Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłum. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 stycznia 2026

Wszystko zapisane w gwiazdach


Lekki mrozek o poranku, śniegu trochę, idzie się naprzód i wpada w rytm. Wtenczas często przychodzą znikąd myśli ogólne:

   - Tysiąc lat temu filozof arabski orzekł: „Nic nowego nie wymyślimy, już wszystko zostało powiedziane, a dalej będą jedynie powtórki”.

Przypomniało mi się to, gdy czytałem „Polska mistrzem Polski – Krzysztofa Vargi:

„Żeby rządzić tłumem, trzeba ten tłum skretynić. Skretyniony tłum pójdzie wtedy za dźwiękiem fletu jak owe stado szczurów. Skretyniony tłum szczurów zje tę kolorową trutkę i zanim padnie w konwulsjach, powie, że była bardzo smaczna”.

I tu Varga ma rację i to w wymiarze nie tylko polskiego zaścianka. Ludzie są podatni na reklamy, na propagandę, na populizm. Można nimi manipulować, czyli w sumie ludzie są głupi.

    - Także w Ameryce są głupi, bo zobacz kogo wybrali – powiedział pewien mój bieszczadzki znajomy.

- Odpowiedziałem: - Filozof niemiecki Hegel opisał działanie siły ponadczasowej, którą nazwał Duchem Świata. Ten Duch unosi się ponad Ziemią i co pewien czas ląduje w jakimś narodzie, a wtedy ten wybrany naród dostaje pierdolca (imperialnego, nazistowskiego, itp.) i zaczyna wojować z innymi. To pierwsze primo.

- Po drugie primo przecież dobrze wiesz, że wojny mamy niestety wpisane w geny, a pokój jest tylko przystankiem, chwilą oddechu przed następną wojną, co cztery tysiące lat temu opisał nam szczegółowo cesarz Aśioka.

Znajomy zamilkł, zafrasował się wielce azaliż, po czym sobie poszedł, choć dobrze wiem, że przekonany nie był i swe wątpliwości wyłuszczy przy najbliższej okazji. To wielki dar mieć takiego znajomego – jest wtedy z kim toczyć górnolotne dywagacje.




Idę ci ja sobie dalej zimowym skrajem drogi, minąłem cerkiew i wtedy pojawiło się trzecie primo.

- Gwiazdy!

Przecież wszystko jest zapisane w gwiazdach, a układ planetarny dla Polski na lata 2021 - 2025, omawiany przez Piotra Piotrowskiego (były posty) jest identyczny jak w roku 1939. Fatalny wręcz układ planet dołował także Donalda Tuska w latach 2022 – 2025, teraz ten układ odpuszcza. Ogólnie mamy na świecie wzmożenie brunatnej fali, szowinizmu, chamstwa i siły. Zaczyna gotować się jak w tyglu. I nie ma co rozdzierać szat nad tym czy Trump to wariat. 

Naprawdę rządzi tam kompleks wojskowo-przemysłowy, a prezydenta, który próbuje działać samodzielnie, spotyka niespodzianka w Dallas. Polityka Ameryki jest od lat tak samo imperialna, wcześniej bardziej zakulisowa - czy zapomnieliśmy o próbie zamachu stanu w Turcji? Walka o nowy podział świata przybiera na sile, ponieważ Ameryka prymat już przegrała i nie ma czasu na dalsze ceregiele. Nie dziwmy się więc imperialnym zakusom Kacapii. Ten naród ma teraz nie tylko dwugłowego orła w herbie, ale i dwóch carów – oprócz Putlera, także świętego Mikołaja II, któremu wybudowano w 2003 roku w Jekaterinburgu, na miejscu kaźni, Cerkiew Na Krwi, oraz w miejscu porzucenia szczątków rodziny carskiej sanktuarium w Ganinej Jamie. I żeby nie było bałaganu w ich religii, wszyscy wyżsi prawosławni kapłani należą dziś do FSB.

Nasuwa się analogia z doktryną kk: - czerwoni zabili cara – teraz wynieśli go na ołtarze i porównują do Chrystusa.

Atoli wszystko to z perspektywy „patrzenia na zdjęcia w cudzym albumie” ocenić należy jako ciągłą walkę dobra ze złem. Jeśli któraś z wymienionych sił przeważa ponad 50 %, zaraz odżywa strona przeciwna i wahadło przelatuje ponownie przez punkt równowagi. Nic nowego pod słońcem.

Zatrzymałem się, ponieważ pojawił się piękny trop wilka.


A nieco wyżej wilk nawalił charakterystyczną kupę, białą od zjedzonych kości.


 







piątek, 21 listopada 2025

Homo Gadativus

 


Idą ludzie przez las i gadają.

Biegają w parach lub grupach – gadają.

Wchodzą na góry – gadają.

Schodzą – tu już wyraźnie mniej rozmów, bo zmęczeni nieco, natomiast nie omieszkają zemścić się na wchodzących za pomocą debilnego "dzień dobry" - dlatego stronię od połonin.


Rozumiem, że tłum pogaduje, bo co ma robić w kupie? 

Jak wiemy z autopsji, człowiek tak ma -  jest istotą mocno gadatliwą. Kiedy tylko może, to zbiera się mu na mielenie jęzorem. Jeśli jesteśmy sami i nie mamy do kogo mówić, miejsce owego zastępuje Katarynka Myśli.

Bez przerwy trwa dialog wewnętrzny. Gonitwa myśli jest tak upiorna, że niektórym nie pozwala zasnąć długo w noc.

Pewnego pięknego dnia spotkałem w Lesie Bielańskim grupę może 30 młodych (20 – 25 lat) osób, idących w ciszy. Całkowitej ciszy. Pomyślałem – to przecież niemożliwe, są to pewnie Niemowy. Poszli, przeszli.

Po pół godzinie spacerowania różnymi alejkami widzę z daleka: - idzie w moją stronę tłumek. Gdy podeszli bliżej rozpoznałem zagadkową milczącą grupę. Na końcu, w małym oddaleniu szła dziewczyna. 

Tym razem nie wytrzymałem i mówię do niej: – To jest coś niewiarygodnego, że tak liczna grupa idzie w kompletnej ciszy!

- My dziś przerabiamy lekcję – chodzić bez gadania! – usłyszałem.

Zaskoczony wyjaśnieniem, od razu polubiłem tych ludzi i dodałem całą grupę do znajomych.


poniedziałek, 6 stycznia 2025

Trzech Króli

 


Patrzę na to zdjęcie i widzę możliwość opisu z pomocą innych trzech liter: ZŁO – złodziej, łachudra, oszust.

A przecież było także Trzech Wielkich.

Trzy podstawowe religie: - buddyzm, islam i chrześcijaństwo. Na czele każdej z tych doktryn stał człowiek. Pytano każdego z nich:

- Czy czujesz się bogiem?

I po trzykroć odpowiedź była jedna:

- Nie. Uważam, że jestem tylko oświeconym.

Trzy religie różniące się między sobą, na ich czele Budda, Mahomet i Jezus, a każdy z nich tylko oświecony. Religie różne – oświecenie jedno.

Czym jest to oświecenie?

Otóż wszyscy nauczyciele duchowi,  w tym także ci, którzy piszą bajkami, wiedzą, że człowiek chcący się nieco wspiąć ponad zwierzęcość, powinien, czy nawet musi, pozbyć się cech neurotycznych, aby funkcjonować prawidłowo.

A to oznacza, że zdrowy na umyśle człowiek nie powinien chcieć być kimś wyjątkowym, niezwykłym, bo wtedy kierunek przejmuje ego i rośnie co najmniej pyszałek.

Oświecenie polega na tym, aby być tym, kim właśnie jesteśmy. Rozumieć to należy z pełną świadomością, wtedy zmysły są dostrojone, ruchy nie wymuszone. Wszystko dzieje się na luziczku, jakby od niechcenia.

Wydaje się to proste, atoli niełatwe w praktyce, ponieważ przekroczenie w głowie jednym krokiem uwarunkowanych, nawykowych zbiorów, to rzecz arcytrudna. Więc po powzięciu prawdy, starajmy się z nią oswajać stopniowo.

Stopniowo, dzień po dniu, wiedząc azaliż, że bycie kimś specjalnym jest tylko formą pancerza, duchowego pancerza, nad którym pracuje nasze osobiste ego, zwykle sterowane błędnym kodem, który w umysł dziecka wpisał Osobisty Rodzic. Kochający rodzic, jednak z silnie zaburzoną świadomością.

Być zwykłym, jednak co pewien czas bawić się celebracją, uroczystym robieniem tych rzeczy zwykłych. I dbać o iskrę buntu w sobie - nie godzić się ze wszystkim, co jest. Co innego z pogodą – upał czy mróz – pogodę należy akceptować, bo ona nie będzie inna niż jest.

Pogodę akceptować, atoli nie działania chama, który odgrywa pana i nas niewoli. KK naucza o nadstawianiu drugiego policzka, albo że mądry głupiemu ustępuje. To błędny kierunek - właśnie z tego powodu pleni się zło na świecie.

                Pewnik:- Jedna trzecia część obywateli (każdego państwa) nie potrzebuje, a nawet nie chce wolności.

Wyjaśnienie powyższej tezy podał Adolf Hitler, z pewnością geniusz od sterowania masami. Czerpał wiedzę z obserwacji rozchwianego po przegranej I wojnie, głęboko nie asertywnego społeczeństwa niemieckiego i wyciągnął jeden wniosek: - „Psychika tłumu poddaje się tylko temu, co silne i bezkompromisowe. Podobnie jak kobieta, która raczej ugięłaby się przed silnym mężczyzną, zamiast dominować nad mięczakiem - również masy tęsknią za władcą”.

Ten przeraźliwie trafny wniosek potwierdzały także jego doświadczenia z domu rodzinnego: - samolubny i władczy ojciec wykazywał niewielkie zainteresowanie uczuciami o wiele młodszej żony i równie mało interesowały go dzieci.

Czemu masy tęsknią za władcą? Aby ukryć swoje życiowe niepowodzenia potrzebują Przewodnika, który wskaże słusznego wroga. Także nie chcą dokonywać wyboru, nie lubią myśleć, czekają, aż ktoś „silny” (nie ważne czy megaloman, narcyz, a nawet kryminalista) podsunie im gotowy „Przekaz z Nowogrodzkiej”, oparty na zasadzie odwracania pojęć, czyli jak rzekł był klasyk: Trzeba wiedziiić, co powiedziiić.

I w ten oto prosty sposób (bez urazy) mamy wyjaśniony fenomen wyborców Pisu.

Jak to? To tylko trzecia część obywateli, a przecież wiemy, że „ludzi dobrej woli jest więcej”?

Jest więcej, azaliż oni są przeważnie przyzwoici – czytaj cisi. I co z tego, że owi cisi kiedyś „posiądą królestwo”, jeśli dziś panoszy się mniejszość, która jest zwarta, chamska, nienawistna i głośna.

Ta głośna mniejszość jest prowadzona przez kutych na cztery nogi cyników zalecających pracę dla idei, podczas gdy sami ssają kasę wszystkimi otworami. Jako że pokrewne energie się przyciągają, do łachudry lgną inne łachudry i powstaje organizacja mafijna. Ta mafia wie, jak ważna jest komunikacja z tłumem, więc czerpie pełnymi garściami z „dziesięciu zasad” Schopenhauera, między innymi odwracając kota ogonem, czyli odwracając znaczenie pojęć.

Egzystencja KK opiera się na odwróconym znaczeniu pojęć – czego innego naucza, a co innego robi. Dlatego Pisowi tak blisko do kk. 

Ręka rękę myje z pomocą wody święconej. 

Obecni rządzący jeszcze się nie nauczyli, że najlepszą obroną jest atak, tudzież z chamem delikatność nic nie da. Dla chama to słabość.

Pisiory wyśmiewały Ryszarda Petru, za powiedzenie „sześciu króli”. Efekt? Ano ci tak zwani katolicy - prawdziwi patrioci, okazali się bezczelnymi złodziejami, którym oprócz złodziejstwa najlepiej wychodzi ciągłe knucie i uciekanie przed odsiadką, a Petru nie przykłada wagi do tego, czy było trzech króli szóstego stycznia, czy sześciu trzeciego. On nie dość, że nie kradnie, to jeszcze potrafi zniżyć się do prozy życia, usiąść przy kasie w Biedronce, a potem sprzątać sklep. Powiedzmy, że symbolicznie, ale jednak.

Spróbujmy wyobrazić sobie Jarozbawa jako kasjera w Biedronce…..


wtorek, 30 kwietnia 2024

Wakacyjny misz masz

Najsampierw (staropolskie) kilka obrazków z Warszawy.







Z sentymentem patrzę na ostatnie zdjęcie – widać na nim budynek w którym mieszkam (po prawej). Refleksja: – nowoczesność zajmuje miejsce starego. Dom należy do osiedla „Za Żelazną Bramą”, stawianego na samym początku lat siedemdziesiątych. Postawiono wtedy 14 budynków, nazywanych „mrówkowcami” – a to z powodu 420 mieszkań w każdym.



Miniatura Pałacu Saskiego przed zburzeniem. Kuchnia w odkopanych piwnicach.

Nie opuszczę refleksji na temat knowań pisiorstwa: - Pomnik miernego prezydenta stoi. Czerwony dywanik do Smoleńskiego Grzdyla jest. Obecny tymczasowy lokator Pałacu Namiestnikowskiego rzucił hasło: "Pałac odbudować i na razie cicho sza, ale finalnie będzie on nosić imię Lecha K".  

Tak samo miało być z CPK – upiec kilka pieczeni na jednym ogniu – a w końcówce nadać imię Lecha K.

Pamiętajmy, że pisiorstwo ma za plecami poparcie średniowiecza w postaci kk.

A tu idzie nowe, do drzwi puka, przeżyć nowe w starej budzie to jest sztuka!

Czyli co? Nowe w starej budzie jest niemożliwością, starą budę trzeba rozwalić.

Proste ma być, więc stosuję język prosty, zrozumiały dla wszystkich: - Żydzi powinni wyznawać religię żydowską, Muzułmanie – muzułmańską, a Słowianie – słowiańską. Od tysiąca lat jesteśmy dymani przez czarnych okupantów. Nacjonaliści bronią kościoła, nienawidzą Żydów. To z kolei jest mocno nielogiczne, bo jednocześnie modlą się do żydowskiego boga. Dom postawiony na takim fundamencie jest niestabilny.

Co dalej z Wigiem 20 ?.

Jak najbardziej aktualne są wpisy: 21 lutego – Wig 20 fale, oraz: 11 kwietnia - Fale Wig 20.


Przewidywany podwójny szczyt B okazał się nawet szczytem potrójnym. Dziś była data zwrotu wynikająca z fibonka.

Nasiąknięty tłumem, kamienną pustynią i zgiełkiem, łaknę oddalenia od cywilizacji. Już się cieszę na to proste rozwiązanie i jednocześnie naturalną, skuteczną terapię, jak wydech po wdechu.

Wpadasz w rytm natury, zero zegarka – wstajesz świtem, obserwujesz wschód słońca, żerujące jelenie, całą przyrodę skąpaną jeszcze we mgłach porannych, a już kipiącą życiem. Czujesz się cząstką przyrody i wtedy pojawia się szczęście tylko z powodu faktu, że żyjesz. Nic ci więcej nie potrzeba. Oczywiście do momentu, gdy głód nie przypomni o potrzebach ciała. Wtedy celebrujesz posiłek.

Ja się bieszczadzkim oddaleniem od cywilizacji, a także samotnością w tym oddaleniu zachłysnąłem na dzień dobry, by potem w tych klimatach zakochać się dojrzałą miłością.

Na koniec przypominam osobistą myśl: - życie nie powinno być letnie, musi się trafiać w nim fascynacja, pasja, zachwyt, bo inaczej to nie jest życie, a wegetacja.

Azaliż niech każdy żyje po swojemu.

Jaka jest liczba mnoga od weekend? 

Wakacje!

U mnie od jutra wakacje. Żegnam się z Tobą Czytelniku do jesieni (październik) i życzę zadowolenia z życia.

Na pożegnanie bukiety z Bieszczadu.

Być może do zobaczenia gdzieś na szlaku.








piątek, 22 kwietnia 2022

Prawie u źródła

Wchodzę pod górę ścieżką zwierzęcą. Jak wygląda taka ścieżka zwierzęca? Ona jest bardzo wąska, prawie niewidoczna, bo ile łąki mogą podeptać stawiane ostrożnie kopytka sarny czy koziołka?


Wchodzę więc, już mam telefoniczny zasięg - patrzę kto mi przysłał smsa. Oto operator informuje o promocji. Co za bzdury! Toż to śmietnik informacyjny spoza siódmej góry! Po 18.00 wyłączam telefon – w ten prosty sposób ograniczam do minimum kontakt z cywilizacją. Wczoraj niestety z powodu czyhania na długie cienie popołudniowe zapomniałem wyłączyć. Na godz. 18.00 ustaliłem przed wyjazdem ewentualny kontakt z najbliższymi. Nie mam zasięgu przy namiocie, on stoi jakieś sto metrów niżej. (No może 99 metrów niżej). W takim miejscu bateria niepotrzebnie zużywa się na czuwanie. Poza tym..... mam wakacje, czyli nie ma mnie. O 18.00 wchodzę na lokalny szczyt, gdzie mam zasięg, włączam telefon, patrzę, czy ktoś dzwonił. Pojawiają się tylko całkiem nieliczne smsy od znajomych. Ci moi znajomi wiedzą w czym rzecz i szanują wakacje Zbyszka. W odpowiedzi zawsze ślę jakąś fotkę plus dwa słowa i jeśli nie mam zamiaru robić zdjęć mogę telefon wyłączyć.   


 
Ten krótki moment łączności ze światem przynosi poczucie ulgi. Co za rozkosz i szczęście, że jestem tu sam i z nikim nie muszę rozmawiać, ani nikogo słuchać! Zupełnie mi wystarcza, gdy zejdę raz w tygodniu do ludzi. Wtedy rozmowę z kimkolwiek odbieram uroczyście i niezwykle uważnie – wszak każda jednostka napotkana na naszej drodze może okazać się nauczycielem. 

Słowa mają wielką wagę i moc, lecz tylko wtedy, gdy są przemyślane i zwięzłe.





 Trwa gorący, upalny dzień. Wieje Notos - wiatr z południowych stron. Zejdę do strumienia na chlapu-chlapu. Droga na przełaj prowadzi przez zwartą zieloność, na dole przebijam się przez gąszcz mięty wysokiej po pas.

Kiedy znajdę się już u podnóża góry, w miejscu obfitym w wodę, gdzie zbiegają się dwa potoki i wykonam kąpiel, lubię stamtąd ruszyć w górę korytem potoku wypływającego spod Chryszczatej. Idę po kamieniach, po łupkach. Woda tu niska, łupki odsłonięte, idzie się po nich wygodnie, prawie jak po schodach. Idę w ten sposób nawet kilometr. Po jakich pięknych łupkach stąpam! Czterysta milionów lat temu Bieszczady leżały na dnie Oceanu Tetydy. Stawiam więc kroki na milionleciach! 




 Na płynącą wodę to mogę patrzeć godzinami. 

- Po pierwsze primo patrzę z powodu, że mam czas, bo gdybym go nie miał, tobym nie patrzył. 

- Po drugie primo woda tu jest krystaliczna, wypływa ze źródła oddalonego jak już wspomniałem o kilometr. Ona skrzy się w słońcu, żyje, podobnie jak języki ognia żyją. 

- No i po trzecie primo: - ta woda przemawia, szepcze swoim ciurczeniem.   

       

Jest w tym patrzeniu jakiś atawistyczny odruch, wydaje się, że właśnie na tym odruchu polega u ludzi gapienie się godzinami w telewizor.

Kiedyś bowiem ludzie siadywali wieczorami przy ognisku, rozmawiali przy tym niespiesznie albo milczeli. A dziś mają cywilizację, gapią się więc w telewizor, bo nie za bardzo lubią myśleć. Z telewizora zawsze jakiś "autorytet" wytłumaczy jak zwykły baran powinien żyć. Jednak niektóre zbuntowane jednostki zauważają, że cywilizacja indoktrynuje, a więc narzuca jarzmo, co ma się nijak do kontemplacji i jej zastąpić nie może, bo potok i ogień wycisza, powoduje powstawanie tych sławnych mózgowych fal alfa. W takich momentach człowiek staje się niebezpieczny - zaczyna być sobą. Natomiast telewizyjne propagandowe gadki mają zadanie robić wodę z mózgu - podle sterować tłumem, stadem baranów. 



To spadnięte gniazdo, pieczołowicie oblepione bieszczadzką gliną miało słusznej wagi około kilograma.






Kąpiel łączę z praniem bez mydła. Woda jest tym potoku tak miękka jak deszczówka. To zupełna odwrotność twardej wody spod Kowalowej Kapliczki na drodze do Balnicy. Ubranie pachnie świeżością po takim praniu-płukaniu w miękkiej wodzie. Na koniec jako golas unoszę ponad siebie pięciolitrową bańkę i następuje zimny prysznic po głowie i plecach !..... Woda ma może 10 stopni Celsjusza, dlatego przy tym prysznicu pojawia się samorzutne tudzież naturalne prychanie brrrr.

I następuje ożywcze uderzenie energii. Nigdy nie uderzono mnie kijem w rytuale kyosaku (zen), tylko o tym czytałem, lecz opisany zimny prysznic działa chyba podobnie. Leci zimność po głowie, po całym człowieku! Czuję mrowienie w dole kręgosłupa, przy kości ogonowej, za moment bańka pusta - teraz energia uderza w górę i wydaje się, że wystrzela uszami..... Samopoczucie jest po takim prysznicu …... no boskie! Trudno to opisać, jakby człowiek od środka stawał się uprany, czysty i nowy, jakby od żołądka podnosiły się bąbelki wesolutkiej wibracji.

Nieraz po wspomnianej ablucji wydawało mi się, że rosnę i pierwsze kroki robię nie dotykając ziemi. 

Ech, gdyby tak jeszcze zjawiła się tuż obok mnie (w sławnym Tu i Teraz) jakaś miła kobitka, nie tylko przychylnie nastawiona do życia, ale i spragniona miłości - rozmarzyłem się.....

Nie ma atoli kobitki, siadam więc ci ja na kamieniu i obserwuję płynącą wodę. A ona, ta woda buzuje między wystającymi łupkami, natlenia się, bombelkuje, tańczy w słońcu, śpiewa swoją pieśń. Strome brzegi porasta bujna zieloność.

Leci motyl cytrynek. Brzęczą owady, grają świerszcze.

Upał.

Ważka usiadła na kolanie. 

Łaskocze. 

Potok chlupocze. Leciutką falą nadciąga ten znany-nieznany zapach z jakiegoś zioła. Zapach subtelny a upojny, ekscytujący, nieokreślony. Rozszerzają się nozdrza. Gorąco rozleniwia. Ciało samo się rozluźnia, robi się odlotowo w całym człowieku! Aż się kiwnąłem. Jest przefantastycznie! Tu pasuje wierszyk znajomej Jana Gabriela, bliskiej mi Ewy Szczawińskiej:

"Każdy aniołek ma dwa skrzydełka i leci na nich prosto do raju.

Inaczej było w życiu Pawełka - on miał odloty tylko na haju".


To ciekawe, że słowo "alhaju" w języku arabskim oznacza "być w pielgrzymce" (wyprawa do Mekki?). 

Być może tak wygląda wejście w ten sławny nie-umysł opisywany przez Osho, w umysł pionowy, albo to po prostu zwykłe, osobiste wpadnięcie w błogostan. Nie posuwamy się poziomo z A do B, ale następuje zatrzymanie w A. Potem z tego zatrzymania w A wzlatujesz myślą w górę do A jeden! Albo nigdzie nie wzlatujesz, bo na co ci to? Osiągasz, czy też z powodu rozpierającej cię dobroci dla świata wpadasz w kompletny luzik i znikasz, roztapiasz się. Nie ma przeszłości, ani przyszłości, jest totalny reset, tudzież rozciągnięte na maksa bezczasowe Tu i Teraz.

I jestem pewien, że dla takich właśnie magicznych "Chwilo Trwaj" nie tylko warto żyć, ale i o nich pisać.

piątek, 11 lutego 2022

Czwarta władza

Czyli mechanizm rządzenia ciemnym ludem. 

Czwarta władza to jest oręż, który potrafi wykoleić parowóz każdego władcy. Pamiętajmy jednak, że wszystkie reżimy dążą do pełnego kontrolowania mediów. Czyli co robić? Ano przesiewać informacje, na dzień dobry nikomu nie wierzyć, a już na pewno nie wierzyć w oficjalny rządowy przekaz. Każdy przekaz każdego rządu. To komu wierzyć? Sobie!


Dziennikarze śledczy. Jest to ciekawa grupa pasjonatów o bardzo krótkiej średniej długości życia. Jednak postęp, żmudne i niebezpieczne docieranie do prawdy, odbywa się wyłącznie dzięki ludziom odważnym. Redakcja The Boston Globe po kilku latach takiego śledztwa rzuciła na kolana kk w Ameryce. I się zaczęło. Ktoś powie: - kościół został udupiony finansowo i moralnie. Zgoda, atoli azaliż jest taki podstawowy myk: - ktoś pierwszy musi przerwać milczenie mając argumenty. Zadać pytanie i żądać odpowiedzi. Oskarżać do skutku. Ktoś pierwszy musi rzucić kamień, który wywoła lawinę. I właśnie taki (ponadczasowy) myk mamy opisany w książce „Cesarz”.



„Nikt, ale to nikt, przyjacielu, nie przeczuwał, że nadciąga koniec. A raczej coś tam się przeczuwało, coś po głowie chodziło, ale takie niejasne, niewyraźne, że jakby w ogóle nie było żadnego odczuwania nadzwyczajności. A przecież już od dawna snuł się po pałacu kamerdyner, coraz to jakieś światła wygaszając, ale wzrok się do owego zgaszenia przyzwyczajał i następowało wygodne pogodzenie wewnętrzne, że widocznie niewidocznie takie wszystko musi być wygaszone, przyciemnione, półmrocznie zamroczone. W dodatku do cesarstwa wkradły się gorszące nieporządki, które całemu pałacowi sprawiły wiele utrapień, a już najwięcej naszemu ministrowi informacji, panu Tesfaye Gebre-Egzy, rozstrzelanemu później przez panujących dziś buntowników.

Zaczęło się od tego, że w roku siedemdziesiątym trzecim, latem, przyjechał do nas dziennikarz z telewizji londyńskiej, niejaki Jonathan Dimbleby. Ten ci dawniej już bywał w cesarstwie robiąc chwalebne filmy o naszym wszechwładcy i dlatego nikomu nie przyszło do głowy, że taki żurnalista, który najpierw chwali, ośmieli się później zganić, ale taka już widać łotrowska natura ludzi bez godności i wiary. Dość że tym razem Dimbleby miast pokazywać, jak nasz pan rozwoju dogląda i troszczy się o pomyślność maluczkich, przepadł gdzieś na północy, skąd ponoć wrócił przejęty i roztrzęsiony i zaraz wyjechał do Anglii. Nie minął miesiąc, a z naszej ambasady przychodzi doniesienie, że pan Dimbleby pokazał w telewizji londyńskiej swój film pod tytułem „Ukryty głód”, w którym ten pozbawiony zasad oszczerca dopuścił się demagogicznej sztuczki ukazując tysiące ludzi umierających z głodu, a obok czcigodnego pana, jak biesiaduje z dostojnikami. Następnie pokazał drogi, na których leżą dziesiątki szkieletów zagłodzonych biedaków, a zaraz potem nasze samoloty przywożące z Europy szampany i kawior. Tu pola całe pełne konających chudzielców, tam – nasz monarcha ze srebrnej patery mięso swoim psom podający i tak na przemian: przepych –nędza, bogactwo – rozpacz, korupcja – śmierć. W dodatku pan Dimbleby oświadcza, że klęska głodu spowodowała już śmierć stu, a może  dwustu tysięcy ludzi i że drugie tyle może w najbliższych dniach podzielić ich los. Doniesienie ambasady mówi,  że po filmie wybuchł w Londynie wielki skandal, są apelacje do parlamentu, gazety biją na alarm, dostojnego pana potępiają.

Tu widzisz przyjacielu,  cała nieodpowiedzialność obcej prasy, która podobnie jak pan Dimbleby latami monarchę naszego chwaliła, a nagle, bez żadnego powodu i umiaru – potępiła. Dlaczego tak? Dlaczego taka zdrada i niemoralność? W dalszym ciągu ambasada donosi, że z Londynu wylatuje samolot dziennikarzy europejskich, którzy chcą zobaczyć śmierć głodową, poznać naszą rzeczywistość, a także ustalić, gdzie podziewają się pieniądze, które tamtejsze rządy dawały czcigodnemu panu, aby rozwijał, doganiał i przeganiał. A więc krótko mówiąc, ingerencja w wewnętrzne sprawy cesarstwa! W pałacu poruszenie, oburzenie, ale osobliwy pan nakazuje spokój i rozwagę. Teraz czekamy, jakie będą najwyższe ustalenia. Od razu rozlegają się głosy, aby przede wszystkim odwołać ambasadora z powodu  tak przykrych  i alarmistycznych doniesień, tyle niepokoju w życie pałacu wnoszących. Jednakże minister spraw zagranicznych argumentuje, że takie odwołanie rzuci strach na pozostałych ambasadorów, którzy w ogóle przestaną donosić cokolwiek,  a przecież czcigodny pan musi wiedzieć, co o nim mówią w różnych częściach świata. Następnie odzywają się członkowie rady koronnej którzy żądają,  aby samolot z dziennikarzami zawrócić z drogi i całej tej bluźnierczej hałastry nie wpuszczać.

Ale jakże to, powiada minister informacji, nie wpuścić, jeszcze większy krzyk podniosą i pana miłościwego bardziej potępią. Rada w radę postanawiają podać dobrotliwemu panu następujące rozwiązanie: - wpuścić, ale zaprzeczyć. Tak jest, wyprzeć się głodu! Trzymać ich w Addis Abebie, pokazywać rozwój i niech piszą tylko to, co w naszych gazetach potrafią wyczytać. A prasę, przyjacielu, mieliśmy lojalną, powiem nawet – przykładnie lojalną. Prawdę mówiąc, nie było jej wiele, bo na trzydzieści z okładem milionów podwładnych tłoczono dziennie 25 tysięcy egzemplarzy gazet, ale pan nasz z takiego wychodził założenia, że nawet najbardziej lojalnej prasy nie należy dawać w nadmiarze, gdyż może się z tego wytworzyć nawyk czytania, a potem już krok tylko do nawyku myślenia, a wiadomo, jakie to powoduje niewygody, utrapienia, kłopoty i zmartwienia.

Bo, powiedzmy, coś może być lojalnie napisane, ale zostanie nielojalnie odczytane, ktoś zacznie czytać rzecz lojalną, a zechce później nielojalnej i tak pójdzie drogą, która go od tronu będzie oddalać, od rozwoju odciągać, do warchołów prowadzić.

Nie, nie, pan nasz nie mógł do takiego rozpuszczenia, pobłądzenia dopuścić i dlatego w ogóle nie był entuzjastą nadmiernego czytania. Wkrótce potem przeżyliśmy prawdziwą inwazję korespondentów zagranicznych. Pamiętam, zaraz po ich przyjeździe odbyła się konferencja prasowa. Jak wygląda, pytają, problem śmierci głodowej, która dziesiątkuje ludność? Nic mi o tym nie wiadomo, odpowiada minister informacji i muszę ci, przyjacielu, powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy. Po pierwsze, śmierć głodowa była w naszym cesarstwie od setek lat rzeczą codzienną i naturalną i nigdy nikomu nie przychodziło do głowy podnosić z tego powodu wrzawę. Nastawała susza i ziemia wysychała, bydło padało, chłopi umierali – zwyczajny, zgodny z prawami natury i odwieczny porządek rzeczy. Z powodu tej odwieczności, normalności, żaden z notabli nie ośmieliłby się zaprzątać uwagi jaśnie wielmożnego pana tym,  że w jego prowincji ktoś tam umarł z głodu. Oczywiście sam dostojny pan odwiedzał prowincje, ale nie miał w swoim ustalonym zwyczaju zatrzymywać się w rejonach ubogich, gdzie panował głód, a poza tym cóż można zobaczyć w czasie takich oficjalnych odwiedzin? Ludzie z pałacu też na prowincję nie jeździli, bo wystarczy, że człowiek opuści pałac, a tu na niego naplotkują, nadonoszą, tak że kiedy wróci, przekona się, że już wrogowie przesunęli go bliżej bruku. Skąd więc mogliśmy wiedzieć, że na północy panuje jakiś nadzwyczajny głód?

Czy możemy, pytają korespondenci, pojechać na północ? Nie można, wyjaśnia minister, bo pełno zbójców na drodze. I znowu muszę powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy, gdyż w ostatnim okresie donoszono o rozmnożeniu w całym cesarstwie wszelakiej zbrojnej i przy traktach zaczajonej nieprawomyślności. Po czym minister zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, nic więcej ich nie obchodzi, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój! Ale tu, przyjacielu, nowa historia powstała. Bo oto nasze zbuntowane studenctwo wysłało na północ swoich delegatów, a ci naprzywozili i fotografii i strasznych historii o tym, jak umiera naród, i wszystko to korespondentom cichcem, tylcem przekazali. I nastąpił skandal, nie dało się więcej mówić, że głodu nie ma. Znowu korespondenci atakują, zdjęciami wymachują, pytają co rząd w sprawie głodu zrobił. Jaśnie najwyższy pan, odpowiada minister, przywiązał do tej sprawy najwyższą wagę. Ale konkretnie! Konkretnie! Woła bez żadnego uszanowania ta z piekła rodem hałastra.

Pan nasz, powiada spokojnie minister, oznajmi w odpowiednim czasie, jakie są jego majestatu zamierzone postanowienia, ustalenia, polecenia, nie ministrom bowiem rozstrzygać o takich rzeczach i bieg sprawom nadawać. W końcu korespondenci odlecieli i głodu z bliska nie widzieli. A całą tę sprawę, tak spokojnie i godnie poprowadzoną, minister uznał za sukces, zaś nasza prasa określiła nawet jako zwycięstwo. Tak zawsze jakoś minister kierował, że wszystko na sukces wychodziło i dobrze było, a baliśmy się, że gdyby ministra onego nie stało, wnet by smętkiem powiało, co się potem sprawdziło, kiedy nam go ubyło. Zważ jeszcze, łaskawco, że między nami mówiąc – nie jest źle dla lepszego porządku i większej pokory podwładnych naród odchudzić, wygłodzić.

Już nasza religia nakazuje, aby połowę dni w roku przestrzegać ścisłego postu, a przykazanie nasze mówi, że kto post łamie, dopuszcza się ciężkiego grzechu i cały zaczyna cuchnąć siarką piekielną. W postnym dniu nie można jeść więcej niż raz dziennie, a i to nic innego jak kawałek przaśnego placka z przyprawą korzenną. A dlaczego taką surową regułę narzucili nam ojcowie, polecając ciało bez końca umartwiać? A dlatego, że człowiek jest z natury istotą złą, której potępieńczą rozkosz sprawia uleganie pokusom, a zwłaszcza pokusie nieposłuszeństwa, posiadania i rozpusty. Dwie rządze plenią się bowiem w duszy człowieka – żądza agresji i żądza kłamstwa. Jeżeli nie pozwolić mu, żeby krzywdził innych, będzie sobie samemu zadawał krzywdę, jeżeli nie napotka nikogo, aby go okłamać, sam siebie w myślach okłamie.

Słodki jest człowiekowi chleb kłamstwa, powiada księga przypowieści, a potem napełniają się piaskiem usta jego. Jakże teraz zaradzić tej groźnej istocie, jaką jawi się człowiek, jaką my wszyscy jesteśmy, jakże ją okiełznać i poskromić? Jak rozbroić tę bestię, jak ją obezwładnić? Jeden jest tylko na to sposób, przyjacielu – osłabić człowieka.

Tak jest – odebrać mu siły, bo nie mając ich, nie będzie mógł czynić zła. A właśnie post osłabia, głodówka pozbawia sił. Taka jest nasza amharska filozofia i o tym pouczają nasi ojcowie. A wszystko to sprawdzone jest w doświadczeniu. Człowiek głodzony przez całe życie nigdy nie będzie się buntować. Na północy nie było żadnego buntu. Nikt tam nie podniósł ani ręki, ani głosu. Ale niechże tylko podwładny zacznie jeść do syta, a potem zechcesz odebrać mu misę, zaraz powstanie do buntu. Ta jest pożyteczność w głodowaniu, że głodnemu tylko chleb na myśli, cały jest zaprzątnięty myśleniem o strawie, resztki sił na to wytraca, a już mu nie staje ani głowy, ani woli, żeby szukać rozkoszy w pokusie nieposłuszeństwa. Zważ tylko, łaskawco, kto zniszczył nam cesarstwo, kto je zburzył? 

Ani ci, którzy mieli za dużo, ani ci, którzy nie mieli nic, a jedynie ci, którzy mieli trochę. Dlatego trzeba zawsze wystrzegać się tych, którzy mają trochę, bo to najgorsza, najbardziej żądna siła, to oni najgorliwiej prą do góry". 


PS. I pojawia się pytanie natury zasadniczej: - Jak zakwalifikować ludzi, którzy według władzy mają zasuwać za miskę ryżu? Czy tacy osobnicy mają trochę, czy też nie mają nic?

piątek, 23 listopada 2018

Co pomyślą ludzie?

Nie ma potrzeby chodzić do kościoła czy synagogi. Wystarczy doświadczać błękitu nieba, blasku gwiazd, wschodów i zachodów słońca, kwitnących kwiatów, śpiewu ptaków.
                   Całe istnienie jest kazaniem!
A nie zostało ono przygotowane przez głupiego kapłana.

Gdy stajesz się sobą, znika potrzeba należenia do jakiegoś stada, czy tłumu. Stwierdzasz, że jesteś niezależną jednostką i doskonale wiesz, że jest to ryzykowne.
          Stado może ci tego nie wybaczyć.
Kiedy stajesz się sobą – śmiejesz się. A śmiech stanowi zakłócenie. Cierpienie jest tolerowane, bo tłum także cierpi. Natomiast poczucie szczęścia wywołuje ogromną zazdrość wśród tłumu, bo wywołuje skłonność do buntu.
        Jest to jednak piękne, kiedy posuwamy się po ostrzu brzytwy – każdy krok jest niebezpieczny. Im bardziej twoje życie jest napełnione niebezpieczeństwami, tym bardziej je odczuwasz. Wtedy żyjesz pełnią.

Dlaczego tak trudno poznać samego siebie? Bo społeczeństwo podzieliło człowieka na części, które wzajemnie się zwalczają.
Zrobiło to za pomocą wszczepionych ci ideałów „jaki powinieneś być”.
      Pamiętasz więc tylko o tym, a zapomniałeś kim jesteś. Obsesyjnie gonisz za ideałami, a zapominasz o chwili obecnej, o teraźniejszości. Ciągle myślisz tylko co powinieneś zrobić i jak to zrobić, kim masz być.
Odrzucasz przez to chwilę obecną, czyli to, co jest. Odrzucasz rzeczywistość, w której nie ma wyrażeń typu „powinienem”.

Róża jest różą, dla niej nie istnieje kwestia bycia czymś innym. Tak samo jest z lotosem. Ani lotos nie próbuje być różą, ani róża lotosem.
       Tak się dzieje ze wszystkimi stworzeniami oprócz człowieka.
Dlatego kwiaty nie chorują na nerwice i nie potrzebują psychiatrów.
Słyszysz wymagania: „zmień się - powinieneś być inny”. I następuje w tobie podział, oddzielasz się od swego „jestem”.
     A przecież nie możesz być niczym innym, niż jesteś. Możesz być tylko sobą. W chwili gdy to zrozumiesz staniesz się całością, zniknie wewnętrzny narzucony ci podział.
     To jest pierwszy krok: - zaakceptować siebie i pokochać takiego, jakim jesteś.
Podział utrwalasz myśląc: - Jeśli będę sobą, co pomyślą ludzie?
Trwa w tobie wewnętrzna walka.
Jesteś podzielony na Ja idealne i Ja realne.
A te części nieustannie walczą ze sobą.
Dlatego czasami czujesz się rozdarty.
                                                                                               Osho