Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chrin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chrin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

Kamienne wieże Kaukazu

 Szamil Basajew.

Pisałem nie raz, że powinniśmy uczyć się od naszych wrogów i odpłacać im pięknym za nadobne, według zasady „kto mieczem wojuje”.

Odkąd uznałem kk za wroga wolności, kiedy tylko przeczytałem, czy usłyszałem, że ta organizacja mafijna czegoś zabrania, coś potępia, albo tylko nie pochwala, zaraz zgłębiałem temat, ponieważ z tych właśnie materiałów mogłem wyłuskać kolejne ziarno ukrywanej prawdy.

     Tak samo jest z Rosją. Nie moją rolą jest zastanawianie się nad zrozumieniem „rosyjskiej duszy”, skupiam się na tym, co także dziś boli rosyjskich speców od mocarstwowej ideologii.

Czeczenia. Dwie pełnoskalowe wojny z Rosją.

W niepodległej Estonii po wprowadzeniu własnej waluty pozostały miliardy bezwartościowych rubli. Po rozpadzie Rosji zostały tam góry rubli, które miał odkupić rosyjski rząd. Moskwa targowała się z Estończykami, ci zaś niespodziewanie sprzedali całość według przelicznika sto dwadzieścia dolarów za tonę nic niewartych rublowych banknotów kupcom z Czeczenii. Inni czeczeńscy emisariusze zaczęli zgłaszać się do centralnego banku Moskwy z podrobionymi awizami, na których podstawie przekupieni rosyjscy bankierzy wypłacali im następne miliardy rubli. Gospodarkę w Groznym zastąpił czarny rynek i kontrabanda, a handel w całości przeniósł się na bazar, gdzie na zakupy zjeżdżano nie tylko z Kaukazu, ale i z połowy Rosji. Bo kupić można tu było dosłownie wszystko.

   Liczba chętnych do robienia interesów w Czeczenii stale rosła. Powstawały sojusze polityków i mafii, jedni chcieli handlować z Zachodem, drudzy z państwami arabskimi, a jeszcze inni z Rosją. Chodziło tylko o pieniądze, a nie o politykę.

Kreml niby zaciskał blokadę, szykując się do drugiej wojny, ale kto miał się bogacić i to po obu stronach, ten się bogacił, ponieważ fakty pokazywały, że prawdziwi ojcowie chrzestni większości mafii czeczeńskich zasiadali na Kremlu.

    Każdy władca zwalcza przeciwników, bo się ich boi. Zwalcza na różne sposoby, a wszystkie w dłuższym terminie okazują się nieskuteczne, ponieważ po pierwsze primo nic nie trwa wiecznie, także każde imperium ma swój kres, a po drugie primo martwy przeciwnik, czyli już tylko legenda, mit, jest o wiele groźniejszy, bo mitu nie zabijesz. Bohater legendy, jego słowa, dostają życie wieczne.

   I rzecz ważna – ostrożnie z ufnością, nie należy nikomu do końca wierzyć. Polityka jest brudna (dobrze że niewiele wiemy, bo inaczej człowiek by zwariował). Służby ze sobą współpracują ponad oficjalnymi podziałami.

     Dżohara Dudajewa zabiła amerykańska rakieta kierowana na sygnał telefonu satelitarnego, z którego rozmawiał.

      Szamil Basajew zginął przez prezent - militarny gadżet wyprodukowany w Izraelu.

Precz z propagandą, liczy się tylko źródło, dlatego swego czasu sięgnąłem do książek sotennego Chrina. Poza tym historia weryfikuje postaci i powoduje nieoczekiwaną zmianę miejsc na podium - Chrin okazał się bohaterem, a generał Świerczewski łachudrą.

 

    Więc kogo Rosjanie w Drugiej Wojnie Czeczeńskiej uznawali za największego wroga? Szamila Basajewa między innymi. No to posłuchajmy, co pod koniec wojny Szamil miał do powiedzenia:

- Jestem Szamil Basajew, osiemnastokrotnie zabity – rzucił na powitanie.

- Nie boi się pan, że …..

- Ja to proszę pana niczego się nie boję.

Z jego żywej twarzy wprost tryskały energia, dzika siła życia, niebezpieczna inteligencja i jakiś trudny do nazwania czar.

- To było dla pana chyba niezwykłe lato. Najpierw ogłoszono pana emirem Kaukazu, wkrótce zaś największym terrorystą. A za kogo pan sam się uważa? Kim pan jest? Zbawicielem Kaukazu? Biczem Bożym? Wojownikiem? Mężem stanu?

- Jestem zwykłym muzułmaninem, staram się żyć, jak przykazał Wszechmogący.

- Zwykły muzułmanin, który zostaje uznany za przywódcę świętej wojny przeciw niewiernym? Jeszcze niedawno głosił pan, że największym zagrożeniem dla czeczeńskiej niepodległości jest muzułmański fanatyzm.

- I nie zmieniłem zdania. Prorok Mahomet powiedział, że trzy śmiertelne zagrożenia dla islamu to wojujący bezbożnicy, muzułmańscy uczeni, którzy fałszywie tłumaczą Koran i fanatyczni ignoranci. To ich miałem na myśli, mówiąc o muzułmańskim fanatyzmie. Fałszywymi uczonymi są sprzedajni mułłowie oszukujący wiernych, by przypodobać się bezbożnym tyranom, a wojujący bezbożnicy to oczywiście Rosjanie.

- Porozmawiajmy o pańskim nawróceniu. Jeszcze pięć lat temu słynął pan jako partyzancki komendant, ale chyba nikt nawet nie przypuszczał, że zostanie pan jednym z przywódców świętej wojny, muzułmańskiego powstania na Kaukazie.

 - Prawdziwym muzułmaninem uczyniła mnie wojna. Wszyscy rodzimy się mahometanami. I pan i ja przyszliśmy na świat jako dzieci Wszechmogącego. Nie potrafimy jednak od pierwszych dni odnaleźć prawdziwej drogi, potykamy się, błądzimy po omacku. Błądzą też nasi przewodnicy, nasi ojcowie, kapłani. Często w najlepszej wiedzy sprowadzają nas na manowce. Ja też błądziłem przez lata. Ceniłem wartości, które były kłamstwem. Jeszcze podczas poprzedniej wojny walczyłem pod sztandarem „Wolność albo śmierć”. Dziś walczę też za wiarę. Pojąłem, że rzeczy, w które dotąd wierzyłem, są jedynie ułudą, że przemijają. A jedyną wieczną wartością jest wiara we Wszechmogącego. Że tylko ona daje nadzieję i pokój. Nie doszedłem do tego z niedzieli na poniedziałek. Dojrzewałem. Pięć lat temu, kiedy zaatakowała nas Rosja, świat zachodni – strażnik tych wszystkich najświętszych wartości, jak równość, wolność, sprawiedliwość, braterstwo, swobody obywatelskie – odwrócił się od Czeczenii. Zdradził nas jak ladacznica, która idzie z tym, kto więcej płaci. Ta sprawa wiele nas, Czeczenów, nauczyła. Zobaczyliśmy fałsz naszych mistrzów. Zrozumieliśmy, że możemy liczyć tylko na siebie i miłosierdzie Allaha. To dało nam olbrzymią siłę.

- A jak zmieniło to Czeczenów?

- Ogromnie. Dziś do wojny z Rosją stajemy już jako zupełnie inni ludzie. Walczymy nie tylko o wolność, ale i za wiarę. Nie tylko moi mudżahedini, ale też niemal wszyscy Czeczeni zaczęli szukać w Koranie odpowiedzi, jak żyć. Jeszcze pięć lat temu liczni wśród nas ci, co się nie modlili, pili alkohol, palili papierosy, sięgali po narkotyki. Dziś niewielu takich pan znajdzie, a w mojej armii nie ma ich wcale. Ja też rzuciłem tytoń. Niedawno dla moich mudżahedinów kupiłem w Rosji mięso, teraz przychodzą do mnie jeden po drugim i tłumaczą, że nie chcą go jeść, bo pochodzi z bydła, które w Rosji zaszlachtowano niezgodnie z muzułmańskim obyczajem. Będę je musiał rozdać.

 - Czy nad Czeczenia nie krąży widmo muzułmańskiego fanatyzmu?

- Krąży, krąży. Jest wśród nas wielu wojujących ignorantów, którzy chcieliby zaprowadzić Boże porządki w jeden dzień, nie rozumiejąc, że ludzie nie są do tego gotowi. Zresztą nie tylko sami ludzie. Najczęściej ci, co myślą o Bożych porządkach, nie mają zielonego pojęcia o Koranie, choć są przekonani, że posiedli całą mądrość. Jeśli chodzi o mnie, jestem wrogiem zarówno wojującego bezbożnictwa, jak i wojującego ignoranctwa.

  - Szamil Basajew przeciwnikiem skrajności? Dla wielu jest pan ich uosobieniem.

 - Robią ze mnie takiego, sam nie wiem czemu.

- Pana to dziwi? A rajd na Budionnowsk nie był skrajnym rozwiązaniem? Znaleźć straceńców gotowych na śmierć i poprowadzić w głąb Rosji, gdy w samej Czeczenii trwa wojna? To nie skrajność?

- A cóż w tym skrajnego? Wszyscy kiedyś umrzemy. Takich nas stworzył Wszechmogący. Wybór, który nam pozostawił, to nie kiedy umrzemy, ale jak. Umrzemy, kiedy taka będzie jego wola i nic na to nie możemy poradzić, choćbyśmy się ukryli w kamiennej wieży. Jedyny wybór to jak umrzeć. Ja postanowiłem umrzeć jak wojownik. Cóż w tym skrajnego?

- Maschadow mówi, że głupotą i wyjątkową nieodpowiedzialnością z pana strony był najazd na sąsiedni Dagestan. Że dał pan Rosji powód do wojny.

- A ja mówię, że głupotą było podpisanie rozejmu z Rosją i dawanie im czasu na przygotowania do nowej wojny. Wojna by wybuchła tak, czy inaczej. Już wtedy, po tamtej wojnie, kiedyśmy pobili Rosjan, trzeba było ich zniszczyć, rzucić na kolana. Tłumaczyliśmy Maschadowowi, żeby nie układał się z Rosjanami, niczego nie podpisywał. Mówiliśmy mu, że to błąd pozwolić Rosji, by wycofała się z wojny bez kontrybucji, bez politycznych ustępstw, nawet bez przeprosin i ukarania odpowiedzialnych za masakry czeczeńskich cywili. Opuścili Czeczenię, jakby się nic nie stało, jakby nie przegrali wojny. Maschadow się oburzał. Mówił: „Co też wygadujecie? Popatrzcie tylko kto podpisał się pod układem z Chasaw-jurtu o zawieszeniu broni. Sam Jelcyn!” bredził o zobowiązaniach, o prawie międzynarodowym. Daliśmy Rosji cztery lata na spokojne przygotowanie się do nowej wojny. I dziś ją mamy. Allah ukarał nas za głupotę i pychę, tak, jak ukarał afgańskich mudżahedinów. Od dawna Rosjanie prowokowali incydenty, tak czy inaczej znaleźliby pretekst do wojny. Nasze milczenie tylko ich zachęcało. Uznali to po prostu za dowód naszej słabości.

- Dlaczego Maschadow tak wierzył Rosji?

- Maschadow ma duszę romantyka i radzieckiego pułkownika. Pół życia przesłużył w radzieckiej armii jako artylerzysta. Przywykł wierzyć Moskwie.

- Najpierw  razem walczyliście z Rosją, potem rywalizowaliście o urząd prezydenta. Jeszcze później wasze drogi się rozeszły i zostaliście politycznymi wrogami, o mało co nie wywołując wojny domowej, a dziś Maschadow mówi, że znów zgodził się pan pójść pod jego komendę.

  - Dziś znowu jesteśmy razem, bo ponownie zagraża nam wróg. Byliśmy zjednoczeni, bo mieliśmy wroga, Rosję. Podpisując z nią pokój, Maschadow sprawił, że ten wróg dla wielu Czeczenów zniknął, a przynajmniej nie wydawał się już straszny. Zaczęliśmy szukać wrogów między sobą, a tego właśnie chciała Rosja. Ale z Maschadowem wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, którzy otwarcie, aż do bólu mówią sobie, co się im w nich nie podoba. Na tym przecież polega prawdziwa przyjaźń.

    Walczymy już od czterystu lat. Cała nasza historia to jedna wielka wojna z Rosją. Jermołow, wojna domowa, zdrady białych i czerwonych, Stalin, Jelcyn, Putin. Wciąż wojna, wciąż pogromy, zgliszcza, trupy. Tę wojnę z pokolenia na pokolenie przekazują ojcowie synom. Czeczeni własną krwią płacą od wieków za rozwiązanie zagadki rosyjskiej duszy. Prochami naszych przodków usiane są Syberia, pustynie Turkiestanu. Mielibyśmy uwierzyć Rosji? Przetrwać jako naród możemy tylko w państwie niepodległym, uznanym przez świat, którego Rosja nie będzie już mogła bezkarnie najeżdżać, grabić, mordować ilekroć przyjdzie jej na to ochota. Niepodległość jest konieczna, by Rosja nie miała więcej prawa nas zabijać.

            Urywek z książki „ Kamienne wieże Kaukazu”- Wojciech Jagielski.

poniedziałek, 28 marca 2022

Stepan Stebelski - Chrin

 


Stepan Stebelski – Chrin. Legenda Bieszczadów. Książki: - „W szczęku żelaza”, „Zima w bunkrze” Спогади-хроніка 1947/1948)

Dowódca sotni zwanej "Łemkowską", Udarnyky 5, "95 a", w kureniu Rena.

W bunkrze od października 1947 do połowy kwietnia 1948.

Tylko raz dziennie wychodził na powietrze na pół godziny. Spanie bez poduszek, kołder, słomy, żeby się wszy nie wdały.

 

Gdy stracili swą bazę na Chryszczatej, bywało, że walczyli nie jedząc po kilka dni, rekord pobił jeden ze striłców – nie jadł 9 dni.

(….)    Wistun Siryj siedzi nad alfabetem i uczy się czytać, jego dziewczyna skończyła przecież 8 klas. ST. Wist.Rybałka martwi się: - z jego wsi ponad 20 chłopców poszło w szeregi UPA, teraz policzył, że został tylko ST.wist. Szwarnyj i on. Zadawał sobie pytanie z kim pójdzie szukać ziomków, gdy Ukraina będzie wolna.

Ø      W tym marszu na spotkanie wolności, w ciągłych zaciętych walkach, z łemkowskiej sotni, która liczyła 250 osób, zostało tylko kilkunastu.

Ø    Zapytał: - druhu dowódco, jak długo będziemy jeszcze  w podziemiu?

 

 Tak długo, jak długo na Ukrainie będzie okupant, jak długo w kołchozach będzie słychać płacz głodnych dzieci, jak długo będziemy katowani w więzieniach i jak długo będziemy umierać na Syberii!

Ø    Dopóki w naszych lasach i wioskach będzie słychać nieprzyjacielskie karabiny, dopóki są obławy, panuje terror i gwałt, dopóty będziemy walczyć!













środa, 20 maja 2020

Łemkowska Sotnia


Stepan Stebelski – Chrin.

"Nazbierać Łemków do sotni to trudna sprawa.
Łemko jest przywiązany do swojej wsi i nieufny. Ale kogo pozna i polubi, za tym pójdzie w ogień!
Najpierw chodziłem po wsiach łemkowskich i przemawiałem do ludzi. Że Łemkowie, to sławne książęce plemię, które wróg chce wyrzucić z ziemi ojczystej, że Łemkowie muszą z bronią w ręku stanąć w swojej obronie.
Wysłuchałem żalów, próśb, skarg, krzywd, życzeń i sprowadziłem wszystko do konieczności stanięcia we własnej obronie.
    Nabór zaczynałem wtedy, gdy miałem wrażenie, że zjednałem sobie ludzi. Zgłasza się wielu ochotników, ale zabroniono mi zabierać najbardziej świadomych, bo tacy zwykle byli zajęci pracą polityczną. Dlatego nic dziwnego, że znalazł się u mnie element w 70 % niepiśmienny.
    Z nowymi rekrutami od razu zaczynam rajdy, podczas których wychowuję ich i szkolę. Chcąc zachęcić Łemków, przeprowadzam kilka akcji, ale takich, które na pewno się powiodą. Żeby ich sobie zjednać, jako pierwsze rzuciłem hasło: - Idziemy bronić waszych wiosek!
        Dopiero po kilku miesiącach zacząłem mówić o obronie Łemkowszczyzny. Potem poszerzyłem front polityczny na całą Ukrainę – stawiając jako główny cel naszej walki – państwowość i zjednoczenie.
    Rozbudziłem w Łemkach dumę, uświadamiając im, że są pierwszą Łemkowską Sotnią i że kontynuują tradycję Republiki Komańczowskiej.
    Tak zacząłem. Ciągną do mnie chłopcy, z bronią i bez niej. Później ją zdobywamy. Ludzie cieszą się, że powstała Łemkowska Sotnia.
    W naszą siłę zaczęli wierzyć już wkrótce, po sukcesach w Zagórzu, Zawadce Morochowskiej, Zahutyniu i Górach Morochowskich. W krótkim czasie miałem już cztery czoty.
     Od rana do południa trwało szkolenie Łemków, po południu odpoczynek, a wieczorem napad na wroga.
W krótkim czasie sotnia nowych robiła więcej niż stare sotnie. Na rajdach moi żołnierze szkolili się, a w bojach hartowali. Wszędzie po wsiach robiliśmy robotę propagandową. Ruch chronił moje wojsko przed blokadą i i pościgiem nieprzyjaciela. Pomagał mi też w uderzaniu na grupy wroga. Już po kilku miesiącach nowo wcieleni, byli u mnie rojowymi.
    Nasze działania na terenach Zakerzonia stały się politycznie niepotrzebne po porozumieniu trzech państw: ZSRR, czerwonej Polski i Czech, w sprawie przymusowego wysiedlenia ukraińskiej ludności z tego terenu. 


Chryszczata w tle od strony wschodniej.

Jakaś niewypowiedziana tęsknota ciągnie mnie w niedaleką, sławetną przeszłość, za moimi drogimi żołnierzami Łemkami. Z dwóch setek zostało ich zaledwie kilkunastu. Czy spotkam się jeszcze z tymi, którzy pozostali wśród żywych?

Wspominam, naszych walk rocznice
A krwawe były sławne dni
Mściciele byli – niby wicher…
Z konia ziskakuju nehajno
I kłyczu: Łemky! Napered!
Jak żywioł idą, mkną zawzięci
Na Lachów śmiało mężni mkną
W koncercie huku przyschły usta
Gniew w oczach naszych pachnie krwią.
„U nastup, chłopci! Na okopy!
Dawaj hranaty! Na Sztyky!

Ech, lubie do ataku iść,
Wyrywać pragne się do boju
W stalowej ławie naprzód iść
To tylko mara…
Deż wy, Łemky
Bojewi łycari moji?

Gdzie jesteście
Waleczni rycerze moi?

Wist. Tetiana napisała taki wiersz:

I moji Łemky ne zabudut
Moi Łemkowie nie zapomną
Ciebie, rycerzu wolny mój,
 Z wdzięczności swojej na to wspomną,
Że mężnie ty stawałeś w bój.
 (szczo ty u bij stawaw jak stij)

(…) Myśli płyną jedna za drugą, przemykają jak gnane w nieznane jesiennym wiatrem listki.
Proszę wist.Tetianę, by powiedziała, o czym myśli.
  - Chciałabym wiedzieć, jak żyje się moim Łemkom na „Ziemiach Odzyskanych”. Czy wrócą jeszcze kiedyś na ziemie swoich pradziadów. Czy może na zawsze pozostaną nad Odrą i Nysą? Boję się, żeby to nasze sławne ukraińskie plemię nie przepadło dla Ukrainy, jeśli koło historii będzie toczyć się tą drogą jeszcze kilkadziesiąt lat.
Polacy są gotowi asymilować rodziny rozrzucone w obcym morzu. Gdy dojdzie do starcia miedzy Polakami i Niemcami, to nasi Łemkowie mogą stać się niewinną ofiarą ich porachunków.
Czasem jestem myślą na pustkowiach Łemkowszczyzny. Stawiam sobie pytanie, kto z powstańców jeszcze się tam trzyma, jak sobie dają rade, jakie mają odczucia?

Na pewno w Stężnicy, Berezie, Woli Matiaszkowej, i Bereżnicy zamieszkał wróg i zamiast języka łemkowskiego słychać mazurskie przekleństwa.
Wyobrażam sobie nasze pogrążone w smutku góry: - Lniana, Popiwnycia, Łopiennik, Magura, Połonina Wetlińska, Połonina Caryńska i nasze Bieszczady, o których nieraz śpiewają:

Oj,czemuż ty sia ne żenysz,
Wysokij Beskyde?
Bo Wetłynska połonina
Za mene ne pide….                                                                      


Chrin zimował w bunkrze od października 1947 do połowy kwietnia 1948.
Tylko raz dziennie wychodził na powietrze na pół godziny. Spanie bez poduszek, kołder, słomy, żeby się wszy nie wdały.

Gdy stracili swą bazę na Chryszczatej, bywało, że walczyli nie jedząc po kilka dni, rekord pobił jeden ze striłców: - nie jadł 9 dni.
(….)    Wistun Siryj siedzi nad alfabetem i uczy się czytać, jego dziewczyna skończyła przecież 8 klas.
ST. Wist.Rybałka martwi się: - z jego wsi ponad 20 chłopców poszło w szeregi UPA, teraz policzył, że został tylko ST.wist. Szwarnyj i on. Zadawał sobie pytanie z kim pójdzie szukać ziomków, gdy Ukraina będzie wolna.

W tym marszu na spotkanie wolności, w ciągłych zaciętych walkach, z Łemkowskiej Sotni, która liczyła 250 osób, zostało tylko kilkanaście.

Zapytał: - druhu dowódco, jak długo będziemy jeszcze  w podziemiu?
- Tak długo, jak na Ukrainie będzie okupant, jak długo w kołchozach będzie słychać płacz głodnych dzieci, jak długo będziemy katowani w więzieniach i jak długo będziemy umierać na Syberii!
Dopóki w naszych lasach i wioskach słychać nieprzyjacielskie karabiny, dopóki są obławy, panuje terror i gwałt, dopóty będziemy walczyć!"

Stepan Stebelski - „W szczęku żelaza”, „Zima w bunkrze” Спогади-хроніка 1947/1948)
Dowódca sotni zwanej "Łemkowską", Udarnyky 5, "95 a" w kureniu Rena.

środa, 3 kwietnia 2019

Sotnia Brodycza



Nasze niepowodzenie w bitwie w Smolniku zatrwożyło całą okolicę. Przybył do nas dowódca kurenia „Ren” wraz z kilkoma oficerami. Przesłuchiwano wielu oficerów i strzelców. Przybył również sotenny „Didyk”.
     Bardzo żałował tych, którzy zginęli i nie mógł wybaczyć „Korpowi”, że tak nierozważnie w biały dzień poprowadził żołnierzy do ataku.

Smolnik nad Osławą - mogiła poległych żołnierzy Ukraińskiej Powstańczej Armii.
(Więcej we wpisie "Panachyda")


Następnego dnia rano odbyła się zbiórka. Koło kurennego „Rena” stał młody oficer – smukły, wysoki blondyn o niebieskich oczach i śladami po ospie na sympatycznej twarzy.
Ubrany w niemiecki uniform, w czapce – petlurówce z żółtym sznurkiem na głowie, prezentował się bardzo dobrze.

Dowódca kurenia wskazał na niego i przedstawił go, jako naszego nowego dowódcę sotni. Był to „Brodycz” (Roman Hrobelski), przeniesiony z sotni „Karmeluka”.
Z nowym sotennym odeszliśmy w lasy nad Wisłokiem Wielkim i tam stanęliśmy obozem. Przybyli do nas nowi strzelcy i nasza sotnia dwukrotnie powiększyła swoją liczebność.


Wraz z przybyciem „Brodycza” w sotni powiało nowym duchem. Nowy sotenny okazał się dobrym gospodarzem – zaglądał wszędzie, sprawdzał broń, amunicję, mundury, obuwie i cały sprzęt sotni.(....)
W tym czasie do sotni powrócili strzelcy, którzy przechodzili szkolenie w szkole podoficerskiej. Końcowy egzamin na podoficerów zdawali w dużej bitwie.
       Sotnię szkoleniową zaczęła ścigać polska podchorążówka, która przyjechała z Warszawy, żeby zdać „praktyczny egzamin” swojej oficerskiej działalności. Pierwsze starcie miało miejsce w lesie nad wsią Dylągowa. 
Po potyczce, w której zginął jeden strzelec z miejscowej bojówki, sotnia szkoleniowa przeniosła się w lasy Szybienieckie i tam zakończyła szkolenie.
Kilka dni przed zakończeniem kursu posterunek ubezpieczenia (załoga była akurat z naszej drużyny) dostrzegł, jak do obozu z kilku stron podkrada się wróg.
Sotnia zajęła stanowiska w starych okopach, pochodzących jeszcze z pierwszej wojny światowej.
       Polacy podbiegli do szturmu z karabinami najeżonymi bagnetami. Lecz nasi nie byli w ciemię bici i odpowiedzieli granatami. Wróg w panice zawrócił. Polacy powtórzyli szturm kilkakrotnie, lecz wszystko bez powodzenia i dopiero jak ostygł ich zapał, gdyż sporo ich zginęło od naszych granatów, dowódca szkoły (był to zdaje się „Zrub”) wydał rozkaz do ataku.
        Z okopów wypadli rozjuszeni strzelcy akurat wtedy, kiedy wróg przygotowywał się do nowego szturmu. Nasi zaczęli pruć z broni do Polaków, a ci rzucili się do ucieczki.
Nasi zapędzili się za wrogiem dość daleko. W tym boju wzięli trzydziestu do niewoli, niektórzy spośród nich byli ranni. Zdobyto furmankę z aparaturą radionadawczą, dużo karabinów, kilka karabinów maszynowych i moździerzy i pełne skrzynki amunicji.
          W tej bitwie poległo około stu Polaków, a dwa razy więcej było rannych. Naszych zginęło trzech, dwóch miejscowych i jeden z sotni „Chrina”. Dwóch strzelców zostało rannych.
Jeńcom nasi strzelcy zabrali mundury i lepsze obuwie, a ich samych obdarowali ulotkami i puścili do Przemyśla.

Jednak nikt z nas nigdy nie wiedział, kiedy i komu śmierć wyjdzie naprzeciw. Czekała na każdego z nas na każdym kroku i często kosiła wtedy, kiedy dostrzegalnego niebezpieczeństwa nie było widać. (...)


wtorek, 16 października 2018

W szczęku żelaza.

Wiosną 1947 roku, kilkanaście kilometrów od Huczwic, w Jabłonkach, w niewyjaśnionych okolicznościach zginął „Czerwony generał” - Świerczewski.
       Owszem – strzelała czota Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale to ktoś po stronie komunistów zadał śmiertelny cios bagnetem.

Razem z generałem, na inspekcję do strażnicy WOP w Cisnej jechał dowódca 34 pułku piechoty – dwudziestopięcioletni wtedy komunista świeżo przybyły z Francji. Ten człowiek o pseudonimie Jan Gerhard napisał potem propagandową książkę „Łuny w Bieszczadach”.(obowiązkowa lektura szkolna w swoim czasie).
    Decyzją Edwarda Gierka w końcu 1970 roku powołano komisję mającą na celu wyjaśnienie okoliczności śmierci generała Świerczewskiego i w konsekwencji na przełomie 1970/71 komisja rozpoczęła badania. Komisją kierował Marian Naszkowski, a jednym z jej członków był Jan Gerhard.
               Raport komisji nigdy nie ujrzał światła dziennego.
Najpierw nieznani sprawcy dokonali włamania do domu Naszkowskiego, z jego sejfu zabrali tylko gotowy już raport, pomimo że były tam również kosztowności.
         Przy okazji zamordowano gosposię.
Chwilę później w swoim warszawskim mieszkaniu został zasztyletowany Jan Gerhard. Także tu nie tknięto pieniędzy i wielu cennych rzeczy.

12 maja 1972 o morderstwo oskarżony został narzeczony córki, 27-letni student architektury Zygmunt Garbacki oraz jego kolega 26-letni Marian Wojtasik.
Po krótkim procesie,wydano dwa wyroki śmierci wykonane natychmiastowo.
I już nikt do sprawy śmierci generała nie miał ochoty wracać.

W każdym razie w bieżącym roku usunięto pomnik Świerczewskiego. Czyli historia powolutku ulega wygładzeniu. 

Do legendy przeszła brawurowa obrona Huczwic w wykonaniu Łemkowskiej Sotni pod dowództwem sotennego Chrina. 


       Polscy żołnierze na terenie Bieszczadów dopuszczali się grabieży, gwałtów i morderstw, nie inaczej było w Huczwicach.
(Ktoś powie: - ci żołnierze to byli komuniści. Zgoda, ale ci komuniści byli narodowości polskiej. Przecież w tym samym czasie niektórzy inni polscy dowódcy nie tylko potrafili żyć z tubylcami w zgodzie, ale także zaopatrywali Powstańców w broń – tak robił na przykład dowódca strażnicy w Woli Michowej. 
     Pamiętam także o "krwawej niedzieli" - Baligród 1944. Będzie wpis: - Sprawa Janasa. 
Jakoś ci państwo, którzy tak kultywują pamięć o rocznicy tej zbrodni, zapominają o zbrodniach strony przeciwnej - zbeszczeszczeniu zwłok poległych striłców w Smolniku nad Osławą, wysadzeniu w powietrze podziemnego szpitala UPA w którym byli ranni i obrońcy - o zbrodniach masowych w Terce, Zawadce Morochowskiej. 
      Każdy medal ma bowiem dwie strony.
Przypominam także, że na tym blogu nie ma rynsztoka - nie są tu zamieszczane nienawistne i obelżywe komentarze. 
Masz coś sensownego do powiedzenia? Wtedy napisz.
Generalnie chodzi o szacunek dla adwersarza).

Kiedy po raz kolejny silny oddział Polaków z cieszącego się ponurą sławą 34 pułku piechoty z Baligrodu wszedł do wsi, chłopi wezwali na pomoc sotnię z bazy na Magurycznem.
        A z Magurycznego do Huczwic jest przecież przysłowiowy rzut beretem.
Już po niecałej godzinie rozległa się kanonada i piechota polska
zaległa, usiłując się okopywać. Po krótkiej wymianie ognia żołnierze UPA zostali poderwani do natarcia: - doszło do walki wręcz, w której Polacy stracili kilkunastu zabitych, po czym rzucili się do ucieczki.
Oprócz pokaźnej ilości broni i amunicji UPA zdobyła także działo 75 mm.
         
          Stepan Stebelski – Chrin, książka „W szczęku żelaza”.


wtorek, 7 lutego 2017

Orzeł nad głową

W spontanicznym pisaniu, poruszany jakiś temat pociąga za sobą jego kontynuację.
We wczorajszym wpisie padło słowo samolot.
I otworzyła się furtka wspomnień!

Biwakuję na górze 686 Pod Wierchem. Do Chryszczatej  jest stąd 2,5 kilometra w locie ptaka. Góra na horyzoncie. Z kierunku Rabego widać na niej charakterystyczne siodełko.




Jest cudny, przecudny dzień! 
Chłonę to, co wokół każdą komórką mego ciała. Słońce już wysoko, podnosi się także upał. Umilkły dzięcioły, nawet świerszcze grają o kilka tonów ciszej. 
Na tym odludziu i ciszy, zmysły stają się wyczulone – słychać pełznącego zaskrońca, szum liści poruszanych wiatrem. Jest bosko!
    Naraz jak coś nie krzyknie przenikliwie tuż nad moją głową!
Aż się wzdrygnąłem instynktownie, a to tylko dorodny orzeł przeleciał. Ten charakterystyczny, ostry, władczy i zarazem radosny krzyk od tej pory kojarzy mi się z Chryszczatą.




Orzeł = samolot, bo przecież sam lata.
Tak jak człowiek = samochód, bo sam chodzi.
A samochód = samojazd.
Z tych zdań wynika, że siedzę i myślę – znaczy że mam czas. No bo jak nie mieć czasu w wolności?

Widok w kierunku Huczwic, gdzie mieszkał Darek Karaluch. Dalej Bystre i Baligród.



Rabe – wieś, której już nie ma, tak, jak wielu bieszczadzkich wsi i osad. Ta wieś zniknęła z mapy po Ukraińskim Powstaniu 1945 – 1947.
Siedzę przed namiotem i czytam książeczkę z serii „Tygrysa” o niebywałych zwycięstwach komunistów w tamtych czasach:

„Oto polski pilot Dymytr Pieredupcew nadlatuje nad Bieszczady na kukuruźniku (dwupłatowiec) i niszczy całą sotnię UPA”. Wielkie zwycięstwo!”

Zastanawiam się, kto wierzył wtedy w taką dętą propagandę? Owszem, ludzie zawsze potrzebowali bohaterów, byli zmęczeni wojną i może nie było im wszystko jedno kto rządzi, ale co mieli zrobić? W Polsce rządziła Rosja Stalina.
    W więzieniach siedziało kilkaset tysięcy ludzi. Torturowano i zabijano bezkarnie.
Ludziom, którzy nie siedzieli, chodziło w końcu tylko o to, aby można było jakoś żyć. Nie było wielkich wymagań.
        O wyczynach polskiego lotnictwa w wojnie bieszczadzkiej 1945-1947, napisano cały ocean słów. Minęło 70 lat, prawda zawsze się przebije, niezależnie od tego, czy propagandę serwuje nam nazizm, komunizm, czy inna chora ideologia.

Sotnia Didyka spotyka się z sotnią Chrina i wspólnie atakują Nowosielce. Dlaczego Chrin i Didyk zdecydowali się atakować Nowosielce? Polskie wojska, polscy osadnicy, milicja i ORMO zabiło, zmaltretowało, okradło tak wielu, że miarka się przebrała. To był odwet.

Wspomina Iwan Dmytryk z sotni Didyka:


„Nad ranem nasze sotnie były już we wsi Wolica. Była niedziela. Ludzie, idąc do cerkwii, dziękowali nam za odwet na Polakach. Tu spędziliśmy cały dzień. Nasz zwiad przyniósł informację o wielkich stratach Polaków.
     Wkrótce po akcji na Nowosielce i inne wsie, zniszczyliśmy polskie „lotnictwo”, składające się z trzech samolotów produkcji radzieckiej, które nazywaliśmy „kukuruźnikami”. Często krążyły nad lasami i wsiami, a wtedy musieliśmy gasić ogniska i chować się przed wzrokiem lotników. Samoloty te bomb nie zrzucały, lecz zauważywszy nas ostrzeliwały teren albo zrzucały granaty.
Bardzo nas to denerwowało i postanowiliśmy za wszelką cenę zniszczyć samoloty.

I oto pewnego razu, kiedy nasz rój (Rój – dziewięć osób i dowódca, czota – cztery roje plus czotowy, sotnia – cztery czoty) przechodził Chryszczatą, kukuruźniki uparcie krążyły nad lasami.
     Nasz kaemista „Wychor” wylazł na suchy pień ze swoim MG 42 i zamontowawszy celownik optyczny, zaczął celować w samolot. Samolot jednak przeleciał. Zaśmialiśmy się, lecz „Wychor” się nie poddawał. Siedział i czekał.
I doczekał się.

(MG 42 był nazywany był przez żołnierzy „Szybką szprycą” (niem. Schnellespritze) lub „Piłą Hitlera”, z powodu charakterystycznego odgłosu wydawanego podczas strzelania serią, który ze względu na szybkostrzelność karabinu zlewał się w jeden dźwięk przypominający jazgot piły tarczowej. Donośność skuteczna 1000 metrów).
    
Samolot nadleciał ponownie. „Wychor” posłał krótką serię i …..samolotem zakręciło, zatoczył półokrąg i poleciał w dół!
W podobny sposób inne sotnie zestrzeliły dwa kolejne samoloty.
Tak przestały istnieć polskie „siły powietrzne” na naszych terenach".


wtorek, 8 grudnia 2015

Przyłóż ucho do szyn historii

Na początku sprawa komputerowa: od 12 października do wczoraj, praktycznie nie było ze mną kontaktu poprzez pocztę powiązaną z blogiem: datyzwrotu@gazeta.pl
Zmiany poczyniały Google. Nowy interfejs.
Już jest ok. Aktualnie przekopuję się przez nadesłaną w tym czasie pocztę i do soboty odpowiem każdemu, kto do mnie napisał.

Teraz krótki tekst na bieżący temat „nie bój się śmierci” otrzymany od Jana z Ciężkowic.

Kiedy już zejdziesz z tego świata,
gdy zamilkną wszystkie dzwony, powiesz;
PANIE! Jak pięknie!!!
I nareszcie będziesz zadowolony!

Cerkwisko w Smereku.

Jeśli ktoś przychodzi do twego domu i chce ciebie z niego wypędzić, a ty bronisz swego miejsca na ziemi, to ty jesteś bandytą, czy on?
     
Jak możemy przeczytać, wywózki trwały na dobre już przed oficjalnym ogłoszeniem akcji Wisła. Wojsko polskie nie było suwerennym wojskiem, Polska dostała się pod nową okupację. Między aliantami a Stalinem zgrzytało, wielu ludzi brało pod uwagę wybuch nowej wojny. To był bardzo niepewny czas.
Czerwone wojsko nie mogło sobie poradzić z partyzantką ukraińską, dlatego zaczęło wywozić ludność, nie pytając, kto jest Bojkiem, kto Ukraińcem, a kto Łemkiem.

Na bardzo ładny gest zdobyli się obecni mieszkańcy Smereka.
Na tablicy napisano:

Na wieczną pamięć przed historią
Deportowanym z własnej ziemi
     Miejscowość Smerek

Takie tablice mogłyby stanąć w wielu innych miejscowościach południowej Polski.
     

Zachodnia prasa rozpisywała się o ukraińskim powstaniu w Polsce, o jego sukcesach.
Komuniści zaczęli więc gorączkowo szukać pretekstu dla Zachodu, przykrywki propagandowej, aby umotywować deportację.

Kiedyś to się nazywało prowokacją, dziś są to zagrywki pijarowe dla ciemnego tłumu.
Tłumem steruje się bowiem za pomocą zupy z kłamstw, obietnic, nienawiści i strachu.
       W walce z Ukraińskimi Powstańcami, wojsko polskie w 1945 i 1946 roku ponosiło dotkliwe straty. Teren sprzyjał walce partyzanckiej. Najpierw rozkręcono propagandę wbijając Polakom do głowy stereotyp Ukrainiec – bandyta. Komunistom bardzo pomogli nacjonaliści ukraińscy mordami na Wołyniu.
           Każdy nacjonalizm jest paskudny.
W Bieszczadach zdarzył się drobny odprysk tych nacjonalistycznych działań w postaci „krwawej niedzieli” w Baligrodzie.
6 sierpnia 1944 r., Ukraińska Powstańcza Armia zamordowała 42 osoby.
41 Polaków i jednego Ukraińca.
Dla równowagi przypomnę zbrodnie masowe „polskiego wojska” w Terce i Zawadce Morochowskiej.
Były zbrodnie po obu stronach. Ile jeszcze lat mamy sobie skakać do gardeł?
Ludzie nie rozumieją, że ktoś ich dzieli i szczuje.
 
           Nieudany lot do wolności

Mieliśmy do czynienia z nieudanym Powstaniem Ukraińskim przeciwko czerwonej Polsce.
      Polacy powinni rozumieć pragnienie lotu do wolności, mają przecież w swojej historii również kilka nieudanych Powstań.......

Akcja Wisła nie była przygotowywana w tajemnicy od jakiegoś czasu, jak piszą historycy. Akcja Wisła trwała, tylko jak napisałem, potrzebowała pretekstu do „oficjalnego” rozpoczęcia.
Pretekstu dla zamydlenia oczu Zachodowi.
Komuniści uczyli się przecież od Hitlera (Prowokacja Gliwice)

Tym pretekstem stała się w marcu 1947 roku, śmierć generała Świerczewskiego
Rzekomo zginął z rąk UPA w zasadzce w niedalekich Jabłonkach, gdy jechał na inspekcję do KBW w Cisnej.

Skoro świt w Baligrodzie zatrzymują się dwie ciężkie ciągnikociężarówki Dodge i ciężarówka ZIS wyładowane żołnierzami i oficerami. To inspekcja wiceministra obrony gen. Karola Świerczewskiego. Towarzyszą mu dowódca Okręgu Wojskowego Kraków gen. Mikołaj Prus-Więckowski, dowódca 8. Dywizji Piechoty płk Józef Bielecki, dowódca 34. Pułku Piechoty stacjonującego w Lesku ppłk Jan Gerhard i kpt. Aleksander Cesarski.
      Świerczewski to żołnierz Armii Czerwonej, w 1920 roku w jej szeregach atakujący Warszawę. Potem legendarny gen. Walter, bohater wojny domowej w Hiszpanii, w cieniu swych frontowych osiągnięć organizujący krwawe stalinowskie czystki w szeregach republikańskich.     
      Nieudolny z powodu alkoholizmu generał Armii Czerwonej i dowódca 2. Armii Wojska Polskiego podczas wojny światowej. Teraz poseł, członek KC PPR, człowiek zaufania Moskwy. Ma z bliska przyjrzeć się ostatniemu niespacyfikowanemu skrawkowi Polski, na którym wojsko i UB od niemal dwóch lat nie potrafią zniszczyć oddziałów UPA.

O świcie gen. Świerczewski wizytował Lesko, skąd ruszył do Baligrodu. Inspekcja dobiega końca. Gen. Świerczewski wyraża jednak życzenie odwiedzenia także garnizonu w Cisnej. Płk Bielecki, ppłk Gerhard i kpt. Karczewski zniechęcają go, ale miękko, bez przekonania.

Droga do Cisnej prowadzi tuż pod matecznikiem UPA - masywem Chryszczata. To w tym miejscu sotnie UPA regularnie urządzają zasadzki na wojskowe konwoje z zaopatrzeniem......


Historia zabójstwa generała miała dalszy ciąg jeszcze wiele lat po wojnie, już za Edwarda Gierka, gdy w 1971 r. w mętnie wyjaśnianych okolicznościach zginął Gerhard, były dowódca 34 pułku piechoty z Baligrodu. Zginęły także dokumenty komisji ministra Naszkowskiego na na temat wydarzeń w Jabłonkach.
      Gerhard siedział w samochodzie obok Świerczewskiego, gdy UPA otworzyła ogień. Mętny człowiek, zagadkowe zabójstwo.
W IPN toczy się niemrawe, długoletnie śledztwo w sprawie zbrodni masowych na ludności cywilnej Zawadki Morochowskiej i Terki. Zbrodni tych dopuścili się żołnierze z 34 pułku piechoty.

Komuniści próbowali wyjaśnić śmierć generała. Utworzyli tzw. komisję ministra Naszkowskiego. Podejrzewano bowiem, że generał zginął z ręki swoich, lub dobiło go NKWD na rozkaz Stalina. Faktem jest, że UPA dostało wiadomość, że będzie jechał ktoś ważny.
Legendarny sotenny Chrin dostał tę wiadomość jeszcze poprzedniego dnia. Wspominał o tym prowydnyk Orłan i sam Chrin.

W 1971 roku śmierć Gerharda nie była jedyną śmiercią osoby zamieszanej w sprawie.


W Smereku, tak jak w całych Bieszczadach, zastosowano odpowiedzialność zbiorową.
Spalono cerkiew, spalono chyże, wyrzucono Bojków z ich ojcowizny.                                                                                            Miejsce pamięci w Żdyni.
Na Łemkowskiej Watrze w Żdyni, czytamy: Pomiędzy Polakami a Ukraińcami była nienawiść, była przelana krew. Ta przeszłość obciąża nasze stosunki, ale tę przeszłość trzeba przezwyciężyć.                  
      Pragnąc pojednania, dążymy do ukazania naszej trudnej historii w świetle prawdy. Komuniści przystąpili do likwidacji Ukraińskiej Powstańczej Armii i dokonali przymusowych przesiedleń ludności, w większości ukraińskiej. W ciągu trzech miesięcy wysiedlono z rodzinnych miejsc około 150 tysięcy ludzi, pozbawiając ich majątku, siedzib i świątyń. (….)     
       Senat Rzeczypospolitej Polskiej potępia akcję Wisła, w której zastosowano właściwą dla systemów totalitarnych – zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Senat Rzeczypospolitej Polskiej będzie dążyć do tego, by naprawione zostały – o ile to możliwe – krzywdy powstałe w wyniku tej akcji.