Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięta. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 marca 2024

Rząd czuwa nad nami

Padało kilka godzin, usnąłem oczywiście i obudził mnie dzięcioł. Świat umyty, nastawiam obowiązkową miętę, po czym kręcę się to tu to tam i za klonem znajduję nieco podeschniętą kurkę.







Trzeba będzie dozbierać grzybów do obiadu, a na razie jako że odzywa się potrzeba ruchu, biorę pusty plecak, zamykam dom i odchodząc patrzę z przyjemnością na to fajne miejsce pod jaworem.



Jestem bardzo zadowolony, a kiedy tak się dzieje, zaraz dziękuję memu Duchowi Opiekuńczemu za całokształt.

Jak Czytelnicy wiedzą, ta modlitwa dziękczynna jest zwięzła, tudzież prosta i polega na głębokim westchnięciu – Ach! I to wszystko.

Duchy przepadają za takimi krótkimi, atoli szczerymi podziękowaniami płynącymi wprost z serca.

I zaprawdę powiadam wam: - w tym momencie spojrzałem w niebo i przypomniały mi się słowa:


Wierzę, że tam na górze jest Coś, co czuwa nad nami.                                

Niestety jest to rząd.

                         Woody Allen





poniedziałek, 19 lutego 2024

Zapal świeczkę

Było o niedźwiedziu, ciemności, o brakującym wątku chińskim, więc dziś zaczynam przysłowiem chińskim.


Wstaje dzień, a ja razem z nim. Zaparzam miętę i fru na górę nacieszyć się wschodzącym słońcem.

Pierwsze zdjęcie godzina 4.30, ostatnie 4.55.















środa, 1 marca 2023

Jadłospis biwakowy


Kiedy znalazłem się w Baligrodzie, po pierwsze primo nakupiłem jedzenia na tydzień, by po tygodniu samotnego biwakowania pod Chryszczatą odwiedzić Baligród ponownie, w celu uzupełnienia zapasów, a przy okazji zjeść co nieco, czyli "ludzki" obiad w gospodzie. W ciągu tych 14 dni pochłonąłem:

- kilo bobu, dwadzieścia jajek, dwa masła, dwie śmietany, dwa białe sery 250 g, trzy chleby, dwa pudełka szprotek, dwie torebki muesli, torebkę płatków owsianych, pół kilo kiełbasy, trzydzieści deka pasztetu, tyle samo boczku, pół kilo grochu, pół kilo kaszy, pięć pomidorów, dwa pączki, trzy bułki, trzy cebule, główkę czosnku, 18 kostek warzywnych, dwie paczki makaronu. Grzyby, jagody i poziomki stanowiły około 30 % jadłospisu. Do picia przeważnie surowa woda z potoku, ale także zaparzana mięta, a na gorąco rosołek z kostki warzywnej.

 Jednym słowem nie narzekałem na brak apetytu.












Przez te czternaście dni przeszedłem po okolicy ponad dwieście km., często nawet nie po zwierzęcych ścieżkach, a wprost przez soczystą łąkę do pasa. 

Wynik końcowy: - sprawna lekkość. Początkowa waga człowieka 72 kg. po dwóch tygodniach 69. Wzrost 177.


poniedziałek, 22 listopada 2021

Czy jest dualizm

 


Sjesta popołudniowa. Siedzę i piszę o dualizmie. Ten problem docierał do mnie stopniowo. Na początku wydawało mi się, że dualizm jak najbardziej jest i żyjemy w dokładnie dualistycznym świecie.

W świecie, w którym żyje zdecydowana większość ludzi, wszystko ma drugą stronę, wszystko ma swoje przeciwieństwo.

Jest czarne i białe, zimne i gorące, stare i młode, a każdy medal ma dwie strony.


To można zobaczyć na skali plus - zero - minus.

Na przykład mamy skalę pokazującą stopnie słodkości. Gdy coś jest słodkie, bardzo słodkie – znajduje się na skali dodatniej, plusowej. Gdy jest maksymalnie słodkie, ma sto procent cukru w cukrze – znajduje się na samym końcu skali dodatniej. Gdy coś jest mniej słodkie, można przypisać mu mniej jednostek dodatniej słodkości.

Kiedy natomiast mamy rzecz, która nie jest ani słodka, ani gorzka, to tę rzecz umieszczamy w punkcie zero, punkcie równowagi. Tak samo dzieje się z rzeczami gorzkimi, które będą się znajdować na naszej skali słodkości, po stronie minus, z ujemną słodkością. Rzecz całkowicie gorzka powinna być dokładnie po przeciwnej stronie skali i na samym końcu wobec rzeczy słodkich.


 Naprzeciwko snu jest przebudzenie.                                                                                Przebudzenie to całkowite nieśnienie. Nieśnienie? Mistycy twierdzili od zawsze, że nie ma czegoś takiego. Zawsze mniej lub bardziej śpimy. Czemu tak jest?

Ponieważ odbieramy tylko pół procenta z informacji, które do nas docierają z zewnątrz. Nie dostrzegamy na przykład podczerwieni i ultrafioletu, zakres rejestrowanych dźwięków jest także bardzo ograniczony. Jesteśmy ułomni w odbiorze informacji. Nauka dodaje, że wykorzystujemy tylko jeden procent swego mózgu. Stare religie również potwierdzają, że świat, który odbieramy to „Maja”.


Einstein poszedł dalej: - rozciągnął ten dowód uniwersalnie na energię i stwierdził, że można zmierzyć tylko jedną stronę – stronę dodatnią. Tylko emanująca energia jest mierzalna: - światło można zarejestrować. Ciemności natomiast nie można zmierzyć. Ciepło daje się zmierzyć – zimna nie można zmierzyć.

          - Nie ma ciemności – jest tylko kompletny brak światła.

          - Nie ma zimna, jest tylko kompletny brak ciepła.

A z tym ciepłem jest tak, że strona dodatnia jest zdaje się nieograniczona, natomiast w drugą stronę jest dokładne zero, bo mniej być nie może. Absolutne Zero, czyli minus 273 stopnie Celsjusza.

       W kosmosie jest więc absolutny brak ciepła.

Albo jeszcze inaczej: - kosmos to absolutne zero, czyli śmierć dla istoty żywej. Minus 273 stopnie. A jaką liczbę niesie ze sobą życie? Nie jest to liczba związana z ciepłem, a wynosi także 273. Płód ludzki potrzebuje 273 dni, aby wyjrzeć na świat. Minus 273, plus 273.

Znowu dualizm? Bo jak wiemy azaliż, przypadków nie ma. Do tego temperatura ciała zdrowej jednostki ludzkiej to 36,5 stopnia Celsjusza. Przesuwamy przecinek i mamy 365 dni w roku. Albo odwrotnie.


 Gdy to rozumowanie rozciągniemy filozoficznie na inne dziedziny życia, okaże się, że nie ma nienawiści, jest tylko kompletny brak miłości.

Także nie ma zła – jest tylko kompletny brak dobra w ludzkich sercach,

        Trochę to przypomina wykład o pozytywnym myśleniu: - że szklanka jest do połowy pełna, a nie do połowy pusta. Lecz zdajmy sobie sprawę z tego, że szklanka NIGDY nie jest pusta. Nawet gdy wylejemy całą wodę ze szklanki, ona dalej jest pełna. Pełna powietrza.


 

Ktoś powie: - takie tam dyrdymałki. Może być, że dyrdymałki. Nie mam zamiaru się mądrzyć, to są jedynie listy do samego siebie. Kto zechce, ten je przeczyta.

Zbliża się wieczór. Jest cudnie. Zaparzyłem miętę, podsycam maleńki ogień i kończę wyjaśnianie sobie czy dualizm jest, czy go nie ma.


To jest on w końcu, czy go nie ma?

A to już niech każdy sam rozsądzi.

Oczywiście jeśli będzie miał na to chęć i czas.

sobota, 7 września 2019

Opowieść o garnku

Opowieść o garnku zaczyna się oczywiście w momencie zakupu naczynia.
Miałem je nosić na plecach, a więc powinno być lekkie, zrobione z cienkiej stali nierdzewnej.
       Wybrałem akuratne, jedynie pokrywka była nieodpowiednia, bo szklana, znaczy ciężka była, ważyła tyle co sam garnek.
Z tego powodu pokrywkę sprezentowałem cioci.
Niedługo po tym ciocia upuściła pokrywkę, ta się rozbiła i tak temat pokrywki się zakończył.
Z garnkiem przyjechałem do Ciężkowic. Przy rynku zakupiłem lekką blaszaną pokrywkę i powędrowałem do Domu na Górze.


Tu mieszkała para ludzi nieprzeciętnych. Bożenka i Jan.
To, że oni są aż tak bardzo inni, jeszcze wtedy do mnie w pełni nie dotarło.
Byłem w lekkim podekscytowaniu - szykowałem się na wędrówkę z namiotem po Bieszczadach.
    Wymyśliłem, że garnek będzie wisiał „po cygańsku” nad ogniem.
A więc musi być jakiś stelaż, na przykład złożony z trzech kijów.
Wyciąłem odpowiednie – miały być świeże, znaczy mokre, żeby nie zajęły się od razu ogniem.
Jan nawiercił trzy otworki w krawędziach garnka, przewlokłem przez nie cienkie druciki zakończone haczykiem i urządzenie do gotowania wydawało się gotowe.
W każdym razie garnek pięknie się prezentował w eleganckim zwisie.


Kiedy już się nasyciłem widokiem całości, nalałem do naczynia wody niezadużo i nastąpiła próba rozpalenia ognia. 
Dla ścisłości dodam, że w nocy padał deszcz i zarzewie suche nie było, ale cóż to za problem - ja rozpalę pierwszą zapałką ....
Pracowicie zużywałem zapałkę po zapałce i pudełko zapałek pokazywało dno kiedy pokazał się płomyk.
Huraaa! Udało się!
Dymiło się i jakoś niemrawo, ale paliło się.
Obserwując wydarzenie stwierdziłem, że garnek wisi za wysoko. Interwencja niezbędna.
Przy opuszczaniu ów przechylił się i woda zalała wątły ogień.
                        Rozpalałem na nowo.
Po godzinie woda była bliska zagotowania, więc wrzuciłem liście mięty.
Dymiło mocno, dmuchałem więc dla pobudzenia płomienia, dym poszedł w oczy, oczy załzawiły, kasłałem zaciekle, na to jakby czekał zły duch.
Buchnął wysoki płomień, od niego zajęły się wysuszone już patyki.
Nastąpiła nieumiejętna próba gaszenia owych.
Machnąłem ręką, zaczepiłem o jeden drucik, któren wziął i się odpiął. Chluśnięta woda zagasiła ogień.
                       Rozpalałem ponownie.
Wody było już niewiele, się więc wreszcie zioło zaparzyło.
Spróbowałem napitku.
Smakował głównie dymem. Atoli ogólnie byłem zadowolony ponieważ pomyślałem: - Dobrze że nie smakuje gównem.

Podsumowałem: - rusztowanie było nadpalone, także ogólnie zwątpiłem w urządzenie, tudzież w swoje umiejętności - To jak ja obiad ugotuję w ten sposób? Przecież trzeba mieszać, teraz wody było tylko ćwierć litra, a przecież zupy chciałbym ugotować chociaż litr.
Klops - ustrojstwo się okazało do niczego.

Moje zmagania z gotowaniem obserwowała Bożenka.
Następnego dnia pojechała do Jasła i przywiozła mi w prezencie druciak - podstawkę pod garnek. To było coś podobnego do szkieletu na abażur dużej lampy nocnej.
Poniżej pierwsze stabilne gotowanie na druciaku w Osławicach 2013.


Druciak towarzyszył mi dzielnie aż do momentu, kiedy po zejściu z Fereczatej


z dachu Henrykowej chałupy spadła na niego beczka z wodą. Wtedy po raz drugi upodobnił się do naleśnika.

 
Po wyprostowaniu, tak dokładnie schowałem przyrząd na zimę, że już go więcej nie zobaczyłem.
Ponieważ potrzeba jest matką wynalazków - od następnego roku przeszedłem na podstawkę zbudowaną ze stalowych drutów, na których ręcznie, z owczej wełny, zrobiła swetr (sweter?) dla mnie moja ciocia.


Pierwszy biwak 2018: - garnek jest czyściutki. Przy kolejnych gotowaniach na garnku stopniowo narastała warstwa spalenizny - sadzy.
Na koniec sezonu owa osiągała na spodzie garnka grubość kilku milimetrów, azaliż łatwo dawała się oskrobać.
Tu skrobanie w Polańczyku.


Po dwóch sezonach mogę ocenić, że druty sprawdziły się, a do tego zajmują zero miejsca w plecaku.
Natomiast garnek jest w biwakowaniu po prostu niezastąpiony.
Zdjęcia garnkowe 2019. Na pierwszym parzenie mięty.