Czyli biwak w przeddzień zaćmienia.
Kiedy
obejście było gotowe, znaczy namiot stał, woda przyniesiona, sucha podpałka
awaryjna zgromadzona, nadeszła pora na obiad złożony jak wiadomo z garnka, wody
i kaszy.
Uszykowałem ci ja druty pod garnek, wypoziomowałem sprawę praktycznie za pomocą wody, po czym wpadłem w chwile zachwytu nad lśnieniem tak wzorowo wyszorowanego naczynia.
Azaliż głód ponaglał do działania, więc nasypałem ja kaszy, wrzuciłem pół kostki rosołowej, buchnął ogień i wtedy rozejrzałem się za łyżką, bo ponieważ najpierw trzeba było nieco pomieszać.
Poszukiwań atoli zaraz zaprzestałem z bardzo prozaicznego powodu – mianowicie pominąłem ten niezbędny przedmiot w czasie pakowania przed aktualnym rajdem. Otóż odłożyłem łyżkę na pieniek pod krzakami i miałem ją zabrać do plecaka jako ostatnią, co w końcu pominąłem. Nic to – za dwa – trzy dni będę wracał przez to poprzednie miejsce biwakowe, to zgubę odzyskam, a teraz trzeba działać.
Zestawiłem więc garnek z ognia i metodą praojców szybciutko wykonałem łyżkę - łopatkę. Oto awers i rewers.
Łyżkę nieco wygładziłem niezastąpioną bieszczadzką gliną - potem małe popłukanie i już mogłem przystąpić do kulinarnych działań. Wydawało mi się, że kolejne gorące posiłki z użyciem tej prymitywnej drewnianej łyżki były szczególnie smaczne.
Teraz mam w warszawskim mieszkaniu pamiątkę – niby drobiazg, jednak jak wiemy życie składa się także z małych rzeczy ….. Łyżka wisi na honorowym miejscu, obok znanego już Czytelnikom Klucza Znikąd.
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz