Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lutego 2024

Paradoks babci

Przypuśćmy, że udaję się w podróż w przeszłość i odwiedzam swoją babcię w czasie, gdy była młodą, niezamężną dziewczyną.

Oczywiście babcia nie ma pojęcia, że jestem jej przyszłym wnukiem. Cieszę się tym spotkaniem z młodą babcią i namawiam ją na wyprawę w ukochane Bieszczady.

Wyruszamy i wieczorem docieramy w odludne miejsce biwakowe. Dzień jest pogodny, a więc niebo wygwieżdżone. Z zadartymi głowami sprawdzamy wielokrotnie, czy Wielki Wóz liczy 7, czy też 8 gwiazdek.

Wokół nieziemsko uroczo, azaliż dochodzi do tragedii: - w środku nocy napada na nas głodny niedźwiedź. Rzucamy się do ucieczki w ciemnościach, czyli po tak zwanym omacku. Babcia niestety nie ma szans, jako że biegnie wolniej, tudzież wzięła i przewróciła się zahaczając o korzeń.

I zaprawdę powiadam Wam: stało się, co miało się stać – babcia została zjedzona.


Następuje fabuła znana z filmu „Powrót do przyszłości” –  moja matka się nie rodzi, ja także nie mam prawa przyjść na świat.

Jeśli się nie rodzę, to w takim razie jak mogłem udać się w przeszłość i przyczynić do śmierci babci?

     Fizyk David Deutsch z Oxford University, ekspert od teorii wielu światów, prowadził szczegółowe studia nad łamigłówką podróży w czasie, szukając różnych możliwych rozwiązań. Wymyślił na przykład sytuację być może jeszcze bardziej irytującą niż opisany powyżej „paradoks babci”.

       Oto podróżnik w czasie z roku 1998 udaje się w niedaleką przyszłość, bo do roku 2005 i tam dowiaduje się o rewolucyjnym równaniu opisującym Wielką Unitarną Teorię Pola.

Praca na ten temat ukazała się akurat w czasopiśmie „Physical Reviev”, a jej autorem jest nikomu nie znany młody uczony o nazwisku Frank Weinstock.

Nasz podróżnik zaopatrzony w kopię artykułu wraca do swojego czasu i zaczyna poszukiwać owego młodego uczonego.

Zaczyna szukać, ponieważ należy do grupy ludzi przyzwoitych. Jak mówią niektórzy: - przyzwoitym być warto, chociaż się nie opłaca.

Nasz podróżnik mógł tylko odrobinę wyprzedzić właściwego autora i nikt by mu nie podskoczył.

(Zobacz kto wynalazł radio).

     Ad meritum: - nasz podróżnik należy do przyzwoitych i dociera do poszukiwanego człowieka, Franka Weinstocka, który okazuje się studentem pierwszego roku fizyki na uniwersytecie w swoim rodzinnym mieście. Podróżnik wręcza studentowi kopię pobraną w 2005 roku, którą Frank czyta, na początku jest zmieszany, potem wstrząśnięty, a praca coraz bardziej mu się podoba i po pewnym czasie nie tylko się z nią zgadza, ale i publikuje ją pod swoim nazwiskiem dokładnie w dniu, w którym miało to się stać.

      Niby jest ok. więc gdzie tu paradoks?

Paradoksem są prawa autorskie! I to nie byle jakie prawa, bo dotyczące rozprawy znakomitej.

Kto mianowicie jest autorem pracy? Kto dokonał odkrycia?

Nie mógł to być Frank Weinstock, ani też nasz podróżnik w czasie, który gnębiony swoją przyzwoitością owemu tę pracę dostarczył.

Kto jest więc autorem?

I to właśnie pytanie nie tylko pozostaje bez odpowiedzi, ale i tudzież budzi spory niepokój.

czwartek, 23 marca 2023

Dziwna opowieść babci Szeptuchy


 

Zapamiętałem z dzieciństwa kilka dziwnych opowiadań mojej babci Szeptuchy. Oto jedno z nich.

Siedziałem w chałupie babci przy kuchennym piecu, pod żelaznym blatem szumiał ogień z zebranych przeze mnie sosnowych szyszek. Na blacie piekły się podpłomyki, które uwielbiałem, a babcia snuła opowieść.

Otóż jako młoda dziewczyna zdobyła już rozgłos w okolicy z powodu swych umiejętności zielarsko – szamańskich. Kiedyś przyjechał po babcię gospodarz z dalekiej wioski, potrzebna była pomoc choremu. Jechali furmanką ciągniętą przez konia. Jechali wolno, bo było to tuż po wielkiej burzy z piorunami, która nawiedziła okolicę. Jechali wolno, forsując liczne rozlewiska. W pewnym miejscu droga zakręcała pod górę i prowadziła koło kapliczki obok ogromnego dębu, w którego wierzchołek świeżo uderzył piorun, o czym świadczył widoczny z daleka konar, leżący w poprzek drogi. Woźnica sposobił się do ominięcia przeszkody, kiedy nagle, już całkiem blisko drzewa koń stanął jak wryty i nie chciał dalej iść. 

    Zaparł się, albo tylko przestraszył. Babcia i woźnica za mgnienie dołączyli do konia, bo zobaczyli, że pod dębem Coś jest. Może nie tyle Coś, ile Ktoś. Oparty o pień stoi jakiś człowiek, a był on cały czarny jak węgiel. Całkiem czarna postać. Głowa, ubranie, ręce – wszystko czarne. Wyglądał jak smolarz-wypalacz, który w mielerzu wypalał węgiel drzewny. Zaprzęg stał chwilę, gdy naraz koń zaniepokojony głośno zarżał – i niesamowite, co się stało: - czarna postać momentalnie rozsypała się w proch! Był człowiek – nie ma człowieka! Została w tym miejscu tylko kupka popiołu! Babcia i woźnica przecierali oczy ze zdumienia, a na plecach mieli ciarki. Spalony człowiek stał pod drzewem!

A to ci dopiero historia. Czy to możliwe? Dziecko łatwo wierzy w bajkowe opowieści, ale ta wydawała się tak nieprawdopodobna, że utonęła w mrokach pamięci, pomimo tego, że mną wstrząsnęła.

Minęło siedemdziesiąt lat i wpadła mi w rękę książka „Syberyjskie diamenty”, a w niej czytam o geologu, który jedzie konno przez tajgę, dopiero co strawioną gwałtownym pożarem. Wokół czarne pogorzelisko i wszechogarniający zapach spalenizny, miejscami jeszcze się dymiło.

„W pewnym miejscu uderzył mnie niezwykły widok. Droga szła po pagórku, na którym spostrzegłem zagajnik złożony z czarnych, opalonych świerków. Nagle mój koń zarżał i czarny zagajnik zniknął jak kamfora! Drzewa rozsypały się w proch! Gdy później opowiadałem o tym zjawisku, wyjaśniono mi, że potworny wał ognia nadleciał nad zagajnik nagle i spopielił drzewa w ciągu sekundy – dwóch. Zmiana temperatury była tak wielka i nastąpiła w tak krótkim czasie, że świerki nie zdążyły się rozsypać i zastygły do pierwszego głośnego dźwięku. Takie zdarzenie przytrafiło się Jakutom po wielokroć".

     Wracam do babcinej opowieści: - wydawała się bajką, a nabrała prawdopodobieństwa - to mógł być człowiek spalony przez uderzenie pioruna. Schronił się pod drzewem w czasie burzy. Jak się potem okazało, w jednej z pobliskich wiosek zaginął tej burzowej nocy gospodarz i nigdy nie znaleziono ciała.

środa, 9 marca 2022

Dzieciństwo z babcią Szeptuchą.



W jakim kierunku zmierzają ostatnie blogowe wpisy? Usiłuję stopniowo, małymi łykami podzielić się z Czytelnikami wiedzą o przyszłości. Żeby nie przytłoczyć. Dlatego dziś wpis relaksowy.

Sprawy bieżące. Oto Unknown napisał komentarz do wczorajszego posta. „Hostele w budynku mieszkalnym są niezgodne z prawem”. Przyjmuję to za pewnik. Nie wiedziałem o tym, a teraz wiem. To zapytam o wydarzenie jakby nadrzędne: - a taka poważna rzecz jak wojna? Czy na przykład ona, ta aktualna wojna, to ona jest zgodna z prawem, czy też nie? Z Międzynarodowym Prawem czy jest zgodna? Tudzież z polską czy inną konstytucją czy jest zgodna? Nie jest? A to śkoda! Czyli prawo prawem, a życie sobie w wykonaniu miłościwie nam panujących bałwochwalczych władców – rosyjskich, polskich, chińskich czy jakich chcesz.    


Wątek tytułowy, osobisty.

Oto mam 5 – 6 lat. Leżę w łóżku. Wydaje mi się, że dopiero się obudziłem. Czuję się bardzo osłabiony, jestem chyba po chorobie, pewnie było silne przeziębienie. Często miałem w dzieciństwie takie przypadłości. Nade mną pochylona babcia i mama. Podają mi coś do ręki. To jakiś stary splątany kawałek sznurka? Słyszę słowa: - zobaczymy czy będzie bogaty. Rozplącz to! – pada podpowiedź. Rozplątuję. Czuję w palcach, że „sznurek” jest kruchy, więc działam delikatnie, co trwa chwilę. I już gotowe. Obie kobiety pilnie śledzą działania palców. Mama spojrzała pytająco na babcię, a ta mówi: - będzie wróżył i wielkie pieniądze będą przechodziły przez jego ręce, ale bogaty będzie dopiero w starości.

Po wielu latach dowiedziałem się, że jeszcze dwie sprawy były ważne. Pierwsza jak dziecko rozprostuje tę pępowinę, czy ona będzie prosta, czy też będzie miała krzywości, co sygnalizuje zakręty - problemy życiowe. Moja pępowina po rozprostowaniu miała sporo krzywości.

Druga sprawa jeszcze ważniejsza: - pępowina była krucha i sucha (jak te kabanosiki z reklamy telewizyjnej Tarczyńskiego) i dobrze to czułem, że można ją rozciągnąć, ale tylko do pewnej granicy, bo inaczej przerwie się, pęknie. Teraz wiem, że gdy tak się stanie, dostajemy sygnał przedwczesnej śmierci.

Ponieważ pępowinę rozwinąłem nie przerywając jej, to oznaczało, że będę żył aż do samej śmierci. Ha, ha!

Od tego zdarzenia minęło 70 lat i powziąłem wiedzę, że po pierwsze primo: była to stara wróżba, jeszcze z czasów naszych słowiańskich dziadów, wróżba z pępka, a dokładnie z osobistej pępowiny noworodka zachowanej po porodzie. Moja babcia Szeptucha bardzo dbała o te stare zwyczaje. Zaraz ktoś powie że to gusła, albo głupie. A ja powiem, że jeśli coś działa, to azaliż głupie nie jest i dopóki nie mamy dostatecznej wiedzy na jakiś temat, nie wychylajmy się pochopnie z opinią.

Jak rzeczy potoczyły się dalej? Wielkie pieniądze przechodziły przez moje ręce dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy przez 20 lat byłem właścicielem „Przetwórstwa tworzyw sztucznych” Warszawa Kawęczyńska 41. Był wpis.

Drugie wielkie pieniądze, tym razem nie moje, przechodziły mi przez ręce, gdy byłem kasjerem w Queens Casino w Pałacu Kultury. Były wpisy o kasynie warszawskim i tym drugim kasynie w Ciechocinku.


CDN. 

piątek, 4 lutego 2022

Selekcja naturalna

 


Kiedy dawniej rodziło się dziecko, jedną z pierwszych czynności osoby odbierającej poród w zimie, było hartowanie. Moja babcia Szeptucha, zarówno na wsi, jak i już po przyjeździe do Warszawy, robiła także za akuszerkę – zaraz po wojnie wiele porodów odbywało się w domu. Kiedyś babcia zabrała mnie ze sobą, abym zobaczył jednodniowego noworodka - babcia miała go przewinąć. Wpuszczono mnie do pokoju, w którym babcia urzędowała. Było bardzo zimno, okno otwarte na oścież, padał śnieg, takie duże płaty leciały powolutku, a na stole pod samym oknem, na pieluszce leżała golutka mała istotka i machała tak śmiesznie łapkami i nóżkami. Babcia przemywała noworodkowi pępek. Kilkakrotnie podnosiła tamponik do nosa wąchając go, a ja bałem się, że dziecko zamarznie, ciągnąłem babcię za spódnicę powtarzając: - babciu, babciu zamknij okno bo zimno!          

Na myśl przychodzi zagadnienie naturalnej selekcji w przyrodzie. To, że należymy do przyrody, jest nam przypominane boleśnie co pewien czas. Wiemy również, że selekcja jest prawem naturalnym: - słabe, chorowite jednostki nie mają szans na powielanie swej matrycy genetycznej. Tak jest w świecie zwierząt. A człowiek to do jakiej grupy należy?. Także do zwierząt, tylko podobno do Naczelnych. Podobno, ponieważ sam wymyślił takie zaszufladkowanie. Jednak obserwując dokonania Ziemian można mieć spore wątpliwości, co do tej Naczelności.

Mamy cykle cywilizacyjne - wszystko już było, rzekł Ben Akiba, tudzież nic odkrywczego - każda cywilizacja dochodząc do pewnego etapu rozwoju, sama się unicestwia z pomocą swych Nadzwyczajnych Wynalazków.


                                       

                                          Mongolski noworodek 

„Niebo było przesycone blaskiem księżyca, płynęły po nim srebrzyste obłoczki, a na horyzoncie rysowały się ostre zęby górskiego szczytu. W jurcie Mongoła zaobserwowałem scenę narodzin dziecka i pierwsze chwile jego istnienia na tym padole łez i smutków.

Natychmiast po urodzeniu wymyto je po raz pierwszy i … ostatni w życiu kwaśnym mlekiem jaka, po czym oddano matce, która, trzymając dziecko przy piersi, wyniosła je z namiotu w step zupełnie nagie mimo dość silnego i mroźnego wiatru. Po godzinie dopiero powróciła do jurty, na której progu kobiety ofiarowały jej kołyskę – małe korytko modrzewiowe, do połowy napełnione suchym, owczym nawozem.

Matka, nakrywszy nawóz cienką koźlą skórką, położyła w nim sine z zimna niemowlę, owinęła je wraz z kołyską w dwie baranie skóry i obwiązała mocnymi rzemieniami. Ojciec zaś zawiesił kołyskę u pułapu jurty na długim rzemieniu i silnie pchnął. Krążąc po jurcie, niemowlę pływało w powietrzu pełnym dymu, skazane na taki tryb życia przez dwa lata.

Zwykle matki Mongołki przy karmieniu nie wyjmują dziecka, lecz razem z kołyską przytulają do piersi i tylko raz na dwa tygodnie zmieniają w kołysce nawóz owczy, który doskonale wchłania wszystkie wydzieliny i nawet częściowo dezynfekuje. Matka karmi dziecko do pięciu lat, o ile może, piersią lub mlekiem białego jaka, po czym ojciec uczy je jeździć konno i wkrótce staje się ono pełnoprawnym członkiem rodziny, co znaczy, że je z apetytem baranie mięso, pije herbatę z solą, pasie owce, strzeże tabunów koni i pali fajkę bez względu na płeć. 



Taki obywatel do pięciu lat jednego tylko przywileju nie posiada, a mianowicie noszenia ubrania i obuwia, przeto wokół mongolskich koczowisk można zawsze widzieć gromady dzieciaków latem i zimą baraszkujących w strojach adamowych".


                                                           Ferdynand Ossendowski


czwartek, 2 grudnia 2021

Smak skórki chlebowej z dzieciństwa

Zaczął się grudzień i opanował mnie nastrój wspomnieniowo - świąteczny. Wspomnieniowy, ponieważ otworzyła się szufladka pełna rozmów z babcią, za pomocą których wpoiła mi szacunek do przyrody. I przypomniały się wspólne wędrówki na skraju lasu, gdzie uczyła rozpoznawać zioła i opowiadała o ich właściwościach. Świąteczny nastrój natomiast przypłynął z powodu zbliżającej się podróży. Ostatni wpis w tym roku zamieszczę 16 grudnia.


Mądrzy ludzie zachowali intuicyjnie stare receptury dotyczące chleba. Na przykład dodawanie do ciasta garści prosa i lnu. Dziś wiemy, że w tej garści jest między innymi prawdziwa, a nie sztuczna witamina B 17 zapobiegająca rakowi. To ważna tradycja stosowana nadal w nielicznych już domostwach.                           

Owszem, ludzkość stopniowo odchodzi od Źródła, jednak pewna mądrość, której już nikt nie potrafi zgłębić, wciąż pomaga w zachowaniu równowagi naturalnych praw.

Kiedyś ręcznie ugniatano ciasto na chleb. Pamiętam babcię-Szeptuchę przy tej czynności. To była ceremonia, nawet nabożeństwo: - gniotła ciasto powoli, z wyraźną czułością, przy tym snuła opowieści o dziwach, albo opowiadała bajki. Mówiła wolno, dlatego każde jej słowo miało czas zapaść w głąb małego słuchacza. Ja zatracałem się do imentu w tym słuchaniu, a ciasto pachniało, pęczniało od drożdży, wypełniało się dobroczynną mocą swych składników. Piec chlebowy już czekał.






Zboża zbierano z pól wtedy, gdy nadszedł odpowiedni czas. Nikt nie słyszał jeszcze o papraniu nasion, ziaren za pomocą GMO. Woda czerpana z rzeki była czysta jak kryształ. Nie było w niej chemii wylewanej z gospodarstw domowych, bo jeszcze nie było chemii. Nie  wyrzucano otrąb, tylko tradycyjnie dodawano je do mąki na chleb. I ta najważniejsza garść prosa i lnu, która pozornie wcale nie była potrzebna i mogła wydawać się kaprysem albo przeżytkiem. Piekarz nie pytał czemu ona konkretnie służy. Nie było chemicznych dodatków, nie stosował więc konserwantów i polepszaczy i nie zastanawiał się, jak zwiększyć produkcję i w jaki sposób wytwarzać więcej mniejszym kosztem. Chęć zysku nie zaślepiała piekarza.

Smak skórki chlebowej z dzieciństwa, urwanej z gorącego bochna, dopiero co wyjętego z pieca, pozostał mi na zawsze w pamięci. Babcia przed ukrojeniem pierwszej kromki kreśliła na bochenku znak krzyża, a kiedy kromka upadła, całowała ją po podniesieniu. Tak chleb się kiedyś szanowało, bo starzy ludzie wiedzieli, co to jest Głód. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że chleb można wyrzucić.                           

wtorek, 28 września 2021

Ryszard Szociński














 

Ryszard Szociński z Cisnej. Zakapior bieszczadzki, poeta. I pijak. Tu wyjątek od reguły babci z serialu o Kiepskich, bo Ryszard był tylko pijakiem, ale nie złodziejem. Czego nie mogę powiedzieć o paru znajomych ze Smolika nad Osławą. Był bardzo, ale to bardzo przyzwoitym, szczerym, uczynnym i wrażliwym człowiekiem. 

Umarł jakiś czas temu. (Co się w czasie niewiadomym przydarzy przecież oraz azaliż każdemu z nas). Oto jeden z wierszy Ryszarda.

 

Pozbierałem z nieboskłonu gwiazdy

Tobie

czekającej na spokój wieczoru

zasznurowałem je w diadem

 

Tobie

o smutnych oczach

rozbłysną

i blask ich światła

niech rozświetli świat

wtorek, 2 marca 2021

Parowóz prawie żywy


Od dziecka lubiłem gdzieś jechać. Autobusem, tramwajem, pociągiem. Pociąg lubiłem szczególnie, bo to on wiózł mnie na coroczne wiejskie wakacje. Wakacje oczywiście uwielbiałem, w odróżnieniu od szkoły, którą traktowałem jako perfidny rodzaj zniewolenia. Stworzyłem sobie jednak pewną atrakcję - zacząłem zadawać tak zwane trudne pytania, na które nauczyciel najczęściej nie potrafił odpowiedzieć i zwykle wyrzucał mnie na korytarz, albo wpisywał uwagę do dzienniczka. Matka bardzo mnie kochała, a to ona chodziła na szkolne wywiadówki i dlatego dobrze się kończyło, oczywiście aż do następnego razu. 

Więc pociąg darzyłem estymą, taki pociąg, który dawniej był ciągnięty przez prawdziwy parowóz. Parowóz wielki, tłusty od smarów, budzący respekt. Przed odjazdem stawałem z babcią na peronie i gapiłem się na tego groźnego stwora, a on dyszał, otaczał się obłokami pary, a z komina wypuszczał malownicze kłęby dymu. Kiedy pociąg ruszał, parowóz gwizdał, a mnie się wydawało, że wagony ciągnie żywa istota.


Potem nadeszła dorosłość, a po niej kilkudziesięcioletni okres pogoni za własnym ogonem. W końcu wyskoczyłem z wyjeżdżonej koleiny życia, czyli narodziłem się na nowo. Nastąpiło pierwsze wielomiesięczne zbratanie z Bieszczadami, a więc także ze sławną kolejką bieszczadzką. Przypomniało się dzieciństwo - odżył sentyment do parowozów. Ileż to razy czekałem na parowóz w Balnicy, czy na Majdanie, albo ustawiałem się do zdjęć na trasie kolejki gdzieś w łąkach Solinki, tam gdzie tory zakręcają szerokim łukiem, dając ekspozycję. Sporo z tych zdjęć zamieszczałem. Dziś dla odmiany parowozy "z duszą" spoza Polski.











czwartek, 8 marca 2018

Bieszczadzkie jedzenie

Pogoda idealna, dusza się raduje, nogi same niosą, tylko żołądek przypomina o jedzeniu.
Zgłodniałem.
      Wracam właśnie z Baligrodu z cotygodniowymi zakupami. Mijam Bystre, a więc do namiotu czekającego na górze 686 jeszcze dwie godziny marszu. 
Wysoko, wysoko krąży para orłów i znajomym krzykiem ogłasza swoje panowanie. 
Czy to co będę jadł to będzie obiad, czy może kolacja raczej?
Azaliż czy trzeba na wszystko naklejać cywilizacyjne nalepki?
To będzie jedzenie po prostu.

Idę.
I myślę. Bo mam czas. Gdybym czasu nie miał, wtedy tylko bym szedł.

Człowiek oszalał na punkcie urozmaicania jedzenia. Moja babcia – Szeptucha mawiała, że potrawy powinny być proste, a jeść należy w skupieniu, gryźć porządnie, a nie łykać w pośpiechu i nie gadać przy tym. Zawsze podawała za przykład zwierzęta, żeby je podpatrywać jak żyją, żeby się od nich uczyć. Że jedzą z namysłem, że pies gdy je nie szczeka.
      To pory roku pozwalają ludziom odmieniać jadłospis, a grzyby mają nieocenione znaczenie.....
Te babcine nauki, można dziś podciągnąć pod celebrację.
Tylko po co podciągać? One się same obronią. Nic na siłę.

          Neurotycy
Mamy dwie grupy neurotyków. Pierwsza nie je, tylko obżera się.
Szybko i dużo. Ciało woła stop, a oni jedzą.
W ten sposób objawia się także zachłanność, chciwość.

Przychodzi baba do lekarza i mówi:
Poproszę lek na chciwość! Tylko dużo, duuuużo!!!

To już zwierzęta wiedzą lepiej, kiedy skończyć.

Stoją świnie przy korycie i pałaszują. Nagle jedna zaczęła rzygać. Pozostałe w krzyk: - nie dolewaj, bo nie damy rady zjeść!

Przychodzi Jasio z przedszkola i mówi: - mamo, dzieci mówią, że ja dużo jem, czy to prawda?
Nie słuchaj dzieci Jasiu, zjedz zupkę bo mi wanna potrzebna.

Druga grupa neurotyków, to ci którzy się głodzą. 
Ciało woła: - jeść! A oni poszczą. Jeśli nie poszczą, czują się wywyższeni jedząc drogie egzotyczne wynalazki.
I do czego się da używają blendera. Mnie natychmiast nasuwa się pytanie: - a zęby to po co są?
       To są dwie skrajności, ale o nich dość.

Kiedy słuchasz ciała, ono wszystko ureguluje i nie wpadasz w napięcia i lęki.
Twoje ciało ( i moje także) jest świątynią, jest boskim darem. Ono jest piękne, delikatne i wspaniałe. Mamy zmysły, które dał nam Stwórca. Świat jest radosny i bajecznie kolorowy, niechaj to trwa. Niechaj trwa harmonia między okiem i kolorami, harmonia między wszystkim, co zostało stworzone. Nie niszczmy tego.

Słuchajmy ciała. Ono nie jest naszym wrogiem. Jest przyjacielem. Ciało ma swoją mądrość. Nie zakłócajmy jego pracy.
       Dlatego tak piszę, aby niepotrzebnie nie mędrkować, a zwłaszcza zrzucić z siebie uwarunkowania, nie słuchać jak inni trąbią o cudownych dietach. Wystarczy słuchać siebie, odbierać sygnały od własnego ciała - ono podyktuje co należy jeść.


W jedzeniu jest energia. Babcia mawiała, że powinno się jeść „swoje” jedzenie. Uprawiane samodzielnie w ogrodzie, czy na polu. Dziś to oznacza produkty ze swego kraju. O nawozach sztucznych wyrażała się źle. Twierdziła, że one zaburzają równowagę ziemi. Ale nie rozszerzajmy tematu.

Pojadłem niespiesznie, siedzę i myślę, ponieważ mam czas. Gdybym czasu nie miał, tobym tylko siedział.

Ile jeść, co jeść. Nie ma tu uniwersalnych zasad. Każdy z nas jest unikalny, niepowtarzalny. Jeden pracuje fizycznie, drugi nie. Inne smaki są w zimie, inne latem. Powtarzam często, że nie ma recepty na życie, a więc także nie ma recepty na jedzenie. A już na pewno nie stosują się do mnie recepty innych.
      Tylko rozwiń w sobie wrażliwość – to zupełnie wystarczy.
Pytam swoje ciało co powinienem mu dać. Nie co mogę, tylko co powinienem.

Ciało nie usiłuje ci niczego narzucać, lecz także nie jest twoim niewolnikiem. Zaprzyjaźnij się ze swoim ciałem.
     Ten, kto się obżera, jak i ten kto narzuca sobie jakieś diety z zewnątrz, oni mają jeden wspólny problem: - oboje są głusi na potrzeby ciała.
Potępianie kogoś za to, że je to co mu smakuje, nie ma sensu.


Jeśli język nie odczuwa przyjemności smakowania – po co w ogóle jeść?
Jeśli patrzenie na piękne rzeczy byłoby grzechem dla oczu, to po co w ogóle patrzeć?
Jeśli słuchanie czegoś miało by być grzechem dla uszu, to po co słuchać?
Nie zostałyby nam żadne doznania – nic tylko palnąć sobie w łeb!


Moje zmysły są zaangażowane we wszystko, co robię. Dzięki nim jestem połączony z życiem. Kiedy jemy coś z apetytem, Bóg który mieszka w każdym z nas, czuje się zadowolony.
      I tu dochodzimy do „świętych nauk”. 
Religie nauczają masochizmu: - Umartwiaj się. Cierp.
Religie sączą truciznę, mówią:
- Im bardziej będziesz się umartwiał, tym więcej łask zdobędziesz u Boga. Jeśli jesteś szczęśliwy – popełniasz grzech. Szczęście jest grzechem. Nieszczęście cnotą.
        Oto cała ich logika.


Lecz dość o smutkach, teraz pójdę na łąkę, posłucham co w trawie piszczy i uzbieram bukiet niby dla siebie, ale jako, że życie jest tajemnicą, takoż dla Ciebie Czytelniczko z okazji Dnia Kobiet. Czyż to nie jest miłe?.....
        Boziuniu! Jak tu uroczo! Dziękuję – ach!