludzi na duchu, lecz to jest jakby "przy okazji", bo tylko jedno jest ważne: - być sobą.
       Lubię podróżować, doszedłem w związku z tym do wniosku, że dawno nie wyjeżdżałem. Zamilknę więc znowu zaniedługo na jakiś czas.
Może uda się zrobić kilka ciekawych zdjęć? A jeśli się nie uda, to nie szkodzi.

Reksio nie boi się samochodów, obszczekuje je. W mieście nie pożyłby długo. Lecz on się przecież do miasta nie wybiera, tu jest jego miejsce na ziemi. W swoich okolicach (Huczwice) Reksio staje na środku drogi i zatrzymuje najcięższe tiry załadowane drzewem.
Idziemy raźno. Ponieważ mam czas, opowiem sobie i Reksiowi kawał o Polaku-prawdziwym katoliku.

Idzie Polak-prawdziwy katolik przez zaśnieżony las bieszczadzki. Nagle widzi, że z naprzeciwka nadchodzą dwa niedźwiedzie.
Idą złe bardzo i ryczą, nie mogą bowiem spać, zima za słaba, a dodatkowo napiły się kawy we wrześniu. Katolik struchlał i modli się: - Boże, spraw aby te zwierzęta miały wobec mnie chrześcijańskie uczucia!
Niedźwiedzie okazały się chrześcijanami i odmawiają modlitwę:
- Boże, pobłogosław ten dar, który zaraz będziemy spożywać!

Przed Żebrakiem powtórzyła się sytuacja z Reksiem idącym przy bucie. Wilczy odcinek.

Wydaje się, że na przełęczy jest jeszcze piękniej niż wczoraj.
   




Te drzewa przypominają panny młode w białych sukniach ślubnych.
     




Zachwyt! Zachwyt! I dziękczynienie dla Anioła!

Schodzimy z przełęczy. Robi się mgliście.
   


Reksio wyluzował i znika na długie minuty. Węszy zwierzynę po śladach. Energia go dosłownie roznosi. Mnie też. Odwiedzimy więc z kolegą pieskiem Ducha Góry 686.