Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzułmanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzułmanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

Kamienne wieże Kaukazu

 Szamil Basajew.

Pisałem nie raz, że powinniśmy uczyć się od naszych wrogów i odpłacać im pięknym za nadobne, według zasady „kto mieczem wojuje”.

Odkąd uznałem kk za wroga wolności, kiedy tylko przeczytałem, czy usłyszałem, że ta organizacja mafijna czegoś zabrania, coś potępia, albo tylko nie pochwala, zaraz zgłębiałem temat, ponieważ z tych właśnie materiałów mogłem wyłuskać kolejne ziarno ukrywanej prawdy.

     Tak samo jest z Rosją. Nie moją rolą jest zastanawianie się nad zrozumieniem „rosyjskiej duszy”, skupiam się na tym, co także dziś boli rosyjskich speców od mocarstwowej ideologii.

Czeczenia. Dwie pełnoskalowe wojny z Rosją.

W niepodległej Estonii po wprowadzeniu własnej waluty pozostały miliardy bezwartościowych rubli. Po rozpadzie Rosji zostały tam góry rubli, które miał odkupić rosyjski rząd. Moskwa targowała się z Estończykami, ci zaś niespodziewanie sprzedali całość według przelicznika sto dwadzieścia dolarów za tonę nic niewartych rublowych banknotów kupcom z Czeczenii. Inni czeczeńscy emisariusze zaczęli zgłaszać się do centralnego banku Moskwy z podrobionymi awizami, na których podstawie przekupieni rosyjscy bankierzy wypłacali im następne miliardy rubli. Gospodarkę w Groznym zastąpił czarny rynek i kontrabanda, a handel w całości przeniósł się na bazar, gdzie na zakupy zjeżdżano nie tylko z Kaukazu, ale i z połowy Rosji. Bo kupić można tu było dosłownie wszystko.

   Liczba chętnych do robienia interesów w Czeczenii stale rosła. Powstawały sojusze polityków i mafii, jedni chcieli handlować z Zachodem, drudzy z państwami arabskimi, a jeszcze inni z Rosją. Chodziło tylko o pieniądze, a nie o politykę.

Kreml niby zaciskał blokadę, szykując się do drugiej wojny, ale kto miał się bogacić i to po obu stronach, ten się bogacił, ponieważ fakty pokazywały, że prawdziwi ojcowie chrzestni większości mafii czeczeńskich zasiadali na Kremlu.

    Każdy władca zwalcza przeciwników, bo się ich boi. Zwalcza na różne sposoby, a wszystkie w dłuższym terminie okazują się nieskuteczne, ponieważ po pierwsze primo nic nie trwa wiecznie, także każde imperium ma swój kres, a po drugie primo martwy przeciwnik, czyli już tylko legenda, mit, jest o wiele groźniejszy, bo mitu nie zabijesz. Bohater legendy, jego słowa, dostają życie wieczne.

   I rzecz ważna – ostrożnie z ufnością, nie należy nikomu do końca wierzyć. Polityka jest brudna (dobrze że niewiele wiemy, bo inaczej człowiek by zwariował). Służby ze sobą współpracują ponad oficjalnymi podziałami.

     Dżohara Dudajewa zabiła amerykańska rakieta kierowana na sygnał telefonu satelitarnego, z którego rozmawiał.

      Szamil Basajew zginął przez prezent - militarny gadżet wyprodukowany w Izraelu.

Precz z propagandą, liczy się tylko źródło, dlatego swego czasu sięgnąłem do książek sotennego Chrina. Poza tym historia weryfikuje postaci i powoduje nieoczekiwaną zmianę miejsc na podium - Chrin okazał się bohaterem, a generał Świerczewski łachudrą.

 

    Więc kogo Rosjanie w Drugiej Wojnie Czeczeńskiej uznawali za największego wroga? Szamila Basajewa między innymi. No to posłuchajmy, co pod koniec wojny Szamil miał do powiedzenia:

- Jestem Szamil Basajew, osiemnastokrotnie zabity – rzucił na powitanie.

- Nie boi się pan, że …..

- Ja to proszę pana niczego się nie boję.

Z jego żywej twarzy wprost tryskały energia, dzika siła życia, niebezpieczna inteligencja i jakiś trudny do nazwania czar.

- To było dla pana chyba niezwykłe lato. Najpierw ogłoszono pana emirem Kaukazu, wkrótce zaś największym terrorystą. A za kogo pan sam się uważa? Kim pan jest? Zbawicielem Kaukazu? Biczem Bożym? Wojownikiem? Mężem stanu?

- Jestem zwykłym muzułmaninem, staram się żyć, jak przykazał Wszechmogący.

- Zwykły muzułmanin, który zostaje uznany za przywódcę świętej wojny przeciw niewiernym? Jeszcze niedawno głosił pan, że największym zagrożeniem dla czeczeńskiej niepodległości jest muzułmański fanatyzm.

- I nie zmieniłem zdania. Prorok Mahomet powiedział, że trzy śmiertelne zagrożenia dla islamu to wojujący bezbożnicy, muzułmańscy uczeni, którzy fałszywie tłumaczą Koran i fanatyczni ignoranci. To ich miałem na myśli, mówiąc o muzułmańskim fanatyzmie. Fałszywymi uczonymi są sprzedajni mułłowie oszukujący wiernych, by przypodobać się bezbożnym tyranom, a wojujący bezbożnicy to oczywiście Rosjanie.

- Porozmawiajmy o pańskim nawróceniu. Jeszcze pięć lat temu słynął pan jako partyzancki komendant, ale chyba nikt nawet nie przypuszczał, że zostanie pan jednym z przywódców świętej wojny, muzułmańskiego powstania na Kaukazie.

 - Prawdziwym muzułmaninem uczyniła mnie wojna. Wszyscy rodzimy się mahometanami. I pan i ja przyszliśmy na świat jako dzieci Wszechmogącego. Nie potrafimy jednak od pierwszych dni odnaleźć prawdziwej drogi, potykamy się, błądzimy po omacku. Błądzą też nasi przewodnicy, nasi ojcowie, kapłani. Często w najlepszej wiedzy sprowadzają nas na manowce. Ja też błądziłem przez lata. Ceniłem wartości, które były kłamstwem. Jeszcze podczas poprzedniej wojny walczyłem pod sztandarem „Wolność albo śmierć”. Dziś walczę też za wiarę. Pojąłem, że rzeczy, w które dotąd wierzyłem, są jedynie ułudą, że przemijają. A jedyną wieczną wartością jest wiara we Wszechmogącego. Że tylko ona daje nadzieję i pokój. Nie doszedłem do tego z niedzieli na poniedziałek. Dojrzewałem. Pięć lat temu, kiedy zaatakowała nas Rosja, świat zachodni – strażnik tych wszystkich najświętszych wartości, jak równość, wolność, sprawiedliwość, braterstwo, swobody obywatelskie – odwrócił się od Czeczenii. Zdradził nas jak ladacznica, która idzie z tym, kto więcej płaci. Ta sprawa wiele nas, Czeczenów, nauczyła. Zobaczyliśmy fałsz naszych mistrzów. Zrozumieliśmy, że możemy liczyć tylko na siebie i miłosierdzie Allaha. To dało nam olbrzymią siłę.

- A jak zmieniło to Czeczenów?

- Ogromnie. Dziś do wojny z Rosją stajemy już jako zupełnie inni ludzie. Walczymy nie tylko o wolność, ale i za wiarę. Nie tylko moi mudżahedini, ale też niemal wszyscy Czeczeni zaczęli szukać w Koranie odpowiedzi, jak żyć. Jeszcze pięć lat temu liczni wśród nas ci, co się nie modlili, pili alkohol, palili papierosy, sięgali po narkotyki. Dziś niewielu takich pan znajdzie, a w mojej armii nie ma ich wcale. Ja też rzuciłem tytoń. Niedawno dla moich mudżahedinów kupiłem w Rosji mięso, teraz przychodzą do mnie jeden po drugim i tłumaczą, że nie chcą go jeść, bo pochodzi z bydła, które w Rosji zaszlachtowano niezgodnie z muzułmańskim obyczajem. Będę je musiał rozdać.

 - Czy nad Czeczenia nie krąży widmo muzułmańskiego fanatyzmu?

- Krąży, krąży. Jest wśród nas wielu wojujących ignorantów, którzy chcieliby zaprowadzić Boże porządki w jeden dzień, nie rozumiejąc, że ludzie nie są do tego gotowi. Zresztą nie tylko sami ludzie. Najczęściej ci, co myślą o Bożych porządkach, nie mają zielonego pojęcia o Koranie, choć są przekonani, że posiedli całą mądrość. Jeśli chodzi o mnie, jestem wrogiem zarówno wojującego bezbożnictwa, jak i wojującego ignoranctwa.

  - Szamil Basajew przeciwnikiem skrajności? Dla wielu jest pan ich uosobieniem.

 - Robią ze mnie takiego, sam nie wiem czemu.

- Pana to dziwi? A rajd na Budionnowsk nie był skrajnym rozwiązaniem? Znaleźć straceńców gotowych na śmierć i poprowadzić w głąb Rosji, gdy w samej Czeczenii trwa wojna? To nie skrajność?

- A cóż w tym skrajnego? Wszyscy kiedyś umrzemy. Takich nas stworzył Wszechmogący. Wybór, który nam pozostawił, to nie kiedy umrzemy, ale jak. Umrzemy, kiedy taka będzie jego wola i nic na to nie możemy poradzić, choćbyśmy się ukryli w kamiennej wieży. Jedyny wybór to jak umrzeć. Ja postanowiłem umrzeć jak wojownik. Cóż w tym skrajnego?

- Maschadow mówi, że głupotą i wyjątkową nieodpowiedzialnością z pana strony był najazd na sąsiedni Dagestan. Że dał pan Rosji powód do wojny.

- A ja mówię, że głupotą było podpisanie rozejmu z Rosją i dawanie im czasu na przygotowania do nowej wojny. Wojna by wybuchła tak, czy inaczej. Już wtedy, po tamtej wojnie, kiedyśmy pobili Rosjan, trzeba było ich zniszczyć, rzucić na kolana. Tłumaczyliśmy Maschadowowi, żeby nie układał się z Rosjanami, niczego nie podpisywał. Mówiliśmy mu, że to błąd pozwolić Rosji, by wycofała się z wojny bez kontrybucji, bez politycznych ustępstw, nawet bez przeprosin i ukarania odpowiedzialnych za masakry czeczeńskich cywili. Opuścili Czeczenię, jakby się nic nie stało, jakby nie przegrali wojny. Maschadow się oburzał. Mówił: „Co też wygadujecie? Popatrzcie tylko kto podpisał się pod układem z Chasaw-jurtu o zawieszeniu broni. Sam Jelcyn!” bredził o zobowiązaniach, o prawie międzynarodowym. Daliśmy Rosji cztery lata na spokojne przygotowanie się do nowej wojny. I dziś ją mamy. Allah ukarał nas za głupotę i pychę, tak, jak ukarał afgańskich mudżahedinów. Od dawna Rosjanie prowokowali incydenty, tak czy inaczej znaleźliby pretekst do wojny. Nasze milczenie tylko ich zachęcało. Uznali to po prostu za dowód naszej słabości.

- Dlaczego Maschadow tak wierzył Rosji?

- Maschadow ma duszę romantyka i radzieckiego pułkownika. Pół życia przesłużył w radzieckiej armii jako artylerzysta. Przywykł wierzyć Moskwie.

- Najpierw  razem walczyliście z Rosją, potem rywalizowaliście o urząd prezydenta. Jeszcze później wasze drogi się rozeszły i zostaliście politycznymi wrogami, o mało co nie wywołując wojny domowej, a dziś Maschadow mówi, że znów zgodził się pan pójść pod jego komendę.

  - Dziś znowu jesteśmy razem, bo ponownie zagraża nam wróg. Byliśmy zjednoczeni, bo mieliśmy wroga, Rosję. Podpisując z nią pokój, Maschadow sprawił, że ten wróg dla wielu Czeczenów zniknął, a przynajmniej nie wydawał się już straszny. Zaczęliśmy szukać wrogów między sobą, a tego właśnie chciała Rosja. Ale z Maschadowem wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, którzy otwarcie, aż do bólu mówią sobie, co się im w nich nie podoba. Na tym przecież polega prawdziwa przyjaźń.

    Walczymy już od czterystu lat. Cała nasza historia to jedna wielka wojna z Rosją. Jermołow, wojna domowa, zdrady białych i czerwonych, Stalin, Jelcyn, Putin. Wciąż wojna, wciąż pogromy, zgliszcza, trupy. Tę wojnę z pokolenia na pokolenie przekazują ojcowie synom. Czeczeni własną krwią płacą od wieków za rozwiązanie zagadki rosyjskiej duszy. Prochami naszych przodków usiane są Syberia, pustynie Turkiestanu. Mielibyśmy uwierzyć Rosji? Przetrwać jako naród możemy tylko w państwie niepodległym, uznanym przez świat, którego Rosja nie będzie już mogła bezkarnie najeżdżać, grabić, mordować ilekroć przyjdzie jej na to ochota. Niepodległość jest konieczna, by Rosja nie miała więcej prawa nas zabijać.

            Urywek z książki „ Kamienne wieże Kaukazu”- Wojciech Jagielski.

piątek, 17 stycznia 2025

Szacunek do pieniędzy

Pieniądz jest wspaniałym wynalazkiem, czyni ludzi bogatymi, umożliwia im zdobywanie tego, czego nie mają. Jednak wszystkie religie są mu przeciwne. Nie chcą bogatej ludzkości, nie chcą inteligentnej ludzkości, jeśli bowiem ludzie będą inteligentni, to kto przyjdzie do kościoła?

Wszystkie religie i to zawsze, występowały przeciwko bogactwu, bo ono może dać ci prawie wszystko, co można kupić. Prawie, ponieważ kilku wartości duchowych nie da się kupić: - miłości, oświecenia, wolności i paru innych. Poza tym wszystko inne można kupić za pieniądze.

    Ponieważ wszystkie religie zawsze były przeciwko życiu, musiały także być przeciwko pieniądzom. To całkiem naturalne. A życie potrzebuje pieniędzy, bo potrzebuje wygody, dobrych ubrań, pięknych domów. Życie potrzebuje dobrej literatury, muzyki, poezji.

Na przykład człowiek, który nie pojmuje muzyki klasycznej jest taki ubogi ….. jest niemal głuchy. Oczywiście słyszy, jego zmysły działają – oczy, uszy, nos są na swoim miejscu z punktu widzenia anatomii, ale nie ma w tym metafizyki.

Tak samo jest ze zrozumieniem piękna wielkiej literatury. Jednak aby to wszystko pojąć, musisz być najedzony, nie martwić się ośrodki do życia.


Dla przykładu – muzułmanie zakazali muzyki, to zdarzyło się w Dehli. Rządził wtedy jeden z najpotężniejszych władców muzułmańskich, Aurangzeb.

Był nie tylko potężny, był także straszny. Do jego czasów imperatorzy mówili jedynie, że muzyka jest sprzeczna z islamem. W Dehli było wielu muzyków, a władca nie był dżentelmenem. Ogłosił, że jeśli usłyszy w Dehli muzykę, to natychmiast każe ściąć głowę muzykowi.

     A trzeba pamiętać, że Dehli było od tysiącleci stolicą, tam właśnie znajdowało się centrum kulturalne Indii. Mieszkali tam najróżniejsi geniusze.

Kiedy więc usłyszeli o zarządzeniu Aurangzeba, zebrali się, aby coś postanowić. Owszem, mówi się, że muzyka jest sprzeczna z islamem, nie ma problemu, wszyscy to wiedzą. Ale ten człowiek jest niebezpieczny, chce zabijać.

Na to muzycy nie mogli się zgodzić. W ramach protestu wszyscy, a było ich tysiące, poszli do pałacu Aurangzeba.

Władca wyszedł na balkon i zapytał:

- Co się stało? Czy ktoś umarł?

A mógł tak sądzić, ponieważ muzycy przynieśli ze sobą kukłę zrobioną z poduszek.

Muzycy odpowiedzieli:

- Nie żyje muzyka, a ty jesteś mordercą.

Aurangzeb odpowiedział:

- To dobrze, że nie żyje. A teraz wyświadczcie mi przysługę i zakopcie ją tak głęboko, żeby nigdy nie wstała z grobu.

Tysiące muzyków i ich rozpacz nie miały najmniejszego wpływu na Aurangzeba. On miał poczucie wypełnienia „świętej  misji”.

     Muzyka jest zakazana przez islam. Dlaczego?

Ponieważ na Wschodzie była grywana najczęściej przez piękne kobiety. Zachodnia definicja „prostytutki” znacznie się różni od tej używanej na Wschodzie. Na Zachodzie prostytutka sprzedaje swoje ciało. Natomiast w dawnych czasach na Wschodzie za prostytutkę uważano kobietę, która sprzedawała swój talent, swój taniec, swoją muzykę, swoja sztukę.

Zapewne cię zdziwi to, że każdy władca w Indiach wysyłał swych synów, którzy mieli przejąć po nim władzę, na kilka lat pod opiekę prostytutki. Tam uczyli się etykiety, elegancji, muzyki, subtelności tańca. Władca powinien wszak to wszystko poznać. Powinien pojąć, czym jest piękno, czym logika oraz dobre obyczaje. Taka była stara hinduska tradycja.

I muzułmanie ją przerwali. Muzyka była sprzeczna z ich religią. Dlaczego?

Bo aby nauczyć się muzyki trzeba było wejść do domu prostytutki. Muzułmanie są przeciwni jakiejkolwiek radości, a domy prostytutek pełne były śmiechu, piosenek, muzyki, tańca. Dlatego wprowadzili zakaz: - żaden muzułmanin nie może wejść do domu, w którym gra muzyka. Słuchanie muzyki to grzech.

      Podobne rzeczy działy się w innych religiach. Wspólnym celem tych działań było odarcie człowieka z tego, co go wzbogaca. Najbardziej oczywistym sposobem było nakazanie ludziom, by wyrzekli się pieniędzy.

Rozumiesz tę logikę?

Nie masz pieniędzy – nie masz wielu rzeczy. Zamiast obcinać gałęzie, zaczęli podcinać same korzenie. Człowiek bez grosza jest głodny, staje się żebrakiem, nie ma się w co ubrać. Nie sądzisz chyba, że będzie miał głowę do Dostojewskiego, Alberta Einsteina? To niemożliwe.

      Wszystkie religie, wspólnym wysiłkiem, czyniły ludzi tak ubogimi, jak to tylko możliwe. Tak bardzo potępiały pieniądze, tak gloryfikowały biedę, że bez wahania nazwałbym je organizacjami przestępczymi.


Pomyśl, co powiedział Jezus: - „Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty przestąpi bramy niebios”.

     Człowiek bogaty w niebie? To absolutna niemożliwość.

Czy są to słowa zdrowego człowieka?

Bogactwo jest potępiane, pieniądze są potępiane. Świat podzielono na dwa obozy. 98 % żyje w biedzie, ale w przekonaniu, że wejdą tam, gdzie anioły grają na swych harfach ciągłe Allejuja. Żyją w przekonaniu, że wejdą tam, gdzie nie wpuszcza się bogaczy. Dwa procent, to ludzie bogaci, którzy żyją w poczuciu winy, że są bogaci.

     Nie mogą cieszyć się w spokoju swym bogactwem, bo w głębi duszy boją się: - może to prawda, że nas nie wpuszczą do raju? Mają dylemat. Dostatek rodzi w nich poczucie winy, są niepocieszeni, za dużo posiadają, zostaną wrzuceni do piekła.

To z tego powodu człowiek bogaty żyje w strachu. Nawet jeśli próbuje cieszyć się tym, co zdobył, poczucie winy go zatruwa. Towarzyszy mu ciągły niepokój – rozmyśla o raju, do którego wpuszczą nawet wielbłąda, a on zostanie za drzwiami. Życie jest takie krótkie, a potem tylko ogień piekielny. Przecież to paranoja.

      Człowiek ubogi już jest w piekle, ale ma nadzieję. Byłbyś zdziwiony widząc, że w biednych krajach ludzie są bardziej zadowoleni  niż w bogatych. Widziałem w Indiach najuboższych ludzi, w których nie było nawet cienia niezadowolenia. Za to Amerykanie włóczą się po całym świecie w poszukiwaniu przewodnika duchowego. Nic dziwnego, oni nie chcą być gorsi od wielbłądów, także chcą do raju. Usiłują więc znaleźć sposób – jogę, jakieś inne wygibasy, żeby kompensować swoje bogactwo.

     Cały ten świat obrócił się przeciwko sobie.

Być może jestem pierwszym człowiekiem, który tak otwarcie wyraża swój szacunek do pieniędzy. To dlatego, że one mogą uczynić cię bogatym w wielu wymiarach.

   Człowiek ubogi nie pojmie muzyki Mozarta, głodny, albo żebrak nie zachwyci się dziełami Michała Anioła.

Poza tym ludzie cierpiący głód  nie mają w sobie dość energii, by karmić swoją inteligencję. Inteligencja rodzi się dopiero wtedy, gdy masz w sobie nadmiar energii, a oni są wyczerpani zarabiając tylko na chleb i wodę.

     Nie mają w sobie dość inteligencji, aby pojąć Braci Karamazow. Są w stanie słuchać jedynie jakichś głupot wmawianych im na mszy niedzielnej. A przecież ani kapłan, ani słuchacze nie rozumieją o czym mowa. 


Zresztą większość słuchaczy jest wyczerpana i senna po całym tygodniu. I to nawet lepiej dla kapłana, bo nie musi przygotowywać ciągle nowych kazań. Może powtarzać stare – i tak każdy śpi, nikt się nie zorientuje …

                                   OSHO 1931 - 1990

wtorek, 30 kwietnia 2024

Wakacyjny misz masz

Najsampierw (staropolskie) kilka obrazków z Warszawy.







Z sentymentem patrzę na ostatnie zdjęcie – widać na nim budynek w którym mieszkam (po prawej). Refleksja: – nowoczesność zajmuje miejsce starego. Dom należy do osiedla „Za Żelazną Bramą”, stawianego na samym początku lat siedemdziesiątych. Postawiono wtedy 14 budynków, nazywanych „mrówkowcami” – a to z powodu 420 mieszkań w każdym.



Miniatura Pałacu Saskiego przed zburzeniem. Kuchnia w odkopanych piwnicach.

Nie opuszczę refleksji na temat knowań pisiorstwa: - Pomnik miernego prezydenta stoi. Czerwony dywanik do Smoleńskiego Grzdyla jest. Obecny tymczasowy lokator Pałacu Namiestnikowskiego rzucił hasło: "Pałac odbudować i na razie cicho sza, ale finalnie będzie on nosić imię Lecha K".  

Tak samo miało być z CPK – upiec kilka pieczeni na jednym ogniu – a w końcówce nadać imię Lecha K.

Pamiętajmy, że pisiorstwo ma za plecami poparcie średniowiecza w postaci kk.

A tu idzie nowe, do drzwi puka, przeżyć nowe w starej budzie to jest sztuka!

Czyli co? Nowe w starej budzie jest niemożliwością, starą budę trzeba rozwalić.

Proste ma być, więc stosuję język prosty, zrozumiały dla wszystkich: - Żydzi powinni wyznawać religię żydowską, Muzułmanie – muzułmańską, a Słowianie – słowiańską. Od tysiąca lat jesteśmy dymani przez czarnych okupantów. Nacjonaliści bronią kościoła, nienawidzą Żydów. To z kolei jest mocno nielogiczne, bo jednocześnie modlą się do żydowskiego boga. Dom postawiony na takim fundamencie jest niestabilny.

Co dalej z Wigiem 20 ?.

Jak najbardziej aktualne są wpisy: 21 lutego – Wig 20 fale, oraz: 11 kwietnia - Fale Wig 20.


Przewidywany podwójny szczyt B okazał się nawet szczytem potrójnym. Dziś była data zwrotu wynikająca z fibonka.

Nasiąknięty tłumem, kamienną pustynią i zgiełkiem, łaknę oddalenia od cywilizacji. Już się cieszę na to proste rozwiązanie i jednocześnie naturalną, skuteczną terapię, jak wydech po wdechu.

Wpadasz w rytm natury, zero zegarka – wstajesz świtem, obserwujesz wschód słońca, żerujące jelenie, całą przyrodę skąpaną jeszcze we mgłach porannych, a już kipiącą życiem. Czujesz się cząstką przyrody i wtedy pojawia się szczęście tylko z powodu faktu, że żyjesz. Nic ci więcej nie potrzeba. Oczywiście do momentu, gdy głód nie przypomni o potrzebach ciała. Wtedy celebrujesz posiłek.

Ja się bieszczadzkim oddaleniem od cywilizacji, a także samotnością w tym oddaleniu zachłysnąłem na dzień dobry, by potem w tych klimatach zakochać się dojrzałą miłością.

Na koniec przypominam osobistą myśl: - życie nie powinno być letnie, musi się trafiać w nim fascynacja, pasja, zachwyt, bo inaczej to nie jest życie, a wegetacja.

Azaliż niech każdy żyje po swojemu.

Jaka jest liczba mnoga od weekend? 

Wakacje!

U mnie od jutra wakacje. Żegnam się z Tobą Czytelniku do jesieni (październik) i życzę zadowolenia z życia.

Na pożegnanie bukiety z Bieszczadu.

Być może do zobaczenia gdzieś na szlaku.








czwartek, 17 stycznia 2019

Wędrówka dusz

Buddyzm przyjmuje za pewnik wędrówkę duszy w kolejnych wcieleniach.
Wiara w reinkarnację była również częścią doktryny chrześcijańskiej, ale stopniowo KK stawał się coraz bardziej polityczny a mniej duchowy i w końcu reinkarnację z doktryny usunięto.
     Zgłębiałem temat aż do momentu, kiedy wydawało mi się, że wiem już dostatecznie dużo.
Potem, po śmierci klinicznej w 1995 roku, dołączyły osobiste doznania z pobytu "po tamtej stronie".
Dusza jest nieśmiertelna, a reinkarnacja po prostu jest.

Dziś post o poszukiwaniu następnego wcielenia XIII Dalajlamy. Czytelnicy poznają ustaloną od wieków procedurę, o której opowiada osoba najbardziej kompetentna, bo obecny XIV Dalajlama, na wygnaniu w Indiach.
Książka „Opowieść o Tybecie” - Thomasa Lairda.

Po śmierci XIII Dalajlamy rządy objął regent Reting Rinpocze. Po roku piastowania stanowiska, regent rozpoczął najważniejszą część swojej pracy: - poszukiwania XIV Dalajlamy.
Udał się nad jezioro wizji - Lhamo Latso i spojrzał w jego wody podczas medytacji.
       Pięćset lat wcześniej opiekuńczy duch jeziora, Palden Lhamo, obiecała I Dalajlamie w jednej z jego wizji, że zawsze będzie strzegła linii przekazu inkarnowanych dalajlamów.
W myśl tradycji, bogini ukazywała medytującemu regentowi wizję w jeziorze, która umożliwiała mu odnalezienie nowego dalajlamy.
   Mimo usilnych nalegań Reting Rinpocze do 1926 roku zachował milczenie na temat tego, co dostrzegł w jeziorze. W tym roku zebrał Kaszag i ogłosił, że w wizji zobaczył, iż dalajlama odrodzi się we wschodniej prownicji Amdo.
W jeziorze dostrzegł tybetańską literę Ah i kilka innych szczegółów, które wskazywały na konkretną wieś w Amdo.
    W końcu z Lahsy wyruszyły trzy zespoły poszukiwawcze, dwa skierowały się na wschód, a jeden udał się tam, gdzie prowadziły znaki przekazane przez Retinga Rinpocze.
Zgodnie z wizją regenta, zespół poszukiwawczy, który potem odnalazł małego Lhamo, najpierw udał się do odległego miasta Jekundo.
       Tam spotkali panczenlamę, który uciekł do Chin w latach dwudziestych, po tym, jak odmówił Lhasie płacenia podatków wymaganych przez XIII Dalajlamę na finansowanie armii. 
Potem bezskutecznie próbował wynegocjować swój powrót do Tybetu.
Podczas długich rozmów pomiędzy chińskim i tybetańskim rządem (Lhasa nie zgadzała się, żeby towarzyszyli mu chińscy żołnierze) panczenlama był unieruchomiony w Jekundo.
    Po śmierci XIII Dalajlamy dyskretnie sprawdzał na własną rękę doniesienia o narodzinach niezwykłych dzieci w okolicy.
Jak wspominał XIV Dalajlama, duchowa więź pomiędzy obiema liniami przekazu inkarnowanych lamów nigdy nie osłabła, mimo politycznych problemów. Panczenlama słyszał o nieustraszonym chłopcu z Taktser, którego imię dodano do listy zespołu poszukiwawczego.
Panczenlama nigdy nie wrócił do Tybetu i zmarł w następnym roku.

W maju 1937 roku zespół poszukiwawczy dotarł do największego klasztoru w Amdo – Kumbum, zbudowanego w miejscu narodzin Tsongkhapy – który został rozpoznany na podstawie wizji ówczesnego regenta.
     Taktser znajdował się niedaleko Kumbum, ale najpierw zespół udał się złożyć uszanowanie przedstawicielowi lokalnej władzy, Ma Pu-fangowi, co opóźniło ich przybycie do Taktser do września.
       Chcąc ocenić chłopca w jego naturalnym otoczeniu, przełożony zespołu poszukiwawczego i jednocześnie tulku, który nazywał się Ketsang Rinpocze, zamienił się ubraniem i pozycją ze swoim służącym.
Udając podróżnych, grupa poprosiła rodziców Lhamo o posiłek i nocleg na jedną noc.
     Ketsang usiadł dyskretnie w kuchni z innymi służącymi, podczas gdy rodzice Lhamo zajmowali się zabawianiem „wysokiego lamy” w głównym pomieszczeniu domostwa.
XIV Dalajlama nie pamięta chwili, która miała odmienić jego życie, ponieważ miał wtedy zaledwie dwa lata.
Jednak poznał relacje wszystkich świadków tego zdarzenia.

Oto dwuletni maluch wszedł do kuchni i zastał tam Ketsanga Rinpocze, inkarnację lamy z klasztoru Sera, trzymającego w dłoniach starą malę i siedzącego jakby nigdy nic przy ogniu.
Mala należała do XIII Dalajlamy.
Chłopiec bez lęku podszedł do niego i powiedział: -”Chcę to”.
Ketsang Rinpocze odrzekł: - „Jeśli wiesz, kim jestem, na pewno dam ci tę malę”.
Dziecko zawołało wtedy: - „Sera Lama, Sera Lama”, podając nazwę klasztoru, z którego pochodził Ketsang Rinpocze.
Kiedy dotarł do nas zespół poszukiwawczy – powiedział Dalajlama – stwierdził, że mówię w dialekcie z Lhasy. Ja tego nie pamiętam, ale moja matka mówiła mi, że z członkami zespołu poszukiwawczego porozumiewałem się w języku, którego nie rozumiała. 
Oznacza to, że używałem go w poprzednim życiu.

Zachichotał, kręcąc głową – nawet dzisiaj podchodzi do tych historii z pewnym niedowierzaniem.

Ketsang Rinpocze był pod wrażeniem tego, że został rozpoznany jako lama z Sera i faktu, iż chłopiec nie wypuszczał mali z rąk.
Gdy następnego ranka goście zbierali się do odejścia, według relacji Lhamo wybuchnął płaczem, błagając, żeby iść z nimi.
        Zespół był przekonany, że Lhamo jest prawdopodobnie XIV Dalajlamą, wrócił więc do Taktser kilka dni później i poinformował rodziców, że pragnie poddać chłopca oficjalnej próbie.
Rodzice się domyślali, że mnisi szukają czyjejś inkarnacji, jednak nic ich nie dziwiło, ponieważ, co ciekawe, wcześniej dwóch braci Lhamo zostało rozpoznanych jako inkarnacje.

W dniu próby na długim stole położono przed chłopcem wiele różnych przedmiotów należących do zmarłego dalajlamy, ale poprzekładanych podobnymi, które nie były jego własnością.
       Za każdym razem Lhamo wybierał właściwe rzeczy, odrzucając fałszywe, mówiąc: - „To jest moje”.

W ten sam sposób sprawdzano tuzin innych chłopców, lecz żaden nie wybrał trafnie więcej niż raz, a jeden nieśmiały w ogóle nie chciał podejść do poszukiwaczy.
      Zespołowi bardzo zależało na tym, żeby zabrać ze sobą chłopca do Lhasy, ale Ma Pu-fang zażądał za niego okupu w chińskiej walucie, co w roku 2000 stanowiło równowartość 2,5 miliona dolarów.
Żądanie opóźniło wyjazd chłopca prawie o dwa lata, mimo iż zespół poszukiwawczy przekonywał watażkę, że nie są pewni tej inkarnacji i chcą jedynie sprawdzić jego, oraz innych w Lhasie.
Zespół usiłował zdobyć pieniądze w okolicy, a kurierzy kursowali do Lhasy i z powrotem, czekając na instrukcje.

Jesienią 1937 roku rodzice Lhamo Thondupa zabrali go do klasztoru Kumbum, gdzie spędził dwadzieścia miesięcy.
      Wreszcie zespół zdołał pożyczyć pieniądze na okup od grupy chińskich muzułmanów udających się przez Lhasę do Mekki. Pielgrzymi spłacili Ma Pu-fanga w Xining, a Tybetańczycy zwrócili im dług w Lhasie.
Transakcja ta okazała się bardzo korzystna dla pielgrzymów.
XIV Dalajlama przebywał w Kumbum do lipca 1939 roku. Jego dwaj bracia, którzy zostali rozpoznani jako inkarnacje lamów, znaleźli się w klasztorze wcześniej i studiowali, żeby zostać mnichami. 
       Kiedy Lhamo przyjechał do Lhasy i zobaczył dom nazywany Chensalingka, w którym zmarł XIII Dalajlama, koniecznie chciał wejść do budynku, bo jak mówił "tam są moje zęby". Zaciekawiony mnich-nauczyciel poszedł do wskazanego budynku razem z malcem.  
        Lhamo w jednym z pomieszczeń wskazał na małe pudełko mówiąc: - " tu". 
W pudełku była sztuczna szczęka XIII Dalajlamy.