Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzka kolejka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczadzka kolejka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 marca 2021

Parowóz prawie żywy


Od dziecka lubiłem gdzieś jechać. Autobusem, tramwajem, pociągiem. Pociąg lubiłem szczególnie, bo to on wiózł mnie na coroczne wiejskie wakacje. Wakacje oczywiście uwielbiałem, w odróżnieniu od szkoły, którą traktowałem jako perfidny rodzaj zniewolenia. Stworzyłem sobie jednak pewną atrakcję - zacząłem zadawać tak zwane trudne pytania, na które nauczyciel najczęściej nie potrafił odpowiedzieć i zwykle wyrzucał mnie na korytarz, albo wpisywał uwagę do dzienniczka. Matka bardzo mnie kochała, a to ona chodziła na szkolne wywiadówki i dlatego dobrze się kończyło, oczywiście aż do następnego razu. 

Więc pociąg darzyłem estymą, taki pociąg, który dawniej był ciągnięty przez prawdziwy parowóz. Parowóz wielki, tłusty od smarów, budzący respekt. Przed odjazdem stawałem z babcią na peronie i gapiłem się na tego groźnego stwora, a on dyszał, otaczał się obłokami pary, a z komina wypuszczał malownicze kłęby dymu. Kiedy pociąg ruszał, parowóz gwizdał, a mnie się wydawało, że wagony ciągnie żywa istota.


Potem nadeszła dorosłość, a po niej kilkudziesięcioletni okres pogoni za własnym ogonem. W końcu wyskoczyłem z wyjeżdżonej koleiny życia, czyli narodziłem się na nowo. Nastąpiło pierwsze wielomiesięczne zbratanie z Bieszczadami, a więc także ze sławną kolejką bieszczadzką. Przypomniało się dzieciństwo - odżył sentyment do parowozów. Ileż to razy czekałem na parowóz w Balnicy, czy na Majdanie, albo ustawiałem się do zdjęć na trasie kolejki gdzieś w łąkach Solinki, tam gdzie tory zakręcają szerokim łukiem, dając ekspozycję. Sporo z tych zdjęć zamieszczałem. Dziś dla odmiany parowozy "z duszą" spoza Polski.











poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bieszczadzka kolejka

Oddalam się od stacji w Balnicy idąc znowu po podkładach.
Gwar głosów pozostaje za mną i w tym momencie przypomina mi się opowiadanie o pociągu......

Ze stacji w Nowym Yorku ruszył właśnie pociąg, kiedy konduktor stojący w drzwiach wagonu zobaczył biegnącego mężczyznę. Mężczyzna wskoczył do pociągu w ostatniej chwili, bo już się kończył peron.

- „Czemu pan ryzykuje życiem?” Zapytał konduktor zadyszanego pasażera. „Mam za godzinę pilną sprawę do załatwienia w Fordham, dlatego musiałem złapać ten pociąg” – odpowiedział mężczyzna. - „No to ma pan problem, bo ten pociąg nie zatrzymuje się w Fordham!” - odpowiedział konduktor.
      Pasażer wpadł w rozpacz.
Konduktorowi zrobiło się żal człowieka, pomyślał chwilę i mówi: „Niech pan się nie martwi, jest wyjście z sytuacji. W Fordham naprawiają tory, pociąg zwalnia przejeżdżając przez stację, wtedy pan wyskoczy. Tylko proszę pamiętać, że ma pan wyskoczyć i biec przez chwilę razem z pociągiem, bo inaczej pan się przewróci”.
Minęło pół godziny, pasażer czekał w napięciu na chwilę skoku. Wreszcie pociąg zaczął zwalniać bieg - dojeżdżali do Fordham.

- Teraz! - krzyknął konduktor i mężczyzna wyskoczył, a pamiętając o instrukcji, dalej biegł obok pociągu.
     Mijał go właśnie drugi wagon, kiedy inny konduktor (kawał chłopa) stojący w tym wagonie przy drzwiach, zobaczył biegnącego człowieka i pomyślał, że ów chce wskoczyć do pociągu.
      Otworzył więc drzwi, chwycił delikwenta za ubranie i wciągnął do środka.
Pociąg gwałtownie przyspieszył, pasażerowi ze złości odjęło głos, a konduktor zamknął drzwi i zadowolony z udzielonej pomocy szczebiotał: - „no i udało się panu wsiąść! Ależ ma pan szczęście, bo ten pociąg nie zatrzymuje się w Fordham”....

Już przed łąkami Solinki słyszę potrójny gwizd lokomotywy. Schodzę z torów i czekam aż kolejka przejedzie. 





Lokomotywa spalinowa nie ma takiego uroku jak czajnik, ale jest kolorowa chociaż.
Chyba stanowię jakąś atrakcję w tej głuszy – mijają mnie kolejne wagoniki, turyści machają Zbyszkowi – odmachuję turystom.
Kolejka pojechała do Majdanu a ja mijam łąki Solinki i wchodzę na leśną drogę. 
 




środa, 7 stycznia 2015

Grudzień - Łemkowyna

  
W takim stanie został stół po 20-leciu Kołyby. I na taki stan spadł pierwszy śnieg. Leży tu tabliczka z adresem grzyba, wypisana przez Staszka.
   


Na ławce w domu rozłożone plakietki Henryka. Na zdjęciu tylko drobna część zbioru.
      


Jedziemy. Niestety nie kolejką. Widać znany profil. Ilu pasażerów? Kto zgadnie?

Pojechaliśmy z Henrykiem Bieszczadnikiem do Nowego Łupkowa. Być może, żeby coś zjeść. Ale nie dało się tam zjeść. Wszystko zamknięte, chociaż to nie był 8 marca - dzień kobiet. Od czasów Stachury - 40 lat minęło, a tu się nic nie zmieniło. Może to i dobrze? 
Po Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Nowym Łupkowie tyle zostało.
   


Idąc przedwojennym nasypem kolejki leśnej bieszczadzkiej czułem się dobrze.( w jednym słowie ) A w dwóch słowach?
Bardzo dobrze! Czułem się bardzo dobrze, bo niewiele myślałem (chociaż miałem czas). Robiłem zdjęcia po prostu.
Taki trzygodzinny spacer. Pogoda jak na grudzień – niezła. Temperatura dziecinna, może minus jeden, nie to co teraz.
I widoki niezłe.
  



I tropy można było czytać jak z książki.
  


I była w domu zupa grochowa taka gęsta, że łyżka w niej stanęła (i stała) .
I było ciepło,  bardzo miło, oraz niezwykle przyjemnie.
   


Dalej to Stachurze oddam głos, jak on jechał kiedyś do Nowego Łupkowa.

Śnieg, którego końca nie było widać, przestał sypać następnego dnia i pojechaliśmy z miejscowości Majdan, którą Junior nazwał Dawson, przez bieszczadzkie Terytorium Jukonu do Nowego Łupkowa.

Bieszczadzka kolejka.

Jechaliśmy ciuchcią leśną dokładnie wyładowaną olbrzymami buków, dębów, jodeł i świerków i z jednym osobowym wagonikiem na samym końcu składu. W wagoniku był piecyk typu koza, jak to bywa, w którym wesoło buzował ogień. Po tym, jak regulaminowo spisał nas z dokumentów wopista pełniący chyba codzienną służbę w przygranicznej kolejce, dołożyłem węgla do piecyka i usiadłem spokojnie obok na ławce. Zapaliłem papierosa i wyciągnąłem ręce w stronę ciepłego kręgu powietrza, falującego wokół rozgrzanej blachy. Drugą i ostatnią rękawiczkę posiałem na Łopienniku.

Fauna, flora i pieniężna ludzi zmora.

Czy można być niezawodnym?

Że wszystko jest jak sen, jak sen;
Że wszyscy są zawodni, to wiem, to wiem.

Ech, niezawodna, ech niezawodny! Więc czy można być niezawodnym. Nie można chyba. Tak przypuszczam. Nie wiem. To, co na pewno wiem, że można, to być mnie zawodnym. Santa Polonia, jak ciężko jest być trochę mniej zawodnym od innych zawodników i zawodniczek. Tak ciężko, że co jakiś czas trzeba szukać ustronia, odludzia, z dala od tłumnych boisk, chwytać mocno głowę rękami i jęczeć cicho: Santa Polonia, jak ciężko, jak ciężko jest być panem samego siebie.
     W przygranicznej Balnicy do długiego składu kolejki leśnej dotoczono cztery lory wyładowane olbrzymimi pniami drzew, a do osobowego wagoniku na końcu tego całego taboru wsiadło czterdziestu robotników (nie rozbójników!) z utensyliami w rękach, otupując na stopniach buty ze śniegu, w którym tonął cały tutejszy bieszczadzki świat. Ci, co się usadowili, co siedli na ławach, od razu, bez ceregieli przystąpili do zechcyka, czyli 66. Pozo-stali to na dwóch nogach, to na jednej, to na drugiej. Wszyscy, ja z Juniorem też okropnie kopciliśmy papierosy.
       - Śnieg jest, ale mrozu nie ma. I to już piąta taka zima
jest. To nie zima.
      -To wszystko od czasu, jak zrobili zalew w Solinie. To
woda to robi, że tak jest.
     - Nie, to klimat się zmienia.
     - Pisali w gazecie, że w Egipcie spadł śnieg, nie pamiętam już, na jakie miasto, czy na Kair, czy na inne. Wszystko stanęło, cała komunikacja, bo nie przygotowani byli. Kilkaset lat śnieg tam nie padał.
    - Tak, tak. To klimat się zmienia. I tak ma być do 1980 roku. A potem ma przyjść lodowiec.
    - Przyjdzie lodowiec i to będzie nasz pokrowiec – rymnąłem w sam środek rozmowy.
   - Ja tego już nie doczekam – przemówił jeden stary urzędnik, też pasażer. - Do tego czasu, to ja się schowam pod ziemię. Do swoich.
Ciuchcia okrążyła szczyt Matragony, skąd wypływa Osława – rzeka taka jak inne. Ale nie dla każdego. Bo nie jest to rzeka taka jak inne dla tych na przykład, którzy nad jej brzegami się urodzili, albo dla tych, którzy w jej spienionym powodziowym nurcie kogoś bliskiego ( jakby siebie samego) utopionego utracili. Błogosławienie miejsc i lżenie przekleństwami miejsc. Tych samych miejsc. Przez różnych ludzi.
     Ty, dla którego nic nie powinno być obojętne, jeżeli chcesz być podobny do poety, spróbuj połapać się w tym wszystkim. Rozdziel nici, połącz nici, zerwij nici, zwiąż nici, uczyń wszystko, co trzeba, staraj się nie zapomnieć o niczym i spróbuj rozstrzygnąć, jakie jest twoje uczucie, jak mu na imię, i dalej już tego się trzymaj, bo dosyć już chaosu, tej szarpaniny uczuć mieszanych i podzielnych, nie niepodzielnych, bo życie ci przepłynie i ciągle nic nie będziesz wiedział, niczego nie rozstrzygniesz, żyć będziesz niezdecydowanie aż do śmierci niezdecydowanej.

Sunęliśmy przez tonącą w śniegu dolinę Osławy do Maniowa, do Woli Michowej i do Smolnika, gdzie druga kolejka miała ciężko pociągnąć cały tabor, prócz naszego osobowego wagoniku, do tartaku w Rzepedzi.
       Sunęliśmy może 30 km na godzinę, może 20 km na godzinę i absolutnie nie było tego, że – ale wolno jedziemy. Nie było tego, że kogokolwiek ta powolna jazda denerwowała. Bo to nie była w tym układzie jazda powolna. W tym układzie: na wąskich torach, z małym parowozem daleko w awangardzie, a za parowozem – lory, cały długi sznur lor wyładowanych długimi, zwalistymi strzałami drzew, więc w tym układzie wszystkich tych współrzędnych – to była taka jazda, jaka powinna być. Z góry, gdy toczyliśmy się, konduktor i pomocnik maszynisty jeszcze hamowali jazdę ręcznymi hamulcami. I wszystko było w porządku. W innym układzie, o innych współrzędnych, na przykład w samolocie Boeing 707, jest inna jazda. Śniadanie w Warszawie, obiad w Brukseli, podwieczorek w Montrealu, kolacja w mieście Meksyk, jak mi się to zdarzyło jednego dnia pewnego. Czy to jest pośpiech, ta druga jazda? Wyglądałoby na to, że tak, ale nie wiem dokładnie. To jest na pewno inne pokonywanie innych odległości.
       Ja zaś chciałem zauważyć pośpiech. Ten pośpiech pomiędzy ludźmi: cześć, jak się masz?, wszyscy w domu zdrowi?, no, to cześć, muszę lecieć!.
I już pędzi nasz człowiek, a gdyby przystanął i chwilę pomyślał, toby się okazało, że wcale nie musi pędzić, ale pędzi, często sam nie bardzo wie dokąd, wymyślił sobie ten pośpiech, wydaje mu się, że w epoce lotów samolotami ponaddźwiękowymi on już nie może normalnie chodzić tylko szybko musi chodzić albo biec, dał się złapać na ten lep iluzji, na tę nowoczesną muchołapkę „cap-cap”, że na widok przemykających ulicami samochodów, a ulicami nieba samolotów – należy prędzej oddychać, żeby być człowiekiem współczesnym.
      Nawet nie słucha odpowiedzi na przelotnie rzucone znajomemu pytanie: „Jak leci?”.
Na co ja odpowiadam nieraz: „Marnie leci, słabo leci”. Ale to nie dochodzi do uszu pytającego. Dochodzi tylko pozytywna odpowiedź: Dobrze leci. Której ja nie wypowiadałem przecież, bo negatywnie nieraz odpowiadałem: „Jak krew z nosa leci”.
Więc pędzi nasz człowiek, często sam nie bardzo wie gdzie, pośpiesza śpiesznie zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze. A z nim, jak gazetowy zwitek pod pachą – całe jego życie zdawkowe.
Jakaś nowa poezja, owszem z tego pośpiechu powstaje: poezja właśnie pośpiechu i życia zdawkowego, ale co to za poezja?
Bardzo taka sobie, rachityczna, anemiczna, tanio-powierzchowna, płasko-lizakowa.         
      Trochę ciekawa, jak prawie wszystko co nowe, ale nie na długo.
Jej ciekawość pośpiesznie się wyczerpuje. A poza tym nie zauważają ofiary pośpiechu tej poezji pośpiechu, bo nie mają na to czasu. Muszą zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze, zarabiać pieniądze. A chociaż duże pieniądze? Skąd! Małe pieniądze. Liliputowe. Summa summarum żałosne sumy. Nie szumne sumy. Ktoś z boku może zauważyć tę poezję pośpiechu i życia zdawkowego, spektator, widz, obserwator przyrody, który ma czas oprzeć się o słup przystanku tramwajowego czy autobusowego i nie wsiada, kiedy zajeżdża jeden, drugi, trzeci wehikuł, tylko patrzy, co się dzieje.
( …..) Lecz idzie o to, żeby ta poezja pośpiechu nie stała się dla świata głównym, a w końcu jedynym pożywieniem.
      Bo jeżeli ta poezja pośpiechu i życia zdawkowego zaczyna się tak zaraźliwie szerzyć i ogólnoświatowo panoszyć, jak to widać prawie co krok, to to zaczyna być groźne.
W Nowym Łupkowie, ciągle na rubieżach polskiej krainy, zamierzaliśmy z Juniorem coś zjeść i coś wypić, ale bar naprzeciwko peronu był zamknięty. Karteczka na drzwiach głosiła: „W dniu 8 marca bar nieczynny z powodu szkolenia GS w Komańczy”.
    W sklepiku, co obok, pani Zosia, młoda przystojna blondynka, oświadczyła mi, że do picia nic nie ma. Wszystko zabrali na Dzień Kobiet. 
Acha, Dzień Kobiet. No tak, Dzień Kobiet, Dzień Dziecka, Dzień Metalowca, Dzień Magazyniera, Dzień Szewca, Dzień Zduna i tak dalej. Niedługo dojdzie do tego, że każdy dzień będzie Dniem Kogoś.
A jeśli dni nie wystarczy? Wtedy przyjdzie kolej na noce: Noc Piekarza, Noc Nocnego Stróża, Noc Nocnego Pisarza....