Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radoszyce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Radoszyce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 marca 2022

Stepan Stebelski - Chrin

 


Stepan Stebelski – Chrin. Legenda Bieszczadów. Książki: - „W szczęku żelaza”, „Zima w bunkrze” Спогади-хроніка 1947/1948)

Dowódca sotni zwanej "Łemkowską", Udarnyky 5, "95 a", w kureniu Rena.

W bunkrze od października 1947 do połowy kwietnia 1948.

Tylko raz dziennie wychodził na powietrze na pół godziny. Spanie bez poduszek, kołder, słomy, żeby się wszy nie wdały.

 

Gdy stracili swą bazę na Chryszczatej, bywało, że walczyli nie jedząc po kilka dni, rekord pobił jeden ze striłców – nie jadł 9 dni.

(….)    Wistun Siryj siedzi nad alfabetem i uczy się czytać, jego dziewczyna skończyła przecież 8 klas. ST. Wist.Rybałka martwi się: - z jego wsi ponad 20 chłopców poszło w szeregi UPA, teraz policzył, że został tylko ST.wist. Szwarnyj i on. Zadawał sobie pytanie z kim pójdzie szukać ziomków, gdy Ukraina będzie wolna.

Ø      W tym marszu na spotkanie wolności, w ciągłych zaciętych walkach, z łemkowskiej sotni, która liczyła 250 osób, zostało tylko kilkunastu.

Ø    Zapytał: - druhu dowódco, jak długo będziemy jeszcze  w podziemiu?

 

 Tak długo, jak długo na Ukrainie będzie okupant, jak długo w kołchozach będzie słychać płacz głodnych dzieci, jak długo będziemy katowani w więzieniach i jak długo będziemy umierać na Syberii!

Ø    Dopóki w naszych lasach i wioskach będzie słychać nieprzyjacielskie karabiny, dopóki są obławy, panuje terror i gwałt, dopóty będziemy walczyć!













wtorek, 28 kwietnia 2020

Cerkwie


Uczucia są ważne, bo one nie kłamią. Dlatego dziś uczuciowy wpis o cerkwiach nie tylko bieszczadzkich.
Wpis o cerkwiach, a w podtekście także o miejscach po spalonych świątyniach - cerkwiskach, które pilnie odwiedzam. Drewniane świątynie prawosławne ....... uznawane przez wyznawców katolicyzmu za biedne czyli gorsze, bo oni modlili się w świątyniach murowanych.

Cerkwie drewniane paliły się nieporównanie lepiej od murowanych.
Dlatego ta akcja polskiej sanacji z 1938 roku - podpalanie cerkwi.

Całe lata forsowano prosty slogan: - Polak pan – Ukrainiec cham.
Potem doszło Powstanie 1945 – 1947 przeciwko Lachom. Nie wiem czy bardziej przeciwko Lachom, czy przeciw komunistom.
Łemków dopisano do Ukraińców, a że propaganda używała najbardziej prymitywnych chwytów, określenie Ukrainiec - bandyta przylgnęło także do wszelkiej nacji Rusinów. 

Od zarania dziejów władcy dzielili ludzi. Podziały wpisują się bowiem idealnie w dualizm świata, oraz znacznie ułatwiają rządzenie. Rozumieli to zarówno komuniści jak i faszyści. Dlatego ci ostatni tworzyli Goralenvolk. Także Łemkowie są dziś podzieleni: - mamy dwie Watry. Jedną prorosyjską, drugą proukraińską w Żdyni.
Kiedy obudził się we mnie zew krwi, co czasami dzieje się w starości i szykowałem podróż w Bieszczady – miejsce urodzenia, pierwsze zetknięcie z sacrum drewnianej cerkwi nastąpiło w Nowicy. 




W Bieszczady -  tak samo jak do Nowicy, wjeżdżałem z Janem Gabrielem, bretharianinem z Ciężkowic.
Ileż to razy piszę, że uczucia nie kłamią. Kiedy zobaczyłem bańki na kolorowym zwieńczeniu cerkwi w Komańczy, po prostu zacząłem krzyczeć do Jana: - Stań, stań!
Musiałem wysiąść i zrobić zdjęcia.

Oczywiście opisuję tu osobiste odczucia, czyli jak najbardziej subiektywne.

Więc jak się czułem?                                                                                              Jakbym wkroczył w chmurę przy tej cerkwi, gdzie kiedyś urzędował zdrowy, niepokręcony psychicznie człowiek, nazywany popem, który miał prawo mieć żonę i dzieci, więc nie był niszczony torturą celibatu. 
Jakbym wkroczył w chmurę ….. no niech będzie przychylną, pełną pozytywnej energii chmurę. Chociaż  początkowo chciałem napisać „Wkroczyłem w chmurę Miłości”.

Jeszcze garść porównań: - bez urazy, ale kościoły katolickie, a znam ich wiele od wewnątrz, są dla mnie zimne, martwe, pełne cierpienia, pychy, blichtru, fałszu, smutku, śmierci, przemocy, bałwochwalstwa, energii negatywnej.  
No i ten piorunochron na szczycie każdej wieży kościelnej ....... To jest najlepszy dowód na to, że jednak wszyscy miewamy w życiu wątpliwości.








Cerkwie – z których tylko bardzo nieliczne (Naprawdę to ciągnie mnie tylko do jedynej Świątyni Prawdziwej – Świątyni Natury) poznałem od środka: Łopieńka, Nowica, Radoszyce, Smolnik nad Osławą  -  w sumie odbiór jak w muzeum. Najbardziej ujmująca pozytywną energią wydała mi się Nowica - tu z pewnością zadziałało prawo nowości, no i Łopieńka. Uboga świątynia, obrabowana niby ze wszystkiego, pusta, ale właśnie dlatego pełna prawdziwego Bogactwa. 
Darzę ją sentymentem, bo dane mi było spać tylko w jednej cerkwi - właśnie w Łopieńce. Nieliczne cerkwie poznałem od wewnątrz, bo bardziej interesuje mnie zewnętrze, bryła, a nie to co w środku.

Kontrastem ogromnym dla wiejskiej, surowej Łopieńki jest bardzo piękna miejska białostocka cerkiew pod wezwaniem Ducha Świętego, w której obserwowałem żywą, niezwykłą dla mnie, prawosławną uroczystość ślubu mego przyjaciela Rafała.

P.S - Piszę ten post, więc robię to, co lubię i po raz kolejny doceniam dar wolności: - wolny człowiek mówi i pisze co chce i o czym chce. 

czwartek, 17 października 2013

Źródło Danusi - Radoszyce

Cudowne źródełko Danusi za Radoszycami.
Przechodzę przez Radoszyce. Oto jedna z nielicznych ocalałych chyży.

                Było to sto lat temu. Pop z cerkwi w Radoszycach miał córkę Danusię. Kiedyś, w lecie, Danusia już jako dorosła panna wykąpała się w Sanie i po tej kąpieli dostała na ciele wyprysków, wrzodów i innych okropieństw. Z tego powodu doszła do wniosku, że powinna targnąć się na swoje życie, bo żaden kawaler nie będzie jej chciał. Powzięła myśl i udała się do lasu, aby tę myśl przeistoczyć w czyn. Nie jest to jednak takie proste.           
           Od myśli do czynu jest pewna odległość. Błąkała się Danusia po lesie czas jakiś, aż głodna i wynędzniała ( po tygodniu?) trafiła do źródełka, lekko słonego i zimnego. Tu się napiła i obmyła całe ciało. Ciało cudownym sposobem znowu zrobiło się piękne, wrzody i okropieństwa znikły. Pobiegła więc Danusia do domu rodzinnego, podzielić się swoją radością z rodzicami. A rodzice już ją opłakali, myśleli, że jest już po niej. Dlatego ich radość nie miała granic!
    Ojciec był popem, zarządził więc procesję dziękczynną do cudownego miejsca, gdzie Danusia wyzdrowiała. A w jakiś czas potem wystawiono tu kapliczkę. Potem, przez lata całe, jako i teraz, przychodzili ludziska nawet z bardzo daleka, tłumy całe, z Węgier i Słowacji, kult źródełka rozwinął się bowiem szczególnie na zachodzie Karpat, i raczyli się cudowną wodą. Co ciekawe, te pielgrzymki odbywały się także za najcięższej komuny, władza nie wiedziała co z tym fantem zrobić.
     A woda jest faktycznie leciutko słonawa, zimna i bardzo smaczna. Tylko nie w tym ujęciu obmurowanym i z krzyżykiem, broń Boże!.

 Tu woda jest stojąca i z pewnością zanieczyszczona. Ta uzdrawiająca woda sika z takiej wąskiej rurki obok, prosto do potoku również obmurowanego, trzeba zejść po schodkach. Wiem to od miejscowych. Robotnicy przy budowaniu szosy coś popieprzyli i teraz jest tak, jak jest. Szkoda tylko, że nie ma żadnych napisów, co i jak. Trzeba Zbyszka wysłuchać.
    A przy źródełku jest bombowa energia! Jest tu miejsce Mocy, które nieźle zabujało Janem Gabrielem, gdy był tu przyjechał i pił tę wodę.
    Mnie tu nie bujało, ale wyżej, przy kapliczce, gdzie byłem kilka razy, zacząłem odczuwać zewnętrzne energie i to bardzo wyraźnie i mocno.

Przy źródełku posiedziałem, potrzymałem nieco zdrożone nogi w wodzie, 

potem opiłem się tej wody cudownej i poszedłem Przełęczą Radoszycką do przejścia granicznego na Medzilaborce.

Droga szlakiem transgranicznym obok przejścia na  Medzilaborce.
 
Wszedłem w las. Las stary i gęsty. Przez to ciemny, wręcz ponury. Sporo przewróconych drzew tarasujących drogę. W sumie mało przyjemna i nieciekawa trasa. 


 Ropa naftowa na szlaku. W kałużach pokazują się bańki gazu i czuć gazem – tereny roponośne.


Z ciekawostek: na trasie jest mały domek mający służyć turystom za schronienie w nocy, lub w czasie burzy.
   
W Polsce nie dorośliśmy jeszcze do takich rozwiązań? Poza tym, wydaje mi się, że jesteśmy wyjątkowymi niszczycielami.
   Tu na granicy do Medzilaborce tak wyraźnie widać dwa światy - dwie mentalności - dwie gospodarki różne. Po stronie Słowacji równe słupki przydrożne, lepszy asfalt, nawet zwykłe drogowskazy wypieszczone, a u nas: pościnane słupki na serpentynie, krzywe znaki, pełno śmieci na poboczu…


Jacek kaczmarski-modlitwa  

Jeśli nas Matka Boska nie obroni
To co się stanie z tym narodem
Codziennie modły więc zanoszę do Niej
By ocaliła nas przed głodem.

Przed głodem ust, którym zabrakło chleba,
Przed głodem serc, w których nie mieszka miłość,
Przed głodem zemsty, której nam nie trzeba,
Przed głodem władzy, co jest tylko siłą.

Jeśli nas Matka Boska nie obroni
To co się stanie z Polakami
Codziennie modły więc zanoszę do Niej
By ocaliła nas - przed nami.

Nami, co toną, tonąc innych topią,
Co marzą - innym odmawiając marzeń,
Co z głową w pętli - jeszcze nogą kopią
By ślad zostawić na kopniętej twarzy. 

      


 
Nieciekawa, ciemna trasa, pomimo słonecznego dnia. Błoto jak się patrzy! W tym błocie pełno odciśniętych tropów, jakie tylko chcesz! Wreszcie doszedłem do góry ponad tunelem. 


Stąd zszedłem na tory, i miałem już tylko kilometr do Szwejkowa. Zrobił się wieczór, kończyła się wycieczka do Radoszyc, trwała w sumie 14 godzin.

Na liczniku odległości z tego dnia pokazało się 30 kilometrów.
     Co ciekawe: - To była pierwsza całodzienna tak długa wycieczka, a nie czułem zmęczenia, ani głodu.
            - Rano piłem żentycę, potem wodę Danusi i nie byłem głodny do wieczora!
Być może więc, woda ze źródełka Danusi jest cudowna, lub jest cudowna ta żentyca z muchami. Warto byłoby to sprawdzić w przyszłym roku….

 



Opowiadanie o miłości niespełnionej



 Dziewczyna była z Radoszyc, z zaprzyjaźnionej rodziny. Dzieci bawiły się często razem. W zimie, gdy się spotykali, śmiejąc się, jeździli na sankach i obrzucali się śniegiem. W lecie chodzili pod las na jagody i poziomki, brodzili po zimnych strumieniach. Gdy wybuchła  II wojna nie było już tak bezpiecznie. Jeszcze jakoś było do 1945 roku. Kiedy Iwan przyjeżdżał do Radoszyc, lubili chodzić za wieś, do cudownego Danusinego źródełka. Dziewczyna była młodsza od Iwana, skończyła właśnie 17 lat.
    Przy tym źródełku, któregoś razu poczuli oboje, że nadeszła dojrzała miłość. Wyznali sobie swoje uczucia, popłakali się ze szczęścia i musieli się rozstać, wydawało się, że na chwilę. Obiecali sobie, że wezmą ślub, gdy nastanie pokój, gdy umilkną strzały.
    Iwan wrócił do sotni. W okolicy pojawiły się kilkuosobowe grupy – oddziały NKWD, które mordowały i rabowały zarówno Polaków, jak i Łemków, skwapliwie podszywając się pod UPA. Takie było ich zadanie. ( Iwan usłyszał o misji tych oddziałów, gdy zeznawali ci, których udało się schwytać.
To jest nie tylko ocena Iwana, ale także historyków, napiszę o tym jeszcze)
     Sotnia Łemkowska Chrynia należała organizacyjnie do UPA, bo gdzie miała należeć? Do Wojska Polskiego?
Przedwojenna Polska miała dwóch wrogów: Niemców i Rosjan, a Łemkowie mieli za wrogów Polaków i Rosjan. Przypominam, że Chryń został inwalidą – miał niewładną prawą rękę. Osobiście zniszczył rosyjski czołg, i w tej walce dostał postrzał w ramię.
       Sotnia wykonywała w tym czasie także zadania żandarmerii, pilnując porządku i wyłapując rabusiów i bandytów. Młodzi spotkali się jeszcze tylko jeden raz, to było spotkanie krótkie, jak mgnienie, gdy dziewczyna przyszła na Chryszczatą do bunkrów, a Iwan dostał rozkaz wymarszu ze swym oddziałem.
              Ona musiała zaraz wracać do Radoszyc.
Nastał bardzo niespokojny czas. Na koniec na Łemków spadło ostatnie nieszczęście – „Akcja Wisła”.                                                                                                                                                                                                                      
         Już się więcej nie zobaczyli. Jego losy rzuciły do Niemiec, a potem do Kanady, gdzie założył rodzinę i doczekał się czworga dzieci i tuzina wnuków.
     O wybrance swojego serca Iwan dowiedział się, że na Pomorzu wyszła za mąż, po kilku latach została wdową, jej mąż zginął w wypadku. Sama wychowała kilkoro dzieci. Umarła tuż przed rokiem 2000 i uprosiła dzieci, aby ją pochowały w Radoszycach.
    Iwan poprosił mnie, abym odszukał mogiłę, podał mi nazwisko, którego mam szukać.
    Znalazłem ten grób. Zrobiłem zdjęcie i posłałem Iwanowi. Iwan podziękował i zamilkł po tym.
        

Radoszyce



Droga do Radoszyc.



W Radoszycach na górce za mostkiem, stoi stara cerkiew drewniana sprzed dwustu lat.   


Uchowała się przed pożogą. Przed nią stoi jeszcze starsza murowana dzwonnica.     
       
 Na dzwonnicy krzyże skrzywione od wiatru.

Obok dąb - pomnik przyrody i stare lipy. 

W takich miejscach odzywa się silnie Historia - czas wojny. Czas exodusu Łemków. Czas wypędzenia z ziemi ojców. Akcja Wisła, czyli deportacja.
        W 1944 roku stały tu 172 domy i było ponad tysiąc mieszkańców. W okresie międzywojennym wieś słynęła z przepięknie zdobionych domów. Kolorowymi glinkami pokrywano obramienia okien i drzwi, po czym malowano na tym tle jasne wzory roślinne i geometryczne. Takie zdobienie domów było charakterystyczne dla wsi nad górną Osławą i Osławicą, ale domy w Radoszycach malowane były najładniej.
        W czasie działań wojennych 1944 r. część wsi spłonęła. Pogorzelcy wyjechali na Ukrainę radziecką „dobrowolnie”, ale większość mieszkańców wysiedlono siłą 6 kwietnia 1946 r., pozostawiając tylko nieliczne rodziny kolejarzy. W zamian przybyli tu polscy osadnicy z Podhala i Sądeckiego. Po 1956 r. powróciła część dawnych mieszkańców, dziś wieś ma ludność mieszaną, polsko ukraińską. .
       Część spośród deportowanych, jest pochowanych na ziemi ojczystej, bo tak widocznie sobie zażyczyli w testamentach. Wyrzuceni na Pomorze, tęsknili za swoim rodzinnym miejscem na ziemi. Ich bliscy spełnili te życzenia pochówku w Radoszycach i Komańczy.
        Przyszedłem do Radoszyc z dwóch powodów:-  pierwszy to wycieczkowy, natomiast drugi….
        Po moich wpisach o Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem przez Internet Łemka, który do 1945 roku mieszkał w Smolniku, potem dowodził rojem w sotni Chrynia.
       Mam szczęście do ludzi, że otwierają się przede mną?
Nie, to nie jest sprawa szczęścia, czyli przypadku, trzeba najpierw samemu otworzyć się przed człowiekiem i dostajemy wtedy takie samo otwarcie. Pokazać pokorę i przychylność w słuchaniu, nigdy nie oceniać. Znamy tylko własną drogę i ona jest często niezrozumiała dla nas samych. A to, co wydaje się naszą wiedzą, jest malutkie, ułomne, cząstkowe.
     Ten Łemek jest teraz bardzo stary, mieszka w Kanadzie. Miał przyjechać do Żdyni na Łemkowską Watrę, ale zdrowie mu nie pozwoliło. W 1945 roku miał 20 lat.

Kubek żentycy




Pobudka wraz z brzaskiem. Robię kilka zdjęć porannych i wyruszam bez śniadania o szóstej przez górę jagodową, do Radoszyc.
Zamierzałem kupić coś do jedzenia w sklepie w Radoszycach. Pogoda idealna – przenajpiękniejsza, jakby Stachura powiedział.
Po drodze jest bacówka przy szosie, wypijam słuszny kubek żentycy - serwatki z mleka owczego. Smakuje jak kefir. Pyszności!!!

Na zdjęciu Hinduska, która zawitała w Bieszczady, towarzyszy mi przy piciu żentycy. Bardzo jej smakowało, tak bardzo, że wypiła dwa kubki. 
Naraz facet, który nam nalewał, sięgnął do kubełka, z którego pochodził napitek, rozczapierzył nieco palce i delikatnie zebrał z powierzchni żentycy garść utopionych wielkich much. Po czym te muchy odrzucił na bok w trawę. Potem się przyjrzał, czy wszystkie i jeszcze zrobił poprawkę w tym łowieniu. Zrobiło mi się przez moment dziwnie w środku, jakby trochę niedobrze?
      Robię zdjęcie kubełka, widać w nim jeszcze dwie muchy, które właśnie wypływają na wierzch po tych ręcznych łowach ręką…. …Nie jestem obrzydliwy, ale te muchy były takie wielkie i było ich tak dużo!
      Mam chwilę wątpliwości żołądkowej, robię więc zdjęcie desek na dachu bacówki.
Stoję i przypomina mi się stary dowcip: - „ Siedzą dwie muchy na gównie, jedna puściła bąka, a druga na to: - świnia! Przy jedzeniu?”
     Ale już żentyca we mnie siedziała, było po fakcie. Zapłaciłem 2 zł i dalej w drogę. Wytłumaczyłem sobie, że napitek był bardzo smaczny, dlatego poznały się na nim również muchy. Tylko głód się już ulotnił i tego sklepu w Radoszycach jakoś niespecjalnie szukałem, jeść mi się odechciało, albo żentyca była taka konkretna.