Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łemkowska Watra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łemkowska Watra. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

Noc świetlikowa


Niedawno był post o świetlikach w wykonaniu
Terziano Tizianiego, a dziś opanowany nostalgią powtarzam swoją osobistą Przygodę Świetlikową z 2013 r.    Poprzedni tytuł: <Noc w masywie Chryszczatej>.    

 „Dochodzi 19.00, a chciałbym dojść do bazy studenckiej Rabe. To jeszcze ładnych parę kilometrów. Trzeba się sprężać..... To się sprężam.

Od szczytu idę szybkim krokiem po równej drodze, tu są tylko niewielkie odcinki zejść i podejść na przemian. Raz po raz oglądam się za siebie – wypatruję tego młodego małżeństwa, które wyprzedziłem przed szczytem. Oni też szli do studentów w Rabe. Nie ma ich, ani jakiejkolwiek żywej duszy na szlaku! Nic dziwnego, o tej porze wszyscy „turyści dzienni” schodzą z wysokich szlaków w kierunku noclegu lub samochodów zostawionych gdzieś na dole…

     Zrobiło się wyraźnie chłodniej, zapanowała bardzo przyjemna temperatura do marszu. Mija godzina, czyli 4 km z pewnością przeszedłem, przełęczy Żebrak nie widać, ani wcześniejszego żółtego szlaku. Zaczynam się niepokoić, bo powolutku się zmierzcha…

    Naraz zauważam tablicę - jest ten oczekiwany i wypatrywany żółty szlak!

Napis: - Rabe - 30 minut! I strzałka pokazuje w dół bardzo stromego zbocza. Nie zastanawiam się jednak ani chwili i fruu w dół!

    Nie odnawiane, wyblakłe, zmyte przez deszcze, żółte znaki na drzewach coraz trudniej zobaczyć w zapadającym zmierzchu – dobrą chwilę się waham, szukając kolejnych znaków. Schodzę trochę "na nosa".

     Nie ma najmniejszego śladu jakiejś ścieżki. Jest równo 45 stopni spadku, a chwilami więcej. Idzie się od znaku do znaku, po drodze leżą w poprzek zwalone drzewa, trzeba je obchodzić. W pewnym momencie niefortunnie postawiona stopa na zeszłorocznych liściach bukowych, daje poślizg i wywijam orła! Zjeżdżam w dół padając na pupę. Upadek jest nad podziw łagodny - miękki - to druciak przytroczony do plecaka wziął na siebie główne uderzenie.    

      Jadę! Jadę!  Zsuwam się w rynnie liści na siedzeniu, jak na sankach, próbując hamować nogami. Wreszcie, gdy przejechałem dobre kilkanaście metrów, udaje mi się zatrzymać. Spodnie rozerwane elegancko, dziura wielkości dłoni, albo lepiej! Ale dla spodni to nic, a nawet dobrze, bo im więcej łat tym ładniejsze - taka tu jest moda.

     Po drodze próbowałem się zatrzymywać rękami, łapiąc za co popadnie, za jakieś kije leżące. Okazuje się, że siedzę w tych rozerwanych spodniach, dłonie trzymam na glebie, a tuż obok mojej lewej dłoni leży przewrócony duży grzyb! Jest to dorodny borowik, nieco tylko poszkodowany gwałtownym wyrwaniem zjazdowym! No tak: patrzę wokół - wylądowałem w grzybowym miejscu, jest tych grzybów tutaj – wokół mnie siedzącego po szalonym zjeździe - dużo więcej.

   Ale nie jest to pora na zbieranie grzybów, i zresztą po co zbierać? Wezmę tego jednego wyrwanego, on jest tak duży, że zajmie pół garnka.

Teraz trzeba dalej w dół zbiegać, czy schodzić, bo z każdą chwilą jest coraz ciemniej. Wstawanie z ciężkim plecakiem mam opanowane: - przekręcić się na kolana, na czworaki i dopiero do góry. Wstaję, biorę grzyba do ręki i dalej w dół! Trafiam na starą, zarośniętą drogę do zwózki drewna.

    Jeszcze kilka minut szybkiego schodzenia i docieram do strumyka.   - Pić!

Piję, i mam myśl, żeby poszukać tu w lesie miejsca na spanie. Wiem, że do studentów w Rabe jest blisko, pewnie z kilometr, ale właściwie towarzystwo nie jest mi potrzebne. Więcej - wolę być sam. Lasu już się nie boję, sławna przygoda z dzikami okazała się   w końcu niegroźna.

    Nie ma, jak spontaniczna zmiana planów. 

Zostawiam plecak przy strumieniu i biegnę w górę szukać w miarę równego miejsca pod namiot. Jeszcze coś widać, więc się spieszę. Mam szczęście, bo już za moment, na tym spadzistym zboczu znajduję maleńki kawałek równego terenu. Akurat pod namiot, ani kawałka więcej! Szybki powrót po plecak i błyskawiczne postawienie namiotu. Ufff! Gotowe.

   Tuż obok namiotu jest kawałek kamiennego miejsca bez ściółki, akurat na ognisko. Ściągam trochę suchych gałęzi, zbiegam z garnkiem, miską i butelką po wodę. Nabieram wody, opłukuję twarz.

   Wracam i opada ze mnie cały pośpiech, już mam wszystko, co niezbędne. Patrzę z czułością na namiot - przychodzi silne uczucie wielkiego zadowolenia: - Jestem w domu! Oto mój dom, i każde miejsce gdzie stoi ten namiot, jest moim domem! I czuję się tak….lekko i bezpiecznie. Ciekawe są te uczucia, a one przecież nie kłamią.

   Zapalam malutkie ognisko, tu także mam wystarczające doświadczenie - tyle ognia, aby tylko płonęło pod garnkiem. Kroję grzyba do wody, nieco masła od Jana, do tego marchew i przyprawy. Woda się grzeje, a ja pompuję materac.

   Druciak pod garnek wykrzywił się od uderzenia, ale wartości użytkowych nie stracił. Jest już całkiem ciemno, gdy w garnku zaczyna bulgotać. Ognisko płonie rzucając refleksy światła na okoliczne pnie drzew..... Siedzę na materacu, tuż przy ognisku, wracając pamięcią do początku dzisiejszego dnia. Przelatują myśli: - ileż to może się wydarzyć nowych fajnych rzeczy w ciągu jednego jedynego dnia? To nowe – Nieznane, nazywa się właśnie życiem. Bo nie jest życiem jednostajne robienie tego samego, jechanie wyjeżdżoną koleiną…. W głowie myśli a wokół….

   A wokół trwa cisza. Taka cisza, taka gęsta cisza, że wydaje mi się: - można ją ukroić nożem jak tort….. Słychać jedynie cichutkie bulgotki w garnku….

   - Sam jeden na biwaku w takim miejscu, w tym gęstym starym lesie, w masywie Chryszczatej, a to ci znowu przygoda! A my przygody lubimy. Jak to „my lubimy’? To jeszcze ktoś jest oprócz ciebie? Tak. Jest nas dwóch: - ja i mój brzuch!

    Dokładam do garnka kartofla (!), cebulę, jeszcze majeranek, jeszcze dosolić - w garnku bulgocze radośnie, jedzenie pachnie aż w dołku ściska, w brzuchu burczy z głodu - przecież od śniadania nic nie jadłem, a taki forsowny marsz za mną. 

Na koniec gotowania dosypuję garstkę makaronu, żeby zupa była gęsta. Wychodzi gęsta i to bardzo, a od tych dołożonych różności jest jej pełniutki garnek. Od przybytku głowa jednak nie boli - będę miał za jednym zamachem gotowe jedzenie na śniadanie.

   Makaron dochodzi, a ja patrzę wreszcie na gwiazdy.

OOOO! Nade mną, pomiędzy koronami drzew widać kawałek nieba. Ten widoczny kawałek nieba jest jakby posypany srebrnym piaskiem....Gwiezdny pył...   A Droga Mleczna? To biała chmura dzieląca niebo!

    Boziuniu jak tu przecudnie! Po pniach pląsają świetlne refleksy od ogniska, niebo wygwieżdżone aż nierealnie, a wokół .... wokół zaczyna się dziać coś tak nieprawdopodobnego, że wpadam w absolutne osłupienie!

       

         Magia teatru w wykonaniu Robaczków Świętojańskich.

 

Przede mną zaczyna się taniec maleńkich błękitnych światełek!

   To robaczki świętojańskie – świetliki, które przyleciały, jak mi się wtedy wydawało, zwabione niezwykłym nocnym ogniskiem w lesie.


Przyleciały, jakby Znikąd, z Niebytu. Najpierw dwa, potem trzy, pięć, w końcu kilkanaście. Zaczynam jeść i ze zdumieniem patrzę na poczynania tych światełek. One się cieszą! Tak pląsają wokół, w odległości 2 - 3 metrów, że co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. To taniec radości! Nadają do mnie: - Helo koleś!

     Wykonują piruety, zygzakowania, układy solowe i grupowe. Jedne stoją w powietrzu, inne wykonują kręciołki, potem zmiana. Przychodzi skojarzenie z podświetloną fontanną w nocy. To jest tańcząca, radosna Fontanna Świetlików! One mnie pozdrawiają, a ja im odpłacam tym samym.

     I pogadałem oczywiście do tych świetlików - tancerzy! Mówię; - „Jesteście śliczne i egzotyczne i kochane. Tańczycie z takim wdziękiem, zupełnie jak elfy! Dzięki za przepiękne widowisko!”

Pląsy świetlików trwają bez ustanku. Dokonują nieprawdopodobnych łamańców. Trwa dłuuuuugie widowisko. Obserwując przedstawienie, jadłem i co pewien czas w uniesieniu śmiałem się w głos wykrzykując: - „Boziuniu! Jak cudnie, jak cudnie!”.

    Wreszcie następuje kolejne sięgnięcie łyżką do garnka, i łyżka stuknęła! Zaglądam do garnka ze zdziwieniem - a tu dno! Okazuje się, że zjadłem przy tym widowisku wszystko, co było. Nie ma już zupy na śniadanie….. Odbija mi się głośno…. 

     Magiczny taniec świetlików trwa już co najmniej godzinę.

Naraz następuje zmiana w programie: - niektóre z robaczków gasną - wyłączają baterie. I to zupełnie tak, jakby ktoś nacisnął pstryczek. Pstryk – nie świecę już. Pstryk – znowu świecę!

    Następuje część przedstawienia pod tytułem: - włączamy i wyłączamy światło. Świetliki zaczynają (do mnie?) mrugać. I jest to kulminacja - nadchodzi Wielki Finał Występu Świetlików w noc czerwcową 2013 na Chryszczatej!

Jest tak czarodziejsko i nieoczekiwanie, w tej scenerii nocy, lasu, ogniska, wszystko jest to jest tak nowe, i wzruszające, że mam na przemian łzy w oczach i jednocześnie śmieję się w głos. O czymś takim nawet nie słyszałem, nie wiedziałem, że to możliwe. To jest rozmowa. To jest Kontakt!

 

  - W pewnym momencie Wszystkie na raz, WSZYSTKIE jednocześnie stają w powietrzu w grupie, i kilkakrotnie i JEDNOCZEŚNIE ZAPALAJĄ i gaszą SWOJE ŚWIATŁA!!!!

Odbieram to jako: - Dobranoc!

    

 Boziuniu! Ale zdarzenie!!!!

 Jestem wzruszony i zszokowany, ale przemawiam do robaczków: - „Dobranoc kochane świetliki - przepięknie mrugacie! Jesteście zupełnie jak z bajki! Wyglądacie, jak zaczarowane lampki mrugające na magicznej choince! Jesteście śliczne, mądre, kochane! Tak baśniowo wygląda wasze mruganie! Fantastyczne jesteście! Dziękuję wam bardzo za przedstawienie! Kocham was i dziękuję! Dziękuję!”

     Finał dobiegł końca. Zamiast oklasków lecą mi łzy…..

Kto powiedział, że mężczyźni nie płaczą?

Światełek robi się coraz mniej, gasną po kolei….Wreszcie został tylko jeden świecący. Ten krąży wolno, chwilami zamiera w bezruchu i jest na wyciągnięcie ręki. To jest może Dyrygent? Ognisko dawno zgasło, minęła północ.

    Nie chce mi się spać. Senność, która opanowała mnie po jedzeniu, ulotniła się gdzieś. Ten dzień za mną, ukoronowany nocnym występem świetlików, spowodował szybkie krążenie krwi i czujność zmysłów. Nieziemskie było to przedstawienie w Świetlikowym Teatrze Jednego Widza! Tyle wrażeń dziś. Odkąd wylądowałem w Bieszczadach wydaje mi się co i raz, że dopiero się narodziłem. Życie jest cudne!

    Myję zęby i w wodzie z miski myję stopy. Miałem zaparzyć miętę, ale zupy było tyle, że też się nią napiłem. Zakładam nowe skarpetki, opieram się o plecak i patrzę w gwiazdy….

 Na zdjęciu gwiazdy w ruchu.


Odzywa się gdzieś niedaleko puchacz. Jego wołanie jest takie .... nocne i groźne….

Przysnąłem..... Budzi mnie chłód. Wciągam materac do namiotu i pakuję się do śpiwora.

 Dobranoc.

 

PS. Z podobnym tańcem świetlików, lecz w wykonaniu mniej licznego zespołu, spotkałem się jeszcze tylko raz, w czasie biwaku <noc ponad Hańczową>, kiedy szedłem na Łemkowską Watrę i noc 18 lipca zastała mnie w lesie. Nie paliłem wtedy ognia, nie było takiej potrzeby, ani warunków, więc świetliki nie przybyły zwabione światłem. Przyszło mi wówczas do głowy, że one odbierają wibracje człowieka i nie chodzi tu o ciepło ciała, ale o coś duchowego. Świetliki są ciekawskie, mądre i przyjacielsko nastawione.

 

środa, 19 listopada 2025

Sytuacje ambiwalentne

 


Na samotnym biwaku bywa dobry czas na myślenie. Myślenie ogólne, tudzież szczegółowe o swojej własnej osobistości. Tym razem rozpatrzyłem (z perspektywy) kontakty z płcią przeciwną.

Mijały kolejne (miłe bardzo, a także pełne szaleństw) lata singlowania i wreszcie przydarzyło się, że moją kolejną partnerkę uznano za córkę, a to z powodu zbyt dużej różnicy wieku, aby otoczenie myślało inaczej. Wtedy, pomimo, że dobrze znałem zasadę ”żyj po swojemu, a opinię innych olewaj”, po raz pierwszy pomyślałem – Oto nieuchronnie nadchodzi czas na ustatkowanie się, panie dziadku!

Czyli po pierwsze primo wszystko bierze się z myśli.

Potem nastąpił drugi raz na Łemkowskiej Watrze, gdy dziewczę młode osunęło się w łąkę w uległości, a mnie się gwałtownie miłości odechciało z powodu myśli: - Chłopie! Toż ona jest młodsza od twojego wnuczka!

Czyli po drugie primo broń boże nie głupieć na starość.

Tu przypomnę refleksję Edwarda Stachury:

„Do eleganckiej kawiarni w Lozannie wchodzi para: starszy, elegancko ubrany mężczyzna w okularach słonecznych, oraz młoda blondynka z długimi włosami i nogami do samej szyi. Trzymają się za ręce, znaczy kochają się. On w jej ciele, ona w jego pieniądzach. I on to wie”.

Ten sam wątek we fraszce Jana Sztaudyngera:

”Piękno dam docenia wielu lekkością w swoim portfelu”









poniedziałek, 16 października 2023

Kierunek Cypel


Odchodzę, oglądając się za siebie kilka razy.


 Postanawiam trzymać się szlaku. Szeroka droga biegnie początkowo wzdłuż linii masztów wysokiego napięcia. Aliści na drodze znowu pojawia się sławna bieszczadzka glina, na którą od iluś tam godzin pada deszcz, więc jest mocno błotniście, tudzież ślisko. Ale idzie się.


Idzie się jakoś do chwili, kiedy droga dobiega do niecki – lokalnego zagłębienia terenu. W tym miejscu wody zebrało się już do kolan, droga jest zalana od lewej do prawej i chciał nie chciał - muszę ominąć ten odcinek lasem. Omijanie wodnej przeszkody gąszczem leszczynowym zajęło trochę czasu, ale korzyścią było foto milutkiej orzesznicy leszczynowej. Zupełnie się nie bała.

Po tej przeprawie szedłem już tylko zygzakami z góry, cięgiem przez ciemny bór. Kiedy wyszedłem z leśnego tunelu na części nieco bardziej widokowe, przypomniała mi się historia Dymitra. W skrócie historia, aby osłonić człowieka od jadu tych, którzy nie mają pojęcia o życiu.







Poznaliśmy się w 2013 roku na Łemkowskiej Watrze w Żdyni. Dymitr jest Bojkiem, urodził się w Terce. W 1947 roku, mając 17 lat dołączył do ukraińskich powstańców i broniąc swojej ziemi walczył z polskimi komunistami i NKWD. Dobrze strzelał, dlatego został snajperem. Jesienią cześć jego sotni przebiła się na Ukrainę, a on ze swoją czotą, z bronią w ręku, przez Słowację i Austrię doszedł do strefy amerykańskiej w Bawarii. Potem wylądował na krótko w Anglii, by ostatecznie dotrzeć do Kanady. Tam po kilku latach założył, a potem rozkręcił biznes. Dymitr to zmyślny człowiek, tak zwana złota rączka, a nawet wynalazca. Po czterdziestu latach w Kanadzie, kiedy umarła jego żona, postanowił wrócić w strony rodzinne. Jego dzieci czują się już Kanadyjczykami i przyjeżdżają w Bieszczady do ojca jedynie w odwiedziny. „Oni łaskawie raczą przyjeżdżać"- mówi Dymitr. To im powiedziałem, żeby się nie katowali, niech siedzą w tej swojej Kanadzie. Dymitrowi początkowo to mocno uwierało, ale z czasem mu przeszło. Tak, tak – czas jest przy wielu zgryzotach jedynym skutecznym lekarzem.

I już widzę z oddali tę nieszczęsną cywilizację, panoszącą się na zniszczonej łączce ponad ulicą Zielone Wzgórze, a za chwilę-moment jestem na szczycie zbocza i patrzę na maki, mocno sfatygowane nocną ulewą. Poza tym maki są delikatne i krótkotrwałe, tudzież także wszystko inne mija zgodnie z przypisanymi cyklami.





  

wtorek, 1 marca 2022

Żelazna skrzynka

Rok 2017. Raniutko przydreptał na górę zadyszany Staszek First.

- Panie Zbyszku łap pan taczkę! Jedziemy po kasę pancerną.

Staszek nie rzuca słów na wiatr. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, ale ogarniam się natychmiast i zasuwamy z taczką w dół. Pan Staszek urodził się w 1937 roku, od kilku lat chodził już z laską, ale potrafił chodzić szybko. W drodze lakonicznie wyjaśnił sprawę: - Rano byłem nad Maniowem, bo wczoraj jacyś chodzili z wykrywaczem po zagajniku. Wykopały one kasę pancerną, no taką skrzynkę żelazną i ona leży tam na górze. Zabierzemy ją do domu, zobaczymy co w środku. Może złoto ha ha ha! 

Dochodzimy do szosy, potem przez most na Osławie i wio do góry, bo skarb czeka! 


Mozolnie pcham taczkę po pochyłości, gdy naraz hen na górze widzimy jakiś ruch. Na szczycie pojawił się samochód, zjeżdża na dół, to terenówka. Po chwili nas mija, ma rejestrację Ukrainy. Pozdrawiam pasażerów. Oho - i po "skarbie" - pomyślałem. Przecież nie od dziś chodzę po okolicy z wykrywaczem i wiem kto i czego tu szuka. Terenówka zjeżdża w dół. Stoimy chwilę ze Staszkiem w milczeniu. Po czym już spokojnie wchodzimy aż ponad dom leśniczego Gawłowskiego, tam, gdzie wczoraj leżała skrzynka. 



Widać wyraźne ślady oskrobanej ziemi pomieszanej z odbitą rdzą. Na łące odciśnięte koleiny samochodu. Nawet przyszło mi do głowy, co mogła zawierać skrzynia, ale się nie odezwałem. Natomiast pan Staszek był widać mocno zawiedziony, co podkreślał powtarzając parokrotnie: - a to kurwa jego mać!

Można było teraz odetchnąć, cyknąć kilka zdjęć i powolutku zeszliśmy do domu pana Staszka. W tle Kruhłyca, a Osława wzburzona po obfitych deszczach.






 a potem zaprosiłem sąsiada na herbatę i dla pocieszenia pokazałem zdjęcia ubiegłotygodniowych znalezisk, sprzed domu Wiesi. Staszek skomentował: - To pewnie transport przeznaczony dla Bogdana ze Smolnika. 

- Ach ten Staszek! - głupi to on nie jest - pomyślałem. Atoli profilaktycznie skwitowałem: - ja tam nie wiem dla kogo.




I zaprawdę powiadam wam: - poczułem dotyk Historii. W 2020 roku dotarła do mnie wiadomość z Tarnopola. Znajomy z Łemkowskiej Watry powiedział, że w 2017 roku jego koledzy odkopali dokumenty kurenia "Rena". 

- Wiesz gdzie była skrytka? - zapytałem. 

- Gdzieś przy trasie Komańcza - Cisna - usłyszałem. 

 Слава Україні

 

czwartek, 16 kwietnia 2020

Średnia Wieś


2018 rok. Hoczew. Wysiadam z autobusu, którym przyjechałem tu z Baligrodu. Maki już pokazywałem.



Zachciało mi się zdjęć czerwonego koloru z bliska i wlazłem do tych maków w samą zieloną mokrość. Zmieniam znowu skarpetki na suche, wydaje się, że po raz ostatni, bo wypogodziło się, a będę tym razem szedł przy szosie przez Średnią Wieś, bo tędy jeszcze nie szedłem. Najpierw dzwonnica parawanowa.


Na mapie mogę zobaczyć gdzie jestem.


Wchodzę w boczną uliczkę i dochodzę  - tu opuszczę, bo tyle lat minęło, a nienawiść dalej się tli. Nie chcę żeby ktoś miał kłopoty. Gdzieś dochodzę i z jakiegoś powodu staję i patrzę na chałupę. Nie ma przypadków.

Z murowanego domu obok, przez furtkę wychodzi starsza kobieta z miotłą i zaczyna zamiatać liście z chodnika.                                                               Rozmawiamy. Pyta skąd idę i dokąd.                                                                Opowiadam od serca co mnie tu przygnało, o Łemkowskiej Watrze, o babci z Myczkowic, o jej słowach: - Wtikaj, Lachy idut.

Kobieta się ożywia: - "Znam dobrze te słowa, miałam wtedy 15 lat….. A wie pan, w tym domu na który pan patrzył, mieszka teraz moja kuzynka. I tu w 1947 roku my wszyscy mieszkali. Bywał też jeden buławny z sotni. Lachy z Urzędu Bezpieczeństwa przyszli go wziąć, ale im się nie udało. Była wielka strzelanina. Striłec ubił ich wszystkich. A dach w chałupie postrzelali jak sito. Dopiero po paru latach to już mój mąż załatał dziurki. Niespecjalnie nawet przeciekało, bo każda dziurka strzelona przez blachę od dołu miała taki maleńki pióropusz, który woda omijała"…

Dochodzę do Polańczyka, parno, znowu się chmurzy.

Była krótka burza, która mnie ominęła, akurat jadłem porządny ludzki obiad – placek po węgiersku.


Na deptaku gwar i tłum. Ależ kontrast po tym moim odludziu! Doszedłem do cypla. 





Muzyka z głośników nastawionych na full napieprza tak, że w żołądku się treść buja, do wody nie można podejść, ponieważ ten piasek, który widać na zdjęciu, został przywieziony i jest rozsypany tylko na wysokim brzegu. Naturalne podłoże tutaj przy wodzie to glina. Jak wyschnie, to jest ok. ale teraz jest po deszczach, więc elegancko zapadamy się w mazi po same kostki.
Uciekam czym prędzej z tego hałasu w zacisze, rozkładam namiot, skrobię garnek.


Wyspany w ciszy, o poranku podążam na przystanek Neobusu. O siódmej odjazd.