Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mekka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mekka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2022

Prawie u źródła

Wchodzę pod górę ścieżką zwierzęcą. Jak wygląda taka ścieżka zwierzęca? Ona jest bardzo wąska, prawie niewidoczna, bo ile łąki mogą podeptać stawiane ostrożnie kopytka sarny czy koziołka?


Wchodzę więc, już mam telefoniczny zasięg - patrzę kto mi przysłał smsa. Oto operator informuje o promocji. Co za bzdury! Toż to śmietnik informacyjny spoza siódmej góry! Po 18.00 wyłączam telefon – w ten prosty sposób ograniczam do minimum kontakt z cywilizacją. Wczoraj niestety z powodu czyhania na długie cienie popołudniowe zapomniałem wyłączyć. Na godz. 18.00 ustaliłem przed wyjazdem ewentualny kontakt z najbliższymi. Nie mam zasięgu przy namiocie, on stoi jakieś sto metrów niżej. (No może 99 metrów niżej). W takim miejscu bateria niepotrzebnie zużywa się na czuwanie. Poza tym..... mam wakacje, czyli nie ma mnie. O 18.00 wchodzę na lokalny szczyt, gdzie mam zasięg, włączam telefon, patrzę, czy ktoś dzwonił. Pojawiają się tylko całkiem nieliczne smsy od znajomych. Ci moi znajomi wiedzą w czym rzecz i szanują wakacje Zbyszka. W odpowiedzi zawsze ślę jakąś fotkę plus dwa słowa i jeśli nie mam zamiaru robić zdjęć mogę telefon wyłączyć.   


 
Ten krótki moment łączności ze światem przynosi poczucie ulgi. Co za rozkosz i szczęście, że jestem tu sam i z nikim nie muszę rozmawiać, ani nikogo słuchać! Zupełnie mi wystarcza, gdy zejdę raz w tygodniu do ludzi. Wtedy rozmowę z kimkolwiek odbieram uroczyście i niezwykle uważnie – wszak każda jednostka napotkana na naszej drodze może okazać się nauczycielem. 

Słowa mają wielką wagę i moc, lecz tylko wtedy, gdy są przemyślane i zwięzłe.





 Trwa gorący, upalny dzień. Wieje Notos - wiatr z południowych stron. Zejdę do strumienia na chlapu-chlapu. Droga na przełaj prowadzi przez zwartą zieloność, na dole przebijam się przez gąszcz mięty wysokiej po pas.

Kiedy znajdę się już u podnóża góry, w miejscu obfitym w wodę, gdzie zbiegają się dwa potoki i wykonam kąpiel, lubię stamtąd ruszyć w górę korytem potoku wypływającego spod Chryszczatej. Idę po kamieniach, po łupkach. Woda tu niska, łupki odsłonięte, idzie się po nich wygodnie, prawie jak po schodach. Idę w ten sposób nawet kilometr. Po jakich pięknych łupkach stąpam! Czterysta milionów lat temu Bieszczady leżały na dnie Oceanu Tetydy. Stawiam więc kroki na milionleciach! 




 Na płynącą wodę to mogę patrzeć godzinami. 

- Po pierwsze primo patrzę z powodu, że mam czas, bo gdybym go nie miał, tobym nie patrzył. 

- Po drugie primo woda tu jest krystaliczna, wypływa ze źródła oddalonego jak już wspomniałem o kilometr. Ona skrzy się w słońcu, żyje, podobnie jak języki ognia żyją. 

- No i po trzecie primo: - ta woda przemawia, szepcze swoim ciurczeniem.   

       

Jest w tym patrzeniu jakiś atawistyczny odruch, wydaje się, że właśnie na tym odruchu polega u ludzi gapienie się godzinami w telewizor.

Kiedyś bowiem ludzie siadywali wieczorami przy ognisku, rozmawiali przy tym niespiesznie albo milczeli. A dziś mają cywilizację, gapią się więc w telewizor, bo nie za bardzo lubią myśleć. Z telewizora zawsze jakiś "autorytet" wytłumaczy jak zwykły baran powinien żyć. Jednak niektóre zbuntowane jednostki zauważają, że cywilizacja indoktrynuje, a więc narzuca jarzmo, co ma się nijak do kontemplacji i jej zastąpić nie może, bo potok i ogień wycisza, powoduje powstawanie tych sławnych mózgowych fal alfa. W takich momentach człowiek staje się niebezpieczny - zaczyna być sobą. Natomiast telewizyjne propagandowe gadki mają zadanie robić wodę z mózgu - podle sterować tłumem, stadem baranów. 



To spadnięte gniazdo, pieczołowicie oblepione bieszczadzką gliną miało słusznej wagi około kilograma.






Kąpiel łączę z praniem bez mydła. Woda jest tym potoku tak miękka jak deszczówka. To zupełna odwrotność twardej wody spod Kowalowej Kapliczki na drodze do Balnicy. Ubranie pachnie świeżością po takim praniu-płukaniu w miękkiej wodzie. Na koniec jako golas unoszę ponad siebie pięciolitrową bańkę i następuje zimny prysznic po głowie i plecach !..... Woda ma może 10 stopni Celsjusza, dlatego przy tym prysznicu pojawia się samorzutne tudzież naturalne prychanie brrrr.

I następuje ożywcze uderzenie energii. Nigdy nie uderzono mnie kijem w rytuale kyosaku (zen), tylko o tym czytałem, lecz opisany zimny prysznic działa chyba podobnie. Leci zimność po głowie, po całym człowieku! Czuję mrowienie w dole kręgosłupa, przy kości ogonowej, za moment bańka pusta - teraz energia uderza w górę i wydaje się, że wystrzela uszami..... Samopoczucie jest po takim prysznicu …... no boskie! Trudno to opisać, jakby człowiek od środka stawał się uprany, czysty i nowy, jakby od żołądka podnosiły się bąbelki wesolutkiej wibracji.

Nieraz po wspomnianej ablucji wydawało mi się, że rosnę i pierwsze kroki robię nie dotykając ziemi. 

Ech, gdyby tak jeszcze zjawiła się tuż obok mnie (w sławnym Tu i Teraz) jakaś miła kobitka, nie tylko przychylnie nastawiona do życia, ale i spragniona miłości - rozmarzyłem się.....

Nie ma atoli kobitki, siadam więc ci ja na kamieniu i obserwuję płynącą wodę. A ona, ta woda buzuje między wystającymi łupkami, natlenia się, bombelkuje, tańczy w słońcu, śpiewa swoją pieśń. Strome brzegi porasta bujna zieloność.

Leci motyl cytrynek. Brzęczą owady, grają świerszcze.

Upał.

Ważka usiadła na kolanie. 

Łaskocze. 

Potok chlupocze. Leciutką falą nadciąga ten znany-nieznany zapach z jakiegoś zioła. Zapach subtelny a upojny, ekscytujący, nieokreślony. Rozszerzają się nozdrza. Gorąco rozleniwia. Ciało samo się rozluźnia, robi się odlotowo w całym człowieku! Aż się kiwnąłem. Jest przefantastycznie! Tu pasuje wierszyk znajomej Jana Gabriela, bliskiej mi Ewy Szczawińskiej:

"Każdy aniołek ma dwa skrzydełka i leci na nich prosto do raju.

Inaczej było w życiu Pawełka - on miał odloty tylko na haju".


To ciekawe, że słowo "alhaju" w języku arabskim oznacza "być w pielgrzymce" (wyprawa do Mekki?). 

Być może tak wygląda wejście w ten sławny nie-umysł opisywany przez Osho, w umysł pionowy, albo to po prostu zwykłe, osobiste wpadnięcie w błogostan. Nie posuwamy się poziomo z A do B, ale następuje zatrzymanie w A. Potem z tego zatrzymania w A wzlatujesz myślą w górę do A jeden! Albo nigdzie nie wzlatujesz, bo na co ci to? Osiągasz, czy też z powodu rozpierającej cię dobroci dla świata wpadasz w kompletny luzik i znikasz, roztapiasz się. Nie ma przeszłości, ani przyszłości, jest totalny reset, tudzież rozciągnięte na maksa bezczasowe Tu i Teraz.

I jestem pewien, że dla takich właśnie magicznych "Chwilo Trwaj" nie tylko warto żyć, ale i o nich pisać.

wtorek, 8 lutego 2022

Stać się instrumentem

 Kto może stać się takim instrumentem? Na przykład naukowiec. Albert Einstein, czy Nikola Tesla opowiadali o konkretnych sytuacjach, w których doznawali olśnień, przychodziły im do głowy genialne pomysły. Początkowo wydawało się, że te myśli przychodziły Znikąd, ale oni obaj, niezależnie od siebie szybko odkryli Nadawcę.

Coś wielkiego wydarzyło się w Mekkce. Czy ktoś potrafi opowiedzieć o tym piękniej niż Osho?

„Uczeni twierdzą, że świat składa się z czasu i przestrzeni. Einstein przekształcił to w jedno: - powiedział, że czas jest czwartym wymiarem przestrzeni. Stworzył pojęcie czasoprzestrzeni. Kiedy otwierasz się na to, co wyższe, przenosisz się w świat bezczasowy i pozaprzestrzenny – nie ma tam ani czasu, ani przestrzeni.

Gdy to akceptujesz, tylko dopuścisz możliwość, że tak może być, otwiera się przed tobą zupełnie inny świat. Wchodzisz w kontakt nie tylko z tym, co wyższe, lecz także dostępujesz z tym głębokiej komunii. Wtedy ciebie nie ma, przestajesz być. W obliczu wyższego roztapiasz się. Istnienie możliwe jest tylko z tym, co niższe.

Właśnie dlatego tak bardzo upierasz się przy pozostawaniu w niższym, gdyż w tym, co wyższe, nie będzie ciebie. Sama egzystencja ego, jaźni, „ja” należy do tego, co niższe. Gdy otwierasz się na wyższe – znikasz. A kiedy ciebie nie ma, prowadzą cię po prostu Siły Wyższe. Stajesz się instrumentem.

Takim instrumentem stał się Mahomet w czasie 23 lat objawień na Górze Światła.


Kiedy Mahomet głęboko medytował na górze Al-Hira, nagle usłyszał głos, który nakazał: - „Czytaj!”.                                                                                       

- Jakże mam czytać? – spytał Mahomet będący zupełnym analfabetą.                                                                                    

Głos ponownie nakazał: - „Czytaj!”. I to z dużo większą stanowczością.                                                                             

Mahomet zawahał się, zaczął drżeć ze strachu. Jak miał czytać?                   

I wtedy głos zabrzmiał po raz trzeci: - „Czytaj!”.

Mahomet znalazł się na granicy między niższym a wyższym. Doskonale wiedział, że jeśli chodzi o niższe, czytać nie może. Jednak głos dobiegał z innej sfery i nalegał:-  „Czytaj!”. Otworzył zatem oczy i ujrzał, że wkroczył w inny świat. Mógł czytać, rozumiał. Zaczął otrzymywać Koran.

Trwało to latami. Mahomet nie otrzymał Koranu jednego dnia, Koran wsączał się w niego przez długie lata. Wcześniej był zupełnie zwyczajnym człowiekiem, aż nagle stał się inny. Jednak nigdy nie mówił : - „Jestem Buddą”. Nigdy. Także nie padło z jego ust: - „Jestem synem Boga”, jak w przypadku Jezusa. Mówił: - „Jestem zwykłym człowiekiem, sługą, posłańcem między dwoma światami”. Był prostym, skromnym człowiekiem. Dlatego niższe się zamknęło, a wyższe otworzyło. Nie uczynił żadnego wysiłku by wyższe się otworzyło, to się po prostu stało.

      Za pierwszym razem tak się przestraszył, że gdy przyszedł do domu, miał wysoką gorączkę. To wszystko takie dziwne! Jakim sposobem czytał? Jednak to, co widział i czuł, było tak odmienne, nie pochodziło z tego świata. Nie mógł uwierzyć, wszystko stanęło na głowie. Gorączka nie ustępowała przez trzy dni, a on trwał zatopiony w modlitwie. Po czym, z wielkim oporem, powiedział swojej żonie, co się wydarzyło.

„Byłem w innym świecie – rzekł. Nie mów o tym nikomu, bo pomyślą, że oszalałem”.

Od tego pamiętnego dnia Mahomet był prowadzony nie przez swoje ego, ale przez siły ponad nim – stał się instrumentem.

Kiedy otwiera się wyższe, wszystko wywraca się do góry nogami. Twoja logika przestaje działać, rozum nie ma już żadnego zastosowania. To, co wiedziałeś, staje się zupełnie nieistotne, nieważne jest także to, kim jesteś.

Otwarcie się na wyższe jest możliwe jedynie wtedy, gdy zamkniemy bramę niższą. To może się stać, lub nie, ale jest prawdziwie konieczne, jeśli chodzi o przetrwanie ludzi. Wejście w wyższe staje się pomostem, bramą, dzięki której człowiek staje się czymś więcej niż zwierzę”.



wtorek, 2 listopada 2021

Na haju

Kiedy po raz nie wiadomo który, Się zbliżałem do mego ulubionego bieszczadzkiego miejsca, pomyślałem sobie, że to biwakowanie jest pewną formą pielgrzymki – podróży do samego siebie. To w tym miejscu w 2013 roku doznałem paru przebłysków mentalnych. Biedni wyznawcy Islamu odkładają nieraz przez długie lata pieniądze, aby jeden raz w życiu znaleźć się w pielgrzymce i w Mekce zbliżyć się do świętego kamienia Kaaba. 

Pielgrzymka w języku arabskim to haj. Czyli być w pielgrzymce to inaczej być na haju. 

Na haju bez używek? Zapyta profan.  I właśnie o to chodzi, żeby używek nie było, ma być tylko endorfina - twój własny hormon mózgowy, służący do samowzbudzenia.  On jest podobny do zapalenia zapałki w ciemności, albo czołówki w głuchej nocy. Bo potem to już z górki.....

Oto przydarza mi się po raz kolejny, że jestem na haju. Podążam do swojej Mekki, czuję się uwznioślony, lekki, jakby mi skrzydła urosły. To są wrażenia niezwykle uroczyste, których każdemu życzę.

To w tym miejscu, z dala od ludzi, po raz pierwszy poczułem jedność ze wszystkim co wokół, z całą przyrodą. Jednocześnie miałem poczucie nowonarodzonego dziecka, a zarazem bycia zwierzęciem, jak codziennie widziane sarny, kozioł, jeleń, znajomy lis, który już się nie boi i przebiega ścieżką tuż obok namiotu. Na pożegnanie dnia, już o zmroku, przelatuje nad biwakiem nisko, bezszelestnie, wielki, a więc stary puchacz i wydaje mi się, że mówi mi dobranoc. Odpowiadam mu w myśli.  


 

Po prostu JESTEM. A kiedy tak czujesz, świadomość i ciało trwają w porozumieniu, które skutkuje zdrowiem, ale także narodzinami tego sławnego wewnętrznego dziecka, które każdy nosi w sobie.

Jestem tym, kim chcę być. Czy to jednak nie za proste?

Ludzie sami sobie stwarzają problemy.

Bo możesz zarówno rozłożyć rano skrzydła i pofrunąć do najdalszego miejsca na świecie, albo pościelić sobie łóżko w piekle.







Ano mieszkam sobie w swym ulubionym wakacyjnym zakątku, gdzie znowu szybciutko odwykłem od ludzi, a tu naraz któregoś dnia koło południa widzę, że w oddali na samym początku podejścia, pojawiły się jakieś ludziki i zbliżają się, przemieszczając niespiesznie. Ludziki nie mają plecaków, są kolorowe .... I tym sposobem autorowi przydarzyły się Nieoczekiwane Odwiedziny – oto na samą górę przyszła trójka niezwykle sympatycznych turystek: - bardzo zgrabna pani Asia z dwiema prawie dorosłymi córkami. Okazało się, iż panie urlopują w hotelu w Bystrem. No to - mówię, mój szacunek że chciało wam się aż taki kawał zawędrować. Potem pogadaliśmy co nieco poruszając tematy różne. 

Wspomniałem na koniec o swoich planach dalszego maszerowania, bo jeszcze wtedy miałem taki zamiar. Odwiedziny upłynęły w przemiłej atmosferze, pani Asia z każdą chwilą wydawała mi się coraz ładniejsza, po czym (nutka rozczarowania, bo w głowie już powstawały scenariusze) panie udały się w drogę powrotną, a ja pokręciłem się po łąkach i odkryłem nowe miejsce jagodowe. 





Zbieram jagody, łąka pachnie upojnie, widok szeroki. Opadają mnie wątpliwości co do słuszności dalszej wędrówki po uczęszczanych szlakach. Myślę: - Mogę gdzieś iść, albo nie iść. Na odludziu jest mi tak dobrze. Właściwie to nie tylko nie muszę stąd odchodzić, ale  nawet nic nie muszę i to jest dopiero sprawa super extra! Odkąd odkryłem ten cudny zakątek czuję się tu jak w domu, tudzież wspaniale. Chodzę po łąkach i jestem zadowolony. A jak mówią stare księgi, zadowolony człowiek ma jeszcze więcej tego, co już ma. Poza tym planów nie zmienia tylko martwy lub głupi.


Po południu odkrywam szpaler całkiem dojrzałych malin i chęć pójścia na Fereczatą odlatuje w siną dal. 






wtorek, 5 października 2021

Rinpocze

Dotarłem do źródłosłowu słowa Rinpocze. W Tybecie spotykamy się często z tym określeniem, przypisanym kapłanom, darzonym szczególną czcią. Rin-po-cze to po tybetańsku nieustanna reinkarnacja.

Ponieważ pojawia się słowo Tybet, spójrzmy na kilka zdjęć kwiatów z tego rejonu. Maki himalajskie. 








Świat jest różnorodny i w tym jego piękno. Maki nie tylko są czerwone. 

I przypomina się myśl ogólna, że sedno rozwoju człowieka polega na umiejętności wyrwania się z kulturowego, narzuconego przez skostniałe doktryny plemienne, mentalnego zaścianka. Tudzież; -  życie jest tajemnicą, oraz: - sprawy nieraz wyglądają inaczej, niż nam się wydaje.

     Buddyzm nie uznaje pojęcia Boga – Stwórcy. Tu istnieje tylko prawo przyczyny i skutku. Bardzo to przypomina teorię ewolucji. Buddyzm niesie wolność, natomiast Bóg chrześcijański narzuca kontrolę i poczucie winy. 

Poza tym …. Wszystko już było, jak rzekł Ben Akiba.

Fizyka kwantowa ukuła pojęcie teorii strun, jakiś ktoś niby wymyślił teorię motyla, a rzecz polega na systemie naczyń połączonych, na „odkryciu”, że wszystko jest energią i jest połączone ze wszystkim. A to przecież bardzo stara wiedza, wyartykułowana 500 lat pne. przez Buddę. W słowach Buddy mamy pierwowzór, teorie późniejsze są tylko powtórzeniem, najprawdopodobniej nieświadomym. Ludzie ciągle odkrywają na nowo to, co już było.

Religie.

 

Jeśli zastanawiamy się jaka motywacja kierowała Trzema

Wielkimi od religii, dochodzimy do wniosku, że był to bunt,

niezgoda na ówczesny sposób życia.

Budda wychował się w luksusie, a realny świat biedy i cierpienia nim wstrząsnął. Zapadł się w siebie i doznał oświecenia.

Jezus doznał oświecenia w Indiach, gdzie zapoznał się z filozofią sufich i po powrocie usiłował przekazać tę ideę swoim współplemieńcom.

Mahometa raził rozwiązły sposób życia w Mekce. 23 lata modlił się na Górze Światła aż do momentu, gdy został oświecony - dostał Przekaz - Objawienie Koranu.

Różne religie, a mają jeden punkt wspólny: - kiedy pytano każdego z wymienionych –„Czy jesteś bogiem?” odpowiedź po trzykroć była taka sama: - Nie! Jestem tylko oświecony.

czwartek, 17 stycznia 2019

Wędrówka dusz

Buddyzm przyjmuje za pewnik wędrówkę duszy w kolejnych wcieleniach.
Wiara w reinkarnację była również częścią doktryny chrześcijańskiej, ale stopniowo KK stawał się coraz bardziej polityczny a mniej duchowy i w końcu reinkarnację z doktryny usunięto.
     Zgłębiałem temat aż do momentu, kiedy wydawało mi się, że wiem już dostatecznie dużo.
Potem, po śmierci klinicznej w 1995 roku, dołączyły osobiste doznania z pobytu "po tamtej stronie".
Dusza jest nieśmiertelna, a reinkarnacja po prostu jest.

Dziś post o poszukiwaniu następnego wcielenia XIII Dalajlamy. Czytelnicy poznają ustaloną od wieków procedurę, o której opowiada osoba najbardziej kompetentna, bo obecny XIV Dalajlama, na wygnaniu w Indiach.
Książka „Opowieść o Tybecie” - Thomasa Lairda.

Po śmierci XIII Dalajlamy rządy objął regent Reting Rinpocze. Po roku piastowania stanowiska, regent rozpoczął najważniejszą część swojej pracy: - poszukiwania XIV Dalajlamy.
Udał się nad jezioro wizji - Lhamo Latso i spojrzał w jego wody podczas medytacji.
       Pięćset lat wcześniej opiekuńczy duch jeziora, Palden Lhamo, obiecała I Dalajlamie w jednej z jego wizji, że zawsze będzie strzegła linii przekazu inkarnowanych dalajlamów.
W myśl tradycji, bogini ukazywała medytującemu regentowi wizję w jeziorze, która umożliwiała mu odnalezienie nowego dalajlamy.
   Mimo usilnych nalegań Reting Rinpocze do 1926 roku zachował milczenie na temat tego, co dostrzegł w jeziorze. W tym roku zebrał Kaszag i ogłosił, że w wizji zobaczył, iż dalajlama odrodzi się we wschodniej prownicji Amdo.
W jeziorze dostrzegł tybetańską literę Ah i kilka innych szczegółów, które wskazywały na konkretną wieś w Amdo.
    W końcu z Lahsy wyruszyły trzy zespoły poszukiwawcze, dwa skierowały się na wschód, a jeden udał się tam, gdzie prowadziły znaki przekazane przez Retinga Rinpocze.
Zgodnie z wizją regenta, zespół poszukiwawczy, który potem odnalazł małego Lhamo, najpierw udał się do odległego miasta Jekundo.
       Tam spotkali panczenlamę, który uciekł do Chin w latach dwudziestych, po tym, jak odmówił Lhasie płacenia podatków wymaganych przez XIII Dalajlamę na finansowanie armii. 
Potem bezskutecznie próbował wynegocjować swój powrót do Tybetu.
Podczas długich rozmów pomiędzy chińskim i tybetańskim rządem (Lhasa nie zgadzała się, żeby towarzyszyli mu chińscy żołnierze) panczenlama był unieruchomiony w Jekundo.
    Po śmierci XIII Dalajlamy dyskretnie sprawdzał na własną rękę doniesienia o narodzinach niezwykłych dzieci w okolicy.
Jak wspominał XIV Dalajlama, duchowa więź pomiędzy obiema liniami przekazu inkarnowanych lamów nigdy nie osłabła, mimo politycznych problemów. Panczenlama słyszał o nieustraszonym chłopcu z Taktser, którego imię dodano do listy zespołu poszukiwawczego.
Panczenlama nigdy nie wrócił do Tybetu i zmarł w następnym roku.

W maju 1937 roku zespół poszukiwawczy dotarł do największego klasztoru w Amdo – Kumbum, zbudowanego w miejscu narodzin Tsongkhapy – który został rozpoznany na podstawie wizji ówczesnego regenta.
     Taktser znajdował się niedaleko Kumbum, ale najpierw zespół udał się złożyć uszanowanie przedstawicielowi lokalnej władzy, Ma Pu-fangowi, co opóźniło ich przybycie do Taktser do września.
       Chcąc ocenić chłopca w jego naturalnym otoczeniu, przełożony zespołu poszukiwawczego i jednocześnie tulku, który nazywał się Ketsang Rinpocze, zamienił się ubraniem i pozycją ze swoim służącym.
Udając podróżnych, grupa poprosiła rodziców Lhamo o posiłek i nocleg na jedną noc.
     Ketsang usiadł dyskretnie w kuchni z innymi służącymi, podczas gdy rodzice Lhamo zajmowali się zabawianiem „wysokiego lamy” w głównym pomieszczeniu domostwa.
XIV Dalajlama nie pamięta chwili, która miała odmienić jego życie, ponieważ miał wtedy zaledwie dwa lata.
Jednak poznał relacje wszystkich świadków tego zdarzenia.

Oto dwuletni maluch wszedł do kuchni i zastał tam Ketsanga Rinpocze, inkarnację lamy z klasztoru Sera, trzymającego w dłoniach starą malę i siedzącego jakby nigdy nic przy ogniu.
Mala należała do XIII Dalajlamy.
Chłopiec bez lęku podszedł do niego i powiedział: -”Chcę to”.
Ketsang Rinpocze odrzekł: - „Jeśli wiesz, kim jestem, na pewno dam ci tę malę”.
Dziecko zawołało wtedy: - „Sera Lama, Sera Lama”, podając nazwę klasztoru, z którego pochodził Ketsang Rinpocze.
Kiedy dotarł do nas zespół poszukiwawczy – powiedział Dalajlama – stwierdził, że mówię w dialekcie z Lhasy. Ja tego nie pamiętam, ale moja matka mówiła mi, że z członkami zespołu poszukiwawczego porozumiewałem się w języku, którego nie rozumiała. 
Oznacza to, że używałem go w poprzednim życiu.

Zachichotał, kręcąc głową – nawet dzisiaj podchodzi do tych historii z pewnym niedowierzaniem.

Ketsang Rinpocze był pod wrażeniem tego, że został rozpoznany jako lama z Sera i faktu, iż chłopiec nie wypuszczał mali z rąk.
Gdy następnego ranka goście zbierali się do odejścia, według relacji Lhamo wybuchnął płaczem, błagając, żeby iść z nimi.
        Zespół był przekonany, że Lhamo jest prawdopodobnie XIV Dalajlamą, wrócił więc do Taktser kilka dni później i poinformował rodziców, że pragnie poddać chłopca oficjalnej próbie.
Rodzice się domyślali, że mnisi szukają czyjejś inkarnacji, jednak nic ich nie dziwiło, ponieważ, co ciekawe, wcześniej dwóch braci Lhamo zostało rozpoznanych jako inkarnacje.

W dniu próby na długim stole położono przed chłopcem wiele różnych przedmiotów należących do zmarłego dalajlamy, ale poprzekładanych podobnymi, które nie były jego własnością.
       Za każdym razem Lhamo wybierał właściwe rzeczy, odrzucając fałszywe, mówiąc: - „To jest moje”.

W ten sam sposób sprawdzano tuzin innych chłopców, lecz żaden nie wybrał trafnie więcej niż raz, a jeden nieśmiały w ogóle nie chciał podejść do poszukiwaczy.
      Zespołowi bardzo zależało na tym, żeby zabrać ze sobą chłopca do Lhasy, ale Ma Pu-fang zażądał za niego okupu w chińskiej walucie, co w roku 2000 stanowiło równowartość 2,5 miliona dolarów.
Żądanie opóźniło wyjazd chłopca prawie o dwa lata, mimo iż zespół poszukiwawczy przekonywał watażkę, że nie są pewni tej inkarnacji i chcą jedynie sprawdzić jego, oraz innych w Lhasie.
Zespół usiłował zdobyć pieniądze w okolicy, a kurierzy kursowali do Lhasy i z powrotem, czekając na instrukcje.

Jesienią 1937 roku rodzice Lhamo Thondupa zabrali go do klasztoru Kumbum, gdzie spędził dwadzieścia miesięcy.
      Wreszcie zespół zdołał pożyczyć pieniądze na okup od grupy chińskich muzułmanów udających się przez Lhasę do Mekki. Pielgrzymi spłacili Ma Pu-fanga w Xining, a Tybetańczycy zwrócili im dług w Lhasie.
Transakcja ta okazała się bardzo korzystna dla pielgrzymów.
XIV Dalajlama przebywał w Kumbum do lipca 1939 roku. Jego dwaj bracia, którzy zostali rozpoznani jako inkarnacje lamów, znaleźli się w klasztorze wcześniej i studiowali, żeby zostać mnichami. 
       Kiedy Lhamo przyjechał do Lhasy i zobaczył dom nazywany Chensalingka, w którym zmarł XIII Dalajlama, koniecznie chciał wejść do budynku, bo jak mówił "tam są moje zęby". Zaciekawiony mnich-nauczyciel poszedł do wskazanego budynku razem z malcem.  
        Lhamo w jednym z pomieszczeń wskazał na małe pudełko mówiąc: - " tu". 
W pudełku była sztuczna szczęka XIII Dalajlamy.