Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemny lud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemny lud. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Czwarta władza

Czyli mechanizm rządzenia ciemnym ludem. 

Czwarta władza to jest oręż, który potrafi wykoleić parowóz każdego władcy. Pamiętajmy jednak, że wszystkie reżimy dążą do pełnego kontrolowania mediów. Czyli co robić? Ano przesiewać informacje, na dzień dobry nikomu nie wierzyć, a już na pewno nie wierzyć w oficjalny rządowy przekaz. Każdy przekaz każdego rządu. To komu wierzyć? Sobie!


Dziennikarze śledczy. Jest to ciekawa grupa pasjonatów o bardzo krótkiej średniej długości życia. Jednak postęp, żmudne i niebezpieczne docieranie do prawdy, odbywa się wyłącznie dzięki ludziom odważnym. Redakcja The Boston Globe po kilku latach takiego śledztwa rzuciła na kolana kk w Ameryce. I się zaczęło. Ktoś powie: - kościół został udupiony finansowo i moralnie. Zgoda, atoli azaliż jest taki podstawowy myk: - ktoś pierwszy musi przerwać milczenie mając argumenty. Zadać pytanie i żądać odpowiedzi. Oskarżać do skutku. Ktoś pierwszy musi rzucić kamień, który wywoła lawinę. I właśnie taki (ponadczasowy) myk mamy opisany w książce „Cesarz”.



„Nikt, ale to nikt, przyjacielu, nie przeczuwał, że nadciąga koniec. A raczej coś tam się przeczuwało, coś po głowie chodziło, ale takie niejasne, niewyraźne, że jakby w ogóle nie było żadnego odczuwania nadzwyczajności. A przecież już od dawna snuł się po pałacu kamerdyner, coraz to jakieś światła wygaszając, ale wzrok się do owego zgaszenia przyzwyczajał i następowało wygodne pogodzenie wewnętrzne, że widocznie niewidocznie takie wszystko musi być wygaszone, przyciemnione, półmrocznie zamroczone. W dodatku do cesarstwa wkradły się gorszące nieporządki, które całemu pałacowi sprawiły wiele utrapień, a już najwięcej naszemu ministrowi informacji, panu Tesfaye Gebre-Egzy, rozstrzelanemu później przez panujących dziś buntowników.

Zaczęło się od tego, że w roku siedemdziesiątym trzecim, latem, przyjechał do nas dziennikarz z telewizji londyńskiej, niejaki Jonathan Dimbleby. Ten ci dawniej już bywał w cesarstwie robiąc chwalebne filmy o naszym wszechwładcy i dlatego nikomu nie przyszło do głowy, że taki żurnalista, który najpierw chwali, ośmieli się później zganić, ale taka już widać łotrowska natura ludzi bez godności i wiary. Dość że tym razem Dimbleby miast pokazywać, jak nasz pan rozwoju dogląda i troszczy się o pomyślność maluczkich, przepadł gdzieś na północy, skąd ponoć wrócił przejęty i roztrzęsiony i zaraz wyjechał do Anglii. Nie minął miesiąc, a z naszej ambasady przychodzi doniesienie, że pan Dimbleby pokazał w telewizji londyńskiej swój film pod tytułem „Ukryty głód”, w którym ten pozbawiony zasad oszczerca dopuścił się demagogicznej sztuczki ukazując tysiące ludzi umierających z głodu, a obok czcigodnego pana, jak biesiaduje z dostojnikami. Następnie pokazał drogi, na których leżą dziesiątki szkieletów zagłodzonych biedaków, a zaraz potem nasze samoloty przywożące z Europy szampany i kawior. Tu pola całe pełne konających chudzielców, tam – nasz monarcha ze srebrnej patery mięso swoim psom podający i tak na przemian: przepych –nędza, bogactwo – rozpacz, korupcja – śmierć. W dodatku pan Dimbleby oświadcza, że klęska głodu spowodowała już śmierć stu, a może  dwustu tysięcy ludzi i że drugie tyle może w najbliższych dniach podzielić ich los. Doniesienie ambasady mówi,  że po filmie wybuchł w Londynie wielki skandal, są apelacje do parlamentu, gazety biją na alarm, dostojnego pana potępiają.

Tu widzisz przyjacielu,  cała nieodpowiedzialność obcej prasy, która podobnie jak pan Dimbleby latami monarchę naszego chwaliła, a nagle, bez żadnego powodu i umiaru – potępiła. Dlaczego tak? Dlaczego taka zdrada i niemoralność? W dalszym ciągu ambasada donosi, że z Londynu wylatuje samolot dziennikarzy europejskich, którzy chcą zobaczyć śmierć głodową, poznać naszą rzeczywistość, a także ustalić, gdzie podziewają się pieniądze, które tamtejsze rządy dawały czcigodnemu panu, aby rozwijał, doganiał i przeganiał. A więc krótko mówiąc, ingerencja w wewnętrzne sprawy cesarstwa! W pałacu poruszenie, oburzenie, ale osobliwy pan nakazuje spokój i rozwagę. Teraz czekamy, jakie będą najwyższe ustalenia. Od razu rozlegają się głosy, aby przede wszystkim odwołać ambasadora z powodu  tak przykrych  i alarmistycznych doniesień, tyle niepokoju w życie pałacu wnoszących. Jednakże minister spraw zagranicznych argumentuje, że takie odwołanie rzuci strach na pozostałych ambasadorów, którzy w ogóle przestaną donosić cokolwiek,  a przecież czcigodny pan musi wiedzieć, co o nim mówią w różnych częściach świata. Następnie odzywają się członkowie rady koronnej którzy żądają,  aby samolot z dziennikarzami zawrócić z drogi i całej tej bluźnierczej hałastry nie wpuszczać.

Ale jakże to, powiada minister informacji, nie wpuścić, jeszcze większy krzyk podniosą i pana miłościwego bardziej potępią. Rada w radę postanawiają podać dobrotliwemu panu następujące rozwiązanie: - wpuścić, ale zaprzeczyć. Tak jest, wyprzeć się głodu! Trzymać ich w Addis Abebie, pokazywać rozwój i niech piszą tylko to, co w naszych gazetach potrafią wyczytać. A prasę, przyjacielu, mieliśmy lojalną, powiem nawet – przykładnie lojalną. Prawdę mówiąc, nie było jej wiele, bo na trzydzieści z okładem milionów podwładnych tłoczono dziennie 25 tysięcy egzemplarzy gazet, ale pan nasz z takiego wychodził założenia, że nawet najbardziej lojalnej prasy nie należy dawać w nadmiarze, gdyż może się z tego wytworzyć nawyk czytania, a potem już krok tylko do nawyku myślenia, a wiadomo, jakie to powoduje niewygody, utrapienia, kłopoty i zmartwienia.

Bo, powiedzmy, coś może być lojalnie napisane, ale zostanie nielojalnie odczytane, ktoś zacznie czytać rzecz lojalną, a zechce później nielojalnej i tak pójdzie drogą, która go od tronu będzie oddalać, od rozwoju odciągać, do warchołów prowadzić.

Nie, nie, pan nasz nie mógł do takiego rozpuszczenia, pobłądzenia dopuścić i dlatego w ogóle nie był entuzjastą nadmiernego czytania. Wkrótce potem przeżyliśmy prawdziwą inwazję korespondentów zagranicznych. Pamiętam, zaraz po ich przyjeździe odbyła się konferencja prasowa. Jak wygląda, pytają, problem śmierci głodowej, która dziesiątkuje ludność? Nic mi o tym nie wiadomo, odpowiada minister informacji i muszę ci, przyjacielu, powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy. Po pierwsze, śmierć głodowa była w naszym cesarstwie od setek lat rzeczą codzienną i naturalną i nigdy nikomu nie przychodziło do głowy podnosić z tego powodu wrzawę. Nastawała susza i ziemia wysychała, bydło padało, chłopi umierali – zwyczajny, zgodny z prawami natury i odwieczny porządek rzeczy. Z powodu tej odwieczności, normalności, żaden z notabli nie ośmieliłby się zaprzątać uwagi jaśnie wielmożnego pana tym,  że w jego prowincji ktoś tam umarł z głodu. Oczywiście sam dostojny pan odwiedzał prowincje, ale nie miał w swoim ustalonym zwyczaju zatrzymywać się w rejonach ubogich, gdzie panował głód, a poza tym cóż można zobaczyć w czasie takich oficjalnych odwiedzin? Ludzie z pałacu też na prowincję nie jeździli, bo wystarczy, że człowiek opuści pałac, a tu na niego naplotkują, nadonoszą, tak że kiedy wróci, przekona się, że już wrogowie przesunęli go bliżej bruku. Skąd więc mogliśmy wiedzieć, że na północy panuje jakiś nadzwyczajny głód?

Czy możemy, pytają korespondenci, pojechać na północ? Nie można, wyjaśnia minister, bo pełno zbójców na drodze. I znowu muszę powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy, gdyż w ostatnim okresie donoszono o rozmnożeniu w całym cesarstwie wszelakiej zbrojnej i przy traktach zaczajonej nieprawomyślności. Po czym minister zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, nic więcej ich nie obchodzi, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój! Ale tu, przyjacielu, nowa historia powstała. Bo oto nasze zbuntowane studenctwo wysłało na północ swoich delegatów, a ci naprzywozili i fotografii i strasznych historii o tym, jak umiera naród, i wszystko to korespondentom cichcem, tylcem przekazali. I nastąpił skandal, nie dało się więcej mówić, że głodu nie ma. Znowu korespondenci atakują, zdjęciami wymachują, pytają co rząd w sprawie głodu zrobił. Jaśnie najwyższy pan, odpowiada minister, przywiązał do tej sprawy najwyższą wagę. Ale konkretnie! Konkretnie! Woła bez żadnego uszanowania ta z piekła rodem hałastra.

Pan nasz, powiada spokojnie minister, oznajmi w odpowiednim czasie, jakie są jego majestatu zamierzone postanowienia, ustalenia, polecenia, nie ministrom bowiem rozstrzygać o takich rzeczach i bieg sprawom nadawać. W końcu korespondenci odlecieli i głodu z bliska nie widzieli. A całą tę sprawę, tak spokojnie i godnie poprowadzoną, minister uznał za sukces, zaś nasza prasa określiła nawet jako zwycięstwo. Tak zawsze jakoś minister kierował, że wszystko na sukces wychodziło i dobrze było, a baliśmy się, że gdyby ministra onego nie stało, wnet by smętkiem powiało, co się potem sprawdziło, kiedy nam go ubyło. Zważ jeszcze, łaskawco, że między nami mówiąc – nie jest źle dla lepszego porządku i większej pokory podwładnych naród odchudzić, wygłodzić.

Już nasza religia nakazuje, aby połowę dni w roku przestrzegać ścisłego postu, a przykazanie nasze mówi, że kto post łamie, dopuszcza się ciężkiego grzechu i cały zaczyna cuchnąć siarką piekielną. W postnym dniu nie można jeść więcej niż raz dziennie, a i to nic innego jak kawałek przaśnego placka z przyprawą korzenną. A dlaczego taką surową regułę narzucili nam ojcowie, polecając ciało bez końca umartwiać? A dlatego, że człowiek jest z natury istotą złą, której potępieńczą rozkosz sprawia uleganie pokusom, a zwłaszcza pokusie nieposłuszeństwa, posiadania i rozpusty. Dwie rządze plenią się bowiem w duszy człowieka – żądza agresji i żądza kłamstwa. Jeżeli nie pozwolić mu, żeby krzywdził innych, będzie sobie samemu zadawał krzywdę, jeżeli nie napotka nikogo, aby go okłamać, sam siebie w myślach okłamie.

Słodki jest człowiekowi chleb kłamstwa, powiada księga przypowieści, a potem napełniają się piaskiem usta jego. Jakże teraz zaradzić tej groźnej istocie, jaką jawi się człowiek, jaką my wszyscy jesteśmy, jakże ją okiełznać i poskromić? Jak rozbroić tę bestię, jak ją obezwładnić? Jeden jest tylko na to sposób, przyjacielu – osłabić człowieka.

Tak jest – odebrać mu siły, bo nie mając ich, nie będzie mógł czynić zła. A właśnie post osłabia, głodówka pozbawia sił. Taka jest nasza amharska filozofia i o tym pouczają nasi ojcowie. A wszystko to sprawdzone jest w doświadczeniu. Człowiek głodzony przez całe życie nigdy nie będzie się buntować. Na północy nie było żadnego buntu. Nikt tam nie podniósł ani ręki, ani głosu. Ale niechże tylko podwładny zacznie jeść do syta, a potem zechcesz odebrać mu misę, zaraz powstanie do buntu. Ta jest pożyteczność w głodowaniu, że głodnemu tylko chleb na myśli, cały jest zaprzątnięty myśleniem o strawie, resztki sił na to wytraca, a już mu nie staje ani głowy, ani woli, żeby szukać rozkoszy w pokusie nieposłuszeństwa. Zważ tylko, łaskawco, kto zniszczył nam cesarstwo, kto je zburzył? 

Ani ci, którzy mieli za dużo, ani ci, którzy nie mieli nic, a jedynie ci, którzy mieli trochę. Dlatego trzeba zawsze wystrzegać się tych, którzy mają trochę, bo to najgorsza, najbardziej żądna siła, to oni najgorliwiej prą do góry". 


PS. I pojawia się pytanie natury zasadniczej: - Jak zakwalifikować ludzi, którzy według władzy mają zasuwać za miskę ryżu? Czy tacy osobnicy mają trochę, czy też nie mają nic?

piątek, 9 kwietnia 2021

Piknik nad jeziorem Paranoya

Zmęczeni pandemiczną rzeczywistością oczekujemy powrotu do normalności. Czyli do czego? Do stadnego biegu po więcej i więcej? Przecież tak rozumiana normalność przypomina piknik nad jeziorem Paranoya.



Podobno każda dostatecznie rozwinięta cywilizacja dochodzi do punktu krytycznego, który niszczy, ale też otrzeźwia. Zagrożenie może przyjść z zewnątrz, albo następuje autodestrukcja. 



Znajome tysiącletnie cykle podaje książka „Zakazana Nauka”: - 52, 26 i 13.

Pierwszy kataklizm Atlantydy wydarzył się 52 tysiące lat temu (Edgar Cayce).

Drugi kataklizm, w którym część wyspy zatonęła, nastąpił 26 tysięcy lat temu (Tzolkin).

Trzecie wydarzenie, sprzed 13 tysięcy lat, to nasz „biblijny” Potop. (cudzysłów wyjaśniony w dalszej części wpisu)                                                                          

Na sto lat przed potopem (Edgar Cayce, Robert Bauval) w Gizie stanęły piramidy, swoim układem odwzorowujące pas Oriona. A jak dziś wiemy, Ziemia wraz z Układem Słonecznym znajduje się właśnie w galaktycznym ramieniu Oriona. 


Starożytne zapisy podają, że w Wielkiej Piramidzie zostały ukryte informacje, oraz artefakty dla tych, którzy przetrwają Potop. Edgar Cayce mówił o czymś w rodzaju biblioteki. 

Jak dziś wygląda wnętrze Wielkiej Piramidy? Ano jak szwajcarski ser. Powstały bowiem liczne tunele wydrążone ciężkim sprzętem, o czym informował Erich von Daeniken. Był wpis. I możemy być pewni, że nigdy się nie dowiemy (Służby) co znaleziono podczas tych „prac archeologicznych”.



Każdy z nas słyszał o Potopie. O szczegółach wydarzenia możemy się dowiedzieć z pierwowzoru, czyli akadyjskiego „Eposu o Gilgameszu”.

George Smith, archeolog z British Museum odkopał w XIX wieku z ruin biblioteki w babilońskiej Niniwie 30 tysięcy tabliczek z pismem klinowym, między innymi te o Potopie. Pisałem już o Sumerze, Zecharii Sitchinie i kosmicznej koncepcji jak mógł wyglądać Raj. (Stała Niniwy – 31. 01. 2014).

 W tekstach eposu mamy nie tylko opis Ziemi widzianej z kosmosu, ale również reporterskie sprawozdanie z wydarzeń z premedytacją zainscenizowanych przez ówczesnych decydentów, których nazwano bogami. Teksty z Niniwy były w czasach Smitha prawdziwą bombą dla świata chrześcijan. Można zrozumieć ich irytację, ponieważ zachwiał się fundament wiary kk – okazało się, że biblia opiera się na wcześniejszych zapisach i to starszych od niej o co najmniej 1500 lat, a być może o trzy tysiące, albo jeszcze więcej.


Rozgniewany (i przerażony) kler umieścił więc naukowca na kościelnym indeksie. Tylko tyle mógł zrobić, bo niestety minęły już czasy radykalnego i masowego zamykania oponentom ust na zawsze. A rzecz była bardzo poważna, gdyż dotyczyła wiarygodności świętego pisma. Używając prostych słów: - biblia w swym opisie Potopu okazała się kopią pierwowzoru, czyli zwykłym plagiatem.

Już pisałem, że znacznie wcześniejsza była religia solarna, której znak – ryba liczący 30 tysięcy lat, został „przywłaszczony” przez Największą Korporację. Do tego niezależni teolodzy doszukali się w biblii 80 000 niezgodności w faktach.



                    Potop tematem drażliwym.

Lubię tematy drażliwe i argumentację przeciwników. O Potopie każdy coś wie, z tym, że chrześcijanie znają jedynie wersję plagiatu. Mnie atoli interesowało wąskie zagadnienie: - jakie dziś znaczenie dla chrześcijan ma ten tragiczny epizod. Otóż szczera odpowiedź po licznych, lecz nader krótkich dyskusjach brzmi: - Im to wisi. Epizod był, ale się zmył.

Czyżby odrzucili przekaz, że ten ich Bóg postanowił utopić ludzi, których wcześniej sam stworzył? Więc czy ten podobno miłościwy Bóg nie był broń boże ludobójcą? A skoro mogło tak być, to czy Bóg ma grzech śmiertelny? Współczesny chrześcijanin usiłuje unikać takich mało przyjemnych pytań deklarując z reguły: „Nie można podawać w wątpliwość wyroków bożych”.

Nie można? A kto tak powiedział? Kto ma prawo decydować o co można pytać, a o co nie uchodzi? Jest wolność, każdemu przysługuje prawo pytania o wszystko i żadna klerykalna instancja nie może rościć sobie prawa do obejmowania wybranych zagadnień sakralnym immunitetem.

W rezultacie rozmaite religie zostały dotknięte pełzającą reformacją, rozpoznawaną po mistyczno-klerykalnej paplaninie. A wszystko po to, aby uniknąć pytań o czyny Boga. Spersonifikowany, darzony miłością Bóg – to obraz od dawna nieaktualny.

Dziś wyłania się pewna nowa wersja, odpowiadająca duchowi czasów: - Oto gdzieś we Wszechświecie dryfuje Niezdefiniowana Siła, która w jakiś niepojęty i cudowny sposób steruje wszystkim i trzyma toto w ryzach.

Taka czysta metafizyka, która nie tylko obiecuje uśmierzenie intelektualnych cierpień duszy, ale także spuszcza na ludzi pierzynę duchowego odprężenia. Owszem, robi się bardzo miło, azaliż podobna interpretacja ostatecznie deprecjonuje chrześcijańskie wyznanie wiary i w rezultacie otrzymujemy pozbawioną znaczenia religię relaksacyjną. I taki właśnie mamy dylemat: - nie dość, że stara retoryka jest skompromitowana, to jeszcze wykonują ją klechy o mocno wątpliwym autorytecie. Jaki otrzymujemy wynik z tego wszystkiego?

Otóż przekaz kościelny jest pozbawiony siły i stał się zwykłą socjotechniką pomagającą trzymać ciemny lud w posłuszeństwie.



I to jest piękne, tudzież mnie bardzo cieszy, ponieważ jakby z urzędu obserwuję poczynania Największej Korporacji w Polsce i czekam kiedy także „u nasz” zaistnieje wariant irlandzki.

Stary okupant musi się wycofać, bowiem nawet najdłuższa żmija ma gdzieś swój koniec.



PS. Pilnuję, żeby chronić maleńką enklawę spraw osobistych. Tu wyjątek: przyznaję się, że muzyka autorstwa pewnego Francuza porusza mnie od dobrych kilkudziesięciu lat. I ten mój idol muzyczny, Jean-Michel Jarre, powiedział dziś: - Sytuacja, w której znalazła się ludzkość, przypomina losy Polski.

I nie wiem czemu, ale jakoś tak zrobiło mi się cieplutko w sercu.


wtorek, 11 lutego 2020

Nasi okupanci


Boy Żeleński – Nasi okupanci, Warszawa 1938 r.

Kler w Polsce dla komunikacji z narodem posługuje się językiem władczym, jak przystało na przedstawicieli obcego mocarstwa rezydującego w naszym kraju.
W istocie jest to język okupanta.

Boy był lekarzem, należał do przedwojennego establishmentu. Jako zwolennika państwa świeckiego atakowała go sitwa: - faszyści spod znaku ONR, oraz czarna hierarchia kk.

Ciemną stronę mocy mocno zabolało, gdy Boy porównał czarnych do wirusów i napisał: - wirusy najskuteczniej zwalcza się światłem.

Od tekstów Boya minęło ponad osiemdziesiąt lat.
Co się zmieniło?
Zmieniło się o tyle, że dziś dla części społeczeństwa świeckie państwo to jakby za mało. Ktoś rzucił hasło: - Zerwać konkordat. 
Czemu nie? Lecz może najpierw wykonywać ten zapisany w konstytucji rozdział kościoła od państwa?

Azaliż zmobilizowany Ciemnogród walczy, skoro wróciła do rządzenia Chimera powstała z symbiozy kapłan-polityk i dalej wszystkim steruje obce mocarstwo poprzez swych czarnych namiestników. Jeszcze steruje, chociaż fundament zaczął mu się chwiać. 
      Zemsta, represje, ogólnie przemoc, a w delikatnym wydaniu tylko kłamstwo i szczucie – oto fundament wszelkich totalitaryzmów, w tym doktryny watykańskiego okupanta - kk. Dziś czarni jastrzębie (jest w kk frakcja gołębia, jednak z zasady cicha, więc bezsilna) boleją: - Wielkie zmartwienie!

Coraz więcej ludzi światłych, a tu stosów nie można rozpalić!

"Sąd przeprowadził postępowanie zgodnie z prawem i procedurą. W trakcie przepisanych przez procedurę tortur, oskarżona o czary przyznała się do popełnionych, powszechnie potępianych czynów. Publika obserwująca spalenie czarownicy na stosie rozeszła się zadowolona, uważając, że wyrok był ze wszech miar słuszny".
Czarni muszą mieć wroga, bo przecież trzeba kogoś obdarzyć nadmiarem chrześcijańskiego miłosierdzia.


Jak rzekł był klasyk: - "Ach Boże! Żeby nie ci księża, tobym nie miał nic przeciw kościołowi".


   Nie ma świeckiego państwa - nie ma suwerenności.


Tajna klauzula w konkordacie.

Jest takie dawne słowo: - Lenno. Dziś pod tym słowem kryje się konkordat.
Boy napisał, że w przedwojennym konkordacie było kilka punktów tajnych.

W związku z tym mamy prawo przypuszczać, że w obecnie obowiązującej umowie pomiędzy Polską a Watykanem, również zawarto tajności.

Lecz ciemnemu ludowi nic do tego. Ryż i kropka.

   

piątek, 25 października 2019

Zasuwać za miskę ryżu


Jak wiemy, tuż obok kręgu kamiennego Stonehenge powstał fantastyczny piktogram, skomplikowany i precyzyjny.
Tej agroformacji przypisano nazwę Kontakt.



Patrząc na rysunek, pomyślałem: - „żeby coś takiego wyrysować na papierze, trzeba rozporządzać niezłą techniką, a cóż dopiero wykonać tak dużą rzecz w terenie”.
Piktogram zajmował powierzchnię półtora hektara.

Ponieważ na wszystkim można zarobić, powstały w Anglii biura turystyczne, które organizują wycieczki do hrabstw, gdzie najczęściej powstają kręgi. Tam można oglądać je z pomocą drona, próbować nagrać ich powstawanie w nocy, lub pobyć w miejscu ich powstania.



   
Takie miejsca mają bowiem podwyższoną energię elektromagnetyczną mierzoną w jednostkach Bovisa i działają pobudzająco na organizm człowieka.
Nie tylko pobudzająco, lecz także zdrowotnie na przebywających w tym miejscu ludzi. Rejestruje się przypadki uzdrowień cielesnych, także psychicznych u tych, którzy są w psychicznym dołku. Jednak ta silnie podwyższona energia, stopniowo wygasa i po tygodniu nie ma już po niej śladu.


   
Symbole stanowią jeden z najpierwotniejszych sposobów oddziaływania na jaźń. Podobnie działa mandala. To są nośniki ukrytej wiedzy działające na podświadomość. 
   Osoby, które opisywały swoje wrażenia z patrzenia na piktogramy i przebywania w nich, w polskim Wylatowie, opowiadają o doznawanych bólach i zawrotach głowy, uczuciu mrowienia, duszności, a także stanach euforycznych, a nawet zmienionych stanach świadomości.
    Jednak najbardziej interesujące są relacje osób, które po kontakcie z piktogramami doznały rewolucji psychicznej.
U jednych poszerza się percepcja, u innych umysł otwiera się na niejawną stronę rzeczywistości. 
Niektórzy odczytują przekaz piktogramu jako wezwanie do reformy cywilizacji i konieczności szanowania przyrody.
Dzięki piktogramom ludzie wyzwalają się z mentalnych blokad, budzi się w nich kreatywność.
      Tu bym jeszcze dodał: - ludzie sami z siebie nie zmieniają się nigdy. Tylko życie może zmienić człowieka. Czyli żeby się zmienić, każdego musi coś puknąć.....
No i jeszcze podstawowa mądrość: - nie zmienia się tylko martwy i głupi. 
I mamy rewolucję. 





Jak pisałem, przy oglądaniu niektórych piktogramów mam wrażenie, że "KTOŚ z Góry" bawi się z nami, próbując w czasie tej zabawy przekazywać informacje. Będzie wpis o próbach odczytywania informacji.




Czemu rzecz przypisuję "Komuś z Góry" ?
Powodem jest zastosowanie do wykonania piktogramów niedostępnej dla nas techniki.  
    Powtórzę: - Źdźbła zboża są przygięte jednokierunkowo do ziemi. 
Nie są złamane. 

- Zadziałała na nie nieznana silna energia. 
- W międzywęźlach mają maleńkie dziurki – zrobiła je woda - woda doprowadzona gwałtownie do wrzenia, zamieniła się w parę i musiała znaleźć ujście. 
- Temperatura podskoczyła gwałtownie, lecz tylko na mgnienie do 3 tys. stopni Celsjusza – woda w kolankach rośliny zawrzała i wyskoczyła maleńkim otworkiem w postaci pary, a roślina dalej żyje!
- Na powierzchni piktogramu ziemia jest usiana drobinkami żelaza, w postaci mikroskopijnych kuleczek.
       Z wymienionych wyżej powodów nie da się nawet najprostszego kręgu wygniecionego przez ludzi, przypisać Górze. Kto twierdzi inaczej, dobrze wie, co głosi, ponieważ dezinformuje na zlecenie.
       Czemu miałaby służyć taka dezinformacja? 

Ano temu, że ciemny lud nie powinien za bardzo główkować, jego zadaniem jest płacić podatki i zasuwać za miskę ryżu.