Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogień. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 listopada 2021

Czy jest dualizm

 


Sjesta popołudniowa. Siedzę i piszę o dualizmie. Ten problem docierał do mnie stopniowo. Na początku wydawało mi się, że dualizm jak najbardziej jest i żyjemy w dokładnie dualistycznym świecie.

W świecie, w którym żyje zdecydowana większość ludzi, wszystko ma drugą stronę, wszystko ma swoje przeciwieństwo.

Jest czarne i białe, zimne i gorące, stare i młode, a każdy medal ma dwie strony.


To można zobaczyć na skali plus - zero - minus.

Na przykład mamy skalę pokazującą stopnie słodkości. Gdy coś jest słodkie, bardzo słodkie – znajduje się na skali dodatniej, plusowej. Gdy jest maksymalnie słodkie, ma sto procent cukru w cukrze – znajduje się na samym końcu skali dodatniej. Gdy coś jest mniej słodkie, można przypisać mu mniej jednostek dodatniej słodkości.

Kiedy natomiast mamy rzecz, która nie jest ani słodka, ani gorzka, to tę rzecz umieszczamy w punkcie zero, punkcie równowagi. Tak samo dzieje się z rzeczami gorzkimi, które będą się znajdować na naszej skali słodkości, po stronie minus, z ujemną słodkością. Rzecz całkowicie gorzka powinna być dokładnie po przeciwnej stronie skali i na samym końcu wobec rzeczy słodkich.


 Naprzeciwko snu jest przebudzenie.                                                                                Przebudzenie to całkowite nieśnienie. Nieśnienie? Mistycy twierdzili od zawsze, że nie ma czegoś takiego. Zawsze mniej lub bardziej śpimy. Czemu tak jest?

Ponieważ odbieramy tylko pół procenta z informacji, które do nas docierają z zewnątrz. Nie dostrzegamy na przykład podczerwieni i ultrafioletu, zakres rejestrowanych dźwięków jest także bardzo ograniczony. Jesteśmy ułomni w odbiorze informacji. Nauka dodaje, że wykorzystujemy tylko jeden procent swego mózgu. Stare religie również potwierdzają, że świat, który odbieramy to „Maja”.


Einstein poszedł dalej: - rozciągnął ten dowód uniwersalnie na energię i stwierdził, że można zmierzyć tylko jedną stronę – stronę dodatnią. Tylko emanująca energia jest mierzalna: - światło można zarejestrować. Ciemności natomiast nie można zmierzyć. Ciepło daje się zmierzyć – zimna nie można zmierzyć.

          - Nie ma ciemności – jest tylko kompletny brak światła.

          - Nie ma zimna, jest tylko kompletny brak ciepła.

A z tym ciepłem jest tak, że strona dodatnia jest zdaje się nieograniczona, natomiast w drugą stronę jest dokładne zero, bo mniej być nie może. Absolutne Zero, czyli minus 273 stopnie Celsjusza.

       W kosmosie jest więc absolutny brak ciepła.

Albo jeszcze inaczej: - kosmos to absolutne zero, czyli śmierć dla istoty żywej. Minus 273 stopnie. A jaką liczbę niesie ze sobą życie? Nie jest to liczba związana z ciepłem, a wynosi także 273. Płód ludzki potrzebuje 273 dni, aby wyjrzeć na świat. Minus 273, plus 273.

Znowu dualizm? Bo jak wiemy azaliż, przypadków nie ma. Do tego temperatura ciała zdrowej jednostki ludzkiej to 36,5 stopnia Celsjusza. Przesuwamy przecinek i mamy 365 dni w roku. Albo odwrotnie.


 Gdy to rozumowanie rozciągniemy filozoficznie na inne dziedziny życia, okaże się, że nie ma nienawiści, jest tylko kompletny brak miłości.

Także nie ma zła – jest tylko kompletny brak dobra w ludzkich sercach,

        Trochę to przypomina wykład o pozytywnym myśleniu: - że szklanka jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Lecz zdajmy sobie sprawę z tego, że szklanka NIGDY nie jest pusta. Nawet gdy wylejemy całą wodę ze szklanki, ona dalej jest pełna. Pełna powietrza.


 

Ktoś powie: - takie tam dyrdymałki. Może być, że dyrdymałki. Nie mam zamiaru się mądrzyć, to są jedynie listy do samego siebie. Kto zechce, ten je przeczyta.

Zbliża się wieczór. Jest cudnie. Zaparzyłem miętę, podsycam maleńki ogień i kończę wyjaśnianie sobie czy dualizm jest, czy go nie ma.


To jest on w końcu, czy go nie ma?

A to już niech każdy sam rozsądzi.

Oczywiście jeśli będzie miał na to chęć i czas.

środa, 13 maja 2015

Burza nad Szkocją

Znajomy Belg opowiada.

Gdy nad Szkocją rozszalała się burza, byliśmy właśnie – moja żona i ja – w górach Grampian, w połowie drogi pomiędzy Loch Ericht i Loch Ossian: w samym sercu torfowiska, gdzie jakakolwiek nadzieja na ludzką pomoc z góry wydaje się płonna.
Życie uratował nam prawdopodobnie kompas armii szwajcarskiej. Ślepo ufając wskazaniom igły, chroniąc się od wichru za plecakiem, zdołaliśmy dotrzeć przez torfowisko do chaty, która od dawien dawna służyła za schronienie pasterzom owiec.
        Takie kamienne chaty na torfowisku nazywane są przez Szkotów boothies. Nasza urządzona była wyjątkowo skromnie. Nie miała stołu ani krzeseł, a za jedyny mebel służyło wielkie, drewniane łóżko, które nocami skrzypiało upiornie, gdy od czasu do czasu w burzowych chmurach powstawała szczelina i do chaty wpadało blade, migotliwe światło księżyca.
         Dudniący deszcz przyniósł do chaty wilgotne zimno, które przenikało przez wszystkie swetry. Zamarzaliśmy. Tym bardziej dziwiło mnie wielkie palenisko. Na co mogło się przydawać wśród tego pustkowia, gdzie jak okiem sięgnąć, nie było żadnego lasu, żadnego drzewa, ba, żadnego krzaka? Lecz moja żona, która na sprawach związanych z przyrodą zna się o wiele lepiej niż ja, wiedziała, co robić.
      - Idź na dwór i napiłuj korzeni – powiedziała trzeciego dnia, kiedy burza nieco ucichła.
Chodziło o korzenie dawnych lasów sosnowych, ponad którymi przez lata utworzyła się metrowa warstwa torfu. Jednak w miejscach, gdzie spływająca woda wżarła się głęboko w torf, korzenie te widmowo sterczały. Za pomocą wyposażonego w piłkę, szwajcarskiego składanego noża wojskowego odcinałem korzeń po korzeniu. Choć ociekały wodą, paliły się tak doskonale, jakby były skąpane w oleju.
Na zewnątrz burza rozszalał się na nowo. Czwartego dnia zaczęły nam się kończyć zapasy jedzenia. Ale moja żona, która znała się na sprawach związanych z przyrodą, nie wpadła w panikę.
       - Zaczyna się sezon na kurki – oznajmiła zachęcająco.
Jak tylko ta ulewa trochę ustanie, idziemy na grzyby.

Tak musiało wyglądać życie jaskiniowców w epoce kamiennej. Za dnia czatowaliśmy na krótkie chwile poprawy pogody, żeby wymknąć się z chaty: żona zbierała kurki, ja po korzenie.
Wieczorami siadywaliśmy w milczeniu i wpatrywaliśmy się w buzujące ognisko. Gra płomieni przykuwała naszą uwagę. Języki ognia migotały w niezliczonych kształtach i kolorach, ekscytując i uspokajając zarazem tak, że mogliśmy patrzeć na nie godzinami, ani przez sekundę nie odczuwając znużenia.
       - Wiesz co – powiedziała któregoś dnia żona – siedzimy przed tym ogniem z epoki kamiennej tak samo jak normalna współczesna rodzina przed telewizorem.
Nigdy nie kupiliśmy telewizora. Nigdy też nie zrozumieliśmy, jak wszyscy dokoła nas, dzień w dzień mogą zgodnie, w niemym zachwycie siedzieć przed szklanym ekranem.
Teraz, w smaganej wichrem chacie wśród szkockich torfowisk, zrozumieliśmy.
       Wszystko jedno, co pokazuje ekran telewizora. Ważne jest tylko odwieczne iskrzenie się obrazu, zgodne wpatrywanie się w nieskończone migotanie kształtów i kolorów. Dzięki niemu nowoczesna rodzina przeżywa coś pierwotnego, prawdziwego, autentycznego – co wieczór przeżywa na nowo chwilę szczęścia z epoki kamiennej.