Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smolnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smolnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2024

Śladami wielkiej wojny - Rabe

  Historia bagnetu, część druga.


Na górze ponad wsią Rabe, wysiedloną i spaloną w 1947 roku. 



O przebiegu walk z roku 1915 na obszarze Chryszczata - Rabe – Smolnik - Mików  można przeczytać z tablicy postawionej przez Nadleśnictwo w ubiegłym roku. Schodzę do niej rano, gdy mgły się podniosły, a trawy nieco obeschły, bowiem jak Czytelnikom wiadomo, po nocy tutejszy świat dosłownie spływa rosą. 


















czwartek, 11 kwietnia 2024

Bieszczadzkie grzybobrania

 

Po raz pierwszy nazbierałem ci ja grzybów do syta właśnie w Bieszczadach. To była ogromna frajda, a normę stanowił pełen plecak w godzinę. A potem to już sprawa należała do słońca.







 Dziś wątek grzybowy z książki „Bieszczady w PRL-u”.

„Początek lat sześćdziesiątych, Suche Rzeki nieopodal Zatwarnicy.

Pewnego letniego popołudnia z połonin schodziło kilku pokutników w polowych mundurach. W wypłowiałej pałatce taszczyli coś, co nie przypominało nic konkretnego, dlatego rozbudzało wyobraźnię. Cóż oni mogli nieść? Wygrzebane przez lisy ludzkie kości? Znalezioną przypadkiem starą broń? Zrzucone późną zimą jelenie poroża?

Żołnierze zeszli na drogę, kiedy my podjeżdżaliśmy „żukiem” – opowiada ówczesny kierownik budowy w Suchych Rzekach. Naszym oczom ukazała się góra prawdziwków. Najwięcej było takich malutkich, najlepszych do marynowania, ale nie brakowało też okazów rekordowych. A żaden robakiem nietknięty, z twardym korzeniem, zdrowym podbrzuszem. Rany Julek!

Zapytałem wojaków – gdzieżeście tyle nadarli?! Pod Wetlińską, ale dla nas to żadna frajda, bo za karę, za lewizny. My nic z tego nie będziemy mieć, wszystko pójdzie do oficerskich garów.

- Takiej masy prawdziwków naraz moje oczy jeszcze nie widziały  - opowiada dalej Augustyn – więc pasły się tym widokiem, aż przyszło otrzeźwienie, że zamiast marnować czas, trzeba czym prędzej samemu drałować pod połoninę i szukać tego grzybowego skarbca. Raz-dwa załatwiłem na budowie, co było trzeba i razem z Władkiem, tak samo zapalonym zbieraczem, pognaliśmy do lasu. Już na jego skraju dojrzałem wyłaniającą się z trawy mnogość wielkich kapeluszy, ale przecież nie o takie mi chodziło, tylko o te najmniejsze. Łazimy z Władkiem tu i tam, zaglądamy pod gałęzie drzew i nic. Co jest do ciężkiej cholery? Z konieczności napakowaliśmy do dwóch worków po cemencie te dorodne  i z takim bagażem wróciliśmy do bazy w Smolniku.

- Gdzie? Gdzie takie rosną? Dopytywali gorączkowo robotnicy, a kiedy już się zwiedzieli, że za Suchymi Rzekami, dawaj prosić: - Kierowniku, dajcie wywrotkę, nie żałujcie. Toć dla wszystkich nazbieramy, do suszenia, kiszenia, smażenia. Będzie zupa grzybowa, sos grzybowy, grzybki na zagrychę, a i na Wigilię wystarczy.

- A niech was, jedziemy! – zakomenderował szef, nakazując panu Bolkowi, kierowcy stara, wpisanie do karty drogowej kursu z budowy na budowę. Po półgodzinie byliśmy na miejscu i ruszyliśmy tyralierą w las. Oderwałem się od grupy, jak to mają w zwyczaju wytrawni grzybiarze, nie chcąc, aby inni podebrali mi co lepsze okazy.

Wypatrywałem tych wymarzonych krasnoludkowych borowików, ale jak na złość widziałem tylko te duże. Omijałem je lekceważąco, choć za mną chłopaki czyścili teren, nie pozostawiając w polu widzenia nawet jednego. Po jakimś czasie, zniechęcony i rozeźlony, postanowiłem zrezygnować z dalszych poszukiwań,  i właśnie wtedy moja obuta w gumiak noga nadepnęła na coś, co przy pierwszym skojarzeniu wydawało się ślimakiem albo żabą, lecz sekundy później okazało się najprawdziwszym prawdziwkiem idealnego rozmiaru. Spryciarz skrył się pod borowiną. Po chwili, już na klęczkach, co rusz odkrywałem kolejne małe borowikowe perełki i wrzucałem do przepastnego  kosza na ziemniaki, pożyczonego przed wyjazdem od chłopa w Smolniku.

    W takiej sytuacji, przyznaje zbieracz, człowiek traci poczucie czasu i rzeczywistości, rozgorączkowany zbiera, zbiera i zbiera. Po dwóch godzinach nie jeden, ale dwa kosze oraz plecak wypchane były po brzegi. I jak to teraz znieść z góry po stromiźnie nie narażając się na upadek i sturlanie w dół niczym kłoda drewna? Co dwadzieścia metrów przystawałem, sapiąc jak stara lokomotywa, w połowie ze zmęczenia, a w połowie z emocji. W końcu opadłem z sił i nawet rozmyślałem nad wyrzuceniem części prawdziwków, aby sobie ulżyć w drodze, jednak zaraz przychodziło otrzeźwienie, że tak cennej zdobyczy, okupionej takim wysiłkiem, nie można zostawić – wspomina.

      Na pomoc współtowarzyszy wypadu nie mógł liczyć – każdy szedł objuczony podobnym ładunkiem, a byli i tacy, co jeszcze napchali borowików do beretów i powiązanych koszul. Ludzka zachłanność nie zna w takich sytuacjach granic. Ostatkiem sił, z ociekającą od potu koszulą i gaciami, dowlókł się sprawca grzybobrania do wywrotki, mając przed oczami migotania świecących plamek, co wyraźnie wskazywało, że jest bliski utraty przytomności.

   Po powrocie na kwaterę zabrano się do czyszczenia i krojenia grzybów. Co parę minut umilano sobie czas  samogonem, zagryzając siedemdziesięcioprocentowy trunek słoniną z musztardą. Świtało, kiedy kończyli.

   Po śniadaniu runo zawieziono do miejscowej cegielni, gdzie na przepastnym piecu suszyło się dwa dni. Później zaprzyjaźniony stróż zapakował grzyby do papierowych worków  - załatwionych przez kierownika od wypalaczy za butelkę wina owocowego Czar Pegeeru. Niby wszyscy mieli dość, ale mimo to jeszcze przez tydzień jeździli grupowo wywrotką pod Połoninę Wetlińską i targali do Smolnika tysiące prawdziwków.

     Tę historię Witold Augustyn opowiedział swego czasu pacjentom szpitala wojskowego w Przemyślu, w który sam tez wychodził z choroby. Nie chcieli wierzyć w takie, jak mówili, fantasmagorie.

Lecz znalazł się jeden, który potwierdził, że sam w owym czasie przebywał na grzybobraniu w Bieszczadach. Mieszaną lwowsko-przemyską gwarą opowiadał:

  - Pojechali my zakładowa wycieczką z Przemyśla w Bieszczady. Po czterech godzinach tłuki stanęli my na odpoczynek na łące przy Potoku Nasiczańskim. Do dobrego zwyczaju należało, że wycieczka zakładowa obowiązkowo musiała być pijana.

    Rozhajcowano ogniska, kiełbasy nadziano na patyki. Półlitrówki ćmagi zaczeli pękać jedna za drugą, a echo góralskich i lwowskich piosenek odbijało się od połonin. Chyba za dużo ja naraz pojadł, bo po chwili mnie przyparło i ja poszedł w krzaki. Porozglądał się, czy mnie kto nie widzi, spuścił portki i kucnął. Już się napiął, miał popuszczać, a tu przede mną trzy prawdziwki jak malowane. Tak ja na kolana i chap, chap.

Całkiem ja się zapomniał, że świecę dupiszczem niczym księżyc w pełni, ale co tam się przejmować, jak tyle wokół borowików. Kiedy miał już z kilkanaście, tak ja wstał, zapiął portki, a ze świętalnej koszuli zrobił worek i tam ponapychał grzyby. Jak ja to przytachał na biwak, to się wielki tumult zrobił. Ferajna kiełbasę i wódkę zostawiała i gnała w pobliski lasek. Dopiero w drodze powrotnej dała sobie zmianę i z tymi siatami prawdziwków ledwo wytoczyła się z autobusu.

    I wiesz pan co? To ja to gówno, które tam w bieszczadzkich krzakach miał zostawić, przez te grzyby z powrotem do Przemyśla przywiózł”.

 

 

piątek, 10 lutego 2023

Bez owijania w bawełnę

 Reporter powinien być obiektywny i opisywać rzeczy takimi, jakie one są, bez owijania w bawełnę. Ja poniekąd czuję się reporterem. Oto rozmowa księdza z Maćkiem:


26 stycznia 2016 roku zamieściłem wpis „Świecące bombki”.

Przypominam urywek:

 - „Przyjechaliśmy z Henrykiem do Sanoka Neobusem o północy 30 grudnia 2015. Stąd ruszyliśmy w zamarzające właśnie, grudniowe Bieszczady znajomą taksówką....

Jechaliśmy sprawnie, droga była czarna.

Jechaliśmy sprawnie, jednak podróż gdzieś od Komańczy zrobiła się całkiem nietypowa.

    Teraz postaram się odpowiednio dobrać słowa: - w drodze dwukrotnie groził nam..... wypadek. Atoli sprawa wyglądała w oczach pasażerów całkiem zabawnie i wywołała u nich szczerą wesołość.

    Gorzej było z kierowcą. Jemu do śmiechu nie było ....

Wszystko skończyło się jednak dobrze, dzięki pomysłowi Henryka, żeby taksówkarz nie dojeżdżał do Kiry, gdzie mieliśmy wysiąść. Wysiedliśmy wcześniej – na skrzyżowaniu.

Rano ślady pokazały, że wykonaliśmy bardzo słuszny ruch......”

 

Dziś wyjaśniam, że nie był to opis obiektywny. W rzeczywistości sprawa wyglądała tak:

Było bezśnieżnie, brał mróz, termometr na dworcu autobusowym w Sanoku pokazywał minus dziesięć (stopni Celsjusza wyjaśniam z powodu, że blog jest międzynarodowy).

Od ruszenia z Sanoka taksówkarz był jakoś dziwnie milczący. Zawsze był rozmowny, a tu taki milczek? Ale co tam! My z Henrykiem w humorach – mkniemy sobie przez  sławne nocne Bieszczady. Akurat mijaliśmy Komańczę, kiedy taksówkarz zakomunikował zwięźle:

- Panowie, muszę się zatrzymać, bo zaraz się chyba zesram!

 

Następuje mała konsternacja - patrzymy na kierującego, a ten blady jak ściana i na czole ma krople potu – widać, że zagadnienie wygląda nietęgo. Podpowiadam proste rozwiązanie (wszystko co dobre jest proste).

- Zatrzymuj pan i wal do rowu!

- Kierowca: - Nie, nie, chyba mi trochę przechodzi, musiało mi coś zaszkodzić.

- A to już jak pan uważa.

Wymieniamy z Henrykiem porozumiewawcze spojrzenia i żartujemy.

Kierowcy azaliż do żartów nie jest. Dalej milczy. Zbliżamy się do Nowego Łupkowa, kiedy Henryk mnie trąca i wskazuje spojrzeniem na kierowcę. Patrzę – on znowu ma krople potu na czole, a zęby zaciśnięte. Wystękuje z wysiłkiem:

- Panowie! Znowu mnie kręci! Teraz to już nie strzymam!

- Powtarzam radę: - Panie, zatrzymuj pan i ładuj pan do rowu!

Brak odpowiedzi, jedziemy dalej w napięciu srogim. Mijamy skręt do Smolnika i pocieszamy kierowcę, że jeszcze tylko 4 –5 km i wysiadamy.

- Będzie dobrze – mówi Henryk – jeszcze uda się panu dowieźć towar w całości do domu.

Jest Wola Michowa! Płacę, wysiadamy rączo.

Uff! Udało się dojechać bez dodatkowych atrakcji.

 

Idziemy naprzód szosą. Mamy do przejścia jakieś sześćset metrów, po drodze odwracamy się kilka razy – taksówka stoi.

Pewnie facet załatwia sprawę – oceniamy.

Gdy skręcamy na drogę do Henrykowej chałupy – taksówka jeszcze stoi.

 

Wpis „Świecące bombki” miał być kontynuacją cyklu: - „Taksówką w Bieszczady”, atoli znajomi mówili: - nie pisz tego. Ogólnie przykładam małą wagę do opinii innych, tym razem jednak posłuchałem i przesunąłem post do archiwum, po czym 27 stycz. 2016 wykonałem post „Gajowy Marucha”.

O tym, że w nocy chwycił ostry, 20 stopniowy mróz, a z powodu, że nie było śniegu, wymyśliłem jazdę do Zubeńska na rowerze. Kiedy ruszyłem sprzed domu Henryka w szalony zjazd, gdyż od chałupy jest do szosy mocno z górki, mroźny powiew natychmiast przypomniał mi, że jadę w cienkich spodniach i nie założyłem kalesonów.

Reszta w tekście „Gajowy Marucha”, opis jest zgodny z rzeczywistością aż do zdjęcia na którym rower leży, a ja wspominam o „Pomniku utrwalaczy władzy ludowej”. Po tym zdjęciu jest wątek o Zubeńsku. 


Kontynuacja pominiętego tekstu:

"Jak widać na załączonym obrazku, w tym miejscu w nocy nastąpiła detonacja – (zdjęcia z folderu „tajne przez poufne”, tak mam taki folder). Pacjent nie tylko nie dowiózł ładunku do domu, ale nawet nie udało mu się odbiec od samochodu. Ciekawe czy zdążył zdjąć spodnie?





Kiedy opowiadałem następnego dnia o zdarzeniu Andrzejowi Abramowi, który mieszka w Woli, ten odrzekł: - Ja widziałem dzisiaj tą wielką kupę na środku jezdni, pare kilo tego było, myślałem, że to żuber narobił, ale przecież żuber nie podciera się papierem po sraniu. Ciekaw byłem kto tyle nawalił. Ileż to ludzie potrafią zeżreć bez opamiętania, a potem taki efekt".

Żeby zakończyć milszym akcentem - poranny mróz na szybach chałupy, Zubeńsko – miejsce na mapie z którego ostał się ino krzyż przy cerkwisku i autor obok „drzewa wędrowca”.






poniedziałek, 28 marca 2022

Stepan Stebelski - Chrin

 


Stepan Stebelski – Chrin. Legenda Bieszczadów. Książki: - „W szczęku żelaza”, „Zima w bunkrze” Спогади-хроніка 1947/1948)

Dowódca sotni zwanej "Łemkowską", Udarnyky 5, "95 a", w kureniu Rena.

W bunkrze od października 1947 do połowy kwietnia 1948.

Tylko raz dziennie wychodził na powietrze na pół godziny. Spanie bez poduszek, kołder, słomy, żeby się wszy nie wdały.

 

Gdy stracili swą bazę na Chryszczatej, bywało, że walczyli nie jedząc po kilka dni, rekord pobił jeden ze striłców – nie jadł 9 dni.

(….)    Wistun Siryj siedzi nad alfabetem i uczy się czytać, jego dziewczyna skończyła przecież 8 klas. ST. Wist.Rybałka martwi się: - z jego wsi ponad 20 chłopców poszło w szeregi UPA, teraz policzył, że został tylko ST.wist. Szwarnyj i on. Zadawał sobie pytanie z kim pójdzie szukać ziomków, gdy Ukraina będzie wolna.

Ø      W tym marszu na spotkanie wolności, w ciągłych zaciętych walkach, z łemkowskiej sotni, która liczyła 250 osób, zostało tylko kilkunastu.

Ø    Zapytał: - druhu dowódco, jak długo będziemy jeszcze  w podziemiu?

 

 Tak długo, jak długo na Ukrainie będzie okupant, jak długo w kołchozach będzie słychać płacz głodnych dzieci, jak długo będziemy katowani w więzieniach i jak długo będziemy umierać na Syberii!

Ø    Dopóki w naszych lasach i wioskach będzie słychać nieprzyjacielskie karabiny, dopóki są obławy, panuje terror i gwałt, dopóty będziemy walczyć!













czwartek, 18 listopada 2021

Rowerem po starej drodze łemkowskiej

Wola Michowa, czerwiec. 

Padało dwa dni, świat ocieka wilgocią, a tu piątek, zapasy jedzeniowe się skończyły (nie ma prądu, nie ma lodówki). Chwilowo nie pada, pojadę po cotygodniowe zakupy. Piję herbatę, oglądam zdjęcia z ostatniego rowerowania. Trasa do przełęczy ponad Cisną, potem przez Żubracze i w górę przez Solinkę. Szosa puściutka, od przełęczy zjazd super ekstra, na dole skręcam do mostu. Dalej pod górę trzysta metrów idę piechotą, dla mnie za stromo na rowerze. Dojeżdżam do podnóża Hyrlatej. Bardzo przepiękna wycieczka, parzydło kwitnie obficie. Nikogusieńko.








 

I jazda powrotna Solinka – Żubracze. No to już istne szaleństwo zjazdowe! Od przełęczy natomiast spokojny i dłuuugi zjazd aż do samej Woli.

Ale teraz po zakupy, nawet słońce wyjrzało.  Smaruję łańcuch, wsiadam, staję na pedałach, żeby sobie dupki na muldach nie odbić i wio ścieżką w dół! Od samiuśkiej chałupy jest tu z górki. I już znajomy szum wiatru w uszach, jedynie niecała minuta zjazdu do szosy, a spodnie mam mokre do połowy uda. Nic dziwnego, łąka urosła po pas i stoi cała w kroplach. Co mi tam, za godzinę wyschnę. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Na szosie jak zwykle zupełne pustki, jadę pogwizdując – tak mnie cieszy jazda rowerem. Rozważam dwie możliwości: - mogę zajechać do sklepu w Nowym Łupkowie, albo do Smolnika. Jeszcze nie zdecydowałem i to jest piękne. Podobno życie jest tajemnicą?

Wydaje się, że w Polsce mamy obecnie jakby zadupie mentalne, albo pat. To taka faza w cyklu psychicznym narodu, kiedy rządzący – tu bez urazy - narzucili gawiedzi (swoim wyborcom) odwrócenie pojęć. Na przykład kraść znaczy teraz „nam się należy”, a kłamać to „informować”. Przyglądałem się nieraz takiemu jednemu, który często przemawia z telewizora, nie słuchałem, ponieważ on w zasadzie nic sensownego nie mówi, tylko przyglądałem się, jak on macha łapami. Góra, dół, góra, dół i na boki. To specjaliści od mowy ciała tak instruują: - rozłożysz łapy, pomachasz i od razu naród ciebie pokocha. Spece od propagandy stosują wszystkie sztuczki, żeby głupich ludzi skołować.

Decyduję skręcić jednak do bliższego sklepu, ponieważ na niebie coraz mniej błękitu. Przycisnę pedały i pojadę skrótem – starą drogą łemkowską nad samą Osławą. Przycisnąłem, było z góry, wpadłem w koleinę pełną błota i efekt widoczny na zdjęciu. Trzeba było nie tylko rower uprać, bowiem azaliż nie ma on błotników i sławne bieszczadzkie błoto przywaliło mi od przodu, po siedzeniu, po czapce. Plecak zasłonił plecy i od niego zacząłem pranie na wymuszonym postoju.








 Na pierwszym zdjęciu widać pojazd leżący w rzece za cykorią podróżnikiem.

Sprawne zakupy poczynione i pruję z powrotem, tym razem po asfalcie. Ujechałem kawałek, a tu jak nie lunie! Nawet gdybym chciał, to nie ma się gdzie schować. Jadę w strugach deszczu i sobie myślę (bo mam czas, gdybym czasu nie miał, tobym tylko jechał): - jest plus dodatni w każdym zdarzeniu, więc także musi być i w tym. Oto ubranie i rower po praniu są teraz płukane deszczówką, a człowiek prany po raz pierwszy. Czyli cztery plusy dodatnie, gdyż do kompletu się nie kurzy na drodze.