Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieposłuszeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieposłuszeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Czwarta władza

Czyli mechanizm rządzenia ciemnym ludem. 

Czwarta władza to jest oręż, który potrafi wykoleić parowóz każdego władcy. Pamiętajmy jednak, że wszystkie reżimy dążą do pełnego kontrolowania mediów. Czyli co robić? Ano przesiewać informacje, na dzień dobry nikomu nie wierzyć, a już na pewno nie wierzyć w oficjalny rządowy przekaz. Każdy przekaz każdego rządu. To komu wierzyć? Sobie!


Dziennikarze śledczy. Jest to ciekawa grupa pasjonatów o bardzo krótkiej średniej długości życia. Jednak postęp, żmudne i niebezpieczne docieranie do prawdy, odbywa się wyłącznie dzięki ludziom odważnym. Redakcja The Boston Globe po kilku latach takiego śledztwa rzuciła na kolana kk w Ameryce. I się zaczęło. Ktoś powie: - kościół został udupiony finansowo i moralnie. Zgoda, atoli azaliż jest taki podstawowy myk: - ktoś pierwszy musi przerwać milczenie mając argumenty. Zadać pytanie i żądać odpowiedzi. Oskarżać do skutku. Ktoś pierwszy musi rzucić kamień, który wywoła lawinę. I właśnie taki (ponadczasowy) myk mamy opisany w książce „Cesarz”.



„Nikt, ale to nikt, przyjacielu, nie przeczuwał, że nadciąga koniec. A raczej coś tam się przeczuwało, coś po głowie chodziło, ale takie niejasne, niewyraźne, że jakby w ogóle nie było żadnego odczuwania nadzwyczajności. A przecież już od dawna snuł się po pałacu kamerdyner, coraz to jakieś światła wygaszając, ale wzrok się do owego zgaszenia przyzwyczajał i następowało wygodne pogodzenie wewnętrzne, że widocznie niewidocznie takie wszystko musi być wygaszone, przyciemnione, półmrocznie zamroczone. W dodatku do cesarstwa wkradły się gorszące nieporządki, które całemu pałacowi sprawiły wiele utrapień, a już najwięcej naszemu ministrowi informacji, panu Tesfaye Gebre-Egzy, rozstrzelanemu później przez panujących dziś buntowników.

Zaczęło się od tego, że w roku siedemdziesiątym trzecim, latem, przyjechał do nas dziennikarz z telewizji londyńskiej, niejaki Jonathan Dimbleby. Ten ci dawniej już bywał w cesarstwie robiąc chwalebne filmy o naszym wszechwładcy i dlatego nikomu nie przyszło do głowy, że taki żurnalista, który najpierw chwali, ośmieli się później zganić, ale taka już widać łotrowska natura ludzi bez godności i wiary. Dość że tym razem Dimbleby miast pokazywać, jak nasz pan rozwoju dogląda i troszczy się o pomyślność maluczkich, przepadł gdzieś na północy, skąd ponoć wrócił przejęty i roztrzęsiony i zaraz wyjechał do Anglii. Nie minął miesiąc, a z naszej ambasady przychodzi doniesienie, że pan Dimbleby pokazał w telewizji londyńskiej swój film pod tytułem „Ukryty głód”, w którym ten pozbawiony zasad oszczerca dopuścił się demagogicznej sztuczki ukazując tysiące ludzi umierających z głodu, a obok czcigodnego pana, jak biesiaduje z dostojnikami. Następnie pokazał drogi, na których leżą dziesiątki szkieletów zagłodzonych biedaków, a zaraz potem nasze samoloty przywożące z Europy szampany i kawior. Tu pola całe pełne konających chudzielców, tam – nasz monarcha ze srebrnej patery mięso swoim psom podający i tak na przemian: przepych –nędza, bogactwo – rozpacz, korupcja – śmierć. W dodatku pan Dimbleby oświadcza, że klęska głodu spowodowała już śmierć stu, a może  dwustu tysięcy ludzi i że drugie tyle może w najbliższych dniach podzielić ich los. Doniesienie ambasady mówi,  że po filmie wybuchł w Londynie wielki skandal, są apelacje do parlamentu, gazety biją na alarm, dostojnego pana potępiają.

Tu widzisz przyjacielu,  cała nieodpowiedzialność obcej prasy, która podobnie jak pan Dimbleby latami monarchę naszego chwaliła, a nagle, bez żadnego powodu i umiaru – potępiła. Dlaczego tak? Dlaczego taka zdrada i niemoralność? W dalszym ciągu ambasada donosi, że z Londynu wylatuje samolot dziennikarzy europejskich, którzy chcą zobaczyć śmierć głodową, poznać naszą rzeczywistość, a także ustalić, gdzie podziewają się pieniądze, które tamtejsze rządy dawały czcigodnemu panu, aby rozwijał, doganiał i przeganiał. A więc krótko mówiąc, ingerencja w wewnętrzne sprawy cesarstwa! W pałacu poruszenie, oburzenie, ale osobliwy pan nakazuje spokój i rozwagę. Teraz czekamy, jakie będą najwyższe ustalenia. Od razu rozlegają się głosy, aby przede wszystkim odwołać ambasadora z powodu  tak przykrych  i alarmistycznych doniesień, tyle niepokoju w życie pałacu wnoszących. Jednakże minister spraw zagranicznych argumentuje, że takie odwołanie rzuci strach na pozostałych ambasadorów, którzy w ogóle przestaną donosić cokolwiek,  a przecież czcigodny pan musi wiedzieć, co o nim mówią w różnych częściach świata. Następnie odzywają się członkowie rady koronnej którzy żądają,  aby samolot z dziennikarzami zawrócić z drogi i całej tej bluźnierczej hałastry nie wpuszczać.

Ale jakże to, powiada minister informacji, nie wpuścić, jeszcze większy krzyk podniosą i pana miłościwego bardziej potępią. Rada w radę postanawiają podać dobrotliwemu panu następujące rozwiązanie: - wpuścić, ale zaprzeczyć. Tak jest, wyprzeć się głodu! Trzymać ich w Addis Abebie, pokazywać rozwój i niech piszą tylko to, co w naszych gazetach potrafią wyczytać. A prasę, przyjacielu, mieliśmy lojalną, powiem nawet – przykładnie lojalną. Prawdę mówiąc, nie było jej wiele, bo na trzydzieści z okładem milionów podwładnych tłoczono dziennie 25 tysięcy egzemplarzy gazet, ale pan nasz z takiego wychodził założenia, że nawet najbardziej lojalnej prasy nie należy dawać w nadmiarze, gdyż może się z tego wytworzyć nawyk czytania, a potem już krok tylko do nawyku myślenia, a wiadomo, jakie to powoduje niewygody, utrapienia, kłopoty i zmartwienia.

Bo, powiedzmy, coś może być lojalnie napisane, ale zostanie nielojalnie odczytane, ktoś zacznie czytać rzecz lojalną, a zechce później nielojalnej i tak pójdzie drogą, która go od tronu będzie oddalać, od rozwoju odciągać, do warchołów prowadzić.

Nie, nie, pan nasz nie mógł do takiego rozpuszczenia, pobłądzenia dopuścić i dlatego w ogóle nie był entuzjastą nadmiernego czytania. Wkrótce potem przeżyliśmy prawdziwą inwazję korespondentów zagranicznych. Pamiętam, zaraz po ich przyjeździe odbyła się konferencja prasowa. Jak wygląda, pytają, problem śmierci głodowej, która dziesiątkuje ludność? Nic mi o tym nie wiadomo, odpowiada minister informacji i muszę ci, przyjacielu, powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy. Po pierwsze, śmierć głodowa była w naszym cesarstwie od setek lat rzeczą codzienną i naturalną i nigdy nikomu nie przychodziło do głowy podnosić z tego powodu wrzawę. Nastawała susza i ziemia wysychała, bydło padało, chłopi umierali – zwyczajny, zgodny z prawami natury i odwieczny porządek rzeczy. Z powodu tej odwieczności, normalności, żaden z notabli nie ośmieliłby się zaprzątać uwagi jaśnie wielmożnego pana tym,  że w jego prowincji ktoś tam umarł z głodu. Oczywiście sam dostojny pan odwiedzał prowincje, ale nie miał w swoim ustalonym zwyczaju zatrzymywać się w rejonach ubogich, gdzie panował głód, a poza tym cóż można zobaczyć w czasie takich oficjalnych odwiedzin? Ludzie z pałacu też na prowincję nie jeździli, bo wystarczy, że człowiek opuści pałac, a tu na niego naplotkują, nadonoszą, tak że kiedy wróci, przekona się, że już wrogowie przesunęli go bliżej bruku. Skąd więc mogliśmy wiedzieć, że na północy panuje jakiś nadzwyczajny głód?

Czy możemy, pytają korespondenci, pojechać na północ? Nie można, wyjaśnia minister, bo pełno zbójców na drodze. I znowu muszę powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy, gdyż w ostatnim okresie donoszono o rozmnożeniu w całym cesarstwie wszelakiej zbrojnej i przy traktach zaczajonej nieprawomyślności. Po czym minister zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, nic więcej ich nie obchodzi, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój! Ale tu, przyjacielu, nowa historia powstała. Bo oto nasze zbuntowane studenctwo wysłało na północ swoich delegatów, a ci naprzywozili i fotografii i strasznych historii o tym, jak umiera naród, i wszystko to korespondentom cichcem, tylcem przekazali. I nastąpił skandal, nie dało się więcej mówić, że głodu nie ma. Znowu korespondenci atakują, zdjęciami wymachują, pytają co rząd w sprawie głodu zrobił. Jaśnie najwyższy pan, odpowiada minister, przywiązał do tej sprawy najwyższą wagę. Ale konkretnie! Konkretnie! Woła bez żadnego uszanowania ta z piekła rodem hałastra.

Pan nasz, powiada spokojnie minister, oznajmi w odpowiednim czasie, jakie są jego majestatu zamierzone postanowienia, ustalenia, polecenia, nie ministrom bowiem rozstrzygać o takich rzeczach i bieg sprawom nadawać. W końcu korespondenci odlecieli i głodu z bliska nie widzieli. A całą tę sprawę, tak spokojnie i godnie poprowadzoną, minister uznał za sukces, zaś nasza prasa określiła nawet jako zwycięstwo. Tak zawsze jakoś minister kierował, że wszystko na sukces wychodziło i dobrze było, a baliśmy się, że gdyby ministra onego nie stało, wnet by smętkiem powiało, co się potem sprawdziło, kiedy nam go ubyło. Zważ jeszcze, łaskawco, że między nami mówiąc – nie jest źle dla lepszego porządku i większej pokory podwładnych naród odchudzić, wygłodzić.

Już nasza religia nakazuje, aby połowę dni w roku przestrzegać ścisłego postu, a przykazanie nasze mówi, że kto post łamie, dopuszcza się ciężkiego grzechu i cały zaczyna cuchnąć siarką piekielną. W postnym dniu nie można jeść więcej niż raz dziennie, a i to nic innego jak kawałek przaśnego placka z przyprawą korzenną. A dlaczego taką surową regułę narzucili nam ojcowie, polecając ciało bez końca umartwiać? A dlatego, że człowiek jest z natury istotą złą, której potępieńczą rozkosz sprawia uleganie pokusom, a zwłaszcza pokusie nieposłuszeństwa, posiadania i rozpusty. Dwie rządze plenią się bowiem w duszy człowieka – żądza agresji i żądza kłamstwa. Jeżeli nie pozwolić mu, żeby krzywdził innych, będzie sobie samemu zadawał krzywdę, jeżeli nie napotka nikogo, aby go okłamać, sam siebie w myślach okłamie.

Słodki jest człowiekowi chleb kłamstwa, powiada księga przypowieści, a potem napełniają się piaskiem usta jego. Jakże teraz zaradzić tej groźnej istocie, jaką jawi się człowiek, jaką my wszyscy jesteśmy, jakże ją okiełznać i poskromić? Jak rozbroić tę bestię, jak ją obezwładnić? Jeden jest tylko na to sposób, przyjacielu – osłabić człowieka.

Tak jest – odebrać mu siły, bo nie mając ich, nie będzie mógł czynić zła. A właśnie post osłabia, głodówka pozbawia sił. Taka jest nasza amharska filozofia i o tym pouczają nasi ojcowie. A wszystko to sprawdzone jest w doświadczeniu. Człowiek głodzony przez całe życie nigdy nie będzie się buntować. Na północy nie było żadnego buntu. Nikt tam nie podniósł ani ręki, ani głosu. Ale niechże tylko podwładny zacznie jeść do syta, a potem zechcesz odebrać mu misę, zaraz powstanie do buntu. Ta jest pożyteczność w głodowaniu, że głodnemu tylko chleb na myśli, cały jest zaprzątnięty myśleniem o strawie, resztki sił na to wytraca, a już mu nie staje ani głowy, ani woli, żeby szukać rozkoszy w pokusie nieposłuszeństwa. Zważ tylko, łaskawco, kto zniszczył nam cesarstwo, kto je zburzył? 

Ani ci, którzy mieli za dużo, ani ci, którzy nie mieli nic, a jedynie ci, którzy mieli trochę. Dlatego trzeba zawsze wystrzegać się tych, którzy mają trochę, bo to najgorsza, najbardziej żądna siła, to oni najgorliwiej prą do góry". 


PS. I pojawia się pytanie natury zasadniczej: - Jak zakwalifikować ludzi, którzy według władzy mają zasuwać za miskę ryżu? Czy tacy osobnicy mają trochę, czy też nie mają nic?

czwartek, 22 stycznia 2015

Być sobą

       Jak rodzice wbijają cię w poczucie winy?
Robią to w procesie nazywanym powszechnie wychowaniem.

Nie ma znaczenia czy twoi rodzice żyją. Oni są dalej w twojej głowie.

Wyobraź sobie, że każde z rodziców przywiązało ci do szyi powróz i każde ciągnie cię w swoją stronę. Tak długo cię ciągną, aż pod wpływem ich wspólnego ciągnięcia wylądujesz w swojej własnej kupie gówna – i o to chodzi, bo w ten prosty sposób zobaczysz wyraźnie swoją własną winę.
Twoi rodzice wspólnymi siłami zabrali cię tam, gdzie nie chciałeś być, lecz musisz być. 
          I oto pada magiczne słowo: musisz.
 
Musiałeś wpaść w gówno. Ludzie często mówią: „moi gówniani rodzice”.
Niesłusznie zupełnie. Takie doświadczenie z rodzicami, a potem resztą treserów jest niezbędne, aby się obudzić. Dlatego rodzicom należy się szacun za to, że tacy właśnie byli.       Poza tym …..
        Astrologia, nauka królów, uczy, że dusza sama wybiera miejsce i czas inkarnacji. Człowiek sam wyszukuje swoich rodziców i dzięki temu istnieje gwarancja, że w każdym wypadku wyląduje we właściwej winie. Kiedy spojrzysz na to z tej właśnie perspektywy, stanie się dla ciebie jasne, że rodzice to twój własny wybór. Oni mieli za zadanie wsadzać cię dostatecznie długo pupą w twoją winę. Stworzyli dla ciebie mentalną klatkę. Tej klatki nie ma, ona jest tylko w twojej wyobraźni. Poruszasz się od wyimaginowanej kraty do kraty, i ani kroku dalej.
Jak niedźwiedź, któremu odebrano wolność.
          Każdy żyje w takiej klatce, a twoim zadaniem, twoją lekcją jest to zrozumieć, pojąć i przypomnieć sobie, że masz wolną wolę.
W każdym razie rodzice mieli uszykować dla ciebie więzienie, klatkę. Co też uczynili.
Jak tego dokonali?
Takimi przykładowo zdaniami:
- Taką dobrą kaszkę mamy dla ciebie....
- Co? Nie chcesz jeść? Bądź grzeczny, jedz.
- Łyżeczka za mamusię, łyżeczka za tatusia.
- Inne biedne dzieci nie mają kaszki
- Jeszcze trochę i jeszcze.
- Jedz bo dostaniesz klapsa!
- Zobacz jak naświniłeś!

To jest właśnie zasługa twoich rodziców, że znaleźli odpowiednie słowa w odpowiednim czasie i z zapierającą dech precyzją wskazali ci drogę ku twojej winie. Ten proces trwał lata i uczenie nazywa się socjalizacją.
Prześledźmy ten proces jeszcze raz w wierszu.

Kaszka manna
Andrzej Waligórski

Niedobrze się robi ptaszkom, odbija się myszce
Mamcia karmi dziecko kaszką łyżeczka po łyżce.
Karmi, nuci coś radośnie: "Jedz, jedz ty łobuzie..."
Kaszka dziecku w buzi rośnie i wydyma buzię.

Ma już kaszki pełen brzuszek i płucka, i nereczki,
Kaszka sączy mu się z uszek i rozpycha majteczki.
Słyszy dziecię matki piosenkę i myśli figlarnie:
"Jak cię dorwę, gdy dorosnę, to też cię nakarmię..."

Zaśmiało się miłe dziecię na myśl o igraszkach.
Mamcia na to: "A więc przecie smakuje ci kaszka".
Dam ci jeszcze, żebyś przytył i miał pulchne policzki!"
Dziecko żuje myśląc przy tym: "Ach, dajcie mi nożyczki!"

Wtem huknęło coś jak mina - gówniarz zwymiotował.
"Porzygała się dziecina - zaczniemy od nowa!"
Kot z rozpaczy skoczył w wannę a pies się wściekł na dworze.
Po coś stworzył kaszkę mannę, o sympatyczny Boże?!

Niech do ciebie dotrze, że rodzice zrobili wszystko jak należy, abyś mógł wylądować w swojej własnej winie.
                        Czy spodziewałeś się tego po nich?
 
Nie podoba ci się twoja wina, co więc robisz? Zrzucasz ją na rodziców!

Lecz prędzej czy później będziesz musiał ją wziąć na siebie z powrotem. Rzecz ma się bowiem tak: - nie tylko ty wyszukałeś sobie rodziców, ale i oni wyszukali sobie ciebie. Z milionów dusz pływających w tym oceanie wybrali sobie akurat ciebie. Dlaczego akurat ciebie? Ano z tych samych powodów: ty z niezachwianą pewnością pchałeś ich ku ich własnej winie. Im się ta ich wina akurat tak samo podobała, jak tobie twoja.
          Co więc robią twoi rodzice? To samo, co ty: zrzucają winę na ciebie.
Jesteś takim niewdzięcznym dzieckiem....
 Ale oni też powinni kiedyś wziąć swoją winę z powrotem na siebie.
Jeszcze jedna ważna rzecz: w obu wypadkach jest to ten sam proces. Kiedy bierzesz na siebie swoją winę, to rodzicom nie pozostaje nic innego do zrobienia, tylko wziąć na siebie swoją.
       Nie mów więc: już dawno przebaczyłem moim rodzicom, ale oni nie chcą popuścić. Gdybyś im faktycznie przebaczył, oni też byliby na takim samym etapie. Zatem po zarzutach twoich rodziców możesz rozpoznać, że nie wybaczyłeś im do końca. Być może zrobiłeś to w swojej głowie, gdyż tak jest szlachetnie, ale nie w sercu.
      Przebacz im, wtedy oni przebaczą tobie. Wszystko jedno, kto zacznie.

Gdy jednak twoi rodzice już nie żyją, cała praca z odkupieniem winy pozostaje na twoich barkach. Gdy to zrobisz – zbawiasz ich. Oni czekają na to z utęsknieniem!
Nie zrozum tego źle. Nie piszę żebyś to zrobił dla nich. Zrób to dla siebie.

Nie próbuj stworzyć lepszego świata dla swoich dzieci, bo stworzysz im piekło.
Zrób to dla siebie, a przy okazji, taki efekt uboczny, zbawisz także ich.

A więc mamy ustalone: Jesteś winny!
Czyli właśnie zaczynasz poznawać swoją winę. Przeczuwasz skąd przychodzisz. To jest punkt pierwszy.
W drugim punkcie zaczniesz szukać węża, który podobno kusił, zaczniesz szukać odpowiedzi an pytanie: - kim jestem?
              A teraz wracamy do uwarunkowań.
Ci, którzy mają władzę, posługują się człowiekiem uśpionym. Robią z ludzi niewolników.
Walka przeciwko tym uwarunkowaniom nie ma sensu. Po prostu zostaniesz zniszczony. Mądrzej jest podporządkować się. Dziecko musi tłumić swoje ja. To wywołuje w nim przerażenie, bo czuje, że robiąc to nigdy nie odnajdzie sensu życia. Nigdy nie będzie sobą, nie znajdzie się w zadowoleniu, spełnieniu, szczęściu.
      Siły zewnętrzne jednak są zbyt potężne, a walka z nimi zbyt ryzykowna, aby pozwolić sobie na bunt.
Każde dziecko stopniowo zamyka wszystkie drzwi swojej istoty. Przed nikim się nie ujawnia, zaczyna udawać.
           Staje się aktorem.
Niebezpieczne jest wszystko, co prowadzi do konfliktu z usankcjonowanymi normami. Nawet otwarcie przed bliskimi osobami odbierasz jako ryzykowne. Z tego powodu każdy człowiek się zamyka. Nikt nie jest niczym kwiat, tańczący na deszczu albo w słońcu.
         
Wszyscy żyjemy zamykając swoje kielichy kwiatów. Otwarcie bowiem może nas zranić.
Aby nie dać się zranić używamy osłon, tarczy. A najlepszą tarczą jest hipokryzja. Z tego powodu cała rzeczywistość społeczna została zafałszowana. Nawet w przyjacielskiej relacji ludzie utrzymują między sobą dystans. Boją się, że jeżeli pozwolą na zbytnie zbliżenie, druga osoba może zajrzeć za ich maski.
Zobaczy twoją prawdziwą twarz.
Z tego powodu większość ludzi w tym świecie jest nieautentyczna.

       Co więc robić?
Buntować się! I nie ma tu znaczenia, że nie będziesz za to kochany, natomiast będziesz potępiany, poniżany.
Jednak warto się zbuntować, bo bycie sobą jest przecież największym błogosławieństwem.
      Nieposłuszeństwo stanowi podstawę rzeczywiście religijnego człowieka.
 Chodzi o nieposłuszeństwo wobec wszystkich kapłanów, polityków i narzucanych norm. Chodzi o takie nieposłuszeństwo, na jakie możesz sobie pozwolić. Tylko przyjmując taką postawę możesz odrzucić wszelkie uwarunkowania. Gdy to zrobisz, przestaniesz pytać, na czym polega sens życia. To pytanie zamieni się samoczynnie w pytanie: - Jak mam żyć bardziej autentycznie?
 Życie jest celem samym w sobie. A tobie życie przepływa między palcami. Tak ustawili cię twoi „chrześcijańscy dobroczyńcy”. Oni zastosowali bardzo prostą strategię: - wmówili ci, że twoje życie jest karą.

         Kim są twoi święci?
Są to ludzie, którzy wyrzekli się życia. Im mniej autentycznie żyli, tym są uznawani za większych. Wszyscy twoi mędrcy żyją w atmosferze nocnego koszmaru. A jednocześnie głoszą kazania, w których nawołują do podążania za nimi. Cały ich wysiłek jest skierowany na to, aby odciąć cię od życia.
      Potępiają seks, potępiają chęć życia w komforcie, czerpanie zadowolenia z jedzenia i ubrania. Jest to ucinanie życia. Życie jest ci zabierane kawałek po kawałku.
Jeżeli zbadasz historię klasztorów chrześcijańskich, dżinijskich, buddyjskich czy hinduskich, będziesz zdumiony. Trudno uwierzyć, że ludzie byli traktowani w tak nieludzki sposób i to w imię religii. Robiono tam różnego rodzaju głupoty.
     Jeżeli masz mniej sił witalnych, jest to na rękę politykom i kapłanom, ponieważ mniej się buntujesz, jesteś posłuszny, przestrzegasz normy i tradycje. Nie stanowisz zagrożenia. Kiedy jesteś w pełni sił stanowisz zagrożenie dla tych, którzy chcą ciebie wykorzystać. Walcz z całych sił. Nie bądź niewolnikiem.
      Przedstawiciele establishmentu obawiając się żywotnych osób, wynaleźli subtelną strategię: dali ci cel w życiu. Masz stać się kimś. A ty już w tej chwili jesteś taki, jakim chce cię widzieć natura. Nie musisz stawać się kimś innym.
        Pozbieraj części samego siebie, skoncentruj się na tu i teraz.
 
Podlegałeś warunkowaniu przez całe swoje życie, nosisz w sobie wszelkiego rodzaju fałszywe idee. Musi upłynąć nieco czasu, abyś najpierw je rozpoznał, a potem odrzucił. W rzeczy samej gdy je tylko rozpoznasz, że są fałszywe, one odpadną od ciebie pod własnym ciężarem. Usuwasz ze swojej głowy błędne, szkodliwe programy, usuwasz śmieci.
       Samo rozpoznanie wystarcza.
Gdy to się dzieje, zaczynasz pomału wychodzić z niewolnictwa.
Każdy sam wydobywa się z uwarunkowań, a to jest trudne, wymaga czasu. Nie jest to podobne do zrzucenia ubrania, ale do ściągnięcia - zdarcia skóry. 
      Utożsamiliśmy się z naszymi uwarunkowaniami. Znamy siebie tylko jako katolicy, muzułmanie, komuniści ….. Możemy wpaść w kryzys tożsamości.
W uwarunkowaniach jest zawarta cała twoja przeszłość, twój umysł oraz twoje ego. Jeśli jednak starczy ci odwagi, nie pozostawaj widzem, przyłącz się do tańca!
 
Pozbądź się całego śmietnika, który został na ciebie wrzucony. Być może przestanie wtedy ciebie interesować gromadzenie tandety, mnóstwa niepotrzebnych przedmiotów. Kiedy to się stanie, Bóg zacznie w tobie ożywać, zacznie płynąć źródło twojego życia.
        Odzyskasz swoją niewinność.
        Odzyskanie niewinności oznacza odzyskanie raju.
        Ponownie wkroczysz do Edenu.