Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komańcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komańcza. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2025

Internet zamula

 Wróciłem ci ja z bieszczadzkiej włóczęgi, rozłożyłem namiot i śpiwór do przeschnięcia przed zimą i zajrzałem do netu, aby przejrzeć pocztę i nieco pobuszować.

Poczta przejrzana, nawet szybko poszło. A w sieci no – kupa bzdetów głównie. Śmietnik ogólny. Już o tym pisałem, żeby nie czytać głupot, bo to zamula.

 Wyłączyłem więc komputer, namiot schnie, a ja zasiadam z książką Krzysztofa Vargi.

     I powiadam wam – nie ma przypadków. Varga pisał to kilka lat temu, wtedy były głównie gazety, ale temat śmieci – bzdur – strachów, ten sam. Zamiast się wysilać, żeby napisać coś mądrego i dać odpór, zamieszczę dziś tekst Vargi:

  „Pan Wiesław rozłożył gazetę na kuchennym stole i spojrzał na pierwszą pstrokatą stronę. Z niej patrzyła na niego wielka trupia czaszka, z której szczęk wypływał napis: Bójcie się! Nawet co trzeci Polak może umrzeć tej wiosny!

  Na drugiej stronie było duże zdjęcie kota z wytrzeszczonymi oczami – Oto morderca! – głosił tekst – To przez koty możemy wyginąć jak dinozaury!

   Następne strony poświęcone były już innej tematyce, żeby nie siać paniki w społeczeństwie. Już mniejsze tytuły informowały: - Szok! Powiesił się we własnym grobie!

     Albo: - Zgwałciło mnie zbiorowo stado moich własnych krów!

    Oraz: - To niesamowite – gwiazda estrady miała ponad milion kochanków w ciągu jednego tylko miesiąca!

   Ja jebie – powiedział pan Wiesław, choć raczej nie przeklinał. Milion facetów w miesiąc! Co za dziwka!

     I rozmarzył się”.

PS. Do powyższego ekstra tekstu dodaję kilka niezapomnianych bieszczadzkich fotek.














czwartek, 24 października 2024

Archeologia wojenna w Bieszczadach

Oczekując na Neobus do Warszawy, poznałem na dworcu w Sanoku młodą archeolożkę, która wracała z praktyki. Wracała zadowolona z tego co robi, a to niezwykle chwalebna sprawa. Plecak miała wielki, przy nim gadżety wędrowca, buty zabłocone. Robiła ekshumacje na Chryszczatej, gdzie, jak opowiadała, ekipa natykała się w okopach na worki plastikowe z kośćmi. Znaczy poszukiwacze militariów byli pierwsi. Także kopała na Manyłowej, a wracała właśnie z Zubeńska.


Najważniejsze, że dziewczyna znalazła swoje powołanie i potrafiła o tym opowiadać z pasją – przemawia do mnie Przeszłość – mówiła. Ja z kolei opowiadałem o „wykopkach” w Zubeńsku ekip goszczących u Krystyny Rados, o fikcyjnych ekshumacjach z cmentarza na Przylądku Nieboszczyków w Polańczyku, ogólnie o poszukiwaniach z wykrywaczem.

    Pokazywałem także swoje ostatnie zdjęcia z Huczwic, atoli akurat druga wojna i skrytka amunicyjna UPA nie była z bajki mojej rozmówczyni. W Niebylcu nasze drogi się rozeszły, pani jechała bowiem do Krakowa. 






Po powrocie do domu z wielką przyjemnością zobaczyłem moją rozmówczynię w Zubeńsku, w artykule z internetu:



"Dniem otwartym na wykopaliskach w Zubeńsku zakończyła się piąta edycja badań archeologicznych, prowadzonych przez UJ w ramach projektu „Karpackie epizody Wielkiej Wojny”. Jego celem jest weryfikacja istnienia mogił i cmentarzy z okresu Wielkiej Wojny w gminie Komańcza. Tegoroczne prace rozpoczęły się 7 sierpnia br. i trwały przez 3 tygodnie.

Archeologia z ludzką twarzą

 Wykopaliska mają zarówno ludzki wymiar, jak i naukowy.

– Odkrywanie i ochrona mogił, cerkwisk, cmentarzy czy innych obiektów to nie tylko kwestia historyczna, ale przede wszystkim ludzka. Każda odnaleziona mogiła, każdy uratowany nagrobek czy znaleziony przedmiot, taki jak guzik, klamra, czy osobista pamiątka, niesie ze sobą ludzką historię – imię, nazwisko, życie przerwane wojną, a także emocje i tęsknotę, które przetrwały w pamięci rodzin, często w odległych zakątkach świata – mówi Grzegorz Gąska ze Stowarzyszenia „Opiekunowie Bieszczadzkiej Historii”, które bierze udział w tym przedsięwzięciu.

– Archeologia wojenna, jest bardzo młodym gatunkiem archeologii – podkreśla dr Marcina Czarnowicz z Instytutu Archeologii UJ. – Wciąż się jej uczymy, gdyż ona powstaje na naszych oczach.

Od Szczerbanówki do Zubeńska

Prace wykopaliskowe rozpoczęto od cmentarza parafialnego w Szczerbanówce koło Maniowa. 

– Weryfikowaliśmy, czy powstała tu mogiła wojenna  dla 12-14 żołnierzy, którzy zginęli na początku kwietnia 1915 r. w walkach  wokoło Szczerbanówki – relacjonuje dr Czarnowicz. – To nam się udało, natomiast okazało się, że poległych ekshumowano, prawdopodobnie w XX-leciu międzywojennym, na cmentarz w Cisnej. W miejscu pochówku wciąż się znajdują kości poległych. Są też liczne, drobne przedmioty takie jak np. fragmenty guzików mundurowych. Udało nam się znaleźć jeden nieśmiertelnik, żołnierza węgierskiego pochodzącego z terenu Siedmiogrodu.

Badaczom udało się ustalić, że żołnierz urodził się w roku 1876, ale wciąż trwają poszukiwania jego nazwiska i imienia. Gdy naukowcy będą mieli tę wiedzę, skontaktują się z rodziną.

– Dla potomków, którzy odwiedzają te miejsca, prace porządkowe i konserwacyjne mają ogromne znaczenie. To dzięki nim mogą stanąć nad grobem swojego przodka, odnaleźć jego ślad i poczuć więź z przeszłością. cmentarze i cerkwiska to nie tylko historyczne artefakty, ale miejsca pełne emocji i wspomnień, które łączą dawne pokolenia z teraźniejszymi – uważa Grzegorz Gąska.

Po zakończeniu prac w Szczerbanówce, archeolodzy przenieśli się do Zubeńska.

– Rozpoznaliśmy cmentarz w Zubeńsku po raz pierwszy w 2020 r., ale dzięki pracy Grzegorza Gąski udało się pozyskać nowe plany  cmentarza. Wynikało z nich, że prawdopodobnie założono tu jeszcze jedną mogiłę – dodaje Marcin Czarnowicz.  

Badacze stwierdzili, że jest tam powyżej 300, a może nawet do 400 pochówków, czyli dużo więcej niż sądzono.

Prace w Zubeńsku to początek odbudowy cmentarza. Realizowane jest to dzięki współpracy z gminą Komańcza i środkom finansowym pozyskanym z Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie.

– Prace archeologiczne nie tylko przyczyniają się do wzbogacenia wiedzy o lokalnej historii, ale także mają potencjał do zwiększenia atrakcyjności turystycznej gminy Komańcza – uważa Paweł Rysz, z-ca wójta gminy Komańcza.  

– Odnajdywanie takich miejsc to również wyraz głębokiego szacunku i empatii. To przywracanie godności tym, którzy zostali zapomniani, i umożliwienie rodzinom znalezienia odpowiedzi na pytania, które mogły pozostać bez odpowiedzi przez całe pokolenia – dodaje Grzegorz Gąska.  – Prace te pomagają również potomkom dawnych mieszkańców odnaleźć swoje korzenie, poczuć związek z miejscem, z którego pochodzą ich przodkowie, i zrozumieć, jak głęboko wpleciona jest ich własna historia w historię regionu. To przypomnienie, że każdy pomnik, każda mogiła to nie tylko część historii, ale przede wszystkim część ludzkiego losu.






piątek, 10 lutego 2023

Bez owijania w bawełnę

 Reporter powinien być obiektywny i opisywać rzeczy takimi, jakie one są, bez owijania w bawełnę. Ja poniekąd czuję się reporterem. Oto rozmowa księdza z Maćkiem:


26 stycznia 2016 roku zamieściłem wpis „Świecące bombki”.

Przypominam urywek:

 - „Przyjechaliśmy z Henrykiem do Sanoka Neobusem o północy 30 grudnia 2015. Stąd ruszyliśmy w zamarzające właśnie, grudniowe Bieszczady znajomą taksówką....

Jechaliśmy sprawnie, droga była czarna.

Jechaliśmy sprawnie, jednak podróż gdzieś od Komańczy zrobiła się całkiem nietypowa.

    Teraz postaram się odpowiednio dobrać słowa: - w drodze dwukrotnie groził nam..... wypadek. Atoli sprawa wyglądała w oczach pasażerów całkiem zabawnie i wywołała u nich szczerą wesołość.

    Gorzej było z kierowcą. Jemu do śmiechu nie było ....

Wszystko skończyło się jednak dobrze, dzięki pomysłowi Henryka, żeby taksówkarz nie dojeżdżał do Kiry, gdzie mieliśmy wysiąść. Wysiedliśmy wcześniej – na skrzyżowaniu.

Rano ślady pokazały, że wykonaliśmy bardzo słuszny ruch......”

 

Dziś wyjaśniam, że nie był to opis obiektywny. W rzeczywistości sprawa wyglądała tak:

Było bezśnieżnie, brał mróz, termometr na dworcu autobusowym w Sanoku pokazywał minus dziesięć (stopni Celsjusza wyjaśniam z powodu, że blog jest międzynarodowy).

Od ruszenia z Sanoka taksówkarz był jakoś dziwnie milczący. Zawsze był rozmowny, a tu taki milczek? Ale co tam! My z Henrykiem w humorach – mkniemy sobie przez  sławne nocne Bieszczady. Akurat mijaliśmy Komańczę, kiedy taksówkarz zakomunikował zwięźle:

- Panowie, muszę się zatrzymać, bo zaraz się chyba zesram!

 

Następuje mała konsternacja - patrzymy na kierującego, a ten blady jak ściana i na czole ma krople potu – widać, że zagadnienie wygląda nietęgo. Podpowiadam proste rozwiązanie (wszystko co dobre jest proste).

- Zatrzymuj pan i wal do rowu!

- Kierowca: - Nie, nie, chyba mi trochę przechodzi, musiało mi coś zaszkodzić.

- A to już jak pan uważa.

Wymieniamy z Henrykiem porozumiewawcze spojrzenia i żartujemy.

Kierowcy azaliż do żartów nie jest. Dalej milczy. Zbliżamy się do Nowego Łupkowa, kiedy Henryk mnie trąca i wskazuje spojrzeniem na kierowcę. Patrzę – on znowu ma krople potu na czole, a zęby zaciśnięte. Wystękuje z wysiłkiem:

- Panowie! Znowu mnie kręci! Teraz to już nie strzymam!

- Powtarzam radę: - Panie, zatrzymuj pan i ładuj pan do rowu!

Brak odpowiedzi, jedziemy dalej w napięciu srogim. Mijamy skręt do Smolnika i pocieszamy kierowcę, że jeszcze tylko 4 –5 km i wysiadamy.

- Będzie dobrze – mówi Henryk – jeszcze uda się panu dowieźć towar w całości do domu.

Jest Wola Michowa! Płacę, wysiadamy rączo.

Uff! Udało się dojechać bez dodatkowych atrakcji.

 

Idziemy naprzód szosą. Mamy do przejścia jakieś sześćset metrów, po drodze odwracamy się kilka razy – taksówka stoi.

Pewnie facet załatwia sprawę – oceniamy.

Gdy skręcamy na drogę do Henrykowej chałupy – taksówka jeszcze stoi.

 

Wpis „Świecące bombki” miał być kontynuacją cyklu: - „Taksówką w Bieszczady”, atoli znajomi mówili: - nie pisz tego. Ogólnie przykładam małą wagę do opinii innych, tym razem jednak posłuchałem i przesunąłem post do archiwum, po czym 27 stycz. 2016 wykonałem post „Gajowy Marucha”.

O tym, że w nocy chwycił ostry, 20 stopniowy mróz, a z powodu, że nie było śniegu, wymyśliłem jazdę do Zubeńska na rowerze. Kiedy ruszyłem sprzed domu Henryka w szalony zjazd, gdyż od chałupy jest do szosy mocno z górki, mroźny powiew natychmiast przypomniał mi, że jadę w cienkich spodniach i nie założyłem kalesonów.

Reszta w tekście „Gajowy Marucha”, opis jest zgodny z rzeczywistością aż do zdjęcia na którym rower leży, a ja wspominam o „Pomniku utrwalaczy władzy ludowej”. Po tym zdjęciu jest wątek o Zubeńsku. 


Kontynuacja pominiętego tekstu:

"Jak widać na załączonym obrazku, w tym miejscu w nocy nastąpiła detonacja – (zdjęcia z folderu „tajne przez poufne”, tak mam taki folder). Pacjent nie tylko nie dowiózł ładunku do domu, ale nawet nie udało mu się odbiec od samochodu. Ciekawe czy zdążył zdjąć spodnie?





Kiedy opowiadałem następnego dnia o zdarzeniu Andrzejowi Abramowi, który mieszka w Woli, ten odrzekł: - Ja widziałem dzisiaj tą wielką kupę na środku jezdni, pare kilo tego było, myślałem, że to żuber narobił, ale przecież żuber nie podciera się papierem po sraniu. Ciekaw byłem kto tyle nawalił. Ileż to ludzie potrafią zeżreć bez opamiętania, a potem taki efekt".

Żeby zakończyć milszym akcentem - poranny mróz na szybach chałupy, Zubeńsko – miejsce na mapie z którego ostał się ino krzyż przy cerkwisku i autor obok „drzewa wędrowca”.






wtorek, 1 marca 2022

Żelazna skrzynka

Rok 2017. Raniutko przydreptał na górę zadyszany Staszek First.

- Panie Zbyszku łap pan taczkę! Jedziemy po kasę pancerną.

Staszek nie rzuca słów na wiatr. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale ogarniam się natychmiast i zasuwamy z taczką w dół. Pan Staszek urodził się w 1937 roku, od kilku lat chodził już z laską, ale potrafił chodzić szybko. W drodze lakonicznie wyjaśnił sprawę: - Rano byłem nad Maniowem, bo wczoraj jacyś chodzili z wykrywaczem po zagajniku. Wykopały one kasę pancerną, no taką skrzynkę żelazną i ona leży tam na górze. Zabierzemy ją do domu, zobaczymy co w środku. Może złoto ha ha ha! 

Dochodzimy do szosy, potem przez most na Osławie i wio do góry, bo skarb czeka! 


Mozolnie pcham taczkę po pochyłości, gdy naraz hen na górze widzimy jakiś ruch. Na szczycie pojawił się samochód, zjeżdża na dół, to terenówka. Po chwili nas mija, ma rejestrację Ukrainy. Pozdrawiam pasażerów. Oho - i po "skarbie" - pomyślałem. Przecież nie od dziś chodzę po okolicy z wykrywaczem i wiem kto i czego tu szuka. Terenówka zjeżdża w dół. Stoimy chwilę ze Staszkiem w milczeniu. Po czym już spokojnie wchodzimy aż ponad dom leśniczego Gawłowskiego, tam, gdzie wczoraj leżała skrzynka. 



Widać wyraźne ślady oskrobanej ziemi pomieszanej z odbitą rdzą. Na łące odciśnięte koleiny samochodu. Nawet przyszło mi do głowy, co mogła zawierać skrzynia, ale się nie odezwałem. Natomiast pan Staszek był widać mocno zawiedziony, co podkreślał powtarzając parokrotnie: - a to kurwa jego mać!

Można było teraz odetchnąć, cyknąć kilka zdjęć i powolutku zeszliśmy do domu pana Staszka. W tle Kruhłyca, a Osława wzburzona po obfitych deszczach.






 a potem zaprosiłem sąsiada na herbatę i dla pocieszenia pokazałem zdjęcia ubiegłotygodniowych znalezisk, sprzed domu Wiesi. Staszek skomentował: - To pewnie transport przeznaczony dla Bogdana ze Smolnika. 

- Ach ten Staszek! - głupi to on nie jest - pomyślałem. Atoli profilaktycznie skwitowałem: - ja tam nie wiem dla kogo.




I zaprawdę powiadam wam: - poczułem dotyk Historii. W 2020 roku dotarła do mnie wiadomość z Tarnopola. Znajomy z Łemkowskiej Watry powiedział, że w 2017 roku jego koledzy odkopali dokumenty kurenia "Rena". 

- Wiesz gdzie była skrytka? - zapytałem. 

- Gdzieś przy trasie Komańcza - Cisna - usłyszałem. 

 Слава Україні

 

wtorek, 23 listopada 2021

Naturalne lekarstwo

Ze mną zawsze było tak, że w Nowe wpadałem jak śliwka w kompot. Dosłownie znikałem z dotychczasowego świata, albo to dotychczasowy świat ulatniał się ze mnie. Obserwowałem, przeżywałem, zachwycałem się każdą sytuacją, widokiem, także nowo poznanymi ludźmi. Przecież każdy spotkany na drodze może być moim nauczycielem.

Stopniowo to Nowe stawało się kolejną, azaliż dalej bardzo niezwykle przyjemną rzeczywistością, lecz jednocześnie odzywał się niedosyt. Na początku było sto procent cukru w cukrze, potem te procenty spadały. O co chodziło? O jeszcze inne ekscytacje, bo przecież odwieczna prawda podaje, że życie to suma wrażeń.

Na przykład mieszkałem ci ja sobie elegancko, przeważnie sam, w pięknym bieszczadzkim miejscu z widokiem na Kruhłycę. Nosiłem wodę ze strumienia, budowałem schody, grzybowałem do oporu, włóczęgowałem ile się da, zarówno na rowerze jak i pieszo, mijały tygodnie i miesiące, a mnie zaczynało nosić.



 Myślę, że wielu ludzi tak ma. I wtedy idą do innych ludzi, albo tylko się upić, z czego wynikają nieraz niezłe zawirowania. Mnie natomiast, może nie do pełni szczęścia, ale dla ukojenia duszy jest potrzebne kilka samotnych nocy w dziczy. Po takiej eskapadzie czuję się nowym człowiekiem przez dłuższy czas.

Dla każdego jest przeznaczone (bowiem) jakieś naturalne lekarstwo. Każdego co innego kręci. Mnie kilka spraw kręci, z czego dwie to: „dużo chodzić” oraz survival - samotny biwak.

To bardzo ładne co piszesz – ktoś powie - ale co ja mam powiedzieć, kiedy praca goni, rodzina na głowie, a wirus z inflacją atakuje?

Czytaj bloga – odpowiem wtedy. Albo się pomódl. To na pewno nie zaszkodzi, a może zainspirować – być może odkryjesz co to znaczy przyciągać rzeczy dzięki prawidłowej modlitwie. 

Dziś garść zdjęć ciemnych, bo nocnych. Pierwsze zrobione na brzegu Osławy, w pobliżu Kiry. Wydaje się, że dyszel Wielkiego Wozu wznosi się ponad Komańczą.


Wola Michowa








Dolina Rabe